Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

czwartek, 16 maja 2013

Dwójka?


Odwiedzamy sąsiadów.
Zapukali z zaskoczenia, w porze usypiania Sebcia.
Oczywiście pies się rozjazgotał, Młody wystraszył i tyle spania.
No ok, to idziemy. Mini w piżamce biegnie, bo już kuma, że do Emilki. Raaany to chyba jest Pierwsza Miłość ;)
Bawią się...niby nie razem, ale wciąż jedno przy drugim. Wzrostem są prawie tacy sami, Sebastian tylko bardziej tęgi. Wszyscy mówią, że z niego wyrośnie "paker". Faktycznie jak spojrzę na niego, kiedy stoi przy drobnej Emilce, to jest napakowany. I brzusio niczego sobie :P
Ostatnio kiedy wychodziliśmy z basenu, ubrany był w czerwony dresik z kapturem, na szyi miał smycz z kluczem (bo teraz jest fazka na klucze), na nogach adidasy Everlasta i panie z kas się śmiały, że wygląda jak miniaturka chłopaków, którzy przychodzą tam na siłownię :)

No więc bawi się mój mały kulturysta ze "swoją dziewczyną". Odruch jeden miał nieładny, bo kiedy coś mu zabrała z rąk, to ciach! ją za kaptur i szarpie.
Mamusia musi jednak mocniej pracować nad traktowaniem kobiet z szacunkiem :-0

Za chwilę przychodzi do mnie, siada na jednym moim kolanie. Emilka podchwyciła. Ledwie mnie zna, ale już pakuje się na drugie kolano.
Obejmuję ich oboje i....
i nagle dzieje się coś, czego bym się nigdy po sobie nie spodziewała.
Czy to instynkt, czy hormony jakieś...?
W środku takie wieeelkie poczucie ciepła. Nie umiem tego dobrze opisać. W każdym razie chodzi mi o to, że jakoś tak totalnie rozmiękczyła mnie ta bliskość ich obojga.
I dostałam odpowiedź na pytanie, które nieraz sobie zadawałam - jak to możliwe, że kiedy ma się dwójkę dzieci, to się je kocha tak samo?
Właśnie poczułam. Że kochałabym taką parkę i przyjemnie byłoby być mamą dwójki dzieci.

Z własnego doświadczenia wiem, że Rodzeństwo, to jest jedna z najlepszych "rzeczy" w życiu. Pomijam nawet wpływ na kształtowanie charakteru, zmniejszenie stopnia egoizmu i samolubstwa, nabywanie od najmłodszych lat, umiejętność dochodzenia do kompromisów, odpowiedzialności za drugą osobę, dzielenia się itd.
Ale sam fakt, że to moja Siostra. Ta sama krew, co moja. Tak różne charaktery- ogień i woda, lecz w tak niesamowitym związku, że gdyby ktoś kiedyś coś....nie daj Boże...to w ogień bym poszła, zabiła....bez zastanawiania.
No może dzisiaj - jako mama małego dziecka - starałabym się szybko znaleźć jakieś mniej drastyczne rozwiązania...ale wszystko co w mojej mocy... i niemocy nawet, zrobiłabym dla Niej.

I bardzo chciałabym, żeby Sebastian też miał możliwość doświadczenia takiej magicznej więzi. Z tego wynika tylko dobro.

Tylko czy w naszej sytuacji jest to możliwe?
Aktualnie, to wiadomo, że nie ma mowy,bo to nawet technicznie mało możliwe ;P
Ale potem jak?
Nawet zakładając, że kiedyś w życiu trafię na swoją Miłość prawdziwą...co jest wielce wątpliwe. To po pierwsze dobijam do 30 i czas na rodzenie drastycznie mi się kurczy, a jeszcze przecież muszę zdążyć go poznać, zaufać mu....to lata zajmie!
Po drugie ten Ktoś musiałby najpierw pokochać Sebastiana jak własne dziecko . Wiem, że to się zdarza, znam nawet osobiście takie przypadki. Ale czy kiedy pojawiłoby się to drugie, wspólne, to czy moja Małpeczka by na tym nie ucierpiała? I czy fakt, że ma z braciszkiem lub siostrzyczką tylko wspólną mamę, nie wpłynąłby na to, że ta więź między nimi, o której piszę, będzie luźniejsza?
Wiem, że na te wszystkie pytania i wątpliwości przyjdzie jeszcze czas...albo i nie. Ale jakoś tak mnie tknęło przy okazji napadu tego instynktu macierzyńskiego.
Na chwilę obecną, co prawda, nie wyobrażam sobie mieć teraz noworodka. Sebastian jest tak absorbujący, że raczej bym nie ogarnęła któregoś. W ogóle podziwiam mamy dwójki dzieci, bo z jednym potrafi być taka jazda bez trzymanki i emocje zmienne jak w rollercoasterze, że przy parce, to sobie nie wyobrażam do końca.
A z drugiej strony...kiedyś sobie nie wyobrażałam w ogóle mieć dziecka. Przekonana byłam, że się kompletnie nie nadaję do tego. Nawet w ciąży takie wątpliwości mnie dopadały i co? Chyba jakoś daję radę :)
Ehhh szkoda....szkoda, że to się tak potoczyło i już na 100% nie będzie tak, jakbym sobie wymarzyła.
Znowu mu coś ważnego w życiu odbieram...

poniedziałek, 13 maja 2013

Poniedziałkowy poranek

Pora tytułowa to jest niezwykle ciężki czas.
Nie tylko dlatego, że nagle wstać trzeba, wdrożyć się w ten rytm i harmonogram rodem z Dnia Świstaka. Nie tylko z tego powodu, że Dziecko chyba też czuje, że właśnie to dziś!
To teraz właśnie jest poniedziałek rano i trzeba być z tej okazji w gorszym nastroju, marudzić przy wyjściu z psem, płakać bez powodu, jęczeć za bliżej nieokreśloną zachcianką, uciekać przed wejściem do windy, kiedy już naprawę trzeba zjeżdżać do auta, bo zaraz się spóźnimy.
Ale najcięższa chwila tego poranka to rozstanie w żłobku.

Ja próbuję uśmiechnięta, wesołym głosem, opowiadać, że idziemy do Cioci i do dzieci, że będą się fajnie bawić, że już czekają zabawki i na pewno jakieś pyszne śniadanko.
Ale w odpowiedzi tylko cisza i to smętne spojrzenie zbitego szczeniaka.
Po przekroczeniu progu Pani Małgosi, nie rozlega się nagle przeraźliwy ryk - o nie!
Bo to by było za proste.
Ryk, nawet okraszony łzami jak grochy, mógłby mnie trochę zirytować, zwłaszcza, że już lekko jestem nerwowa i wtedy zrobiłabym w tył zwrot i sobie poszła. Zła, że nie dość, że poniedziałek, że sen śnił się najpiękniejszy, kiedy budzik zadzwonił, że dziecko musiało wstać akurat sekundkę przed tym, kiedy ukradkiem, po cichutku starałam się otworzyć drzwi  i czmychnąć na 2-minutowe psie siku, to jeszcze płaczu muszę wysłuchiwać. .
To by było całkiem łatwe i wyrzutów sumienia Mama by nie miała. Bo wiadomo, że Pani Małgosia zaraz zagada, coś pokaże i ryk ustanie.
Ale ryku nie ma.
Jest tylko mała drżąca bródka, ustka układające się w podkówkę, to najsmutniejsze na świecie spojrzenie i małe ciałko całe się we mnie wczepiające. Kocham to uczucie wczepionego ciałka, kiedy Don Sebastiano  staje się mamusi małpeczką.
Kocham, ale nie, do diabła, w poniedziałek rano! Bo w tym momencie jest to bardzo bolesna Miłość.
Bo właśnie wtedy rośnie mi w gardle obrzydliwa, wielka gula. A w głowie rosną mi pretensje do świata i do Polskiego systemu.
Że dlaczego matka musi zapierdalać 8 godzin i dziecko pozostawić na pastwę obcych? A już samotna matka to w ogóle?! Że przecież i tak odbiera dziecku czas wspólny, bo musi go poświęcić na wykonywanie innych czynności, którymi w normalnych warunkach zajmuje się ojciec. Pieprzony, cholerny system! 
I ten pajac, gnój jeden, idiota, debil, ch** bez serca, bez uczuć! Leń wygodny, rozsiewacz nasienia na lewo i prawo! 
Niech spróbuje nie dołożyć się do wczasów! Zabiję....ale najpierw do sądu pójdę i wszystko powiem i alimentów zażądam miliard!!! Co on sobie myśli, kurwa, że te funty na koncie, w dodatku przeliczone po najgorszym bankowym kursie, mogą wszystko załatwić? Że nam mogą wynagrodzić takie życie? Ten pośpiech, wieczne wyrzeczenia, wyrzuty sumienia? Tą coponiedziałkową konieczność odczepienia Małpeczki od jej Mamy? 

Z taką głową, o godzinie 7:45 podążam w stronę niebieskiego biurowca.
I teraz rozumiem wszystkie matki, które opowiadają, że zostawiając dziecko w przedszkolu, często płakały bardziej niż latorośl.

I TAK - jestem zwolenniczką żłobka. Jestem fanką socjalizacji dziecka, uważam, że to zdrowe, rozwijające i korzystne.
Jestem zdania, że dziecko powinno być samodzielne.
A dziecko samotnej matki nawet podwójnie.
Ale czy te 8 godzin + 20 minut na dojście do i z pracy, ukradzione z 12-godzinnego dziecięcego dnia, to nie jest zbyt wiele?

niedziela, 12 maja 2013

Rytuał


Mądre spojrzenie zagląda prosto w moje oczy.
Do mojej twarzy wędrują małe badawcze paluszki.
Różowe, skrojone na wzór i podobieństwo moich własnych, usteczka układają się w dziubek. Ale nie taki "słit".W taki ptasi - pisklęcy dziobaczek.
Zbliża się okrągła buzia...
I ląduje na mnie uroczy, soczysty, dziecięcy pocałunek.
Najwspanialszy pocałunek na świecie, który sprawia, że czuję jakby oblewała mnie przesłodka polewa z mojej ulubionej, szwajcarskiej czekolady.

Dostaję tych buziaczków kilka dziennie. Tak z zaskoczenia, znienacka, przy okazji zajmowania się różnymi ważnymi sprawami, którymi na co dzień zajmują się półtoraroczniaki.
Później małe ramionka obejmują mnie za szyję, a pulchniutka dłoń głaszcze moje plecy.
Tak dokładnie to robi - jak dorośli przyjaciele, którzy przekazują sobie nieme wyrazy sympatii i wsparcia.

Wtedy ja mówię "Kocham Cię, Synku" i też głaszczę małe plecki.
I prawie za każdym razem muszę się powstrzymać, żeby z tego Szczęścia się nie rozpłakać.

Tak wygląda nasz mały rytuał. Pierwszy uczuciowy, emocjonalny rytuał, który Sebastian sam wprowadził w nasze życie. Najwspanialszy, w jakim przyszło mi uczestniczyć.

Niedzielnie

7-letnia córka mojej koleżanki zadała mi dzisiaj pytanie:
-Marta, a kiedy Sebastian zacznie mówić po ludzku? Bo na razie to gada po dzidziusińsku.

:) Uwielbiam tą prostotę i logikę dziecięcego myślenia.

Niedziela cudna. Dokładnie taka, jakie niedziele być powinny.
Z energią możemy zaczynać kolejny tydzień, niecierpliwie oczekując weekendu.

A te oczekiwania, niech umili lektura ulubionych blogów :)
Polecam.

http://mamuskamartuska.blogspot.com

Wielka to przyjemność, że mogę być podglądaczką Martuśkowego Świata. 

sobota, 11 maja 2013

1000

Tysiąc wejść :) Nawet się nie spodziewałam, że to takie miłe uczucie :) Dziękuję...za to, że w tym zabieganym Świecie ktoś znajduje chwilę, aby się tutaj zatrzymać.

Nie będzie dziś ciągu dalszego historii. Za mocno jestem roztargniona, a do opisania tego powrotu potrzebuję koncentracji.
Tymczasem myśli mi krążą wokół piętrzących się weekendowych zadań.
W tydzień udało nam się tak zapuścić mieszkanie, że kiedy dziś po raz pierwszy, spontanicznie zaprosiłam sąsiadkę na herbatę, było mi OKROPNIE wstyd. Ale ja z tych, co towarzystwo cenią ponad wszystko, więc przeprosiłam grzecznie za nieład i podałam pachnącą lasem herbatkę z ciasteczkami ;)
Mamusie popijały, a dzieciaki się bawiły.
Sąsiedzi mają 15-miesięczną Emilkę. Emilka i Sebastian nawiązali już znajomość na korytarzu, a ostatnio nawołują się wzajemnie przez balkon. Kiedy już się tam spotkają, to piszczą i gadają po swojemu. Sebastian chwali się psem, Emilka strzela uroczymi uśmiechami. Nawet łapią się za rączki przez barierki. Słodziaki :)
Dziś przy zabawkach dogadywali się super....to znaczy nie było ryku, że jedno trzyma to, co akurat chciałoby trzymać drugie ;)
My tak na razie ostrożnie...głównie o dzieciach. Ale mam nadzieję, że z czasem zrobi się swobodniej. Fajna Sąsiadka to jest super sprawa!
Na koniec spotkania, jak na prawdziwą randkę przystało, był buziak. I to taki obustronny!!!!
Mój Syn pierwszy raz pocałował inną dziewczynę, niż Mama, Babcia, Prababcia i Ciotki!
Hihi! ale zazdrosna nie jestem. Wyglądało to cudnie i okropnie żałuję, że nie miałam akurat aparatu w rękach.

Nigdy nie sądziłam, że taką przyjemność będzie mi sprawiało przyglądanie się dziecięcym interakcjom.

Skoro już dzisiaj piszę o radościach, to zdradzę, że po 3 latach udało mi się zrealizować marzenie pod tytułem Wczasy :D Co prawda 3 lata temu miały to być megaszalone, w kosmos wykręcone, odjazdowe, odlotowe, kolorowe wakacje na Ibizie.
A co będzie?
Tygodniowe wczasy, w domku,  z wyżywieniem, w Pogorzelicy, w towarzystwie mojej Mamy, no i Syna naturalnie....i psa z adhd :P
Co najlepsze - po trzech latach miejskich wakacji, jaram się tym nie mniej, niż tą moją niespełnioną i odłożoną pewnie ad calendas greacas Ibizą.


środa, 8 maja 2013

Tchnienie wiosny

Siadłam wieczorem na balkonie. W kubku herbata, na kolanach laptop, obok przytulony pies, w pokoju miarowo oddychające małe ciałko ze spokojną buzią aniołka, za barierkami zielone korony drzew.
Pełna harmonia.
I ten zapach.
Uwielbiam go. Zapach maja i czerwca. Zawsze wtedy powietrze niesie ze sobą takie tchnienie świeżości, rozkwitania i innych rzeczy, których nie potrafię zdefiniować.
Ten zapach przynosi mi zawsze wspomnienia.

Trzy lata temu o tej porze roku stanęłam na rozdrożu.
Stawałam już kiedyś na rozdrożach, ale chyba nigdy decyzja nie była tak trudna...a konsekwencje tak ogromne.
Wybrałam.
Do tamtego punktu dotarłam z kimś u boku.
A dalej poszłam już sama.
W dodatku w kierunku oznaczonym "Me, myself and I", chociaż to w sumie przecież do mnie nie podobne. Ale wtedy wydawało mi się potrzebne.
W tamtym czasie powietrze pachniało wolnością i miłością do samej siebie. Tak czułam. Że zrobiłam to z miłości do siebie.

Od tamtej pory prawie co wieczór ten Zapach wyzwalał we mnie nowe odczucia i emocje. Dzisiaj gdy go czuję, przeskakują mi przed oczami obrazki-wspomnienia.

Wieczorne powroty od K. z nastawionym w samochodzie na niekończące się repeat "Try sleeping with a broken heart" ....tak, ta piosenka pachnie właśnie w ten sposób.


Balkonowe babskie zajęcia u A., z cienkim papieroskiem w ręce, wieczne analizy związków byłych i obecnych. 

Spontaniczne spotkania z P. w połowie drogi, albo w domu, albo gdzieś na parkingu. 

Wyjścia nocą i bolesne powroty po wschodzie słońca. 

Jazda dwupasmówką w stronę Szczecina, jak najszybciej , żeby już zacząć pełen atrakcji weekend z M. 

I towarzysząca temu wszystkiemu ciekawość...co dalej? Co jeszcze? Co więcej może się zdarzyć? Co bardziej szalonego możemy zrobić? 

A później wieczory zmieniły Zapach na letnio-upalny. 
Aż lato poszło i przyszła jesień. 
A ja ciągle żyłam jak owiana tą wonią. Tak jakbym codziennie się nią pryskała. 
I wreszcie całkiem niespodziewanie wrócił On. 

Wszystko zaczęło pachnieć inaczej...ale to już historia na osobny wpis.  




piątek, 3 maja 2013

Stereotypy

Trochę pleśniakowa ta moja majówka.
Piątek wieczór, Seba ma opiekunkę w postaci Dziadka, a ja upiekłam jabłecznik i grzeję własną kanapę z laptopem na kolanach.
Ehhh i tak to zawsze jest , jak nie mam z kim dziecka zostawić, to opcje się mnożą.
Dobrze, że chociaż wczoraj byłam na piwku z kolegą. Świetnie tak sobie wyskoczyć do pubu. Na ludzi popatrzeć, pogadać na różne tematy. Mogłabym tam z nim siedzieć do rana chyba, no ale niestety o 22 grzecznie już byłam w domku, bo kolega szykował się na bieg w półmaratonie.
Coś wspominał o jakiś baletach dzisiaj, ale niestety propozycji nie ponowił. Może miał jednak gorsze wrażenia z wczorajszego wieczora niż ja?

No marnuje się mój imprezowy potencjał. Nie żebym miała coś przeciwko towarzystwu własnego syna i ojca, ale tak bym chciała gdzieś polecieć ;)

Mimo wszystko dzień spędziliśmy intensywnie. Byliśmy na długim spacerze i na basenie.
I wygląda na to, że stanowiliśmy nie lada atrakcję.
Dostarczyliśmy ludziom rozrywki w postaci zachodzenia w głowę kto jest kim w naszej trójce.
Aż wreszcie po serii ukradkowych przyglądań się z ukosa, dorwała mnie pod prysznicem Pani. Po przemiłym wstępie z licznymi komplementami pod adresem syna,  Pani zapytała "Ja może tak niedyskretnie troszeczkę, ale ten pan, to tato, czy dziadek?"
W tym momencie trzy panie z pryszniców na przeciwko nastawiły ucha.
"Owszem Tato" - mówię - "MÓJ"

Cóż za rozczarowanie wymieszane z ulgą wymalowało się na ciekawskich twarzach.
"Ojej no bo synek taki podobny..... no ja sobie pomyślałam, że to chyba ojciec...no wie Pani, teraz to mężczyźni lubią takie młode sobie wziąć...no ale żeby takie małe dziecko...to oczywiście by się chwaliło właściwie, że jeszcze w tym wieku, no rozumie pani.... Ale to dziadek jednak! I to pani tato!, a myślałabym, że męża na pewno...." BLA BLA BLA....
Jakiego męża w ogóle?
Czy ja mam obowiązek mieć męża?
Czy ja muszę z mężem i dzieckiem na basen chodzić, żeby nie wzbudzać powszechnej sensacji?
Czy to jest takie nienaturalne, że dorosła córka lubi spędzać czas ze swoim ojcem, a ojciec-dziadek lubi z córką i wnukiem?
Pod wieczór byliśmy na deptaku na lodach i przez tą prysznicową pogawędkę, wciąż maniakalnie rozglądałam się wokół doszukując się kolejnych oskarżycielskich spojrzeń.

Pieprzone stereotypy.


środa, 1 maja 2013

Majówka

Rozlazłam się!
Mając w perspektywie tak dużą ilość wolnych dni, pozwoliłam sobie wczoraj wieczorem na leniuchowanie. Dzisiaj rano na dłuuugie zaleganie w łóżku (podczas którego Sebastian dokonał w pokoju lekkiego pobojowiska). I tak do tej pory nie mogę się zebrać. 
Zrzucam swoje lenistwo na karb pogody, która jest jakaś niewyraźna. 
I wcale się nie tłumaczę! ;) Sebastian śpi już od przeszło dwóch godzin. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio zdarzyła mu się taka drzemka w ciągu dnia. 

Żeby jednak nie było, że w Święto Pracy nie robię kompletnie nic, to chociaż z grubsza ogarnęłam łazienkę i kuchnię ;) 

Plany majówkowe były ambitne - festyny, wyjazdy, grille....ale telefon milczy, więc podejrzewam, że wszyscy są w podobnym stanie jak my :P 

Dziwny dzień. Nawet ten wpis jest o niczym. 





A to kilka zdjęć z jednego z naszych codziennych spacerów. 
Mam nadzieję, że moje dziecko nie będzie miało traumy z tego powodu, że codziennie bawi się przy cmentarzu :P 

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Przyjaciółki



Zastanawiam się, czy kobieca przyjaźń traci na wartości w obliczu założenia rodziny?
Może naiwne pytanie, ale nie wiem tego, bo rodziny nigdy nie zakładałam.
Chyba silne relacje damsko-męskie prowadzą do zmniejszenia zapotrzebowania na  związki z drugą dziewczyna. Właściwie brzmi to całkiem racjonalnie.

Ciągle mam w głowie obraz siebie i moich Przyjaciółek, przypominający ten z serialu "Klub Szalonych Dziewic". Oglądałam go zawsze z takim poczuciem, że to prawie jak o nas.
Teraz za tym tęsknię.
Odległości i natłok nowych obowiązków oraz zmian nas porozdzielały, pooddalały od siebie i naprawdę brakuje mi moich Przyjaciółek.
Czasem wiem, że jest im smutno, ale nie przychodzą się wyżalić, bo nie mają czasu.

Dobrze jednak się stało, że te zmiany zaszły, kiedy ja już z własną nową sytuacją zdążyłam się oswoić. Że miałam Dziewczyny przy sobie przez najtrudniejszy okres w życiu - czyli w czasie ciąży. Wszystkie były obok, na każdą mogłam liczyć zawsze. Czułam ich wsparcie w każdej sekundzie.
Nie! Źle piszę. Bo przecież nie tylko ich. Ich partnerów również.

Uwielbiam moje Przyjaciółki i ciągle mam w serduchu nadzieję, że te rozluźnione więzi, na nowo się zacieśnią.

Mam tyle dobrych skojarzeń kiedy o nich myślę :)
Agata - była moją "żoną". Z dnia na dzień wprowadziła się do mnie i zaczęłyśmy szalone intensywne wspólne życie prowadząc jednocześnie "wspólne gospodarstwo domowe".
Agnieszka - razem pracowałyśmy, razem byłyśmy na wakacjach, dawała mi korepetycje z  rosyjskiego, które kończyły się psychoanalizą zalaną dwoma butelkami Carlo Rossi.
Kamila - wieloletnia, bo od liceum. Od wielu lat na odległość, ale dzięki mailom zawsze na bieżąco.
Karolina - również lata wspólnych doświadczeń. Aż ciężko to streścić. Chyba niewiele jest rzeczy, których nie robiłyśmy razem. To ona ściskała mnie za rękę, kiedy myślałam, że świat rozpada się w drobny mak. I to nie raz.
Malina - burzliwy związek dusz. Wiele pretensji, ale jeszcze więcej dobrych uczuć między nami. Maaaasa przeróżnych przeżyć, tony wsparcia, setki najszaleńszych imprez, godziny "życiówek". Jest jak druga Siostra. Tylko znowu zadziałała złośliwa odległość.
Marta - nasza Bree i Perfekcyjna Pani Domu w jednym. Jeśli kiedyś założę prawdziwe domowe ognisko, to własnie do niej będę biegać po radę. Znajomość stosunkowo krótka i jakby na nieco innym poziomie, ale jest dla mnie jak Rodzina.

Cenię wysoko i kocham każdą. Tą fajną dziewczyńską miłością,której "chłopacy" nigdy nie rozumieją.
Wdzięczna jestem za to, że pojawiły się w moim życiu, bo każda wniosła w nie coś wyjątkowego.

Edit: Przemyślałam sobie ten wpis i jednak zrobiłam błąd, że napisałam tu o nich po kilka zdań. Bo każda zasługuje co najmniej na osobny wpis. A właściwie, to na oddzielnego bloga, w którym mogłabym zamieścić wszystkie wspólne historie!

niedziela, 28 kwietnia 2013

Kocham weekend!

Późno już, a chciałam o tylu sprawach napisać....
Postanawiam sobie jednak, że z poważnymi kwestiami się prześpię. A dziś tylko zapisuję, że weekend był bardzo udany.
Było wszystko: gotowanie, sprzątnie, zakupy, spacery. I sobotni wieczór dzieciowo-brzuszkowy z przyjaciółmi. I dziś z przyjaciółmi wspólne obiadkowanie i spacerowanie.
A rano byliśmy z Minim na basenie po długiej przerwie. Zabawa była przednia, choć młody trochę oszołomiony. Już nie pamiętał co to za miejsce. Ale przez to taki uroczo- mamusiowy. Przytulony do mnie i chodzący bez buntu za rączkę grzecznie. Całuskowy i uśmiechnięty. Chlapał wodą, zjeżdżał na ślizgawce i chciał pływać w kole (pokazywał paluszkiem "tu! tu!").Uwielbiam go takiego!
Jejku jak bym chciała mieć więcej takich dni dla niego!
Czas się nie cofnie, te momenty nigdy nie wrócą, a my 3/4 życia lecimy utartym schematem dnia, w którym mamy dla siebie tylko niepełne 3 popołudniowe godzinki.
Ojj jak nie lubię tego. Bardzo :(

Ale miało być dziś optymistycznie.
Więc ważne, że chociaż mamy te weekendy aby nadrobić to Mamo-Miniowe współbycie. A już za dwa dni kolejny weekend! I to jaki długi!

A na koniec dnia udało się sprzedać wózek. Miło, bo miejsce w pokoju się zrobiło i gotówka w kieszeni. Ale jakoś tak, jak już odjeżdżali tą naszą furką, to coś ścisnęło mnie w sercu.

To było jeszcze w innym życiu, kiedy z K. i S. pojechaliśmy w stronę Sławy wieczorem, żeby go kupić. Taka byłam tym ważnym zakupem oszołomiona, że go jednak za dobrze nie przemyślałam. Dziś wybrałabym inny wózek. Ale wtedy ten właśnie wydawał się super i dumna byłam, że już jest. Soczyście zielona formuła jeden z odblaskami ;D
Wyobrażałam sobie jak to będzie, kiedy ułożę w nim Fasolkę, która w brzuszku fikała jeszcze. Co chwilę zachodziłam do pokoju na niego patrzeć :)
No ale już nie jest nasz. Teraz inna podekscytowana mama ogląda go z każdej strony.
I ojjj...jeszcze się naklnie na trójkołowca :P

czwartek, 25 kwietnia 2013

Emocje!


Fyrst: Jestem zła! Wymyśliłam wakacje: znalazłam piękne domki nad morzem, w przepięknej wręcz cenie. Ugadałam się z właścicielką, że będę mogła zabrać z sobą psa, mimo że generalnie nie przyjmują. Już-już widziałam się z mamą na tarasie, z winkiem w dłoniach. Miniego w piaskownicy przy domku.
Aż tu nagle firmowa rzeczywistość podcięła mi skrzydła. Kolega z teamu wykupił sobie lot do Amsterdamu 13.06 i ja muszę być w biurze w tym terminie. Łaaaaaajjjjjjjjjjjj? Pani ma terminy wolne tylko do 17. Wcześniej nam nie pasuje za bardzo, bo Siostra moja jedyna przylatuje do Polski i chciałabym z nią raz na rok spędzić trochę czasu.
I się skaszaniło.
Naprawdę skrzydła mi opadły :(
Mam jeszcze plan, żeby tą moją małą emigrantkę na tenże wyjazd namówić, ale czy się uda - nie wiem.
Nie byłam na żadnych wczasach od czerwca 2010 roku. I teraz, kiedy już było blisko, musiała znaleźć się jakaś przeszkoda.

Tłajs: Coś mi jednak poprawiło humor. Kierowana moim postanowieniem, że będę informować ludzi o pozytywnych wrażeniach wobec ich osób, pozostawiłam w moim ulubionym Mamo-blogu szczery komentarz.
Znalazłam go dzisiaj na głównej stronie tegoż bloga. Okraszony entuzjastycznym przyjęciem uradowanej Autorki :)
Nie spodziewałam się zupełnie, że sprawię Jej kilkoma zdaniami tyle radości.
I teraz obie się cieszymy. Ona z tego, że napisałam. Ja z tego, że było jej miło, że przeczytała i wyróżniła.
Ostatnio rozmawiałam o tym z M. O tym, że ludzie są tak krytyczni, że wszędzie masa hejterów, że zawsze znajduje się ktoś, kto chce Ci wbić szpilę, że sprawianie przykrości jest tak częste.
A mówić o tym, co dobre i miłe, co pozytywnie odbieramy jest jakoś tak ciężko. Zawstydzająco jest się emocjonować, przeżywać radośnie. Krępuje nas kogoś docenić, powiedzieć mu jakie ma zalety, co w nim lubimy, co zrobił dobrze.
A to przecież odwrotnie powinno być. O ile przyjemniej by się nam żyło :)

A wracając do Mamuśki-Martuśki, Autorki wielbionego przeze mnie bloga, który jest właśnie jednym z tych, o jakich pisałam kilka dni temu - myślę, że mogłybyśmy zostać koleżankami. Chyba mamy sporo wspólnego - poczynając od imienia, miasta, studiów i dzieci w podobnym wieku. Kończąc na tym, że obie piszemy blogi o macierzyństwie. To akurat wygląda u każdej zupełnie inaczej, ale jednak - kiedy zajrzeć głębiej, również znajdzie się wiele podobieństw.
Przypadkiem trafiłam do tego Jej blogowego Światka, ale mam coraz większe wrażenie, że może tak to miało być :)

środa, 24 kwietnia 2013

Pamiątka

Pewnego dnia, kiedy byłam jeszcze w ciąży, otrzymałam wiadomość od mojej znajomej, która mieszka w Holandii, przez co kontakt mamy sporadyczny i jedynie internetowy.
Napisała mi, że bardzo jej się podoba jak przeżywam swoją ciążę na Facebooku i że powinnam te posty wszystkie zebrać, wydrukować i zachować na pamiątkę.
Co jakiś czas przypominają mi się te słowa. Oczywiście nigdy nie zdążyłam tego zrobić, ale chyba M. miała rację - byłaby to świetna pamiątka.
Tak więc dzisiaj postanawiam uroczyście, że wszystkie te posty, publikacje w blogach, oraz fragmenty maili, dotyczące moich ciążowych przeżyć zbiorę chronologicznie ułożone w jednym miejscu.
Myślę, że większość trafi właśnie tutaj. Całość faktycznie wydrukuję i ukryję razem ze starymi zeszytowymi pamiętnikami.
Gdybym miała córkę, pewnie podarowałabym jej to na 18 urodziny. Ale wątpię, aby syn mój w wieku nastoletnim wykazywał zainteresowanie ckliwymi maminymi opowieściami.
Sama więc sobie w te jego 18 urodziny wyjmę pożółkłe już kartki, winko otworzę i z łezką w oku poczytam jak to było przerażająco ;)

wtorek, 23 kwietnia 2013

Duchy jakieś?

Pies podczas naszej nieobecności wydrapał połowę obicia z drzwi :/ To już drugi raz w jej 5-letniej karierze. No ale ok, to się psom zdarza. Oczywiście nie zastanawiała się nad tym, że może ja mam tyle spraw na głowie i tyle wydatków, że akurat zajmowanie się doprowadzaniem wyglądu drzwi do ładu nie było mi bardzo potrzebne... no na pewno się nie zastanawiała, bo gdyby o tym pomyślała, to z pewnością nie dołożyłaby pańci swej kochanej obowiązków.
Nie pojmuję natomiast dlaczego wskoczyła na kosz na pranie (wieko było zapadnięte, a ciuchy ugniecione w środku), ani tym bardziej do wanny (tu zdradziły ją ślady łap i część złamanego pazura).

Musiało się wydarzyć coś dziwnego. Coś, co ją bardzo zdenerwowało. Po naszym powrocie też była aż nadto pobudzona.
Obeszłam mieszkanie w poszukiwaniu "dowodu zbrodni", ale nic nie znalazłam. Zryłam się nawet, że może ktoś tu był i łaził, może się bała, może to ktoś zamknął ją w łazience? Drzwi na balkon były otwarte, a zostawiałam je zahaczone. Ale równie dobrze, zaczep mógł sam jakoś spaść. Nic nie zginęło, nic innego nie jest rozwalone, więc chyba jednak Kajka była sama. Ale co ją doprowadziło do takiego szału, żeby tak wydrapać drzwi i wskoczyć do wanny, której przecież nie lubi???
Pytałam sąsiadów, czy coś się działo, ale nic nie słyszeli.
Śledztwo zakończyłam bez sukcesu.
Dziwnie mi z tym jakoś. Tak trochę niepokojąco...

Patrzę i beczę...


Nie opatrzę tego komentarzem. Mówi samo za siebie. 





W Jego życiu nie ma tego i nigdy nie będzie.
Czasem czuję się winna.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Mama - Pędziwiatr


Jestem w wiecznym niedoczasie. Mam wrażenie, że od ponad roku ciągle się spieszę i nie mogę zdążyć. Bez przerwy z czegoś rezygnuję. Chyba wspominałam już kiedyś, że jeśli ktoś kazałaby mi wyliczyć skojarzenia z wyrazem macierzyństwo, wymieniłabym na pewno między innymi 'priorytety' i 'wybory'.
Obiad, czy spotkanie z koleżanką?
spacer, czy zakupy spożywcze?
Zrobić więcej rano, czy się wyspać?
Urząd Miasta, czy Skarbowy?
Wyjazd, czy sprzątanie?
Pomalować paznokcie, czy umyć włosy?
Zdjąć pranie z suszarki, czy wyszorować kuchenkę?

Dzień w dzień podejmuję wybory, bo jestem ograniczona czasowo. Czasem chciałabym już się zatrzymać, usiąść i nie mieć w głowie gonitwy myślowej, że kurczę przecież jeszcze kwiaty podlać trzeba, zmyć podłogę na balkonie, posegregować rachunki...a jeszcze chciałoby się najnowszy odcinek "Lekarzy" wciągnąć...chociażby stojąc nad deską do prasowania.

Nawet weekend już zaganiany miałam. Wcale nie czuję , żebym odpoczęła. I zabrakło mi czasu, bo chciałam Sebciowym Pradziadkom zawieźć pizzę osobiście upieczoną, ale już było po 17 i trzeba było wracać do Zielonej. Pizzę przekazaliśmy na ręce mojego Taty, z nadzieją, że dostarczy pod wskazany adres ;)

Zastanawiam się, czy gdybym nie pracowała, to byłoby inaczej? Pewnie nie, bo przecież robota w domu nigdy się nie kończy, a obecność dziecia wcale nie ułatwia. Krótko mówiąc - Mama ma zawsze zapierdziel na maxa.
Od kiedy jestem mamą, mam świadomość jak do tej pory marnowałam czas. Ile rzeczy mogłam robić, a nie robiłam. Ile można było w wolnym czasie posprzątać, gdzie jechać, co pozałatwiać. Szkoda, że człowiek zawsze za późno taki mądry jest.

Chciałam jeszcze o czymś istotnym wspomnieć, ale w natłoku myśli zdążyłam zapomnieć. Już nawet dobrze się skupić nie mam czasu... a właśnie muszę zdecydować, czy zrobić zakupy po pracy, czy w ramach spaceru z Bąblem? na czym niestety ucierpi nasz pies.

Ah wiem już. Wczoraj bylismy za miastem na kawie w pewnym zajeździe. Siedzieliśmy na tarasie przy placu zabaw. Obok nas usiadła rodzinka z dwójką dzieci. Dzieciaki poleciały na plac, rodzice zamówili piwko, obiad. Za jakiś czas dojechała do nich druga taka sama rodzinka. Ekipy rodziców i dzieci połączyły siły i tak sobie spędzali lajtowe niedzielne popołudnie. Wspólny obiad, browarek, słońce, świeże powietrze. Zamarzyło mi się, żebyśmy z naszą paczką mieli takie niedziele z wolnym czasem, który byśmy mogli poświęcić na wspólny odpoczynek. Bez tej gonitwy codziennej. Tak sobie pojechać za miasto i na trochę się razem wyłączyć :)

czwartek, 18 kwietnia 2013

Próby


Na próby jestem wystawiana codziennie. Mogę się już nazywać wojowniczką...weteranką  treningów z cierpliwości. Właściwie to wystarczy nazwać mnie... Matką haha. Bo w końcu nie tylko ja jedna tak mam. Tylko, że ja muszę zawsze sama.
Tak, to znowu będzie post o tym, że nie ma lekko. No bo nie ma kurczę, wiec nie będę tutaj udawać, że świetnie sobie radzę i że jest zawsze jak w bajce.
Ale wcale nie trzeba być samą mamą, żeby sobie nie radzić z nadmiarem wszystkiego. Po prostu czasem są takie dni.
U nas zaczęło się od wczorajszego wieczora.
Spędziliśmy go z M. Ja zadowolona, bo lubię takie babskie pogaduchy przy lodach, ale Młodzian trochę mniej, bo już zmęczony i marudny. Spać tam oczywiście nie chciał. Pozwalał ze stołu i szafek wszystko, co dało radę dosięgnąć, obżarł się czekoladą aż zwymiotował, wylał psu wodę z miski, wyszarpał go za uszy, walał się po nim aż wymusił powrót do domu.
No i teraz szybki opis wydarzeń.
W drodze do auta biegnie po betonie, co kończy się glebą, dwoma otarciami na nosie i jednym na czole.
Nie daje się jednak posadzić w foteliku. Z ramienia spada mi duża torba, on się pręży, zapiąć się nie da, zrywa mi ulubiony złoty łańcuszek (po raz trzeci conajmniej).
W wannie zakręca ciepłą wodę i odkręca zimną, po czym wyje, że mu za zimno.
W łóżku się wierci, jest tak zmęczony, że nie może zasnąć. Pada. Jest po 21, zmywam, sprzątam, wychodzę z psem, karmię psa, kąpię się, suszę włosy, szykuję śniadanie, ubranie. Siadam, przeglądam promocje w gazetkach z marketów. Mam zamiar obejrzeć "Narkotyki" na National Geographic, ale o 22:50 oczy mi się zamykają.
Wstaję o 6:25. On o 6:30. Ryczy kiedy myję zęby. Pręży się na nocniku, nie zrobi na niego siku za Chiny pańskie. Bawi się wózkiem, uderza w kafelkę, kafelka odpada, podnosi ją i z impetem rzuca na ziemię. Kafelka pęka. Jem śniadanie w pośpiechu, wisi na mnie, że on też chce. Jemy razem. Ubieram go do wyjścia. Zauważam, że gęba oklejona smarkami. Idziemy myć buzię i odciągnąć katar. Wierzga nogami w adidasach na rzepy - zahacza mi rajstopy. Wkładam obcasy, zapinam psa. Wychodzimy. Czekamy na windę, kładzie się w jasnym polarze na ziemi na korytarzu. Winda nam ucieka. W następnej siada na ziemi i nie chce wyjść. Na dworze nie chce iść, muszę go nieść. W jednej ręce on, w drugiej pies na smyczy, obcasy 10cm na nogach. Wracamy odprowadzić psa, znowu wiotczeje na korytarzu i drze się na pół bloku. Karmię psa, zabieram torbę, zjeżdżamy na dół. Kolejny bunt w windzie. Niosę go do samochodu, bo już od 2 minut powinniśmy jechać. Pręży się przy wkładaniu do fotelika. Do żłobka na nogach nie pójdzie. Niosę go. Odstawiam w końcu i oznajmiam, że przemyślę, czy po niego wrócić, bo go dziś nie cierpię :P
W moich seksi butkach zapieprzam dziurawymi polskimi chodnikami do roboty, siadam w fotelu. Jest 8 rano, jestem wykończona i chce mi się ryczeć. Wzdycham do kolegów z pracy, że czasem naprawdę ciężko jest to wszystko samej ogarnąć.

A no tak. Przecież ja już chyba opisywałam podobny dzień? Oczywiście...bo tak wygląda kilka poranków w ciągu tygodnia.

Jestem hardcore'm! ;P

Na szczęście po południu wrócimy do domu, być może nie będziemy się już po nic śpieszyć. Młody będzie marudził, ale zajmę go trochę spacerem, trochę balkonem...siądzie na podłodze i zacznie układać drewniane klocki jeden na drugim aż zbuduje wysoką wieżę, a ja zaskoczona poczuję jak rośnie z dumy matczyne serce, że dziecko robi coś nowego, że gdzie on to podpatrzył, że z taką precyzją i skupieniem ustawia...
I wszystko przejdzie i już nie będę chciała uciekać w najodleglejszy zakątek tego Świata.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Mama podglądaczka


Ze zdziwieniem obserwuję rosnące statystyki mojego bloga. Skąd WY się bierzecie? Kim jesteście? Czy zaglądacie tu przypadkiem, czy regularnie? O kilku osobach wiem, ale np. wejścia z Rosji? I to całkiem liczne. Miło :)

Ja też uwielbiam czytać blogi. Od kiedy w ogóle powstało takie zjawisko, czytam i pisuję. Kilka moich dzienników niestety zostało już skasowanych przez zamknięte serwisy - szkoda, bo pamiątka przepadła.

Wracając jednak do czytania, często trafiam na blogi tak dobrze pisane i szczere, że wciągają mnie na całe dnie. Ciężko się oderwać. Jak od dobrej książki. I nie zawsze dotyczy to tematyki lekkiej, łatwej i przyjemnej.
Zimą czytałam notorycznie blogi o chorobach i umieraniu. Wyciągałam z nich egoistyczne podbudowanie, siłę do pokonywania głupiej chandry spowodowanej błahymi powodami. Dzięki nim, szłam odebrać Synka mojego z szerokim uśmiechem na twarzy, bo wiedziałam, że czeka na mnie zdrowy i szczęśliwy i ja idę po niego zdrowa i przecież szczęśliwa też. Zresztą chyba już wspominałam o tym.
Czytuję też blogi "mamowe", kulinarne, o odchudzaniu i o życiu w ogóle :) To takie pasjonujące podglądnąć czyjś dzień, czyjeś rozterki, radości , smutki. Ciekawe jest to, że czasem na te same zjawiska patrzymy z kompletnie różnych punktów widzenia, mamy inne opinie, przekonania, inaczej przeżywamy...a czasem właśnie bardzo podobnie.
Szkoda, że nie mam już tyle czasu na to podglądactwo, co kiedyś ;)

Za to teraz mam czas na podglądanie dorastania mojego dziecka. I własnie jak tak sobie ostatnimi czasy go podglądam, to dziwię się kiedy on z małego żółwika w zwolnionym tempie, stał się chłopcem. Patrzę na jego zdjęcia i widzę ogromną różnicę. Najpierw był przyklejonym do mnie noworodkiem, później uroczym okrąglutkim bobaskiem nadal na mnie wiszącym, później siedzącą zawsze obok dzidzią, a teraz jest świadomą osobną jednostką, która nawet własnymi ścieżkami chce podążać. Mało tego -dobrze wie co  do niego należy. Wczoraj na spacerze z psem, zatrzymaliśmy się przy naszej ulubionej ławeczce. Sebastian zbierał patyczki i próbował rzucić Kajce do aportu, albo chociaż dać jej do pyska, żeby sobie potrzymała. Przechodziła koło nas rodzinka z córeczką - okazało się, że w tym samym wieku. Nota bene, później mnie oświeciło, że chyba chodziliśmy razem na szkołę rodzenia, ale że tamten etap pamiętam przez lekką mgłę, to późno skojarzyłam i nie zapytałam, czy się nie mylę. Rodzinka zatrzymała się przy nas, bo oczywiście Kajczana musi się witać ze wszystkimi przechodzącymi. Sebastian bacznie obserwował sytuację z pozycji wózka, a gdy pies do niego podszedł, zaczął jak nigdy głaskać ją, klepać i przytulać! Robi to owszem, ale w domu. Na dworze się tak nie czuli :) Później zszedł z wózka i gdy Kajka znów podbiegła do tej rodzinki, on za nią i co jakiś czas podchodził i klepał ją, jakby chciał przypominać -"To jest MÓJ piesek. Pamiętajcie!"
Bardzo mnie to przechwalanie rozbawiło. Bystrzak mały :)

I tylko pytanie jedno mam - jak z pełną świadomością można zrezygnować z uczestniczenia w tym małym życiu? W rozwoju małego człowieka, jego odrębności, świadomości, charakteru? Z brania udziału w tych małych-wielkich wydarzeniach i postępach. Przecież to tak ogromna przyjemność. Odpowiedzialność naturalnie też. Ale ile satysfakcji, że przecież to Wy stworzyliście :)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Weekendowy reset ;)


Boże...Boże...Boże...Bożenkoooo!
Hahaha.
Ależ miałam upojny weekend! Kolejny raz powrót do domu w podartych rajtach. Znaczy się, że dobrze było!
Gorzej niestety wisiało się nad muszlą całą noc i pół dnia:P Głupia ja! Nie mam woreczka żółciowego, a mieszam wszystko jakbym była młoda i zdrowa :P Przez to nie zdążyłam dotrzeć do klubu z muzyką i potańczyć :(
A pod blokiem zapomniałam kodu do domofonu i nie można mnie było doprowadzić do domu. To tak źle chyba jeszcze ze mną nie było :P
Najgorsze jednak jest to, że umówiłam się z kolegą ze studiów, z którym od magisterki się nie widziałam i w tymże stanie obdarowałam go życiówkami na temat ojca mojego dziecka, a także na inne tematy, których chyba dokładnie nie pamiętam.
Na szczęście chyba jakoś tragicznie to nie wyszło, bo kolega jeszcze ze mną gada :)

Szkoda tylko, że niedziela z piękną pogodą zmarnowana. A chcieliśmy z Digonem gdzieś podjechać nad jakąś wodę. Ale ja do 15 zdychałam w łóżku. Durna jestem. Stara i durna :P
I smutno mi dzisiaj było, jak Tato od nas jechał. Miniutek też od rana nie w sosie.  W nocy zbudził się z gorączką i nie mógł usnąć. Ehhh i w ten sposób powrót do rzeczywistości i codziennych zmagań. No ale czasem dobrze jest się zresetować. Każdemu się należy raz na pół roku ;)

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Wiosenka!



Uwielbiam ten kawałek i tą reklamę.
Zwłaszcza teraz, kiedy wreszcie czuć wiosnę i nie trzeba już tęsknić za słońcem, bo codziennie jest. Zagląda przez okna, każe nam mrużyć oczy, grzeje psi grzbiet...
Jest dobrze!

A filmik z reklamy, stworzony w tym samym stylu, co również wielbione przeze mnie DEFTO i "We found love", przypomina dawne, beztroskie czasy. I wbija lekką szpilę, strofując, że można było mocniej i więcej. Że tamto, to był właśnie TEN czas. I że już nigdy nie wróci. I że młodzi, są oni, a ja już nie.
Jak korzystać z życia w 200% ? Ciągle się zastanawiam i zawsze znajduję milion przeszkód i utrudnień, które, zdają się na to nie pozwalać.
Chyba jestem niedojrzała. I obawiam się, że nigdy nie dorosnę. Chciałabym się zawsze bawić i gonić to, co niedoścignione :)

środa, 3 kwietnia 2013

Zuzia...

R.I.P. Zuzia -11.2007-02.04.2013 :-((

...

Nie mam siły opisywać Świąt.
Pogoda iście zimowa - śniegu było więcej niż w Wigilię.
Dziadkowie mieli jelitówkę, więc nie przyszli, za to ja po odwiedzinach u nich też się zaraziłam i nie było to nic przyjemnego :(
A na koniec, po powrocie do domu, zastałam w klatce martwą Zuzię :( Mam straszne wyrzuty sumienia. Gdybym jej tak nie zostawiała, pewnie udałoby mi się zareagować w porę i ją ratować. Do dupy ze mnie opiekunka :(  Nie umiem sprostać wszystkim obowiązkom i jestem nieodpowiedzialna.
Strasznie mi smutno, nawet do pisania nie mam nastroju :(

czwartek, 28 marca 2013

Czwartek

Nawet ze zwykłym kolegą nie mogę się umówić, żeby nie okazało się to niewypałem. Czy ja nie powinnam mieć na drugie imię  Porażka?

W związku ze zdupionym planem popołudniowym, przeanalizowałam przy wspólnym obiedzie, marność swoich stosunków damsko-męskich (a właściwie ich braku) z K. Po powrocie do domu zrobiłam połowę "Killera" Chodakowskiej (więcej nie dałam rady!) i dwa treningi 6-minutowe. I padłam. Ale przynajmniej nie mam doła i nic sobie nie wkręcam. Jestem spocona i zmęczona i właściwie tyle.

Najważniejsze, że już jutro jadę do mojego Sebastianka! Wycałuję tego małego szelmowskiego buziaka. Stęskniłam się nieziemsko!
Chociaż muszę przyznać, że myślałam, że będzie gorzej. Jednak miałam tyle zajęć w ciągu tych 3 dni, że minęło ekspresowo. Wczoraj odwiedziłam mojego ulubionego fryzjera- wreszcie mam takiego boba jak zawsze chciałam. Później moich ulubionych perfekcyjnych państwa domu, którzy czekali na mnie z obiadkiem - noim noim, jak mawia mój synek ;) Byłam taka głodna, a na stół wjechały parujące gołąbeczki!!! Jeszcze dziś pochłaniałam drugą turę - bo dostałam w słoiku. Kompleksów się można nabawić ;)
Po powrocie do domu padłam jak kawka. Dziś umyłam i odkurzyłam auto, i jeszcze z K. byłyśmy na spacerze, więc w połączeniu z treningiem, obiadki zostały spalone ;]

Lubię takie intensywne dni. Kiedyś tak było zawsze.
A teraz jest intensywnie inaczej i też dobrze :)

Uciekam zrobić sobie peeling z soli morskiej, bo podobno oczyszcza się w ten sposób ze złej energii, którą nieświadomie przyjmuję do swojego ciała. Może to zabobon jakiś, ale jak ma pomóc, to wjeżdżam w to ;)

wtorek, 26 marca 2013

Taka relaksacja:-)

Leżenie w łóżku ile się chce to jest to!

Ale nie, żeby do 10 na przykład. O nie! To zdjęcie zrobiłam o 8, a za pół godziny już byłyśmy na śniadaniu :)


Tak to właśnie było :)

Co tu robić?

Byłam w banku i na poczcie, posprzątałam kuchnię, łazienkę, pomyłam podłogi, rozpakowałam się, rozdzieliłam zamówienie z Betterware'a, ćwiczyłam, przyszykowałam się na jutro do pracy,wykąpałam, obejrzałam zaległy odcinek "Lekarzy", a po nim filmiki z moim Synkiem od maleńkości do teraz. 
Udało się dobrnąć do pory, w której można już iść spać. 
Ale jestem taka wypoczęta, że w ogóle nie śpiąca. 

I tak to własnie jest. Jak się jest mamą, tatą i pracownikiem w jednym, to człowiek przestaje umieć odpoczywać, bo mu ta umiejętność za rzadko jest potrzebna :P 

Wszystko co dobre, szybko się kończy

I już po naszym babskim wyjeździe. A tak było fajnie! Wszystko można, nic nie trzeba :) Basen, sauna, świeże powietrze, drineczki, maseczki itd :)
Co prawda Długopole to straszne wygnajewo, zwłaszcza o tej porze roku, ale grunt to dobre towarzystwo. Trochę pojeździłyśmy po okolicy w poszukiwaniu górskich widoków  i czeskiej kuchni, trochę poleniuchowałyśmy w naszym Lux Pokoju i tak przeleciało.
Mam nadzieję, że uda nam się to powtórzyć, bo pomimo, że doszłam do wniosku, że nie potrafię już tak wypocząć jak kiedyś - czyli wyłączyć myślenie i być tylko tu i teraz, to jednak czuję się zrelaksowana i z zapasem nowych sił :)

Natomiast teraz jest mi dziwnie strasznie. Siedzę w domu sama jedna. Tylko Zuzannę mam za towarzyszkę, ale ona to kiepska kompania, szczerze mówiąc ;) Pusto strasznie bez Minia i Kajki. Kompletnie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Na jutro się zaprosiłam do Darusków, a na czwartek jestem wstępnie umówiona z kolegą na drinka, więc jakoś chyba przeleci do piątku, mam nadzieję. A tymczasem chyba wezmę się za sprzątanie - przynajmniej jakaś korzyść, że nikt mi się nie plącze między nogami. Ale jak ja tu dzisiaj zasnę, to pojęcia nie mam  :-o


czwartek, 21 marca 2013

Mami

Mam ochotę na domówkę, w dobrym towarzystwie, z winem i pysznym jedzeniem. Ale to chyba dopiero po Świętach się uda.

W ten weekend pakujemy manatki, Sebastiano do Dziadków,  a ja  i K. - kierunek Długopole. W planach były spacery, ale aura zrobiła psikusa. Więc na rowery pójdziemy...stacjonarne ;)
Psikusów, które chcą nam ten wyjazd zepsuć jest więcej (np. K. coś łamie w kościach, a mnie boli gardło), ale nie damy sobie zepsuć tego wyjazdu. Należy się 3 dni, raz na pół roku!

A potem następne 3 dni bez Młodego i psa. Co tu zrobić, żeby tego nadmiaru wolnego czasu nie zmarnować? Chyba sporządzę listę zadań i spraw do wykonania :)


Albo będę leżeć i smakować spokój. Nie żebym nie lubiła energii mojego dziecka, ale...
W rankingu najnowszych atrakcji popołudnia znajdują się:
1) próbowanie przewrócenia szklanej ławy (mi jest ją ciężko przestawić, a on potrafi tak ją przechylić, że już wiele nie brakuje)
2) przeszkadzanie mamie w codziennym treningu. W zależności od wykonywanego ćwiczenia są to:

    a) podczas przysiadów - wkładanie głowy między kolana mamy, bądź opieranie się na nich rękami
    b) podczas wykroków - plątanie się między nogami mamy
    c) podczas wymachów rękami - usiłowanie złapania mamy za ręce
    d) podczas wypchnięcia bioder w pozycji leżącej na plecach - dociskanie mamie bioder do podłogi
    e) podczas ćwiczeń w pozycji leżącej na brzuchu - ciągnięcie mamy za włosy
    f) podczas ćwiczeń w pozycji na kolanach - tarmoszenie mamy za policzki i dawanie buziaka
    g) podczas brzuszków - tulenie się do mamy brzucha, lub walanie się po mamie z jednej strony na drugą
        (tu do akcji wchodzi jeszcze pies z chęcią lizania mnie po twarzy. Podczas wykroków usiłuje siedzieć
         przy nodze, która akurat musi być ruchoma).
3) trenowanie schodzenia z szafki pod telewizor, jak ze schodka(a nie jak dziecko - na brzuchu i tyłem), czyli jedna noga zostaje na szafce, a druga sięga do podłogi, a to straaaasznie daleko!
4) usiłowanie zrzucenia telewizora

Poza tym w tygodniu na topie jest też pobudka o godzinie 05:40 :] Codziennie!

Czasami brak mi już cierpliwości , kiedy po raz triliardowy powtarzam naprzemiennie "nie!" i "nie wolno", ale i tak to wszystko uwielbiam ;)

wtorek, 19 marca 2013

zima...

Tuż przed pierwszym dniem wiosny kalendarzowej, napierdala jak szalony śnieg.
To jest już ponad moje siły.
Akurat w tym tygodniu, kiedy zostałam z psem :/

Sebastian się buntuje, nie chce iść i siada tam, gdzie stoi. Muszę więc go nieść, w zimowych ciuchach waży z 15kg.
Pies z ADHD okręca mnie smyczą dookoła i szarpie we wszystkie strony.
Ślizgam się na chodniku, albo brnę w zaspach.
Usiłuję odgarnąć kilkunastocentymetrową pokrywę śnieżną z samochodu.
Nie no! to jest ponad moje siły.
O godzinie 8 byłam spóźniona do pracy, spocona i wściekła.


niedziela, 17 marca 2013

Moje ucieczki

Mini dziś uśmiechnięty, rozbawiony, roztańczony, ciekawski.
Przyglądałam mu się w sali zabaw. Zrobił się taki samodzielny i świadomy siebie oraz swoich potrzeb. Wie gdzie chce iść, co robić, co zobaczyć,jak się bawić. Jest odważny, śmiało nawiązuje kontakt z innymi dziećmi i dorosłymi.
Chyba jednak coś w życiu robię dobrze!

Wieczorem wdrapuje mi się na kolana i patrzy prosto w oczy uważnie, jakby wszystko wiedział i czuł. Następnie zarzuca małe rączki na moją szyję i przytula się.

Dobrze mieć ten mały Świat. Wsiąkam w niego. Tutaj się schowam przed złem dużego.

sobota, 16 marca 2013

fuck

Dupa dupa dupaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
Czuję się jak kawałek gówna.
Gówno warta.

Coś musi być ze mną nie tak. To nie może być pech, to nie jest na pewno nic przypadkowego. To ja muszę być jakaś chujowa, zjebana do entej potęgi, że wszyscy faceci traktują mnie w podobny sposób.

tylko kurwa dlaczego ? I jaki mam na to wpływ?

Jestem po prostu jakąś życiową porażką.
Aż mi samej siebie żal.


KURWA!

i znowu to samo

Czy faceci kiedyś przestaną mnie rozczarowywać?

Chciałabym zrozumieć, co ja komu zrobiłam, żebym za każdym razem musiała walić głową w totalny brak szacunku wobec mojej osoby.

minus miliard do poczucia własnej wartości.

środa, 13 marca 2013

:(

Miniutek choruje :( od poniedziałku wieczorem gorączka.Wysoka - do 39,2 stopnia.  I żadnych więcej objawów. Martwię się i smutno mi i wcale nie mam natchnienia do pisania.

poniedziałek, 11 marca 2013

Uroczo :)


Jest zmrożony, zaśnieżony poniedziałek, a ja mam dużo pozytywnej energii ! Szok :) To chyba zasługa przyjemnego weekendu.
W piątek babski wieczór, w sobotę ploteczki na spokojnie, a niedziela uroczo rodzinna u małego Radzia :)
Maleńki, kochany bąbelek. Jestem cała dumna, że pierwsza o nim wiedziałam i pierwsza mogłam go tulić :P Chyba mi przy nim hormony zabuzowały, taka dzisiaj jestem pozytywnie naładowana po wczorajszym dniu.
W tym momencie chciałabym się rozpłynąć nad jego rodzicami :D Ale nie mogę za dużo, bo to czytają i będzie, że słodzę :PPP
No ale coś muszę napisać. Tak więc jestem pod wrażeniem spokoju i harmonii jaka panuje w domu: pomiędzy nimi wzajemnie, pomiędzy nimi a dzieckiem i pomiędzy każdym z osobna. I przysięgam - nie przesadzam, a najlepszym dowodem jest to, że moje dziecko było tam wyjątkowo wyciszone, zwłaszcza w pokoju Radzia. Z podziwu nie mogłam wyjść!
Rodzice są wyluzowani, dzieciątko jest spokojne. Spało jak aniołek, w ogóle mu nie przeszkadzało, że wokół kręci się 6 i pół osoby :P  Zawsze wiedziałam, że wylajtowani rodzice = się szczęśliwe i spokojne dziecko!
Super dzień, w wyjątkowej atmosferze.
Lubię to :)
No może poza tym, że moja mamuśka próbowała dorównać D. w pochłanianiu orzechówki i na zdrowie jej to nie wyszło...ale to akurat wolę pominąć.

Zastanawiam się, kiedy to się stało,że wszystko mi się odmieniło?
Kiedyś nie przepadałam za dziećmi jakoś specjalnie. Były takie, które uwielbiałam, ale poza nimi, reszta mnie denerwowała. A teraz... z każdymi kolejnymi narodzinami budzą się we mnie jakieś nieprzebrane pokłady  instynktu macierzyńskiego. Byłam przekonana, że będę matką tolerującą tylko swoje dziecko,a  pozostałe będą mi obojętne. Tymczasem przeżywam ciąże, porody, narodziny i dzieci moich koleżanek tylko trochę mniej niż własne :P Wzruszyłam się, biorąc wczoraj Radka na ręce. Znowu to uczucie, że trzymasz w dłoniach maleńkie życie, które jest jeszcze zupełnie od Ciebie zależne, które Cię potrzebuje, bo tylko Ty możesz dać mu wszystko to, czego potrzebuje. Jesteście stworzeni jedno z drugiego i jedno dla drugiego. Istna magia.
Chyba jakieś nowe powołanie w sobie odkrywam :)

piątek, 8 marca 2013

Nieszczęśliwe mężatki

Zauważyłam pewną dziwną zależność.
Niektóre moje zamężne koleżanki (więcej niż jedna), od kiedy są mężatkami, stają się najniejszczęśliwszymi istotami na świecie. Smutne, uciemiężone, trzymane siłą w jednym miejscu, ignorowane przez mężów, skazane na ciężką orkę w domowym gospodarstwie, pozbawione jakiegokolwiek prywatnego życia, prawa do wypoczynku i czucia się kobietą, stają się chodzącą Depresją. 
Następnie zwierzają mi się ze swoich smutków. 
A na koniec częstują mnie konkluzją, że ich sytuację można porównać do mojej. 

A właściwie, to nawet ja mam lepiej od nich. Bo przecież przynajmniej nie mam w domu marudnego lenia-ignoranta, niezaangażowanego w cokolwiek, co dotyczy rodziny, na którego muszę zapierdalać. 

Właściwie to chyba najstosowniej będzie to pozostawić bez komentarza, bo cholera mnie bierze, kiedy słucham tych bredni. 
Dodam tylko, że każda z nich wyszła za mąż za człowieka, którego znała dłużej niż rok i z którym miała okazję przed ślubem mieszkać.

Ah...zapomniałabym o jeszcze jednym "hicie". Kiedy raz zwróciłam jednej z nich uwagę, że tego typu porównania są naprawdę nie fair, dowiedziałam się, że "samo posiadanie faceta, nie gwarantuje, że on naprawę jest". Nie wiem kto kogo mierzy jaką miarą. Zwykle każdy człowiek , mierzy drugiego swoją własną, co w tej sytuacji mogłoby wiele wyjaśniać...
Ale ja nie tęsknię za posiadaniem faceta. Gdyby tak było, z pewnością nie byłabym sama.
Ja tęsknię za Miłością. 

Dziękuję. Do widzenia. 

środa, 6 marca 2013

Dreams will never come true

Wczoraj wieczorem wpadł do nas na spytki świeżo upieczony Tata :) Zmaltretowany przeżyciami i emocjami, ale w oczach blask szczęścia.
Słuchałam uważnie jak opowiada  - po raz pierwszy miałam okazję spojrzeć na cud narodzin od strony ojca.

Wszystko w nim dostrzegłam, czego sama oczekiwałabym od ojca własnego dziecka - zaangażowanie, poczucie odpowiedzialności i obowiązku, troskę, miłość do dziecka i do żony, trochę obaw, sporo spokoju, gotowość na zmiany, na planowanie, na nowe wyzwania, walkę, na funkcjonowanie w nowej, podwójnej roli.
Ciekawe, czy J. był taki przy Matyldzie? Myślę, że tak.

Tylko pozazdrościć takiego męża ;)

Pisałam po wyjściu D. do M. Odpisała, że wszystko ok, tylko strasznie tęskni za D. , bo nie pamięta kiedy ostatnio spędzili noc osobno.
Niesamowite! Prawie niewiarygodne. Gdybym ich nie znała, to bym nie uwierzyła, że tak może być.

Zapisuję w rubryczce pt. "marzenia nie do spełnienia"...tuż obok -25kg :-o

wtorek, 5 marca 2013

Welcome :)




Dzień dobry, Radeczku :) Oby Ci było tylko przyjemnie i łatwo na tym świecie...masz wspaniałych, dzielnych Rodziców, którzy na pewno zrobią wszystko żeby tak się stało.

Wielkie gratulacje!

Jestem wzruszona :))))))))

Poweekendowo


W sobotę urządziłam wielkie sprzątanie. Kilka godzin na miotłach, szmatach itd :) Mini dzielnie mi pomagał. Do tego stopnia, że kiedy nie patrzyłam, wspiął się na dwustopniową drabinkę, stanął na szczycie i zaczął tańczyć w takt muzyki z rbl tv, obserwując się w odbiciu szklanej części szafy i grożąc sobie samemu palcem. Pełna świadomość, że źle robi i pełna satysfakcja, że pomimo tego robi :P
I jak tu nie wymięknąć przy tym urwisku?

Wieczorem miała być imprezka u znajomych. Szczęka mi opadła, kiedy się okazało, że z zaproszonych przyszłam tylko ja. Wstyd mi było jak cholera, bo to spotkanie miało służyć zacieśnianiu kontaktów... M. w 7 msc ciąży narobiła się pół dnia, stół cały zastawiony i prawie wszystko się zmarnowało :( Ja pierdzielę jak ja nie lubię czegoś takiego :/ Na jej miejscu chyba wyszłabym z siebie, a ona i tak wybitnie spokojnie to przyjęła.
Ja sama planowałam urządzić coś u nas, ale odechciało mi się zupełnie po tej akcji :(

W niedzielę kurs do Lubina po Kajuszkę i znowu jest wesoło w domu. Jak jem obiad, to stoi przy mnie Mini z nadzieją, że się z nim podzielę, a obok niego Kajka z nadzieją, że jeśli podzielę się z Minim, to jemu coś spadnie, a ona będzie to mogła zjeść.

Wczoraj wieczorny trening na basenie-40 min intensywnego pływania. A po spacerze z Kajką weszłyśmy na 8 piętro po schodach. Dzisiaj rano też. Jak nie idę z młodym, to mogę tak wchodzić, na pewno dobrze zrobi na nogi. Zaskoczona jestem, że całkiem sprawnie mi to poszło. Łykam od tygodnia Bodymax i chyba dodaje mi energii. No a poza tym jest słonkooooo. Chęci do życia więcej :)

Miałam wczoraj w głowie jakiś ważny temat, o którym chciałam napisać...no ale najwyraźniej tylko wczoraj był ważny, bo dzisiaj już zapomniałam :)

piątek, 1 marca 2013

Już w tym miesiącu...

Decyzja podjęta, bon kupiony :) Znalazłyśmy z K. w zakupach grupowych wyjazd na 3 dni. Szykuje nam się babski weekend :D
Za 24 dni będziemy tu:

http://www.dwor-elizy.pl/foto-hotel.html

Pokój lux, śniadania, basen, sauna, fitness... po prostu relax. Już nie mogę się doczekać!

czwartek, 28 lutego 2013

Nerwowo ;)


Jejkuuu jak ja się boję dentysty. Nie wiem dlaczego nie potrafię się wyzbyć tego strachu, ale od rana mam kluchę w żołądku, bo o 11 zasiadam na tym okropnym fotelu ze świadomością, że na 100% mam jedną dziurę do zrobienia...i podejrzeniem, że znajdzie się tam coś jeszcze.
Przeżyłam poród, operację, gastroskopię...ale wizyta u dentysty miażdży moją psychikę :P To chyba jakaś trauma z dzieciństwa. W podstawówce była taka niemiła dentystka pamiętam do dziś.

W moim dziecku siedzi od 2 tygodni jakiś diablik. Tak się urwis jeden buntuje, obraża, strzela fochami, że już czasami śmiać mi się z tego chce. Jak tylko coś nie idzie po jego myśli, to zaczyna krzyczeć i płakać, i wycofuje się rakiem w kąt, albo ucieka do ciemnej kuchni i tam stoi i płacze w kącie.
To jest niestety ten moment, kiedy skończyła się opieka, a zaczyna się wychowanie. Teraz będzie tylko ciężej. Mam nadzieję, że podołam, ale mówiąc szczerze - nie do końca wiem jak się zachowywać w takich sytuacjach, jak być konsekwentną, kiedy należy go ukarać, co można odpuścić? Zdaję się na intuicję, ale czy słusznie? Poza tym jak być dobrym i złym policjantem w jednej osobie? Czy to ma sens, że stawiam go do kąta, a za 3 minuty pozwalam mu przyjść się przytulić? Miliard takich pytań tłucze mi się po głowie.

Natomiast w takich "grzecznych" chwilach, jest naprawdę śmieszny. Tak dużo już rozumie, kojarzy fakty, przyczynę i skutek. Potrafi ciągnąć mnie za rękę, zaprowadzić gdzieś i pokazać, że coś chce wziąć, lub zrobić. Ostatnio "zaprosił" Babcię do tańca. Wdrapuje się na szafki, wczoraj zasiadł na szklanej ławie (o zgrozo!), włącza piekarnik, wyłącza telewizor, próbuje sam się ubierać i pokazać, że właśnie ma ochotę gdzieś iść, przynosi mi buty,żebym też ubrała i z nim poszła. Jak coś broi, to sam sobie grozi paluszkiem, przynosi nocnik kiedy musi się załatwić i próbuje się rozbierać...zwykle po fakcie, ale ważne, że kojarzy. Bystrzacha mój mały :)
Fajnie jest obserwować te zmiany, nowe umiejętności. To aż zadziwiające, jak z takiego maleńkiego noworodka, który tylko je, śpi i płacze, w tak krótkim czasie rośnie rozumny mały człowieczek. Przyglądanie się tym procesom, to miód na serce matki :)

P.S. Jakiś wielotematyczny ten wpis, ale to wszystko wina stomatologicznego stresu ;)

poniedziałek, 25 lutego 2013

Dzień pierwszy

Przerobiłam cały trening Skalpel. Z trudem, ale jakoś dałam radę. Formę mam taką, jak się spodziewałam - marną. Czego innego oczekiwać po prawie rocznej przerwie w ćwiczeniach? Ale musi być lepiej. Te 30 min dziennie, minimum 4 razy w tygodniu dam radę wygospodarować.
Humor mi się poprawił odrobinkę :)

Nic się samo nie wydarzy!


Nie mogę się wyciągnąć z tego przeklętego stanu odrętwienia. Najchętniej chciałabym leżeć w łóżku i nic nie robić. Wszystko mnie męczy, przerasta. Nie mam motywacji.
Wczoraj powiedziałam mamie, że się tak czuję. W dodatku mam świadomość, że zaprzepaściłam całe letnie schudnięcie. Z powrotem zakładam wielkie jeansy i są w sam raz. Tyle miesięcy niejedzenia, kilka jedzenia i znów jestem maciorą.
Nie jestem zadowolona ze swojego wyglądu, zachowania, włosów. Z niczego.

Mama obiecała, że mi pomoże, będzie gotowała dietetycznie póki z nami jest. Kazała mi też iść na basen, skoro może zostać z Sebastianem. No i znaleźć endokrynologa, bo poza wszystkim, podejrzewam, że znów coś mi się porąbało w gospodarce hormonalnej. Rosną mi włosy w niechcianych miejscach :(

Obiecałam sobie, że zacznę treningi w domu z filmami Ewy Chodakowskiej. Ale szczerze mówiąc - aż się boję. Tego, że się nie pozbieram, że nie wystarczy mi wytrwałości. Wiem, że jak chcę, to potrafię się zmobilizować, ale problem w tym, że w ogóle nic mi się nie chce. Ale nie chcę też być grubą, smutną samotną mamuśką z obwisłym biustem, kołem ratunkowym w pasie i plaskatą dupą. Bez chęci do życia i bez uśmiechu. Muszę coś ze sobą zrobić. Nie wiem skąd nabrać sił. Wiem tylko, że im dłużej tkwię w takim stanie, tym jest gorzej.

Mamy zamiar się motywować z A. Niestety na odległość. Ale przynajmniej może będzie mi wstyd, jak jej napiszę, że z jakiegoś powodu, który faktycznie nie był powodem, nie zrobiłam nawet 30 min. treningu.
A. w ogóle odwiedziła nas wczoraj. Obliczyłyśmy, że spotkałyśmy się po 11 latach! Ale przez ten czas miałyśmy kontakt internetowy. Zresztą przez internet też się poznałyśmy. To jedna z niewielu takich moich znajomości, które tyle przetrwały on-line :) Fakt faktem, los jakoś przypadkiem czasem krzyżuje nasze drogi, chyba po prostu tak nam pisane, że mamy się przyjaźnić i już :)

Mam jeszcze jeden dylemat, który też wczoraj wyszedł podczas rozmowy z mamą. Zaczęłam myśleć o możliwości powrotu do Wałbrzycha. Byłoby mi prościej. Tylko w sumie co z tego. Mogłabym chodzić na aerobik, na latino solo, może bym schudła, nabrała formy i miała czas dla siebie. Tylko z kim miałabym go spędzać i z kim cieszyć osiągnięciami?

Przytłaczają mnie te wszystkie dylematy, te myśli, analizy...muszę coś zrobić, żeby  to zmienić.
Dla siebie muszę się zmobilizować. I dla Sebcia, żeby miał fajną, ładną i uśmiechniętą mamę. Tylko do cholery, czuję, że mam za mało sił. Nie lubię siebie takiej :( To nie ja, nie mój charakter. Nie pasuję sama do siebie.

wtorek, 19 lutego 2013

Reportaż

W zeszłym roku udzieliłam wywiadu reporterce z Wysokich Obcasów.
Reportaż, którego mieliśmy być bohaterami miał się ukazać w którymś z wrześniowych numerów, ale ostatecznie nie został opublikowany i myślę , że już nie zostanie.
Po wywiadzie otrzymałam jednak wstępny zarys tego artykułu. Znalazłam go ostatnio, troszeczkę poprawiłam i pozwalam sobie go tutaj wkleić. Część faktów jest już nieaktualna, ale takich rzeczy nie będę zmieniała.
Niestety nie mogę sobie przypomnieć nazwiska autorki. Ale mam nadzieję, że nie miałaby do mnie pretensji...w sumie to wszystko moja historia i moje słowa....




Marta, 28 lat
Tego dnia Marta napisała w dzienniku: ""Brawoo Sebuś! Mój dzielny Misiu - opanowałeś nową umiejętność. Robiłam porządki w Twoim pokoju, a Ty się bawiłeś w po cichu w łóżeczku. Nagle patrzę, a Ty - hop! i stoisz na nóżkach, trzymając się barierki!!! Pierwszy raz wstałeś sam. Jestem taka dumna..."". Stara się notować wszystkie ważne wydarzenia z codziennego życia. Ale nie pisze w pamiętniku, że wstaje przed 7 rano, je z synkiem szybkie śniadanie, zawozi go do żłobka, pędzi do pracy, po 8 godzinach odbiera dziecko i razem jadą do domu. Że wszystko robią razem. Po drodze szybkie zakupy, urzędowe sprawy. Nie notuje, że je obiad jedną ręką, a karmi Sebastiana drugą. Że jak synek zaśnie, to zabiera się za górę prania i prasowania. A jak nazbiera się za dużo obowiązków, to sadza synka w chodzik i sprzątają razem. To znaczy mama odkurza i myje podłogi, jednocześnie tłumacząc Sebastianowi, co robi, żeby nie tracić z nim kontaktu. I o tym, że mimo tych wszystkich zabiegów nie ma porządku jak Perfekcyjna Pani Domu. Bo porządek nie jest życiu najważniejszy.
- Nie od razu radziłam sobie z tym wszystkim. Po jego urodzeniu wszystko w moim życiu się zmieniło, a ja musiałam bardzo szybko dojrzeć - przyznaje Marta. Macierzyński spędziłam u rodziców 160 kilometrów od Zielonej Góry. Bardzo mi wtedy pomagali. A potem musiałam wrócić do domu i do pracy i zacząć wszystko sama. Jestem spedytorem w firmie transportowej. Pracuję na pełny etat i bardzo przeżywałam rozstanie z synkiem na tyle godzin. Oddałam go do żłobka, bo nie miałam innego wyjścia. Codziennie, jak go odwoziłam, miałam poczucie, że coś tracę, nie widzę jego rozwoju. Nagle wszystko robi w żłobku. Siada w żłobku, raczkuje w żłobku. Obiecałam sobie, że poświęcę mu po pracy tyle czasu, ile zdołam. Wszystko dopasowuję do niego, do jego planu dnia. A organizacja to podstawa.
Marta była przekonana, że nie może zajść w ciążę. Od dawna lekarze ją straszyli, że ze względu na schorzenie jajników będzie jej trudno. Nie wykluczali przeprowadzenia zabiegu. Ta ciąża była kompletną niespodzianką - prezentem sylwestrowo-urodzinowym.
- Z ojcem Sebka znałam się 11 lat, mieliśmy okresy burzy i spokoju. Kiedyś byliśmy parą, potem zniknął i znów się pojawił. Spotykaliśmy się jak starzy znajomi, potem zaczęło się dziać coś więcej, ale nie planowaliśmy nic poważnego, bo on mieszka w Londynie. Poleciałam tam na sylwestra, w dodatku dzień wcześniej miałam urodziny. I stało się - dostałam prezent urodzinowy, choć on chyba wcale nie chciał mi go dać.
Marta pojechała z przyjaciółką Karoliną do lekarza, bo koniecznie chciała mieć potwierdzenie na 100% tego samego dnia, w którym zrobiła testy.
- I kiedy już okazało się, że faktycznie jest ciąża, jechałyśmy samochodem, ona prowadziła, bo ja cała roztrzęsiona, podobno trzymałam się za głowę, płakałam i powtarzałam w kóło z niedowierzaniem i przerażeniem "Jejku, Karola, ja mamą?? JA mamą????". Ja byłam w szoku, a rodzice się ucieszyli. Mama przejmowała się, że nie będę mogła mieć dzieci. Ja jeszcze się tym nie martwiłam, bo nie planowałam wtedy zakładania rodziny. Później miny wszystkim zrzedły,kiedy się dowiedzieli, jaka jest sytuacja z ojcem. Z początku jeszcze się angażował, głaskał brzuch, mówił, że czuje, że to jego dziecko. Byliśmy razem nawet u moich rodziców. A potem wrócił do Londynu i zaczął się powoli wycofywać. Próbowałam walczyć, ale nie chciałam podawać go do sądu. Sebek się urodził, a mi tylko po procesach brakowało biegać. Nigdy synka nie uznał, w akcie urodzenia nie widnieje jako ojciec. Musiałby pojechać do urzędu stanu cywilnego i złożyć podpis - nie zrobił tego, nie chciał. Po długim namyśle stwierdziłam, że mi w tym kraju będzie łatwiej być samotną matką, jeżeli ojciec jest za granicą. Gdyby był wpisany w akcie, nic nie mogłabym załatwić bez jego podpisu - ani paszportu, ani żłobka, ani przedszkola. A wiem, że by nie przylatywał. Stwierdziłam, że prawnie będzie prościej w ten sposób i przestałam toczyć z nim bój. Ale myślę, że i tak kiedyś powinien ten podpis złożyć. Bo jednak jest ojcem. W tej chwili jedyny jego przejaw ojcostwa to są pieniądze na koncie - 100 funtów miesięcznie, czyli 2,5 jego dniówki w Wielkiej Brytanii. 650 zł kosztuje mnie żłobek.
- Dzwoni raz na trzy miesiące, ale nigdy nie zapytał mnie o syna. O tym, że się urodził, dowiedział się ode mnie kilka dni później z SMS-a. Wysłałam mu zdjęcie, choć mnie o to nie prosił. Potem już go nie widział nigdy. A jest do niego bardzo podobny. I jak na synka spojrzę, to mi się przypomina… nie da się tego wymazać z pamięci. Ale już nie rozpaczam, staram się z tego śmiać. Jak zrobi minę, to mówię: o, tatuńcio. Nie wiem, czy ułożył sobie życie, ale wiem, że ma jeszcze jedno dziecko z kobietą, z którą nie jest, 5-letnią córkę. Ona jest oczkiem w głowie tatusia. Podglądam go trochę przez interent, więc widzę zdjęcia ze wspólnych wakacji. Serce mi się kraje, że tamto dziecko jest lepsze. Ale nie płaczę już tak jak w ciąży. Bo samotna ciąża to naprawdę ciężka sprawa.
- Miałam żal do siebie, ojca dziecka, całego świata. Jak rozmawiałam z nim przez telefon, to potem przez pół dnia byłam rozbita zupełnie. Wystarczyła reklama z kochającą się rodziną: kobieta w ciąży, tatuś z ręką na brzuchu - potrafiło mnie to rozwalić na parę godzin. Ale później poczułam pierwsze ruchy w brzuchu i przestałam się denerwować. Poczułam, że muszę być silna dla nas dwojga. Pracowałam do 9 miesiąca ciąży, żeby nie mieć za dużo czasu na myślenie. Od rodziców tylko słyszałam przy okazji gorszych dni, że sobie sama życie zniszczyłam. Miałam ogromny żal, ale dało mi to kopa, żeby się pozbierać. Oni po prostu bali się, że sobie wszyscy sobie nie poradzimy. Jak nie ma dziecka, to jeszcze to się wydaje abstrakcyjne i może trudniejsze niż w rzeczywistości. A potem się urodził i zwariowali na jego punkcie. Znajomi też zareagowali pozytywnie. To wszystko jest kwestia tego, jak się sytuację przedstawi. Ja nie oczekiwałam współczucia. Wyszłam z założenia, że powiem, jak jest i tyle. Czasami moje przyjaciółki mówią, że jestem dla nich bohaterką. To przesadzone, ale dobrze usłyszeć takie słowa, zwłaszcza jak się ma gorszy dzień. Ostatnio mały troszkę zachorował. Ta sama przyjaciółka, Karolina i jej chłopak - również Sebastian, byli z nami w przychodni, później jechaliśmy do apteki, oni zostali w aucie z małym, a ja skoczyłam po leki. I Sebastian mówi do Karoliny - "Kurczę... lekarz, apteka, potem do domu, pewnie jakiś obiad, sprzątanie... masakra, jakie to musi być ciężkie!". Więc nawet niektórzy faceci potrafią dostrzec, że nie jest to tylko miód zostać samej z dzieckiem.

Bywa, że obcy ludzie mnie zaczepiają i mówią, jakiego mam ślicznego synka. Wiem, że dla każdej matki jej dziecko jest najpiękniejsze, ale on ma rzeczywiście nietypową urodę - ciemną karnację, jasne oczy i ciemną oprawę oczu. Ludzie zwracają uwagę na niego i jestem wtedy dumna.
Zawsze gdy patrzę na Sebcia, to czuję się szczęśliwa. Na samym początku, jak się urodził, to leżałam koło niego i płakałam ze szczęścia. Mam pracę, mieszkanie, rodzinę, znajomych, mogę liczyć na wiele osób. Oboje jesteśmy zdrowi. Brakuje mi pewnych rzeczy, to jasne.
Cała ta sytuacja mnie wzmocniła, dojrzałam bardzo szybko. Jeszcze dwa lata temu nie myślałam o dziecku, zarabiałam na siebie, na swoje przyjemności. Chodziłam na imprezy, jeździłam do znajomych rozsianych po Polsce i Europie, uprawiałam fitness, taniec brzucha. W wolnym czasie bawiłam się w didżejkę. A teraz? Pierwsze, co sprzedałam, to moje miksery i adapter, za który kupiłam 3,5-metrową szafę. Okazało się, że moja pensja - trochę wyższa ponad najniższą krajową - wcale nie wystarcza na utrzymanie dwóch osób. Musiałam się nauczyć dysponowania nie tylko finansami, ale też czasem. I podejmowania dobrych decyzji.
Najtrudniejsze w byciu samotną mamą jest to, że jak już się kładzie małego, to nie ma się do kogo przytulić i pogadać. W dzień pochłania wszystkie moje myśli i uwagę, a jak już ogarnę wszystko, usiądę, to chciałabym z kimś pogadać, opowiedzieć o moim dniu, radościach i smutkach. Przechodzę różne fazy. Z jednej strony brakuje mi mężczyzny, a z drugiej boję się wprowadzić kogoś nowego do naszego życia. Jak myślę, że miałabym pozwolić obcej osobie bawić się z Sebastianem, to trudno mi to sobie wyobrazić. Pójść na balety, poznać kogoś i tu przyprowadzić - nie ma takiej możliwości. Zdarzają się jakieś znajomości, ale szybko je kończę. Może nie jestem gotowa, albo nie mam zaufania do facetów. Nie wiem co zrobię, jak Sebastian będzie większy. Myślę o tym często. Być może pójdę do psychologa, żeby mi doradził, co mam mu powiedzieć i w którym momencie. Nie chciałabym popełnić błędu, a nie będę na pewno go oszukiwać.
Marzę, żebyśmy byli oboje zdrowi i mieli pieniądze. Bo wtedy samotnej mamie jest ze wszystkim łatwiej. Jak cię stać na mieszkanie, benzynę, zakupy, to życie jest 10 razy lżejsze. I żeby wyrósł na porządnego faceta, takiego w porządku gościa. O tym, żeby miał tatę też. Co prawda ma dziadka, pradziadka, a moi koledzy sprawdzają się jako przyszywani wujkowie, ale chciałabym, żeby ten największy wzór miał w domu. Sama też marzę o poznaniu kogoś. Kiedyś dziecko dorośnie i wyjdzie z domu, nie chciałabym zostać znowu sama. Wiem, jak mi było ciężko w ciąży. Puste ściany, nie ma się do kogo odezwać. Ze wszystkim sobie radzę, ale problemem nie do przejścia jest samotność. Na szczęście jak mały się rano budzi i uśmiecha się do mnie szeroko, to mijają wszystkie złe myśli. Staram się być silna. Świat nie lubi ofiar.

Milczenie jest złotem

Mam doła.Trzeci dzień.
Ale..
Nie mam prawa się żalić.
Nie mam prawa narzekać.
Bo przecież nie mam powodów.


A akurat dzisiaj mam takiego doła, że chcę się żalić i twierdzić, że moje powody są wystarczające, że jest do dupy, że miało być inaczej, że to wszystko jest niesprawiedliwe i do kitu.
Tak! Chcę się przytulić, wypłakać, wyżalić i usłyszeć, że to przykre, że tak musi być.

czwartek, 14 lutego 2013

14.02.


Radosnych Walentynek :)
Trochę kiczowate Święto, w dodatku teoretycznie nie moje, ale czemu negować coś, co wprowadza jakieś żywsze kolory w życie?

Rano odwożąc Sebastiana do żłobka, minęłam na parkingu białe audi całe oklejone kolorowymi serduszkami i kwiatkami. No nie dało się do tego nie uśmiechnąć! Szczęściara jakaś :)

Ja natomiast ułożyłam teorię spiskową na temat taki, iż ktoś próbuje mnie zeswatać.Albo robi sobie ze mnie jaja.
Dziwnym trafem tuż przed Walentynkami wymieniam kilkanaście smsów z chłopakiem, który przypadkiem pomylił numery i zamiast do kogoś, napisał do mnie. Ja przypadkiem odpisałam całkiem miło, bo pomyliłam się, myśląc, że to ktoś inny. Hahaha. Trudno mi uwierzyć w taki zbieg okoliczności. Ale właściwie co mam do stracenia?

Jutro moje święto, czyli Singieltynki. Który to już raz je obchodzę? Lepiej nie liczyć:P W tym roku biorę pół dnia wolnego i jadę do mojego ulubionego fryzjera zrobić się na blond...no dobra- prawie blond :P

A później w tych moich nowych prawieblond włosach zabiorę mojego małego najkochańszczego Walentego na basen ;) Trochę szkoda tych włosów, no ale czego nie robi się z Miłości? ;)




P.S. Zapomniałabym - wczoraj, 13 lutego, w Philadelphii, przyszła na świat mała Addison - córeczka moich Przyjaciół Kamili i Matta. Witaj Maleńka! :) Myślę, że mają dziś najromantyczniejsze Walentynki ever :)

wtorek, 12 lutego 2013

Papieros

Tylko ON potrafi doprowadzić mnie do takich nerwów, żebym musiała iść zapalić.
Odkrywam w sobie nieznane pokłady agresji, ukryte w zagłębiu mózgu pomysły na niezliczone tortury...chęć zniszczenia mu życia, gnębienia, pastwienia się, zadręczania na śmierć.
Kontakt z nim przeprowadza mnie na ciemną stronę mocy.
Czuję trawiącą nienawiść.
Wstrętne uczucie.
Nienawiść, obrzydzenie, wstręt, brak jakiegokolwiek szacunku.

A 2 lata temu wydawało mi się, że to miłość jest.

piątek, 8 lutego 2013

Fotografie narodzin

Wpatruję się dzisiaj jak zauroczona w galerię zdjęć z porodów. Nigdy bym się nie spodziewała, że można w tym momencie zrobić tak piękne fotografie. 
Minki noworodków są po prostu urocze.
Ale chyba jeszcze bardziej wzruszają mnie twarze mam. Tyle uczuć jest na nich wymalowanych. Znalazłam tu swoje wspomnienia z tej niesamowitej chwili. Zdziwienie, że to już, zaskoczenie, ulgę i wielkie, rozpierające szczęście. Takie Szczęście, które nigdy wcześniej, ani później, jak dotąd, więcej się nie zdarzyło. 
Chyba nigdy tego nie zapomnę i myślę, że nigdy nie uda mi się wystarczająco dobrze opisać tego słowami. 
Poniżej dwa moje ulubione...chociaż właściwie jest ich z 30. Ale wybrałam pierwsze dlatego, że dzidzia na zdjęciu wygląda prawie identycznie jak Sebastian po urodzeniu. A drugie po prostu mi się podoba. 
Dodaję jeszcze odnośnik do całości. Mogłabym to oglądać w kółko :) 












I jeszcze nasze :)


Prawda, że podobny to tego pierwszego? :)

środa, 6 lutego 2013

Tatusiu!

Na bank jestem przewrażliwiona na tym punkcie, ale tak mi się ostatnio rzucają w oczy ojcowie z dziećmi.
W niedzielę w Rynku widziałam chyba z 5 spacerujących.
I małą dziewczynkę biegnącą w stronę czekających, bezpiecznych ramion, krzyczącą z radością "Tatusiuuu!"

A dzisiaj pod firmą taki obrazek : mama za kierownicą, tato wysiada do pracy, nachyla się przy oknie i macha do synka. Macha tak dłuższą chwilę, aż w końcu otwiera jednak drzwi, żeby jeszcze dać dziecku buziaka... Aż się sama do siebie uśmiechnęłam.

A z drugiej strony zawsze, gdy mam szansę być obserwatorem takich sytuacji coś mnie ściska z lewej strony...


poniedziałek, 4 lutego 2013

Mini&Kaja

Wczoraj wyjechał Tato i zabrał Kajkę.
Sebastian odkrył to dopiero, kiedy wieczorem wróciliśmy do domu. Spodziewał się witającego psa, a tu nic. Zresztą mi też jakoś tak smutno, jak ta czarna kundlica nie wita nas radośnie.

Młody jednak nie stracił nadziei. Chodził po domu i najpierw wołał dziadka nadaremnie.

Kiedy szykowałam coś w kuchni,dostrzegłam kątem oka, że zabiera z przedpokoju psią miskę i dziarsko podąża z nią do dużego pokoju. Zaczęłam się za nim skradać. Po drodze zgarnął z podłogi Kajki zabawkę i tak trzymając jedno w jednej rączce, drugie w drugiej poszedł do fotela, na którym psica lubi się wylegiwać. Często przynosił jej tam tą maskotkę,albo pustą michę, chcąc ją nakarmić. No ale tym razem stanął przed fotelem i aż na plecach wymalowało mu się to rozczarowanie, że pieska nie ma. Wycofał się zrezygnowany, usiadł, na podłodze i zaczął zabawkę wkładać do miski.
Tak mnie to rozczuliło, że mu przerwałam, odwróciłam jego uwagę, a psie rzeczy pochowałam.
Bidulek mój kochany, chyba liczył na to, że jego kudłaty przyjaciel się pojawi dzięki tym atrybutom....

Niedawno pod zdjęciem Sebcia i Kajki, kolega napisał, że tego właśnie mu brakuje...zrozumiałam co miał na myśli. 




Porównania


Odwiedziłam wczoraj koleżankę z pracy, która w listopadzie urodziła synka. Miała ciążę z problemami, po urodzeniu Witka trudny miesiąc - bo najpierw mały miał problemy z oddychaniem, a później zakrzep w nóżce. No ale teraz jest już ok. Nie wiem, czy to przez te trudy i pewnie strach, który długi czas jej towarzyszył, czy po prostu tak jej się po porodzie pozmieniało, ale sama przyznaje się do tego, że dostała pierdolca.
Zrobiła awanturę mężowi, że podczas krojenia mięsa CHYBA dotknął wysterylizowanej butelki. Butelki sterylizuje non stop. Widziałam przerażenie w jej oczach, kiedy Sebastian podchodził do jej Witka...i jeszcze większy strach, gdy próbował chwycić leżący na stole witkowy smoczek. Jestem praktycznie przekonana, że po naszym wyjściu wyszorowała wszystko jakimś środkiem dezynfekującym. Synka trzymała non stop na rękach - na jakieś 15min odłożyła go do łóżeczka kiedy usnął. Musiała go trzymać tak już długo przed naszym przyjściem, bo kilka razy do niej dzwoniłam i pisałam, to nie odpowiadała.

Oczywiście wyszłam stamtąd z poczuciem winy, że byłam z Synkiem (który to już raz?) i pytaniami w głowie, czy to jednak ja nie jestem pierdolniętą, niedbającą o dziecko, nieodpowiedzialną matką?

Kiedy byłam w ciąży i przez kilka pierwszych miesięcy po urodzeniu Sebastiana nie miałam porównania. Postawiłam na intuicję (nadal tego się trzymam) i robiłam wszystko tak, jak ona mi podpowiadała. w ciąży ćwiczyłam, jadłam wszystko, wysilałam się, pracowałam do 9 msca. Na nieplanowanej wizycie u lekarza byłam tylko raz, podczas ataku woreczka żółciowego, ponieważ nie wiedziałam, że to woreczek mnie boli. Była to jedyna sytuacja, kiedy naszła mnie jakaś obawa.
Karmiąc piersią nie trzymałam żadnych ścisłych diet. Nie jadłam smażonego i tłustego, poza tym wszystko.
Nigdy nie zapisywałam ile karmię, kiedy, z jakiej piersi, nie pamiętałam, czy, kiedy i jaką kupkę zrobiło moje dziecko. Zdarzało mi się napić wina w ciąży i w czasie laktacji. Butelki i laktator (już nie wspomnę, że używany) sterylizowałam kiedy miałam czas wyjąć sterylizator, czyli z raz w tygodniu. Mogłabym wyliczać teraz miliony rzeczy, których nie pilnowałam i nie pilnuję. Daję Sebastianowi ciastka i słodycze, wychodziłam z nim na spacery przy -15 stopniach, chodziłam z nim na basen w zimie,kiedy tylko skończył 3msc., zaszczepiłam go szczepionkami z NFZ a poza tym dodatkowo TYLKO na pneumokoki. Nie lulałam go non stop,pozwalałam i pozwalam, żeby leżał i płakał. Mam w domu królika i w porywach psa, oraz dywan, który na pewno jest siedliskiem roztoczy.
Mogłabym zapełnić całego posta listą moich "przewinień". Im więcej moich koleżanek jest w ciąży i rodzi, tym więcej słucham jak wszystko powinno być robione wg przepisów, książek, zaleceń. Bez brudu, bakterii, zagrożeń, ryzyka, alergizującego jedzenia, w stałym kontakcie z położnymi, pediatrami, z planem porodu, planem rozszerzania diety, planem wszystkiego :-o

A ja nie mam planu na nic. Jedyne moje plany, to było : dostać znieczulenie do porodu (nie udało się), zrobić wszystko, żeby karmić piersią i starać się coś oszczędzać na przyszłość syna. Reszta na żywioł z różnym skutkiem.

Nie-matki mówią, że jestem mega wyluzowaną mamuśką. Matki i przyszłe matki patrzą na mnie chyba trochę dziwnie. Nie wiem czy z pogardą, czy z przerażeniem, czy z przekonaniem, że jestem jakąś wariatką.

Ja generalnie czuję się z tym wszystkim dobrze...chyba, że nagle zalewa mnie masa przykładów do porównania i zaczynam się zbyt głęboko nad tym wszystkim zastanawiać (jak wczoraj).
Ale tak sobie myślę, że chyba byłoby źle, gdyby moje dziecko było nieszczęśliwe...a nie wygląda na takie :) Chyba oboje jesteśmy zadowoleni. Stawiam na bycie z nim. Od początku miałam w głowie to, że będę musiała pracować , więc czasem trzeba dysponować tak, aby jak najwięcej spędzić razem. Czy to naprawdę będzie taka duża krzywda, jeśli założę mu pogniecioną bluzeczkę, ale w zamian urządzimy sobie wieczorną dyskotekę? :) Myślę, że nie, ale po takich wizytach jak wczorajsza, naprawdę dopada mnie zwątpienie...

niedziela, 3 lutego 2013

Warsztaty z cierpliwości

Minęła 22.
Trzy razy próbowałam uśpić moje dziecko. Na próżno.
Adin
Dwa
Tri
Czytirie....

Nie działa czytanie, zawiodły kołysanki, udawanie, że mnie nie ma i nie zwracam na niego uwagi nie przyniosło efektów.

Wdech
wydech

Po dniu pełnym wrażeń, ze spacerem, zakupami i odwiedzinami u małego Witka, Don Sebastiano jest w szczytowej formie. Wyjmuje bosą stopę ze śpiochów i ani myśli przyłożyć głowę do poduszki.

W zlewie sterta naczyń...cudem udało mi się wsadzić w bułkę plaster schabu i uznać to za przygotowanie śniadania do pracy. Cała reszta moich wieczornych zadań również odbyła się biegiem w akompaniamencie dochodzącego z łóżeczka ryku.

Jestem oazą spokoju.....kwiatem lotosu na tafli jeziora......

Niedzielne poludnie


Byliśmy dziś na spacerze w Rynku.Mini zachwycony ogromną przestrzenią, po której można sobie dreptać, oraz zaciekawiony wzbijającymi się do lotu gołębiami.
A tutaj debiut w Sali Zabaw. Na początku z niepewnością, ale z czasem  zaczęło mu się podobać.  P.S. Tak , Daro, znowu założyłam mu różowe skarpetki :]

Ja tam znalazłam wszystko, o czym marzyłam w dzieciństwie :)