Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

środa, 17 grudnia 2014

Czego ja chcę?

Czas taki dziwny nastał, że wokół mnie wysyp ciąż. 
A precyzując dokładniej wysyp drugich ciąż. 
Tak na biegu jestem w stanie wymienic 7 koleżanek i znajomych, które w przyszłym roku uszczęśliwią rodziny drugim dzidziusiem. 
Też miałam być jedną z nich... 
I chciałam.   

A teraz?   
Od momentu poronienia nie mogę sobie poukładać w głowie własnych pragnień.  Czasem czuję ulgę, że jednak nie. 
Że jeszcze będziemy mieli trochę luzu oraz czasu by nacieszyć się, jakby nie patrzeć, dość świeżym naszym związkiem. 
Czasu by poświęcać jak najwięcej uwagi naszemu Synkowi, któremu przez wir ostatnich przykrych zdarzeń, trochę tej uwagi odebraliśmy. 
Spokoju w naszym nowym domu, ładu i wolnej przestrzeni - nie pokrytej łóżeczkami, wózkami, wanienką, pieluchami, zasypkami, butelkami, wkładkami laktacyjnymi i całą resztą bobo-atrybutów. 
Będziemy mieli jeszcze trochę leniwych niedzielnych poranków. 
Kilka szans na spontaniczne sobotnie wyjście, bo przecież Sebcio chętnie spędza wieczory z Dziadkami. 
Jeszcze możliwość wypicia paru drinków...   
Tak...mamy jeszcze szansę na delektowanie się i stosowanie hedonistycznej filozofii życia. 

No przynajmniej na tyle hedonistycznej, na ile jest to możliwe w naszych realiach.   

No i niby jest ok. 
Fajnie. 
Luzik, wolność. 
Nic się nie zmienia.
Plany mogą być nadal realizowane. 

  A jednak gdzieś w środku, w jakimś totalnie ukrytym punkcie mojego kobiecego mózgu, czasem odzywa się cichy głos, że to jednak nie tak. 
Że przecież chcę zajść w ciążę. Stworzyć wspólnie z Miłością mojego Życia taki mały cud. 
Przecież po to na tę Miłość czekałam tyle czasu. 
Chcę czuć jak rozwija się we mnie kolejne małe życie. 
Tulić je w ramionach i otaczać troską.  Pragnie tego mój instynkt, który mówi, że nie tylko my tego potrzebujemy.
Że to dla naszej Rodziny. 
Małe spoiwo. 
Dla Sebastiana, aby od dzieciństwa do starości, jeśli Los pozwoli, miał na Świecie bliskiego człowieka...najbliższego.Z jednej krwi.  Dla Miśka, dla którego Rodzina to najwyższa wartość i który, chociaż wiem, że czuje się Ojcem Sebcia, chciałby jeszcze mieć to drugie dzieciątko, które razem stworzymy.  Dla nas wszystkich.
Żebyśmy mogli być fajną rodzinką. Mamy tyle ciepła i miłości między sobą - żal nie obdarować tymi dobrociami jeszcze jednego małego człowieczka.   
I tak raz odzywa się głos wygody.  Raz głos instynktu. 
Nawet się nie kłócą...tak sobie współgrają we mnie. 
Tylko mi jakoś z nimi niewygodnie. Czuję mały dysonans...nie wiem czego tak naprawdę mi trzeba i o czym marzę. I nie wiem co robić, w którą stronę się kierować. 
Los pewnie pokaże...choć aby dać szansę Losowi, sami musimy jakąś decyzję podjąć przecież. 
A to trudne jest. 
Teraz dużo trudniejsze niż wcześniej.   

piątek, 28 listopada 2014

Wspomnienie

To post inny niż wszystkie.Pisany długopisem na papierze.Przepiszę go później.

Jest chłodny,listopadowy wieczór. Siedzę po turecku z tym notesem na kolanach,na łóżku mojej Babci. Dookoła mnie jej zeszyty i notatki.
Pożółkłe,prawie rozsypujące się kartki.
Pierwszy raz przeglądałyśmy je z mamą w dniu śmierci Babci.
Siedziałyśmy tu we dwie wieczorem,czekając aż rozemocjonowany tym,co właśnie się stało Dziadek,zapadnie w sen. Siedziałyśmy i przeglądałyśmy Babcine rzeczy.
Wiele z nich widziałam i dotykałam po raz pierwszy. Babcia nigdy nie pozwalała ruszać niczego w domu,ani przestawiać,ani nawet posprzątać.
Teraz,jedna po drugiej,otwieramy szafki i szuflady. I wyjmujemy.
Nuty sprzed wojny.
Zeszyty ze szkoły.
Harcerskie rozkazy.
Teksty piosenek.
Stare zdjęcia i wiersze.
Babcia pisała kiedyś. Dawno.
Niewiele z tej twórczości zachowała.
Jednak tamtego wieczora,kiedy przeglądałyśmy to razem z Mamą,natrafiłyśmy na złożoną na 4 kartkę. Nie pożółkłą. Trochę współcześniejszą. Może sprzed 15-20lat.
Na kartce wiersz z dedykacją "Mojemu mężowi i dzieciom".


"Samotnie siedzę i patrzę w niebo

i w sierp księżyca czysty jak łza 

Chciałabym dotknąć tego wszystkiego

i gdzieś w przestworzach zniknąć jak mgła. 

 

Nie jest mi dobrze tu, na tej ziemi 

I choć nie sama, to wciąż samotna

I bez nadziei, że coś się zmieni,

ja muszę wypić ten kielich do dna. 

 

Tęsknię do szczęścia i do miłości, 

lecz los nie dał mi tego w darze

I kazał cierpieć wciąż w samotności

I całe życie mija w tej karze. 

 

Chciałabym czasem zaszyć się w głuszy, 

posłuchać szumu wiatru i trzasku, 

posłuchać tęsknych pieśni Papuszy

i przy ogniska ogrzać się blasku

 

Oczy mam suche jak piasek pustyni

I tylko serce żałośnie płacze

nad latami już minionymi 

jest wprost już krzykiem, krzykiem rozpaczy

 

Muszę żyć w świecie, który stworzyłam

z książek i marzeń czerpiąc radości, 

w którym zapomnieć prawie zdążyłam, 

że to iluzja - że koniec młodości. 

 

Ten wiersz rodzinie mojej poświęcam

Jak epitafium brzmią jego słowa

Już uwagami was nie zadręczę, 

lecz pamięć Wasza niech mnie zachowa."

 

Napisane ręką Babci wersy sprawiły, ze moja mama po raz pierwszy tego dnia zapłakała. Do tego momentu trzymała sie twardo.  

Siedziałyśmy więc razem na kraju babcinego łóżka, tuliłam ją, jak i ona mnie wielokrotnie w trudnych chwilach i tak płakałyśmy obie. 

Nad losem, ludzką samotnością, nigdy niewypowiedzianym żalem. Nad kobiecym poczuciem obowiązku i poświęceniem. 

I nad stratą. 

Pustką, która tu pozostała. 

 

Kolejny już wieczór czekam aż Dziadek zapadnie w sen. Wszystko tu ciągle wygląda tak, jakby Babcia miała zaraz wrócić. 

Ale nie wróci przecież. 

Myślę, że tam, gdzie jest, jest szczęśliwsza. 

Tańczy do swojej ulubionej piosenki "Chabry z poligonów"

Skąd to wiem? 

Przedwczoraj, gdy o 22:20 wsiadłam do samochodu i włączyło się moje ulubine radio "Czwórka", w głośnikach rozbrzmiała właśnie ta piosenka. 

Kawałek tak retro, że nawet pojęcia nie miałam, że funkcjonuje na jakichś nagraniach. 

Wierzę, że to był znak. 

I jest mi z tym lepiej. 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Babcia

Dziękuję za niepowtarzalny smak groszku z marchewką.
Za "Chatkę Baby Jagi".
Za czas.
Za pierogi i uszka w każde Boże Narodzenie,póki miałaś siłę.
Za Maję i Majeczkę.
Za radość z narodzin Prawnuka.
Za kręcenie loków na papiloty.
Za pudełko z guzikami.
Za moją Mamę.
Za wszystko.
Za to,że byłaś 83 lata,a ja miałam Ciebie prawie 31 lat.

Nie zapomnę nigdy.

wtorek, 18 listopada 2014

Oswajanie

Gdy byłam mała, a później i trochę większa, chodziliśmy na dłuuuugie spacery. 
Czasem zachodziliśmy do restauracji na herbatę. 
Czasem siedzieliśmy w uzdrowisku na ławeczce. 
Nauczył mnie jak kijanki przekształcają się w żaby. Codziennie chodziliśmy nad staw, a one codziennie były trochę inne. Aż wreszcie wcale ich nie było, a małe żabki przecinały ścieżkę, którą chodziliśmy. 
Latem braliśmy koc i robiliśmy piknik na polanie. 
Lub zachodziliśmy do Jego znajomego na działkę, gdzie mogłam "gotować zupę" ze wszystkich tych skarbów, które można było tam znaleźć. 
Na śniadanie robił najlepszy omlet "a'la Colombo z serem". 
Zbieraliśmy dzikie jabłka, a później karmiliśmy nimi krowy na pastwisku. 
Nauczył mnie francuskich piosenek i wyliczanek, które dziś powtarzam Sebciowi.
Gdy nie potrafił odpowiedzieć na jakieś moje pytanie, wyciągał francuską encyklopedię Laroussea, czytał i tłumaczył definicję. 
Gdy chodziłam do szkoły miał anielską cierpliwość do tłumaczenia mi ułamków, geometrii i innych matematycznych zawiłości. 
Gdy jeszcze nie było telefonów komórkowych, był przekonany, że wkrótce będzie można bez kabla rozmawiać z kimś, kto jest daleko i widzieć go przez telefon. Było to dla mnie niepojęte, ponieważ byłam przekonana, że wszyscy, z którymi rozmawiam przez telefon zmniejszają się i siedzą w tym czasie w aparacie. 
Na majowych pochodach szłam razem z nim za rękę. Wydawał się taki najważniejszy w galowym mundurze górniczym z białym pióropuszem. 
Nigdy się nie nudził graniem w planszówki, warcaby, szachy, zabawą w pocztę, w restaurację, w sklep, w dom i w wesołe miasteczko. 
W kółko czytał mi tą samą książkę ze 100 wierszami Jana Brzechwy. Sporo z nich do dziś z nam na pamięć. 

Mam takich obrazów setki, jeśli nie tysiące. 

Dziadek - przez całe lata najważniejszy, najbardziej idealny, najcierpliwszy....nigdy nie krzyczał, nie dał klapsa, nie powiedział, że nie ma dla mnie czasu, nie odmówił pomocy. Gdy dorastałam, dojrzewałam i gdy już byłam całkiem dorosła nigdy nie skomentował i nie skrytykował moich poczynań, decyzji i wyborów. 
Jeszcze do niedawna, gdy tylko przypominałam sobie, że przecież kiedyś będzie musiał odejść, od razu łzy stawały mi w oczach. 

Od niedawna codziennie oswajam się z tą myślą, że jednak będzie musiał. 

Dzisiaj to ja karmię Go zupą. 
Ja tłumaczę trzeci raz, że jest dziewiąta wieczorem, a nie rano. 
Ja Go trzymam pod rękę, aby mógł przejść kilka kroków.

Ja widzę w Jego oczach jak bardzo Mu wstyd, że tak odwróciły się nasze role. 

Nie chcę tu pisać wszystkich tych frazesów, które chodzą mi ostatnio po głowie. 
Ciężki czas dla nas nastał i staram się radzić sobie z tym jak mogę. 
Dlatego tylko zacytuję moją Babcię,od lat powtarzającą pewną prawdę, której sens w całości dotarł do mnie w ostatnim czasie:
"Starość się Panu Bogu nie udała". 
 




niedziela, 9 listopada 2014

Wsparcie

Pisanie przyniosło mi ulgę.
Wciąż jednak wraca do mnie ta chwila przed świtem, kiedy ją znalazłam. Widzę to co najmniej kilka razy dziennie.
Wtedy byłam w szoku...dopiero teraz jakoś dotarło to do mnie. I teraz nie chce się wymazać  z głowy, zejść sprzed oczu.
Bolą mnie te flashbacki.
Czekam aż miną. Bo chyba miną z czasem. Przynajmniej ich częstotliwość powinna się zmienić.


Dziękuję za wszystkie komentarze pod dwoma poprzednimi wpisami. Wybaczcie, ale nie odpowiem na każdy z osobna.
Żałuję, że tyle Anonimowych, niepodpisanych. Nawet nie wiem komu mogę być wdzięczna za troskę i objęcie jakąś ciepłą myślą.

Tyle wsparcia otrzymałam w tych dniach.
Masę dobrych słów, życzeń, a czasem po prostu milczącego bycia obok, które również ma wielką moc.

Świat kręci się dalej...aż momentami ze zdziwieniem na to patrzę.
Dziwne, że jednak się nie zatrzymał.
Ani nawet nie zwolnił.

sobota, 8 listopada 2014

Kropeczka

17.10.
Data spodziewanej miesiączki.
33 dzień cyklu.
Objawy: ból piersi, rozpierający lekki ból podbrzusza, delikatne mdłości.

18.10.
Brak miesiączki.
Notoryczne uczucie zmęczenia.
Zasypiam Miśkowi na kolanach.

20.10.
36 dzień cyklu.
Brak miesiączki, ból piersi.

Pierwszy test ciążowy wykonałam zaraz po przebudzeniu, o 7 rano. Pokazał dwie kreski. Druga blada, ale widoczna.
O wyniku powiedziałam Mamie oraz napisałam do A. Obie były podekscytowane. Ja przez cały dzień byłam poddenerwowana, aż rozpalona. Nie spodziewałam się, że tak prędko zobaczymy te dwie kreseczki.
Drugi test zrobiłam po powrocie z pracy. Wynik ten sam.
Po obiedzie zapakowałam oba testy w ozdobną torebeczkę i razem z Sebastianem poszliśmy do mieszkania, gdzie Misiek robił remont.
Po wejściu wzięłam go za rękę, poprowadziłam na kanapę, poprosiłam by usiadł i podałam mu testy.
Był bardzo zaskoczony. Chyba do końca nie wierzył.
Siedzieliśmy tam chyba godzinę czasu, prawie nic nie mówiąc.
Tuliliśmy się i całowaliśmy.
Ja płakałam. Pełna jednocześnie radości, lęku, ekscytacji, szczęścia i obaw.
W radiu leciała wtedy piosenka E. Bartosiewicz "Skłamałam".

21.10.
Byliśmy na wizycie u lekarza. Niestety USG nie znalazło Kropeczki.
Musimy uzbroić się w cierpliwość do 3.11.

22.10.
Sebastianowi mówimy,że mama ma w brzuszku dzidziusia.
Częściowo rozumie co to znaczy, jednak w zależności od dnia albo się cieszy, albo mówi "nie! nie chcę!"

23.10.
Mój żołądek chce strawić sam siebie!
Niemiłosiernie burczy mi w brzuchu i jestem bardzo głodna. Po raz pierwszy TAK bardzo.

24.10.
40 dzień cyklu.
Brak miesiączki, ból piersi, nadwrażliwość na zapachy, drażliwość, zły nastrój.
Przez telefon mówię o ciąży K. Cieszy się i gratuluje. Jedziemy do ZG do A. i T.
Odpoczywamy, rozmawiamy i oglądamy smutny film.
Znów zasypiam Miśkowi na kolanach.

25.10.
Trzydziestka D.
Bawimy się w klubie. Dużo jem i piję. Soków oraz wody oczywiście :)
Tańczę do 2 w nocy. Po imprezie odwożę towarzystwo do domu.
Mina M. na nasze nowiny - :-O , aczkolwiek to pozytywne zaskoczenie.
Czuję się cudownie wśród moich Przyjaciół.

26.10.
Ostatni dzień w ZG. D i M. przywożą mi wielką siatkę owoców.
Z K. i S. idziemy na spacer po lesie.
Odpoczywam, czuję się spokojna i szczęśliwa.
Mam wrażenie, że moje ciało stało się małą świątynią.
Czuję, że kocham Miśka niesamowicie mocno.
On pół soboty czytał książkę A. "W oczekiwaniu na dziecko". Zachwyca mnie jego zaangażowanie!
Zabieramy z ZG wanienkę dla Kropeczki. To pierwsza rzecz dla niej :)

27.10.
Zmęczenie!
Do godziny 17 pracuję. Jestem zmęczona i zła, bo nie wiem czy to poświęcenie ma sens.
Wyżywam się oczywiście na biednym Miśku.

Kupuję ciepłe legginsy - rozciągliwe, aby mieścił się w nie rosnący brzusio. Chociaż brzuch mój sam w sobie jest spory i bez ciąży :P

Wczoraj, gdy wróciliśmy z ZG , Seba zapytał "A gdzie jest Dzidziusia?". Myślał, że już ją przywieziemy.

30.10.
Misiu zbudził nas o poranku pocałunkiem w brzuch i słowami "Dzień dobry, Kropeczko".

Reszta dnia oraz wieczór minęły nam jednak kiepsko.
Trawiło nas paskudne choróbsko. Wymioty, dreszcze i ból wszystkiego. Misiu również się pochorował, a i Dziadków wirus okrutny nie ominął. Całe szczęście, że trwało to wszystko tylko jeden dzień.

31.10.
Nie dokarmiam Cię, Kropeczko, za bardzo.
W tej ciąży jest jakoś inaczej... liczę, że to znak, który wróży nam Kropeczkę - Córeczkę.

3.11.
Jesteś!
Widzieliśmy na USG.
Mała Kropeczka. Prawdopodobnie masz dopiero 4 tygodnie! Z miesiączki wynika, że 7.
Moje wyniki nie są za dobre. Mam niedoczynność tarczycy i ślady białka w moczu. Muszę zrobić dodatkowe badania.
A żołądek ciągle mi dokucza.

Byliśmy powiedzieć o Tobie drugim Dziadkom - rodzicom Miśka. Ucieszyli się, wyściskali nas. Było bardzo miło.

4.11.
Dostałam plamienia.
Boję się o Ciebie.
Bądź bardzo silna, Nasza Kropeczko, teraz byłoby nam bardzo smutno, gdyby Cię nie było.

5.11.
Biorę leki na podtrzymanie ciąży.

Krwawienie.
Czarne skrzepy.
Czuję, że Cię tracimy.
Płakałam wczoraj długo.
Tatuś Twój był silny i dzielny. Wspierał mnie jak potrafił, choć wiem, że także jest mu ciężko.
Tak się cieszył, gdy się o Tobie dowiedzieliśmy. Dumny był.

Trudno mi się z tym pogodzić, że to już koniec.
Że jednak Cię nie będzie.
Że nie mogłam podarować naszej Rodzinie tego szczęścia.
Rano znalazłam w śniadaniu liścik od Tatusia: "Kocham Cię Kruszyno moja i cokolwiek by się nie działo, zawsze będę przy Tobie."
Tatuś jest cudowny. Tak samo jak Twój starszy Brat. Przykro mi się, że nie zdążycie się poznać.

6.11.
O 5:30 obudziłam się pełna niepokoju.
Znalazłam Cię na bieliźnie.
Pożegnałyśmy się.
Była to dla mnie ogromna trauma.
M.przez półtorej godziny leżał ze mną i w milczeniu głaskał uspokajająco moje włosy.
Z rozpaczy nie wiedziałam co robić. Przed 8 pojechałam normalnie do pracy.
O 10 zadzwoniłam do swojego lekarza. Kazał natychmiast jechać do szpitala.
W pracy powiedziałam tylko o krwotoku.
Usłyszałam, że jeśli będę musiała iść na zwolnienie to "tak nie bardzo...".
Pracuję na umowę zlecenie od miesiąca, w tą umowę dałam się trochę wrobić...."zapomniano" mi o niej wspomnieć podczas rozmów.
W tej chwili jest mi już jednak wszystko jedno.

Po dwóch godzinach w poczekalni na Izbie Przyjęć trafiam na oddział.  Z nerwów mam ciśnienie wysokie jak nigdy.
Wywiad, badanie, a na koniec USG. Byłam na to gotowa, jednak widok ciemnej pustej plamy, w miejscu, w którym ostatnio była Kropeczka złamał moje serce.

Cały dzień, aż do późnej nocy trawię swój ból. Trzecią dobę tłumaczę sobie co i dlaczego się stało. Jadę na emocjonalnym rollercoasterze.
W jednej godzinie zarzekam się, że już nigdy w życiu nie chcę być w ciąży.
Za dwie godziny obwiniam się, że jestem okropną egoistką, od jakiegoś czasu skupioną wyłącznie na sobie, swoich emocjach i potrzebach.
Tuż przed zaśnięciem składam samej sobie oraz M. obietnicę, że kolejnego dnia, po zabiegu, zamknę w swojej głowie wszystko co się wydarzyło.

7.11.
Wyskrobali ze mnie to, co zostało po Kropeczce.
Zabieg w znieczuleniu ogólnym...chociaż tyle komfortu można otrzymać w całej tej dramatycznej sytuacji.
Czuję pustkę w środku.
Staram się skierować swoje myśli z powrotem na tory "sprzed".
Wrócić do pomysłów i planów, które mieliśmy wcześniej.
Czas pewnie zabliźni rany.

Ale wiem, że do końca życia będę to pamiętała.
Straciłam ciążę. Tą, która powstała z wielkiej Miłości. Oczekiwaną. Powitaną z radością.

Ale nie złamiesz mnie, przewrotny Losie.
Kiedyś na pewno przestanę się bać.

piątek, 31 października 2014

Poligon

Przebyliśmy rodzinne jelitówkę.
Taką fest.
Obustronną.
Z temperaturą 35 z osłabienia.
Z rozpalonymi policzkami,a zimnymi jak lód stopami w dwóch parach skarpetek.
Z dreszczami i telepaniem pod kołdrą i dwoma kocami.
Z sucharkami na śniadanie,obiad i kolację.

I ze zdrowym Sebciem,który wielce był znudzony poległą całą rodziną,więc cudował,wymyślał,szalał,skakał po nas, jęczał,krzyczał,marudził,ciągle czegoś chciał...

Czuję się jakbym wróciła ze szkoły przetrwania.

Na szczęście dużo snu podziałało zbawiennie zarówno na ciało jak i ducha mego, więc dziś jestem już niemal jak nowonarodzona. I cieszę się,że choróbsko trwało tylko jeden dzień,bo przez takie coś,to naprawdę nie pamiętam, czy kiedyś przeszłam i wąrpię by dało się to dłużej wytrzymać.

A z drugiej strony nie pamiętam też,kiedy ostatnio mogliśmy tyle czasu leżeć bezkarnie razem w łóżku i oglądać powtórki The Voice of Poland :p
Chociaż taka zaleta całej sytuacji,której nawet wrogowi nie życzę...o ile jakiegoś mam;)

wtorek, 28 października 2014

Fatality

Wykończy mnie remont.
Dobije to oczekiwanie.
Zajedzie mnie sprzątanie.
Lecz,czy w ogóle dotrwam do sprzątania,skoro niedługo oszaleję przez to życie we 3 w jednym pokoju?
Przez dobytek upchany w 120litrowych worach,wrzuconych po sam sufit do kabiny prysznicowej.
Zdążyłam zapomnieć jakie mam ciuchy,poza tymi,które w kółko nosze od ponad 7 miesięcy.
Cierpliwość ma do mieszkania z rodzicami właśnie zwisa marnie na ostatniej niteczce.

Jestem zła,zniecierpliwiona,chce mi sie płakać,czuje sie bezsilna. Jednocześnie żal mi M.a z drugiej strony,uważam,że przez głupi jego upór ciągnie się to to jak rozgotowany paskudny makaron.

Nienawidzę remontu i nie wiem po co go wymyśliłam!
I obrzydliwie zazdroszczę wszystkim moim Przyjaciołom ich wspaniałej wolności w dopieszczonych mieszkankach.

Tyle mam do powiedzenia.
P.s. Bloga nie piszę,bo nie mam grama prywatności w swoim życiu. Ani wolnego czasu.

wtorek, 21 października 2014

Krótko i treściwie

Tęsknię za moim blogiem i za czytaniem innych blogów.
Czekam z niecierpliwością, aż trochę zwolnimy, chociaż obawiam się, że my już po prostu mamy takie tempo i bez niego nie będziemy potrafili żyć.

Jeszcze trochę i przeprowadzimy się do naszego mieszkania. Myślę, że potrzeba nam około miesiąca. Niby niewiele miało być tego remontu, ale każda rzecz trwa.
Jednak już powoli cel majaczy na horyzoncie...jesteśmy bliżej mety, niż dalej.

Do końca roku pozostało niecałe dwa i pół miesiąca.
Myślę, że powinnam już pomału zacząć pisać podsumowanie...obawiam się, że jeden post, to za mało, aby je w nim zmieścić.
A to przecież jeszcze nie koniec... :)

Teraz jest dobry czas.
Spełniona jestem, spokojna i zadowolona.
Chyba wszyscy jesteśmy w takim fajnym stanie.

A dzisiaj pewnie wygram 7 milionów w lotto, bo przecież moje marzenia są na fali spełniania się, więc dlaczego by i nie to?
A nawet nie będę samolubna - niech i jeszcze ktoś wygra. 3,5 też mnie ucieszy :P

poniedziałek, 13 października 2014

Mlecyk

-Śnalaśłem łanego kiatka! 

Wykrzyknął i pełen entuzjazmu wbiegł na łąkę. 
Przykucnął przy pojedynczym żółciutkim mleczu. 
Zerwał ostrożnie, wrócił do mnie i powiedział : 
- Plośię, to dla Ciebie, Mamusiu 

Tak po prostu sam z siebie
<3 

czwartek, 9 października 2014

Pracuje się

Dzień drugi.
Lepszy niż pierwszy, pełna jestem wiary i nadziei we własne siły.
I nawet czuję, że po raz pierwszy od pół roku, mam jutro ochotę iść do pracy.
Pomału przyzwyczajam się do powrotu w pracowniczy tryb życia.

Ciężki okres teraz mamy.
Misiek mój cały tydzień chodzi na nocki. Wraca o 6:20, śpi do 14, wstaje, je obiad, idzie remontować mieszkanie, wraca, je kolację i idzie do pracy.
Prawie w ogóle się nie widzimy.
Dlatego dzisiaj postanowiliśmy zrobić sobie wolne, bo już i my za sobą tęsknimy i Seba za tatą stęskniony mocno.
Podjechaliśmy nad najbliższą wodę, którą tu mamy.
Pospacerowaliśmy, a gdy ostatnie promienie słońca schowały się za drzewami i wzgórzami, wstąpiliśmy do mojej ulubionej knajpy na kawę.
Ze zdziwieniem odkryłam w niej kolejne zmiany, którymi jestem wręcz zachwycona.
Od dawna upodobałam sobie to miejsce, o uroczym położeniu i niepowtarzalnej atmosferze. Obecnie wcześniej tam panujący, oryginalny "klimat", pomału staje się już stylem, co działa na niesamowitą korzyść lokalu.
Siedzieliśmy tam chyba 2 godziny i czuliśmy się jak w domu.
Nawiasem mówiąc, wystrój jednej z sal, jest właśnie takim, jaki chciałabym stworzyć w naszej przyszłej sypialni. Chłonęłam więc dzisiaj kolory, dodatki, drobiazgi , żeby móc się wkrótce inspirować.

Dobrze nam zrobiła ta mała wycieczka-ucieczka.
Podziękowaliśmy z Becim Miśkowi, za ten kawałek wykradzionego czasu.
Tak się teraz czujemy - że musimy wykradać wręcz chwile na najzwyczajniejsze bycie ze sobą. Wciąż jednak trzymamy się myśli, że teraz tak jest, bo pracujemy nad tym, aby w gotowym naszym miejscu, poukładać już wszystko od początku do końca, i móc wreszcie delektować się tym BYCIEM.

Mam nadzieję, że osiągnięcie tego, nie będzie musiało być moim Noworocznym życzeniem :) Aczkolwiek jeśli nie, to czego ja jeszcze w ogóle mogę sobie życzyć? Poza odrobiną stagnacji czasami?

poniedziałek, 6 października 2014

Dobre wieści

I znowu ta mieszanina uczuć.
Towarzyszy mi przy każdej zmianie.
W tym roku jest czymś, do czego powoli się przyzwyczajam.
Taki wewnętrzny przekombinowany drink:
50ml radości
30ml strachu
10ml ekscytacji
5ml dumy
5ml zaciekawienia
2ml żalu

Szejkujemy energicznie, przelewamy do szklanki typu long. Cytrynka, rureczka, parasolka i "włala" :)

Oto drink o nazwie "New work" :)

Tak oficjalnie to bezrobotna jestem od soboty, bo wtedy właśnie zakończył się mój okres wypowiedzenia.
I w stanie tym pozostanę do pojutrza.

:)

Przeszłam rekrutację w firmie, w której jako pierwszej byłam na rozmowie kwalifikacyjnej. Pokonałam w drugim etapie 4 osoby,a w pierwszym chyba kilkanaście ;)
Muszę tylko podreperować umiejętności językowe, bo opuściłam się strasznie. I cieszę się, że taki warunek mi postawiono, bo już dawno nosiłam się z tym zamiarem. A teraz mam kopa i silną motywację.
Strach jest, bo przeskoczę z FTL na busy i wszystko będzie nowe i inne...ale oczywiście, wierzę, że będzie w porządku i że dam radę.
Cieszę się, bo będę pracować w trzyosobowej grupie. Mam nadzieję, że stworzymy fajny zespół.

Żal mi trochę znowu tego czasu Mamy i Synka. Tak było fajnie przez ostatnie dwa tygodnie. Tyle się go naobserwowałam, tyle razy pozytywnie mnie zaskoczył, tyle w nim nowych umiejętności dostrzegłam. Wielką radość mi to sprawiało i teraz ze świadomością, że w środę znów mamy minus 9 godzin, jest mi trochę smutno.

Ale z drugiej strony kamień spadł mi z serca i zniknęły ekspresem wyrzuty sumienia, że Misiek musi na nas pracować. I kieszeń moja odetchnęła z ulgą, że jednak nie będzie musiała być uzupełniana ze środków na czarną godzinę.
I będziemy mogli kupić takie jedne meble do przedpokoju, które nam się ostatnio spodobały :)

Coś uroczego do obejrzenia :)

czwartek, 2 października 2014

Inny świat.

No i cóż ja mogę napisać, jako bezrobotna od przeszło tygodnia...?
Że nadal jestem bez przerwy czymś zajęta. Ale teraz przynajmniej jestem zapracowana bez stresu :)
Przyznam szczerze, że aktualny "stan skupienia",  dobrze robi mi na głowę.
Nareszcie poświęcam się temu, co najważniejsze dla mnie.
Mam czas dla Syna.
Z przedszkola wracamy spacerkiem. Może dokładnie opowiedzieć mi wszystko, co się działo. Zawsze do przedszkola idzie przygotowany - jeśli jest dzień jesieni i trzeba przynieść dary jesieni - mamy je ze sobą. Jeśli jest dzień jabłuszka i dzieci mają być ubrane na czerwono - Seba od stóp do głów jest czerwony. Jeśli jest dzień muzyczny i można przynieść ze sobą instrument - Młody dziarsko maszeruje z bębenkiem.
Nie przyznam ile razy wcześniej z pośpiechu przegapiliśmy takie przedszkolne wydarzenia. 
Syn ma dzięki temu wszystkiemu lepszy humorek. Jest grzeczniejszy i zwraca się do nas "Mamusiu" i "Tatusiu", czym nieustannie nas rozmiękcza.

Mam czas dla Miśka.
Na ugotowanie mu pysznego kremu dyniowego, który uwielbia.
Na porządne kanapeczki do pracy.
Na wymasowanie bolących lędźwi.
I na bliskość w takiej formie, na jaką zwykle brakowało nam czasu, bądź siły.
Dzięki temu Misiek również ma lepszy humorek...:->

Dla siebie nie mam za wiele czasu. Ale mam go jeszcze trochę dla domu.
Sporo dla remontu i naszego nowego mieszkania.
Mam również czas dla Dziadków - aby jeździć z nimi do lekarzy, aptek i po zakupy.
Nadrobiłam większość urzędowych spraw. Po ponad pół roku przerejestrowałam samochód. Meldunki, dowody i całą inną papierologię również załatwiłam.

Byłam na rozmowach kwalifikacyjnych - w jednej firmie na drugim etapie - czekam na wyniki. Jutro wybieram się do kolejnej firmy.
Odwiedziłam w szpitalu koleżankę i jej nowonarodzoną córeczkę.
I wiecie czego zapragnęłam...? ;)
To z pewnością nie jest najlepszy moment...ale wiem już, że najlepszego momentu prawie nigdy nie ma.
Na pewno jednak dla mnie- jako kobiety, to jest czas odpowiedni.
Oczywiście będzie, co będzie. Liczę się z tym, że z moimi schorzeniami wcale niekoniecznie sukces jest gwarantowany. Zresztą widać - od 8 miesięcy nic się w tej materii nie wydarzyło. 
Duchowo w każdym razie jestem gotowa.

Na dzień dzisiejszy uważam, że tak to po prostu miało być. Prawdopodobnie wciąż czeka na mnie coś lepszego. Lub znowu coś tak się zmieni, że zrozumiem czemu jeszcze ma służyć obecna sytuacja.
Finansowo na razie jestem zabezpieczona - od lat dbałam o to, by zawsze mieć zapas środków na "Czarną godzinę". Całe życie obserwowałam jak robi to moja mama. I dzisiaj mogę jej za to powiedzieć DZIĘKUJĘ. Bo dzięki temu, póki co, mogę być zupełnie spokojna.

środa, 24 września 2014

Wyznanie

"Kofam Mamę! I Tatę teś kofam"

Spontanicznie oznajmił mi dziś wieczorem nasz trzylatek,siedząc wtulony we mnie na fotelu.
Możliwe,że taki przypływ czułości to sprawka gorączki,z którą walczymy od wczorajszej nocy.
Jest to bez znaczenia.
Bo te słowa mają magiczną moc-przeganiania trosk,smutkow i pochmurnych rozważań.
Nagle wszystko to przestaje mieć znaczenie. Bo przecież najważniejsze już mam.

sobota, 20 września 2014

3

3 lata.
Cudowny nasz Synek jest już takim dużym chłopcem!
Moim Wielkim Szczesciem.
Światłem w tunelu.
Sensem Życia.
Motywatorem,dopalaczem,rozpogadzaczem najgorszego dnia. Dumą.

KOCHAM CIĘ, Dziecko Moje!

Nie mam niestety sił pisać o tym piękniej.

Wczoraj straciłam pracę.
Dziś pracuję nad tym,aby nie tracić ducha.

piątek, 19 września 2014

Zabawkowa randka

Wczoraj krótko przed 17 wysiadałam z samochodu pod domem. Obok mnie przejechało znajome auto.
Pomyślałam, że chyba plany się zmieniły.
Zabrałam torbę z laptopem, torebkę i z uśmiechem od ucha do ucha, nad którym wciąż nie mogę i nie chcę zapanować, podążyłam w kierunku parkującego wozu.
Wysiadł On. Równie szeroko uśmiechnięty jak ja.
"A tak myślałem, że Cię spotkam pod blokiem"

Buzi buzi.

"Możesz na chwilę przytrzymać mój plecak?"
Zanurkował z powrotem w aucie, po chwili wynurzył się, trzymając w rękach różę. Nawet nie czerwoną. Szkarłatną. Piękną.

"Czerwona...jak...jak...nasza miłość. Kto by pomyślał, że to już osiem miesięcy...?"

Taki drobiazg.
Kwiatek zwykły. Piękny w swojej prostocie.
Bez wstążeczki nawet.
A sprawił, że już niemal eksplodowałam z nadmiaru uczuć.

8 miesięcy to w sumie żadna okazja. Zresztą otrzymuję takie kwiatki co jakiś czas zupełnie spontanicznie.I za każdym razem sprawiają mi ogromną przyjemność.


Po południu wybraliśmy się po prezent urodzinowy dla Sebcia. Myślałam, że będę kupować go sama, ale Misiek zadzwonił, żebyśmy pojechali razem, skoro ma trochę wolnego czasu.
Mieliśmy kupić kolejkę elektryczną. Jakąś fajną, sporą, żeby można było rozłożyć ją w Sebka nowym pokoju.
Niestety żadna z oferowanych nie spełniła naszych oczekiwań. A te, które ewentualnie spełniały, kosztowały za dużo. Wybraliśmy więc prostą, niewielką na start,żeby sprawdzić, czy w ogóle Seba będzie miał ochotę się nią bawić. Jeśli się sprawdzi, to wybierzemy później jakąś kolekcję i będziemy mu zbierać.
Ja chciałam jeszcze kręgle, abyśmy mogli wszyscy razem w nie grać.
Wzięliśmy więc i kręgle.
Misiek już od dawna mówił o małej wędce. Akurat byłą ostatnia wędka i gumowe rybki - do zabawy w wannie.
"Ale przecież niedługo się przeprowadzimy i nie będziemy mieli wanny"
"To będzie miał u Dziadków"
Wędka pod pachę.
I na sam koniec dostrzegł jeszcze rybkę, która strzela kulkami - trzeba celować w małe pachołki aby je zbić.
No i musieliśmy wziąć jeszcze to "bo ja zawsze się lubiłem w takie coś bawić. I zobacz jakie tanie!"
W ten sposób wyszliśmy z wielką torbą zabawek.

Jesteśmy okropnie niekonsekwentnymi rodzicami...
ale taką nam to przyjemność sprawiło! :)
Patrzyłam na M. z jakim zaangażowaniem i entuzjazmem dobierał te zabawki...Tatuś nasz kochany...nie mogłam nam obojgu tego odmówić.
Lecz tylko ten jeden raz pozwalam na takie szaleństwa! Bo to pierwsze Urodziny Becia, które spędzimy jako rodzinka.
Świętowanie urodzin zaczynamy już dzisiaj - Chrzestny nasz najlepszy z Żonką przyjadą do nas na kawkę.
Jutro dmuchanie świeczek w rodzinnym gronie, a w niedzielę wyruszamy do Wrocławia spędzić dzień w Aquaparku i Zoo :)

A jeszcze całe to nasze wczorajsze wyjście zwieńczyliśmy dwoma kubkami gorącej czekolady z lodami i bitą śmietaną.
I sami trochę jak dzieciaki wczoraj byliśmy.
Super popołudnie!

8 miesięcy...wiem, że to kropla w morzu, jednak wydawało mi się, że po takim czasie mija już cała euforia. A nam nic nie mija. Wręcz przeciwnie.
Uwielbiam Mojego Chłopaka do szaleństwa :)

środa, 17 września 2014

Moje Chłopaki

Tak sobie dzisiaj siedzę (w pracy) i rozmyślam. Czasu mam trochę wolnego, więc przeglądam "internety" własne.
Zdjęcia, posty itp. Nawet rozmowy nasze z Misiem...z tych pierwszych dni. Kiedy oszołomieni jeszcze, pełni byliśmy zdziwienia i obaw.
Największy strach tyczył się Sebastiana.
Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić jak to wszystko ma wyglądać, w jaki sposób to pogodzić, i jak się wszyscy mamy w nowej sytuacji odnaleźć.

Dzisiaj z perspektywy tych kilku miesięcy mogę powiedzieć, że wszystko się ułożyło jakby samo.
Czasem jeszcze o tym rozmawiamy, Misiek podkreśla, że wiele w tym Sebcia zasługi. Tego, jakim jest otwartym i pogodnym dzieckiem. Że jego po prostu nie można nie lubić.
Ja uważam, że sukces należy do nich obu.
Mam w domu dwóch wyjątkowych chłopaków.

Ten mniejszy jest mądry, ma świetną pamięć, jest bystry, potrafi być przeuroczy, pełny jest dziecięcej żywotności i entuzjazmu do wszystkiego i wszystkich.

Ten większy jest ciepły, opiekuńczy i odważny. Pracowity, odpowiedzialny i oddany wszystkiemu, co robi.
Połączenie tych cech obu chłopaków, musiało stworzyć związek idealny :)

Jakkolwiek jednak, uważam że mam w domu Bohatera.
I nie dlatego, że właśnie pełen zapału przesuwa w górę wszystkie kontakty w nowym mieszkaniu, łata stare dziury, wierci nowe i dźwiga meble w te i nazat.
To znaczy... dlatego również.
Ale Bohaterem jest w moich oczach, bo zupełnie niespodziewanie został tatą. I nie mógł tego zaplanować, nie dostał 9 miesięcy aby oswoić się z tą myślą.
Stanęło przed nim po prostu 2,5- letnie dziecko i po kilku miesiącach wspólnego mieszkania, pewnego dnia przestało wobec niego używać słowa "wuja", zamieniając je na "tata". I teraz w domu naszym słowo to rozbrzmiewa setki razy dziennie, w różnych formach i odmianach:
Tata
Tato
Tatuś
Tata Mifał
Tata Misiek
Tati
...

A on sam, chyba też nie do końca kontrolując to, od dawna nazywa Syna - Synem :)

Mogłabym tu peany pisać na ich cześć codziennie.
Każdego dnia widzę ich razem i dostrzegam małe gesty, świadczące o niesamowitej zażyłości, jaka między nimi się stworzyła.
Misiek wstaje w nocy, jeśli Seba z jakiegoś powodu się przebudzi - słyszy go przede mną.
Robi dla niego rano jajecznicę albo paróweczki, kroi chleb i studzi herbatę.
Smaruje małego pianką do golenia. Stoją tak we 2 w łazience i się golą.
Prowadzi go do przedszkola, lub z niego odbiera i albo jest dumny, bo Syna chwalą, albo się wstydzi za niego, kiedy coś narozrabia.
Prowadzi rozmowy wychowawcze, udziela reprymendy, a jak nic nie działa, to tak huknie, że aż ja się czasami wystraszę.
Przenosi go na rękach przez błoto po kolana, w trakcie grzybobrania.
Pozwala kręcić kołowrotkiem na rybach.
Całuje główkę.
Daje buziaka na dobranoc.

I robi tysiąc innych fajnych "tatowych" czynności, za które kocham Go po prostu tak niemożliwie, strasznie, kosmicznie mocno, że nie da się tego opisać.

A Sebastian dłużny nie pozostaje.
Obejmuje szyję taty obiema łapkami w taki cudowny dziecięcy sposób.
Daje buziaczki.
Tuli się do nogi.
Wyczekuje godzinami w oknie sto razy pytając
"gdzie jest mój tata?
gdzie on się schował?
gdzie on podział?"
A kiedy słychać szczęk klucza w zamku, biegnie w podskokach piszcząc radośnie.
Z powrotu Taty z pracy cieszy się bardziej entuzjastycznie niż nasz pies :)
Jeśli może coś podzielić, to daje dla siebie, dla Mamy i dla Taty.
Jeśli chce gdzieś pojechać, to zawsze zaznacza, że z Mamą, z Tatą i Kają.

Tyle mamy w domu Szczęścia, Miłości, pozytywnych emocji i tyle pięknych obrazków.

I nawet jeśli, tak jak teraz, jesteśmy przemęczeni, przytłoczeni nadmiarem obowiązków, nie mamy dla siebie  czasu, a jeśli mamy, to zasypiamy zanim zdążymy dobrze go wykorzystać, to wciąż w całej tej miłości i niezwykłej nowej relacji, jest niewyczerpane źródło, z którego możemy czerpać nowe siły.

Jestem zakochana! Zauroczona po uszy i wyżej...w obu moich chłopakach.
Są najlepsi na Świecie.
Każdy z osobna i obaj razem.








piątek, 12 września 2014

Albert i Rudy

W piątek tydzień temu wybrałam się z Synem na zakupy wyprawkowe.
Oczywiście ja byłam dużo bardziej podekscytowana niż on.
Od dzieciństwa uwielbiałam te zakupy.
Szłyśmy z mamą na taki "Manhattan".
Chyba w każdym mieście było, lub nadal jest takie miejsce - wielki plac,na którym w tak zwanych "szczękach", handlarze wystawiali wszystko - kasety magnetofonowe, kosmetyki Celia i Bell, ciuchy z Tuszyna, albo Raszyna.
Gdzieś pomiędzy można było nabyć warzywa i owoce. Jeszcze dalej na kocach, swoje towary prezentowali imigranci. Można było spotkać na przykład Pana Alberta - doktora nauk ścisłych, pochodzącego z Armenii. Przywoził w tych wielkich torbach w kratę,  przedmioty radzieckiej produkcji. Wyciskarka do czosnku typu "gniotsja nie łamiotsja" - przeżyła wszystkie Fackemalmanny, Betterwary i inne w naszym domu. Albo najlepsza gierka na świecie - wilk łapiący jajka, bądź kucharzyk podbijający patelnią kiełbaski i udka z kurczaka.
Pamiętacie?
Ale bym pograła!!!

Pod koniec wakacji na "Manhattanie" pojawiały się nowe stoiska - z używanymi podręcznikami oraz wszelkimi przyborami szkolnymi. Biały klej do papieru, nożyczki z oczkami, temperówka z pojemniczkiem na opiłki, zeszyty, zapachowe (!) okładki,wymazywacz do pióra, kredki, farby, piórnik - z wyposażeniem, albo bez. Rozkładany. Albo piętrowy.
Uwielbiałam ten dzień, kiedy jechałyśmy z mamą kupować wyprawkę. Mogłam wybierać pośród tyyyyylu barwnych przedmiotów.
Były takie lata, że mama pozwalała mi wybrać niemal wszystko.
Były też takie, że większość wskazywała sama, a przed zakupami przeglądałyśmy dokładnie szafki aby sprawdzić, z poprzedniego roku nadaje się jeszcze do wykorzystania.
Dzisiaj wiem, że to były te lata, kiedy coś nie szło i mama przechodziła na "tryb oszczędnościowy".
Nie mniej jednak, wspominam dobrze wszystkie te zakupy.

Dlatego też z nie mniejszym entuzjazmem zabrałam Syna do hipermarketu po przedszkolną wyprawkę. Wybraliśmy razem klej, plastelinę, kredki (tutaj musiałam trochę zadziałać, bo naprawdę nie rozumiem dlaczego kredki z Samolotami Disneya na obrazku są dwa razy droższe niż z czymś innym, co nie pochodzi z popularnej bajki). Skończyliśmy zakupy papiernicze i podjechaliśmy jeszcze do Rosmanna, ponieważ na liście wyprawkowej widniały też przybory do mycia zębów. Wybrał sobie szczoteczkę i pastę. Podeszliśmy jeszcze obok po jakiś kolorowy kubeczek. Kupiłam dwa. 1,49 za sztukę, a takie przyjemne - jeden zielony z żabką, drugi czerwony z misiem.



Tego Rudego zauważyłam już wcześniej.
Znam go z widzenia.
Od tamtych czasów, kiedy grałam w radziecką gierkę. Mieszkaliśmy w tym samym bloku.
Bałam się go trochę.
Zawsze chodził ze starszym bratem. A może nawet i dwoma... wszyscy byli jacyś tacy dłudzy i mieli charakterystyczny dziwny chód. Nie bawili się z nami. Szlajali się po ulicy. Nie wiem co robili, zwykle starałam się ich unikać. Byli zaniedbani. Czasem nas straszyli. Nie byli takimi zwykłymi dzieciakami, jak cała reszta.

Wychodzimy z Sebkiem z siatkami z drugiego sklepu. Rudy idzie w naszą stronę. Dzisiaj się go nie boję, chociaż dalej sięgam mu ledwo wyżej pasa. Już się domyślam o co chodzi.
"Może mi Pani dołożyć 50 groszy? Widzi Pani - dostałem chleb - nie wyrzuciłem..."
Nie czekam aż dokończy, wyjmuję pieniądze z portfela.
Podaję mu, patrzę mu w oczy. Dziwne są.
Myślę, że pewnie ćpa. Taki efekt dają narkotyki, albo psychtropy. Znam dobrze ten wzrok.

Dziękuje mi, rozchodzimy się.
W głowie pojawia się myśl, że może mogłam coś wspomnieć, że się znamy z podwórka. Że z ciekawości zapytałabym dlaczego żebra i na co tak naprawdę?
Idziemy do Biedronki, kupuję coś jeszcze.
Przy samochodzie Rudy zaczepia mnie ponownie - obniżył stawkę - prosi o 40 groszy.
Odpowiadam, że już mu dałam.
"Aaa przepraszam, wszystkie samochody takie podobne..."

Myślę, że wcale nie przy samochodzie dawałam mu tę kasę.
I sama siebie strofuję w myślach, że jakaś nienormalna jestem, że chciałam go o coś pytać.
I że może jeszcze sobie wyobrażałam, że mi opowie historię swojego życia.
Reporterka się znalazła!

Mimo tego, jakoś nie mogę przestać o nim myśleć.

Spróbowałam sama sobie odpowiedzieć o co mi chodzi z tym facetem?
I doszłam do wniosku, że poczułam rozczarowanie.
Ucieszyłabym się, gdybym go spotkała w tym sklepie na zakupach. Normalnie ubranego. Może z żoną, z dziećmi? Może w jakiejś pracy?
Ale minęło ponad 20 lat, a on dalej jest taki straszny jak wtedy.
Nie wiem dlaczego, ale mogę się domyślać.
Akurat tu w Wałbrzychu można to napotkać praktycznie na każdym kroku. Jeden za drugim - dowody na to jak pochodzenie determinuje nasze dalsze życie.
Zamknięto huty, kopalnie...górnicy zostali bez dochodu. Mieli małe dzieci, brakowało pieniędzy, nie było nowych miejsc pracy. Wszyscy zaczęli pić. Patologia rozprzestrzeniała się jak szarańcza. Dzieci rosły w tej patologii. Byli górnicy w znakomitej większości nie znaleźli nowego zajęcia. Dzieci nauczyły się takiego życia - bez pracy, bez ambicji, bez planów. Za to z alkoholem i używkami.
Strasznie to smutne.

Pod domem wynieśliśmy z Sebciem nasze zakupy z auta. Siatki pełne przyborów przedszkolnych.
Patrzę na Synka.
Tak bardzo się cieszę, że mogłam kupić mu tę wyprawkę.
Że sprawiło mi to radość, bo sama chodziłam z mamą na takie zakupy.
Że los i dzieje naszej rodziny spowodowały, że od pokoleń żyjemy na bardzo przyzwoitym poziomie.
Że dzieci w naszej rodzinie mogły się kształcić w szkołach i na uniwersytetach. I wyniosły z domu dobre wzorce.
Doceniam, że dzięki Rodzinie, mogę zagwarantować Synowi dobry start. Że przyzwyczaimy go do pewnego modelu życia, który najprawdopodobniej zechce w przyszłości powielić.

Mam świadomość, że czasy są niepewne. I nigdy nie wiadomo, czy kiedyś nie sprawią, że będąc doktorem nauk ścisłych, trzeba będzie coś sprzedawać w obcym kraju na bazarze...
Lecz póki co mamy wszyscy ogromny komfort. Jestem za to wdzięczna każdemu czynnikowi, który to umożliwił. I cieszę się, że potrafimy to jak najlepiej wykorzystywać.

czwartek, 11 września 2014

Ślubny garnitur

Pozostając jeszcze przez moment w tematyce Ślubnej...

Nasze weekendowe wyjście uświadomiło mi, że pomimo pewności, jaką mam z Miśka strony i faktu, że jego uczucia wobec mnie nie podlegają najmniejszej wątpliwości na chwilę obecną, jestem jednak odrobinkę zazdrosna o to, że był żonaty :)

Jemu się do tego nie przyznałam, ale Wam mogę chyba.

A o tej zazdrości przypomniał mi...garnitur.

Szykując się na sobotnie przyjęcie, pojechaliśmy do Miśka mieszkania po garnitur. Niestety jedyny gajer, jakim dysponuje Mój Chłopak...to jego ślubne odzienie. Przymierzał go, aby sprawdzić , czy nie jest za duży. I gdy tak stanął przed mną...bardzo przystojny w tym stroju... poczułam delikatne ukłucie zazdrości.
Drugi raz poczułam to samo, gdy słuchaliśmy w Kościele przysięgi. Gdzieśtam z tyłu głowy pojawiło się wspomnienie, że niewiele ponad rok temu to on przysięgał.
Innej.


Nie jest to oczywiście żadną dla mnie nowością. I nie jest to też wielkim problemem. Przeważnie wręcz śmiejemy się z tego wszystkiego przy różnych okazjach. Nawet teraz w sobotę, ksiądz w kazaniu powiedział, iż zawsze przy okazji uczestnictwa w tej ceremonii, zachęca wszystkich do tego, by przypomnieli sobie swoje własne Śluby,odkurzyli wspomnienia...W tym momencie większość znajomych Miśka ukradkiem zerknęło na niego...i o mało wszyscy nie wybuchnęliśmy śmiechem.

Zdaje się, że ja...w całym tym wielkim zamieszaniu, jakie zrobiliśmy, w trakcie tego przewrotu życiowego, kompletnie wyparłam z pamięci ten szczegół, że jestem z czyimś byłym mężem.
I teraz tak sobie myślę, że to chyba jest dosyć normalne, że teraz, kiedy ten fakt, chcąc nie chcąc, do nas wrócił,  poczułam delikatny dyskomfort.
Chyba każdy pragnie być w życiu swojego partnera tą jedyną osobą...

I tak przy okazji zastanawiam się nad tym, dlaczego niektórzy są przeciwnikami ślubów?
Owszem, mają dość silne i rzeczowe argumenty, ale jednak do mnie to jakoś nie do końca przemawia.
Za to trafia do mnie zawsze to, co podczas Zaślubin, mówią księża i urzędnicy. Czy to od strony "duchowej" czy też "prawnej", jest to wyjątkowy rodzaj pewnej obietnicy i gwarancji. Dla mnie osobiście bardzo istotnej. Jest to forma zadeklarowania odpowiedzialności, złożona głośno przy świadkach, a także na piśmie.

Bardzo chcę zostać Żoną :)
I nic, że drugą.
M. mówi, że i tak tylko ja będę tą prawdziwą
:D

Z przyjemnością przysięgnę wszystko to, co przysiąc należy, a nawet jeszcze więcej. A z jeszcze większą przyjemnością wysłucham tego, co obieca M.
Fajnie będzie.

Aż się cieszę, że mogę sobie teraz na to cierpliwie czekać :)

wtorek, 9 września 2014

Dziewczęce marzenie

Marzyłam o weselu.
Całe lata.
Oglądałam oczami wyobraźni niewielki Kościół, którego wnętrze przystrojone jasnymi kwiatami, staje się przyjemnie ocieplone.
Słyszałam słowa mądrego księdza.
I przysięgę, wypowiadaną drżącym ze wzruszenia głosem.
Widziałam małą druhnę, sypiącą płatki kwiatów.
Siebie w sukni, męża we fraku.
Obrączki z tytanem.
Licznych gości.
Wesele, tort, niespodzianki, zabawy, taniec, radość...
Ja - księżniczka tego dnia.
I On - miłość mojego życia.
Splatamy zaobrączkowane palce.
Pocałunki pod welonem.

Ahhh...

Jako dziecko nie bywałam na Weselach, rodzice zwykle chodzili sami. Więc na pierwszym byłam w czasie studiów. Baaardzo mi się podobało!
Później nastąpiła cała fala.
Co roku ktoś świętował zawarcie związku małżeńskiego. W najbardziej intensywnym sezonie bawiłam się 4 razy.
Pamiętam chyba każdą z tych imprez.
Każda inna, wszystkie cudowne.
Zawsze wzruszam się podczas ceremonii, czy to w Kościele, czy w Urzędzie.
Podziwiam wszystkie Panny Młode, bo tego dnia wyglądają wręcz zjawiskowo, błyszczą jak prawdziwe gwiazdy a szczęściem aż oślepiają.
Obserwowanie tego, jest naprawdę fantastyczne. Ta pozytywna aura bardzo się udziela.

Mniej- więcej na połowę tych przyjęć szłam bez osoby towarzyszącej.
Zawsze w kościele słuchałam przysięgi i myślałam, że bardzo pragnę zakochać się tak prawdziwie, aby móc tę wzniosłą chwilę kiedyś przeżyć. Obiecać miłość, wierność i uczciwość małżeńską...aż do śmierci.
Gorąco prosiłam, by jeszcze kiedyś było mi to dane.

Ostatni raz prosiłam o to na ślubie Miśka :)

W sobotę wybraliśmy się razem na Ślub i Wesele K.i M.. Wiedziałam, że tym razem na pewno się wytańczę, bo już kiedyś poszliśmy z Miśkiem razem na wesele i bawiliśmy się świetnie.

Do Kościoła weszliśmy trzymając się za ręce.
I tak pozostało do samego końca.

Tym razem nie prosiłam.
Dziękowałam.

Spoglądaliśmy na siebie od czasu do czasu.
Czułam pewność.

Wiem, że teraz jest ten czas, kiedy mogłabym spełnić moje marzenie....

ale....

...ale chyba niestety z niego wyrosłam.

Bawiliśmy się fajnie, to prawda. Para Młoda bawiła się najlepiej i uważam, że tak właśnie powinno być. Orkiestra była świetna. Jedzenie niezłe...a na poprawinach wspaniałe :)

W pewnym momencie jednak, spojrzeliśmy oboje na to wszystko i jednocześnie niemal powiedzieliśmy do siebie, że aż tak nas to jednak nie bawi.
I przekonaliśmy się już tak na 100% do tego, o czym rozmawiamy od początku - że własnego wesela nie chcemy.
Za moment było rzucanie welonu i krawatu. Żadne z nas nie złapało ( ja i tak już 3 w życiu chwyciłam i jakoś nic się nie wydarzyło z tej okazji :P )
Misiek powiedział
"I tak się z Tobą hajtnę. Na Dominikanie".

Czy będzie to Dominikana, o której również marzyłam od lat.
Czy Bali, Goa, czy może Santorini, na które zachorowałam niedawno, czy też uwielbiany przeze mnie Nesebar, czy będzie to po prostu moja ulubiona knajpka w niedalekim Zagórzu Śląskim... wiemy, że nie będzie takiego Weselicha.
Z przytupem. Z oczepinami. Z Kaczuchami, La-ba-do, sprośnymi rymowankami, śledziami, flaczkami, pijanym wójkiem Edkiem i chwiejącym się na nogach kuzynem Olkiem.
Nie będzie sukni za miliony monet, ani limuzyny.
I kredytu na kilkadziesiąt tysięcy też nie będzie.

Już o tym wszystkim nie marzę.

Widuję nas teraz w jakimś magicznym miejscu z pięknymi widokami.
My,Synek,Rodzice,Rodzeństwo, Najbliżsi Przyjaciele i fotograf.
Jeśli przyjęcie, to najchętniej również na dworze. Bez tej całej pompy. Na luzie, z taką muzyką, jaką lubimy. Z ludźmi których kochamy, którzy życzą nam dobrze i którym przyjemność sprawi dzielenie z nami tego szczęśliwego momentu.
Których szczerze wzruszy to, co sobie obiecamy tego dnia.

Wyrosłam z dziewczęcego marzenia.

Lecz wcale nie jest mi go żal.
Zostanę Żoną swego Męża. Bez balu, ale przecież z przekonaniem i pewnością, że to właśnie o Niego tyle razy prosiłam żarliwie w Kościele.....

...nawet mimo tego, że to On za mocno się "rozchwiał" na poprawinach i jeszcze do wczorajszej nocy odzywałam się do niego tylko tyle, ile musiałam ;)



wtorek, 2 września 2014

Post o świcie pisany

Jest 6:22.
Rano.
Chyba pierwszy raz piszę notkę o tak dziwnej porze.
Misiek wstawał o 5, aby na 6 być w pracy. Zbudziłam się z nim i nie mogłam już usnąć.
Znacie ten moment, kiedy bardzo chcecie zasnąć, ale miliony myśli krążą Wam po głowie?
Irytujące.
W dodatku, tak naprawdę, wcale nie mam nic takiego do przemyślenia, co nie cierpiałoby zwłoki.
No ale spać nie mogę.
Napiszę więc o tym tutaj, a później trochę popracuję.

Od zeszłego tygodnia siedzę z Sebkiem na zwolnieniu. Mały się pochorował trochę. Mieliśmy dwa ciężkie dni ( i noce), kiedy to przypomniało mi się dokładnie, jak to jest mieć w domu niemowlaczka.
Szczerze? Zwątpiłam, czy aby na pewno czuję się na to gotowa.
Troskałam się o nasze dziecię, gdy praktycznie nie spało przez całą noc, bo tak źle się czuło.
Tuliłam, kołysałam, głaskałam, poiłam, całowałam, trzymałam za rączkę.
W ciągu dnia nosiłam i spełniałam wszelkie zachcianki małego choruszka...jednocześnie drugą ręką mieszając zupę, a trzecią (której oczywiście nie mam), pracując przy komputerze.
Wieczorem byłam już tak zmęczona, że padłam przy włączonym świetle ,czytając książkę.

Dzisiaj jest już dużo lepiej, Seba praktycznie zdrowy, ale ponieważ dostał długie L4 od Pani doktor, ma zakaz pójścia do przedszkola, więc siedzimy sobie w domu nadal. Szkoda tylko, że ominęło go rozpoczęcie Roku Przedszkolnego.
No ale mamy w zamian namiastkę urlopu.
Przynajmniej ja.

Urlop polega na tym, że codziennie gotuję obiad z dwóch dań (Misiek teraz pracuje po 10h codziennie, więc muszę o niego zadbać), doczyściłam lodówkę, jeżdżę na zakupy, zamawiam drzwi i klamki do nowego mieszkania, załatwiam sprawy służbowe, bankowe i urzędowe.

Urlop też charakteryzuje się tym, że siedząc teraz, o 6:34, słyszę jedynie senne mamrotanie mojego Synka, pochrapywanie Psa, którego wpuściłam pod kołdrę oraz stukanie  o parapet, padającego trzeci dzień , deszczu.
Tak...jest początek września i lato zdecydowanie powiedziało nam "żegnajcie".
Nawet dobrze nie zauważyłam, kiedy tak sobie przeszło obok, sprawiając, że klapki jakoś przekładają się same wciąż bardziej w głąb szafy, a letnie sukienki schowały się pod bluzkami z długim rękawem.


Ale szczerze mówiąc, pomimo, że aura już jesienna, i że obowiązków nigdy mi nie brak,  i tak odpoczywam.
Tak mi dały w kość te ostatnie miesiące, że każde oderwanie się od ładowania samochodów, wyliczania tras i przeliczania euro za kilometr, uznaję za cudny wypoczynek.
Zawsze lubiłam urlopy we wrześniu.  Sprawiały wrażenie pewnego przedłużenia tego letniego klimatu.
We wrześniu jest Winobranie.
I co rok wycieczkę firmową mieliśmy w tym właśnie miesiącu.
I wydarzenie najważniejsze- Syna urodziny.

W tym roku oczywiście będzie inaczej. Bo w tym roku inaczej jest wszystko.
Więc niestety na Winobranie dotrzeć nie damy rady, chociaż bardzo chciałam Miśkowi pokazać.
Wycieczka również mnie ominie, skoro firmę zdecydowałam się zmienić.
Urodziny oczywiście będą.
Ale takie inne. Bez Chrzestnego i całej Rodzinki.zg.
Szczerze mówiąc, chyba nawet żadnej imprezy nie wyprawimy z tej okazji, bo trzeba skupić się na mieszkaniu.
Swoją drogą dokładnie pamiętam, jak rok temu, po Sebka drugich urodzinach, pisałam, że teraz mamy takie krótkie imprezy, że ledwie usiadłam, a już goście się rozeszli. I pamiętam doskonale jak szykowałam to przyjęcie i co gotowałam. Wydaje mi się, że tak niedawno to było.
A z drugiej strony tak wiele się wydarzyło i zmieniło od tego momentu!

Takie oto myśli krążą mi po głowie, kiedy deszcz wciąż stuka o szyby, a za oknem szarość pomału się rozjaśnia.
Właściwie, całkiem przyjemna pora na pisanie bloga.
Pies nadal pochrapuje.
Dziecię oddycha miarowo.
Dopijam herbatę i już mam w głowie  gotowy plan na to, co dzisiaj uda mi się załatwić.

Miłego dnia!





wtorek, 26 sierpnia 2014

Zagłada...ratuj się kto może!

Farby, grzejniki, panele, listwy, drzwi, klamki, szafy, wykładziny, okleiny...
i tak dalej i tak dalej... 
Krótko mówiąc - asortyment marketów budowlanych, znajdujących się w promieniu 25km, to moje aktualne hobby :) 

Ja wiem, że wszyscy mówią, że to najlepsze, najprzyjemniejsze i w ogóle super. I tak naprawdę cieszę się, że mogę to robić, ale....
No właśnie ALE...  
ja totalnie nie mam drygu do takich rzeczy. Nie mam nieograniczonej wyobraźni, oryginalnych pomysłów...tak naprawdę, nieraz często wpaść mi na pomysły najprostsze i najbanalniejsze. 
Nie wiem, czy mam dobre wyczucie kolorów, czy aby na pewno potrafię odpowiednio określić, który jest raczej ciepły, który raczej chłodny i czy do naszych paneli bardziej będzie pasował orzech north, czy może jednak wenge?

Poza dylematami tego typu, wciąż cierpimy na chroniczny brak czasu, więc tak naprawdę stoimy ze wszystkim. Weekend  zmarnowaliśmy na własne życzenie, bo tak zabalowałam w sobotę, że w niedzielę ciężko to odchorowywałam. 
W tygodniu ja kończę pracę o 16, a Misiek zaczyna swoją o 15, więc nie widzimy się calutki dzień. W kolejny weekend Misiek idzie na wieczór kawalerski, za 2 tygodnie idziemy na wesele i poprawiny. 
Także obawiam się, że w nowym mieszkaniu zamieszkamy w przyszłym roku, jeśli będzie nam to wszystko szło w takim tempie jak obecnie. 
Owszem panele kupiliśmy, bo uznałam, że od CZEGOŚ zacząć musimy. Jestem bliska wyboru drzwi, ale tylko kropla w morzu. 
Co prawda mieliśmy robić w tym mieszkaniu tylko podłogi, drzwi, ściany i parapety.... 
No ale oczywiście okazuje się, że przy podłogach są progi, które trzeba usunąć, na ścianach jakiś parkiet dziwny położony, trzeba wymienić lampy i karnisze, wstawić szafę albo i dwie, ale zanim to - to należy zdecydować w końcu gdzie. Bo jeśli tam, gdzie wymyśliłam, to trzeba też wybić kawałek ściany, a potem dosztukować kafelki na podłodze. Trzeba również wybrać kolory ścian, dekoracje, zamówić zagłówek, zabrać się za ścieranie i bejcowanie mebli w sypialni, zdecydować, czy przerabiamy szafę, która tam stoi, czy wstawiamy wbudowaną, czy i jak przerobić szafy, które już tam są. 
A w ogóle to i tak całe mieszkanie zagracają nam zbędne meble, których pozbywanie się też jakoś opornie mi idzie, bo każdy chętny potrzebuje kilku dni na decyzję. 
I tak właśnie moment o którym marzyłam, pomalutku dąży do tego, aby stać się moją udręką. Wszystko byłoby prostsze, gdybyśmy właśnie w tym momencie oboje mogli otrzymać 2-3 tygodnie wolnego. Ale na to nie ma żadnych szans niestety. 

Pytam się więc w obliczu remontowej zagłady
jak żyć ? 

jak przetrwać ?



A poniżej jedyny, który generalnie całą sytuację ma w głębokim poważaniu i "na meśkanie" chodzi sobie w ramach rozrywki ;) 




P.S. Czy tylko mi się wydaję, czy on tak ekspresowo rośnie, że ile razy nie robię mu nowych zdjęć, to coraz szerzej oczy otwieram, że już takiego dużego chłopaka mam?! 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Spełnione marzenie



Marta, Misiek i Seba, czyli M&M'S-y przedstawiają dokument, który wczoraj potwierdził, że stali się właścicielami wymarzonych 3 pokoi, kuchni, łazienki, wc, przedpokoju, zajmujących razem 68,5m kwadratowego. Dodatkowo są również posiadaczami piwnicy jakichś mikroskopijnych rozmiarów. 

Mieszkanko marzeń, mieści się na największym osiedlu w Wałbrzychu, na 1 piętrze w dzisięciopiętrowcu. 

Czeka obecnie aż szczęśliwi właściciele wreszcie wybiorą, a następnie zafundują mu nowe podłogi, wewnętrzne drzwi oraz szałowy kolor ścian w każdym z pokoi. 
Kiedy wreszcie się to stanie, ukoi zmęczoną mieszkaniem we 3 w jednym pokoju rodzinkę, zapewniając jej niezbędną przestrzeń, stwarzając wyjątkowe miejsce do zabawy i odpoczynku dla Synka, romantyczny nastrój sprzyjający przytulaniu - dla Rodziców oraz ciepło i spokój podczas wspólnych posiłków, czy w czasie zwykłego oglądania telewizji, dla całej Trójki. Znajdzie również odpowiedni kącik dla Pieska, a ponadto schowki na miliony potrzebnych i mniej potrzebnych szpargałów.

Informujemy z radością, iż jesteśmy tak niesamowicie, nieziemsko, obrzydliwie szczęśliwi, że można nam już chyba tylko zazdrościć ;) 

Długi weekend - moja namiastka urlopu.

Dwa dni z Przyjaciółką.
To chyba jeden z najlepszych sposobów, żeby paskudny nastrój przekształcić w dobry humor.
Żeby jeden dodatkowy wolny dzień w tygodniu dał efekt kilkudniowego urlopu.
Żeby spojrzeć na swoje dziecko w innym świetle.
Żeby docenić jeszcze bardziej swojego faceta.
Żeby poplotkować, pogadać o problemach, o zakupach, o urządzaniu mieszkania...

Dwa dni z Przyjaciółką to jest najlepsza terapia. Działa odprężająco i antystresowo.

W czwartek, z fatalnym humorem i totalnie bez chęci na robienie CZEGOKOLWIEK zapakowałam kilka swoich i kilka Sebciowych rzeczy, usadowiłam nas w samochodzie Miśka i wywiozłam.

Już sam widok A. sprawił, że poczułam odpływający stres i nadchodzący dobry nastrój .
Dalej było tylko lepiej.

Poza faktem przebywania w towarzystwie, które uwielbiam i cenię, ogromną przyjemność sprawiało mi też obserwowanie naszych synków. Jest między nimi różnica 13,5 miesiąca. Jeszcze nie dawno było to bardzo dużo, obecnie wszystko się zaciera. Bawili się razem, grali w piłkę, dzielili zabawkami. Zaskoczyło mnie, że Sebastian w ogóle nie odstawiał swoich akcji spod szyldu "bunt dwulatka". Nie sprawdziły się również moje obawy, że będzie agresywny wobec młodszego kumpla, co mu się zdarza w przedszkolu. Tzn tam wobec młodszych nie jest agresywny...bo sam jest najmłodszy:P
Zachowywał się naprawdę ładnie i byłam z niego dumna :)
Przyniosło to za sobą jeden wniosek - nasz syn potrzebuje towarzystwa :)

Ja i A. też potrzebowałyśmy wzajemnego towarzystwa. Obie aktualnie cierpimy na brak bratniej duszy, niedobór babskich pogawędek i zwierzeń.
Zwykły spacer z dzieciakami był o wiele atrakcyjniejszy, pierwszą serię "Gotowych na wszystko" oglądało się przyjemniej i wino smakowało lepiej, bo robiłyśmy to wszystko razem.

Szkoda tylko, że dopiero teraz znajdujemy na to czas.

W sumie nie zrobiłyśmy nic szczególnego. W dodatku byłyśmy niewyspane, bo pierwszą nockę zakończyłyśmy ok.3 nad ranem, a dzieciaki odespać nie dały. Ale mimo tego, ogromnie się cieszę, że pojechałam. Przyznaję, że ciężko było mi się zebrać, ale dobrze się, że się zmobilizowałam.

Do tych wszystkich dobrych wrażeń muszę dodać jeszcze fakt, że stęskniliśmy się przez te dwa dni z M. za sobą. Co z kolei zaowocowało niezwykle czułą i namiętną drugą połową weekendu :) Wybraliśmy się nawet na randkę - do kina, na kolację i spacer.
Taki wieczór we dwoje jest wręcz bezcenny. Zwłaszcza, że zaraz po powrocie do Wałbrzycha, w Sebastiana na nowo wstąpił diablik...wróciło miauczenie, ryk i ogólnie niezadowolenie ze wszystkiego.
Naprawdę nie wiem o co chodzi. Wygląda na to, że jednak źle na niego wpływa, kiedy w domu są wszyscy, bo gdy ma przy sobie tylko jednego dorosłego, zachowuje się naprawdę dobrze.

Albo może on zwyczajnie się z nami nudzi?
Chociaż w niedzielę ubraliśmy się wszyscy na dresowo ;p i poszliśmy na boisko rozegrać rodzinny mecz w piłkę nożną :) Ale nawet tam odstawiał swoje cyrki ten złośnik mały. Dopiero jak przyszły jakieś dzieci, to się zainteresował...
Cóż wygląda na to, że już jesteśmy po prostu Starzy-nudziarze :P

czwartek, 14 sierpnia 2014

Pakt

Trzynasty sierpnia dwa tysiące czternastego roku zapisać w moim blogu powinnam jako istotną datę.
Otóż wczoraj, wspólnie z wybrankiem mym, podpisaliśmy pakt.
Dziesięcioletnie wzajemne zobowiązanie, z którego raczej już się nie wykręcimy - umowę kredytową :D

Nawet winko otworzyliśmy wczoraj wieczorem, aby to uczcić. Popijaliśmy je, snując nasze ulubione rozważania pod tytułem: "kto by pół roku temu pomyślał....?"

No nikt by nie pomyślał. Tzn pół roku temu to już może tak, ale 7 miesięcy temu na pewno nie :)

Poza tym, że ze sobą, to oczywiście związaliśmy się też przy okazji z bankiem. No ale to przecież szczytny cel.
W poniedziałek jesteśmy umówieni na akt notarialny i wtedy nasze gniazdko będzie już nasze na własność i wyłączność :)

Całkiem szczęśliwi wyszliśmy wczoraj z tego banku. Chociaż ta papierologia, oświadczenia, zobowiązania wyglądały dość strasznie...no ale my oboje chyba tylko cel widzimy przed sobą i nic nam nie straszne w dążeniach do niego.
Śmialiśmy się, że to gorzej niż ślub i  że właściwie teraz to już jesteśmy trochę pół-mężem i pół-żoną. Przynajmniej na następne 10 lat.


Robiłam to wszystko już kiedyś.
3 lata temu sama wybrałam mieszkanie, sama wzięłam kredyt, sama je kupiłam. Sebastian był w drodze. Wiedziałam , że to dla naszej dwójki, cieszyłam się, ale też mocno bałam. Nie miałam pojęcia, czy podołam temu wszystkiemu.

Teraz jest inaczej. Teraz jestem cała podekscytowana tym, co się dzieje. Zachwycam się faktem, że to dla naszej rodzinki. Takiej pełnej. Że będzie i salon i dziecięcy pokój i sypialnia. Miejsce dla każdego, ale i wspólna przestrzeń dla naszej trójki.
Zastanawiałam się wczoraj, czy doceniałabym to wszystko tak mocno, gdybym wcześniej nie doświadczyła tego, co doświadczyłam. Wydaje mi się, że pewnie nie. Jednak im trudniej się coś osiąga, im dłużej się czeka, tym większa później jest radość i satysfakcja.

Kiedy wprowadziłam się do poprzedniego mieszkania, zostawiłam w szafie wolną szufladę. Przeczytałam kiedyś, zdaje się że w "Sekrecie", że jeśli marzy się o partnerze, o wspólnym zamieszkaniu, to warto tak zrobić - bo to wolne miejsce dla osoby, która ma się pojawić i zostać, ma ją do nas przyciągnąć.

Zadziałało :)

Szafa co prawda będzie inna, lecz nareszcie wypełniona rzeczami nas obojga. I nawet jeśli to oznacza, że będę musiała pozbyć się połowy własnych, to zrobię to z uśmiechem.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Krzywdzące słowa.

Sobota nad jeziorem.
Wyrwaliśmy się na weekend.
Pogoda była piękna, cały dzień spędziliśmy na plaży.
Seba pływał przy pomocy samych tylko pływaczków - ma wyraźny dryg. Może chodzenie z nim na basen od kiedy skończył 3 miesiące, dało taki efekt.

Wieczorem grill.
Było nas 8: Znajomi z córką i Babcią i my z Sebkiem i Dziadkiem.
W tej samej okolicy były też znajome Miśka. Kumpele od wędkowania. Przedział wiekowy 40 - 60. Zawsze dziwiła mnie ta "przyjaźń", ale wspólna pasja łączy, więc ok.

Przyszły.
Smażymy mięsko, popijamy napojami mocniejszymi niż oranżada.
I jak to bywa, zaczyna się podział, rozmowy w podgrupach, im później tym coraz bardziej życiowo.
Wyjaśniam właśnie D. która półtora roku temu wróciła po wielu latach życia w Grecji , na czym polega moja praca. Chociaż akurat o pracy najmniejszą ochotę mam myśleć w tym momencie...no ale o czymś trzeba gadać.

Pomiędzy klarowaniem podziału spedytorów, czy też może różnicy między spedytorem a dyspozytorem docierają do mnie strzępki rozmowy, która toczy się pomiędzy Miśkiem a E.
Słyszę , że rozmawiają o nas.
Wiem, że ona jest zazdrosna. Zauważyłam to już wcześniej. Uważa, że to ja zabraniam mu jeździć z nią na ryby. Chociaż nigdy nie powiedziała tego głośno.
Wcześniej jeździli non stop.
Od kiedy ja się pojawiłam, jeszcze z nią nie był.
Mimo tego, do tej pory nie odczuwałam z jej strony jakiejś pretensji.
Kobieta ma ponad 50 lat, swoje doświadczenia, spodziewam się, że rozumie doskonale sytuację.

Rozmowa nabiera pędu, widzę, że Misiek robi się lekko wzburzony. Nie słyszę dokładnie o co chodzi, wiem, że ciągle rozmawiają o tym co pomiędzy nim a mną.
Przesiada się bliżej niej.
Dociera do mnie jeszcze mniej.

Ale nagle jedno zdanie sprawia, że czuję jak robi mi się dziwnie słabo.

Czuję się jak w jakimś filmie - serce i oddech przyspieszają, docierają do mnie tylko strzępki tego, co dzieje się wokół. Czas chyba zwalnia.

"Ty jej nie kochasz"

Gdybym miała stworzyć listę zdań, których nigdy w życiu nie chciałabym usłyszeć, to z pewnością by się na niej znalazło.

Zanim logiczne myślenie neuroprzekaźnikami wysłało do odpowiedniej części mojego mózgu informację, ze to przecież bzdura, że co ona wie, że na jakiej podstawie tak twierdzi... wszystko aż mnie zabolało. Spięłam chyba każdy możliwy mięsień w jakimś obronnym procesie.

Tak - wiem, że brzmi to wszystko literacko. A w dodatku sprawia wrażenie przesady.
Ale ta chwila, zanim sobie uświadomiłam to wszystko, naprawdę była dla mnie okropna.

Nie ma sensu pisać co dalej.
Misiek powiedział swoje, ona dalej przekonywała go do swojego. We mnie rosła wściekłość, której upust dałam dopiero gdy sobie poszła...a raczej została wyprowadzona przez koleżanki,bo już o własnych siłach nie była w stanie iść.

Wiem, że to pieprzenie pijanej zazdrosnej baby. Bez znaczenia.
Ale nie chcę w swoim otoczeniu takich toksycznych ludzi. Nazywających się w dodatku "przyjaciółmi".
Po raz kolejny nie rozumiem zupełnie wyborów Miśka, jeśli chodzi o znajomych.
Któryś już raz pełen zachwytu opowiada mi o kimś, kim przy poznaniu jestem rozczarowana.
Tym razem jednak rozczarowanie to zbyt mało.

Nie znajdę tu przyjaciół. Bynajmniej nie wśród Jego znajomych.
Tęsknię za moją "Rodzinką.ZG". Klimatem jaki mieliśmy, za pewnym poziomem zarówno dyskusji, jak i wygłupów.



Do dzisiaj wraca do mnie ta chwila, kiedy usłyszałam "Ty jej nie kochasz".
Uświadomiłam sobie co by było, gdyby okazało się to prawdą...część mojego Świata by się zawaliła.
Rano na wspomnienie tego, jeszcze było mi smutno.
Nie mogłam spać, o 7 chodziłam sama po plaży.
Woda działa wyciszająco.

Rano rozmawiałam o całej sytuacji z Miśkiem, próbował ją tłumaczyć. Nie mógł zrozumieć dlaczego robię z tego taką aferę.
Musiałam obrazowo przedstawić jak mnie to dotknęło...i to, że ktoś się wtrąca pomiędzy nas i usiłuje zepsuć coś, nad czym wspólnie pracujemy, co budujemy nie bez wysiłku i wyrzeczeń.
W końcu rozpłakałam się ze wszystkich tych emocji i dopiero to do niego dotarło.

Do końca dnia powiedział mi chyba ze 100 razy, że mnie kocha.
Chociaż to nie o to chodziło.
Wiem, że tak jest.
Tego samego dnia,wcześniej, przez kilka minut patrzył na mnie w wyjątkowy sposób. Czytałam w jego oczach deklarację.

Samo jednak brzmienie tamtych słów, było dla mnie straszne.
Nie chcę ich usłyszeć już nigdy więcej w swoim życiu.

I jej też nie chcę już widzieć.
Nie rozumiem po co ktoś tak robi? Jakie ma prawo włazić z buciorami w czyjeś życie i wygadywać takie bzdury, które są krzywdzące.

Dawno już nie spotkałam się z czymś takim...

Podejmując decyzję o całkowitej zmianie swojego życia, byłam świadoma z czym może się to wiązać i że nie będzie łatwo.

Nie jest.

piątek, 1 sierpnia 2014

Popołudnie we dwoje

"(...) twarz nacechowana wzgardliwą goryczą, jaka zazwyczaj maluje się w połowie dnia roboczego na obliczach ludzi w pełni świadomych tego, ilu wspaniałych rzeczy można by w życiu dokonać, gdyby nie niczym nieusprawiedliwiona konieczność zarobkowania za pomocą zwykłej pracy"

Przeczytałam wczoraj ten cytat na FB. Opublikowała go moja koleżanka.
To zdanie idealnie trafione w moją obecną sytuację.
Gniecie mnie to bardzo

Wczoraj miałam popołudnie z Synkiem.
Nie pamiętam kiedy ostatnio takie mieliśmy - żebym była skupiona tylko na nim i nic mnie od niego nie odrywało.
Kiedy mieszkaliśmy sami, praktycznie zawsze byliśmy tylko we dwoje i dla siebie. Więcej miałam takich wolnych godzin, które mogłam jemu poświecić w całości. Od 4 miesięcy niestety rzadko kiedy nam się to udaje.
Wczoraj jednak to ja odbierałam go z przedszkola, Dziadek w delegacji, Babcia w DE, Tata w pracy do nocy. Żal mi go trochę było, bo był ostatni w przedszkolu... niestety, ale ciężko wyjść z mojej pracy punktualnie o 16...a jak jeszcze doliczy się dojazd, to robi się dość późno.

Zjedliśmy szybko obiad i poszliśmy na spacerek, po drodze zrobiliśmy zakupy. Oglądaliśmy samochody, kamienie, rozmawialiśmy sobie.
W domu zjedliśmy po kanapce z ciepłego jeszcze chlebka z masłem.
Rozłożyliśmy na podłodze koc, wyjęliśmy wszystkie zabawki, graliśmy na bębenkach,układaliśmy klocki, odbywaliśmy fikcyjne rozmowy telefoniczne z całą rodziną.
Później obejrzeliśmy Smerfy i Pszczółkę Maję. Dziecię moje wyjątkowo spokojne, podczas oglądania nawet położyło sie i skoncentrowało na bajce, co u niego jest ewenementem, bo to żywe srebro przecież. Na niczym nie skupia się dłużej niż 5 minut.
O 20:30 oznajmił, że "lobi ciemno" , co oznacza, że mogę go szykować do snu.
Buziaczki i tulaski na dobranoc i padł Synek mój zmęczony całym dniem.

Potrzeba nam było takiego czasu. Spędzamy popołudnia zwykle razem, wychodzimy na rower, na spacery, do pradziadków, na plac zabaw, ale to jednak nie do końca to samo, bo zawsze coś lub ktoś rozprasza naszą uwagę od siebie wzajemnie.
A wczoraj byliśmy tylko my dwoje i było naprawdę super.

Marzy mi się chociaż tydzień urlopu...wyjazd na jakieś domki nad wodą. Na spokojnie, we 3. Bez obowiązków, zmuszania się do czegoś, planowania. Taki totalny chill out.
Szanse na to niestety nikłe.
Właściwie, to nawet boję się spytać szefa, czy jakiekolwiek są.
Też nie wiem co się ze mną stało, że tak dałam się tutaj stłamsić w tej firmie. Chyba boje się, że mogę trafić jeszcze gorzej. Dlatego nie potrafię tego olać i zacząć inaczej podchodzić.
Ale to temat na osobnego posta. Którego zresztą nawet nie mam ochoty pisać.
Do USC oczywiście rekrutacji nie przeszłam.

Muszę wymyślić coś innego.

Sebastian tak szybko rośnie.Oglądam jego zdjęcia i nie mogę się napatrzeć na te zmiany. Szkoda mi tracić czasu na stres i nerwy, szkoda mi tej uwagi, którą muszę poświęcać denerwującej pracy, a którą mogłabym poświecić Jemu. Nie będzie długo dzieckiem, nie będzie mnie zawsze potrzebował. A ja teraz - kiedy powinnam, nie mogę być tak bardzo dla niego jakbym chciała, i jak zapewne on potrzebuje.

Wiem - byłoby zbyt idealnie.
Ale kto mi zabroni marzyć o idealnym życiu? :)

Pocieszam się faktem, że dzisiaj piątek i dzisiejsze popołudnie i wieczór również spędzamy we dwójkę.

środa, 30 lipca 2014

Trochę na temat bieżących spraw

Melduję się!
Sporo się działo w ostatnim czasie, więc niestety pisanie zeszło na dalszy plan.
No może nie tak na 100%, bo pisałam coś innego...opowiadanie na konkurs ;) Przypadkiem na taki trafiłam. Opowiadanie ma być o prawdziwej historii miłosnej. No coś idealnego dla mnie.
Pisać lubię, historię prawdziwą mam taką, że spokojnie powieść mogłabym napisać.
Wzięłam się więc za robotę.
Mam już dwie wersje.
Z żadnej nie jestem zadowolona.
Właśnie opracowuję pomysł na jakąś trzecią.

Wena momentami aż mnie porywa...w twórczym szale posyłam mojemu chłopakowi takie smsy, że biedny później w pracy wytrzymać do końca nie może ;)

Jestem w lepszej formie, niż poprzednio, kiedy tutaj narzekałam.
W pracy zrobiło się spokojniej...możliwe, że to cisza przed burzą, ale delektuję się tym ile mogę.
Wpływa to pozytywniej na całe moje życie i podejście.

Sporo się wydarzyło przez minione 2 tygodnie.
Byliśmy na weekend nad jeziorem...nie odpoczęłam jakoś specjalnie, bo wtedy jeszcze gnębiło mnie choróbsko.
Jedno, co poczułam to potrzebę takiego wyjazdu na dłużej. Na sporo dłużej - więcej niż tydzień czasu. Mocno eksploatuję się ostatnimi czasy, wiele też się działo i dłuższy wyjazd na pewno podziałałby regenerująco.
Nie ma jednak raczej szans na to.

Sprzedałam też mieszkanie. Już ostatecznie. I ostatecznie wyprowadziłam się z niego.
Z ciężkim sercem zamykałam drzwi po raz ostatni.
Wcześniej jeszcze było jakoś tak luźniej, bo wracaliśmy tam i spaliśmy, ilekroć byliśmy w Zielonej Górze. Teraz już nie mam tam własnego miejsca. Co prawda jest jeszcze jedno mieszkanie, ale podnajęte.
Cały wyjazd do ZG był bardzo udany. Wyruszyłam w piątek o 5 rano. Calutki dzień załatwiałam wszystkie sprawy związane ze sprzedażą, wymeldowaniem itd.
Udało mi się też odwiedzić moją poprzednią pracę...kurczę jaki tam spokój i fajna atmosfera.... Zawsze wiedziałam, że to bardzo ważne. Ale teraz kiedy mi tego brakuje, zrozumiałam jak BARDZO bardzo.
Pod wieczór dojechał Misiek i spotkaliśmy się w indyjskiej knajpie z moimi Przyjaciółmi. Spontanicznie kolacja się przedłużyła - zakończyliśmy wieczór u A.i T. oglądając "Gotowe na wszystko" od pierwszego odcinka, grając w "5 sekund" i gadając. Strasznie się cieszę, że udało nam się tak posiedzieć. I mam nadzieję, że 9 sierpnia znów się z nimi wszystkimi zobaczę na 30tce A. Tak mi okropnie tęskno za Nimi...
W pewnym momencie, akurat w Urzędzie Skarbowym, spojrzałam przez okno z 9 piętra ,przede mną widok na centrum miasta. W głowie myśl : "Pierdzielę! nie wracam!"
Przysięgam, że za każdym razem, kiedy mijam tabliczkę "Zielona Góra" czuję radosne podniecenie. Chyba nigdzie nie czuję się tak dobrze jak tam.

W sobotę jeszcze spotkaliśmy się z rodzinką J. Od rana jednak byliśmy w wirze przeprowadzki. Mało nie zeszłam, gdy okazało się, że mała plandeka, jaką zamówiłam do transportu, okazała się średnim busem. Nie zmieściły się już rowery i dywan. I tak byłam w szoku ile udało się tam upchać...gdy go zobaczyłam, byłam przekonana, że będzie dużo gorzej. Na szczęście sprytni panowie tak zagospodarowali każdy centymetr sześcienny, że naprawdę należała im się premia za to. Gdy otworzyliśmy drzwi w W-chu, kartony zaczęły się same wysypywać :P
Pominę szczegół, że w piątek gdy wyjeżdżałam było dość chłodno i lało.
W sobotę był upał. Ja w dżinsach.
A w mondeo zepsuła się klima.
Na miejscu nie było czasu na przebieranie, więc wnosząc sto trzydzieste pudło na pierwsze piętro, czułam się jak w saunie.
Swoją drogą, przerażające jest to, ile zgromadziłam rzeczy przez te 11 lat pobytu w ZG. Mam nadzieję, że rozpakowywanie się pozwoli mi zrobić ponowną selekcję i pozbyć się połowy tego.
Musimy też zrobić wyprzedaż zdublowanych sprzętów i mebli. Po kupnie nowego mieszkania będziemy szczęśliwymi posiadaczami 2 pralek, 2 lodówek, 5 kanap, 3 meblościanek...itd... Pozbyłam się już jednych mebli kuchennych. Sprzedaję to wszystko za grosze, ale każda kasa przyda się w obliczu remontu. Im wiecej jej będzie, tym bliższe marzeniom będzie nasze mieszkanko :)

Aktualnie jesteśmy w toku załatwiania kredytu...nasz bank zrobił nas trochę w konia i w zasadzie obudziliśmy się z ręką w nocniku. Ale działamy dalej, jestem pewna, że wszystko nam się uda.
Im częściej bywamy w nowym mieszkaniu, tym więcej mam pewności, że dobrze wybraliśmy. Raduje mnie fakt, że Sebek będzie miał swój pokój. Cała jestem podekscytowana naszą sypialnią... nawet ta mała kuchnia mnie cieszy i podoba mi się jak jest urządzona.
A już tak naj naj najbardziej jestem szczęśliwa, że wreszcie będziemy mieli nasze własne miejsce, w którym będziemy mogli żyć po swojemu.
Nasze porządki, nasz klimat, nasze sposoby na prowadzenie domu, gotowanie, spędzanie wolnego czasu.
Ahhhh już nie mogę się doczekać!


A na koniec jeszcze mała porcja zdjęć z naszych wyjazdów.












poniedziałek, 21 lipca 2014

Notka auto-psycho-terapeutyczna

Przez kilka miesięcy nudziłam tutaj wpisami jaka jestem szczęśliwa...
i teraz jednak stwierdzam, że nie było to takie najgorsze przynudzanie. Zwłaszcza, że aktualnie mam ochotę w kółko narzekać jaka jestem zmęczona...
Szczerze? Poniekąd tęsknię za życiem w Zielonej Górze.
Tak wiem - nie można mieć wszystkiego i wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
Ale dopiero tutaj zrozumiałam, jak to jest żyć w wiecznym stresie i napięciu.
Obiecałam już sobie dziesięć razy, że odpuszczę, że olewam. I nawet jeśli taka postawa nie doprowadzi do niczego dobrego, to po prostu zrobię to własnego zdrowia psychicznego.
Ale nie potrafię do końca. Poczucie obowiązku i odpowiedzialności są silniejsze.
Świadomość tego, że wydatki, kredyt, remont...
to wszystko każe mi zęby zaciskać i robić swoje.
Tylko, że nie działa to na niechęć do tej pracy...ani na ścisk w żołądku na samą myśl o niej.

Od 5 dni jestem chora. Z dnia na dzień rozłożyło mnie tak silne zapalenie górnych dróg oddechowych, że chyba naprawdę jeszcze tak ostrego nie miałam. Jestem na L4, ale nie odpoczywam. Spędzam 8 godzin przy komputerze, z telefonem przy uchu, słuchając znowu niezadowolonego szefa, zastanawiającego się: "może niektóre osoby nie nadają się na niektóre stanowiska..."
Nie wiem po co przedłużył mi umowę, ale zaczynam żałować, że to zrobił.

Wydaje mi się,że wszystkie moje ostatnie dolegliwości oraz osłabiona odporność, to wynik działania stresu. Fatalnie się z tym czuję.
Dużo myślę o tym co powinnam robić, do czego się nadaję, ile jestem w stanie znieść i dlaczego jednak tak mało.
Zdawało mi się, że cała moja prywatna sytuacja zahartowała mnie i uczyniła silnym człowiekiem...a jednak w życiu zawodowym radzę sobie dużo gorzej. Nie mam pomysłu jak to zmienić ani w jaki sposób nad sobą pracować.

Opadłam z sił. I przykro mi z tego powodu. A nawet głupio trochę, bo może zbyt łatwo się poddaję.
W takim stanie psychofizycznym, obawiam się, że o drugiej ciąży mogę sobie co najwyżej pomarzyć. A coraz częściej przewija się ten temat w naszych rozmowach z M. Tak jakbyśmy czuli się coraz bardziej na to gotowi.
Pozostaje mi wierzyć, że natura sama wyłapie ten moment idealny.

Nie chcę się poddawać,ani załamywać. Nie pozwolę również, aby praca i wszystko co z nią związane, zdeterminowały do końca moje życie.
W ciągu ostatnich paru dni, usłyszałam o różnych tragediach, które przydarzały się innym ludziom. Zawsze takie informacje skłaniają mnie do przemyślenia i zweryfikowania swojego nastawienia. Praca i dochody są bardzo ważne - nie da się ukryć. Ale i tak to, co najważniejsze wciąż mam. Mam zdrową , kochającą się Rodzinę - spełnienie moich wieloletnich marzeń.
Nic nigdy nie będzie od tego ważniejsze.
Uśmiech mojego Dziecka ma działanie uśmierzające ból. Potrafi też kasować pamięć dotyczącą wydarzeń w pracy.
Ramiona mojego Chłopaka, to azyl. I opoka - trwała, dzięki której sztormy wszelkie jestem w stanie przetrwać.

Nauczyłam się już, że czasem po prostu musi być ciężko i trzeba to przetrwać, aby potem z całych sił doceniać to, co dobrego dzieje się w naszym życiu.
Wierzę, że i tym razem tak właśnie będzie.

czwartek, 10 lipca 2014

Kiepskie mam dziś samopoczucie.
Dopadł mnie jakiś "śpikulec". Już wczoraj o 22 kleiły mi się oczy, dziś rano prawie zaspałam do pracy.
Od rana coś w żołądku mnie muli, kręci.
Albo nadchodzi jakieś choróbsko, albo stresy zeszłego tygodnia właśnie mają swoje ujście....albo to wyjątkowo złośliwa forma PMSu.

Ten tydzień jest zdecydowanie lepszy...do tego stopnia, że już nie mam ochoty rzucać pracy i iść wykładać towar w markecie :) Miałam nadzieję, że kryzys przeminie i chyba na razie tak się dzieje. Oby stan ten pozostał jak najdłużej.

W poniedziałek byliśmy w naszym przyszłym mieszkanku.
Wchodzę tam i czuję się świetnie. To dobry znak. Nie mam wątpliwości, że wybraliśmy najlepiej.
Popołudnia i wieczory spędzamy na dyskusjach o tym jakie wybrać panele, jakie drzwi, który kolor sprawdzi się w którym pokoju, czy uda nam się odnowić meble, które zostają w sypialni, aby były efektowne? Miłe to rozważania.
Czeka nas sporo pracy, bo jednak trochę uzbiera się do zmiany, trochę do odświeżenia, ale myślę, że do września powinniśmy już tam zamieszkać.
Czekam na ten moment z niecierpliwością, bo mimo, że świetnie dogadujemy się z rodzicami, to jednak mieszkanie w 5 + pies bywa uciążliwe.
Szczerze mówiąc- rzadko kiedy czuję się w domu tak na 100% swobodnie. Moja Mamuśka to niezwykle wymagająca kobieta, uwielbia jak wszystko jest pod jej rozkaz, bywa okropnie apodyktyczna i nieraz brakuje mi do tego cierpliwości. Poza tym ta wieczna kontrola...czuję się jakbym znowu miała 15 lat.
Nie mogę jednak narzekać, bo mamy też ogromną pomoc ze strony obojga rodziców. Na pewno, kiedy zamieszkamy sami, poczujemy jak wiele wróci nam obowiązków. Poza tym robią nam przysługę,że już tyle czasu nas "przechowują", więc nawet staram się nie narzekać i nie marudzić.
Ale wiadomo jak to jest - chciałoby się już mieć swoją przestrzeń, własne miejsce i porządek swój.
Ciekawe jak to będzie? Jak będzie wyglądało nasze mieszkanko po zmianach i jak będzie funkcjonować nasza Rodzinka?:)
To niesamowite jak wszystko szybko się dzieje, jak realizuje się plan, który przecież nie tak dawno, wymyśliliśmy, mając co do niego miliardy wątpliwości....
"Nie tak dawno..." Równo za tydzień minie pół roku od tamtej nocy, której nigdy nie zapomnę. Mój Świat zmienił się diametralnie w ciągu tych 6 miesięcy. Teraz to dopiero jestem szczęśliwa!
A tyle jeszcze przyjemnych momentów przed nami.