Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

piątek, 19 maja 2017

Konwalie

Nasza sala jest naprawdę przestronna.
Ma ścianę pod skos, która dodaje jej pewnej przytulności.
Zdobią ją kolorowe naklejki z postaciami z bajek.
Mamy tu też mały stolik, przy którym Ala siedząc na małym krzesełku bawi się.
Mamy nawet własną łazienkę.
Naprawdę super warunki.

I dzisiaj pachnie tu konwaliami.

Ta sala od wtorku jest naszym domem.
Moim i Alicji.

Małej Alusi z siniakami na zgięciu obu rączek i wenflonem założonym na wierzchu dłoni.

Codziennie wieczorem , kiedy pytam jej "idziemy luli?", kiwa potakująco główką i wskazuje palcem na drzwi.
Myśli, że pójdziemy do naszego prawdziwego domu i naszej sypialni.

Jeszcze nie dziś.

Jesteśmy tu z powodu zapalenia ucha, które nie dawało żadnych objawów, poza wysoką kilkudniową gorączką i naprawdę alarmująco kiepskimi wynikami.

Co 6 godzin od wtorku Alicja przez wenflon przyjmuje solidną dawkę antybiotyku.
Zawsze boli ją ten pierwszy moment wtłaczania leku.
Co 6 godzin  ściska mnie w  żołądku.
Gdy była cewnikowana,  wycisnęło nawet łzy.

Otarłam je szybko, bo przecież wiem,  że to wszystko dla jej dobra.

Tak ciężko jednak znosi się cierpienie własnego dziecka, nawet jeśli to stosunkowo niewielkie cierpienie.


Moje drugie dziecko też cierpi.
Nie, nie jest na nic chory.
Tak przeżywa pobyt siostry w szpitalu i naszą nieobecność w domu.

Dzisiaj umówiliśmy się,  że M. zostanie z Alusią na jakiś czas, a ja pójdę z Sebą na spacer.
Sebastian czekał na mnie przed oddziałem.
W nowej fryzurze, prosto z salonu, w koszuli w kratę i z bukietem konwalii.

Odebrałam od niego kwiatki i szybko wróciłam do sali, by wstawić je do wody, pozwalając w ciągu tych kilkunastu sekund, aby kilka łez niezauważalnie wypłynęło z moich piekących ze wzruszenia oczu.

Poszliśmy spacerem do najbardziej niezdrowej restauracji sieciowej, zjedliśmy nasze zestawy i mieliśmy iść dalej.
Ale on nagle się rozkaszlał, zrobiło mu się niedobrze.
Zatrzymaliśmy się, posiedział chwilę, stwierdził,że już mu przeszło.
Poszliśmy zatem dalej.
Stracił jednak humor, wciąż kaszlał i stał się taki nieswój.
Zajrzałam do gardła - czyste.
Wróciliśmy jednak do szpitala, pożyczyłam od pielęgniarek termometr - nie miał gorączki.
Prosił, żeby już wracać do domu.
Pożegnałam się z nim więc i wróciłam na salę, pokrótce streszczając M. co się stało.
Odjechali , a ja wylałam morze łez.

Znam dobrze moje dziecko.
I wiem, że mam matczyną intuicję.
Nic fizycznego go nie dopadło.
To była jego reakcja na stres i emocje.

Gdy wrócił do dziadków, poczuł się lepiej.
Po godzinie nawet zaczął mówić, że chce z powrotem do mamy.

Bycie matką, to naprawdę łzawy zawód.
Moja mama powtarza, że będąc matką, żyjesz w ciągłym strachu.
To prawda.
Poza wszystkimi cudownymi emocjami:
Wzruszeniem z powodu kilku konwalii kupionych u zgarbionej staruszki.
Ciepłem rozlewającym się w sercu, kiedy będąc tu z Alą, czuję te wszystkie niewidzialne niteczki, jakie są pomiędzy mną a nią ....

poza cała masą tych dobrych,
zawsze z tyłu głowy mam strach.
A często rozchodzi się od tego tyłu i zaprząta prawie całą mnie.
Boję się, gdy chorują, gdy cierpią, gdy im przykro i źle.

Odliczam dni do naszego wyjścia do domu.
Nie pójdę od razu do pracy.
Zrobię sobie wolny dzień i zabiorę ich na działkę.
Spędzimy ten dzień na powietrzu razem.

Na naszej działce na pewno też już kwitną konwalie....






poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Bliskość

Uwielbiam czas oczekiwania na nasz Ślub !

Pamiętam, że kiedyś pisałam tutaj, że nie zależy mi na białej sukni i na weselu.
No i jakoś specjalnie nie zależało.
Impreza miała być, a że się okazało , że trochę mamy tych przyjaciół i rodziny, to już wesele wyszło jakoś samo z tej imprezy :)

Suknia, bo przyjaciółki , równym chórem, choć każda osobno, powtarzały, że jakże to ślub bez sukni. Że potem będę żałować. Że to jedyny taki raz i będę księżniczką....
no jak się nie skusić? :)

I tak teraz szykuję , organizuję, czekam i cieszę się.

Ale tak naprawdę to nie suknia, nie tort i nie urokliwe nasze ślubne miejsce tak mnie nakręcają.

Najbardziej zachwyca mnie i rozczula myśl o tym, kto będzie moim mężem.

Zerkam tak sobie czasem na tego mojego Miśka , myśląc "oto mój przyszły mąż". Serducho aż mi rośnie

Czasami oglądamy stare zdjęcia.
Takie kilkunastoletnie, z czasów kiedy się przyjaźniliśmy... śmiejemy się nieraz, że strasznie długo nam zajęło zrozumienie tego, co tak naprawdę powinno nas łączyć...
A bywa, że zastanawiam się, czy czegoś przez to nie straciliśmy.
Może trochę takiego wspólnego czasu.
Nie do końca zdążyliśmy "nabyć się" parą. Od razu staliśmy się rodziną.
No i trochę mało mamy tych fotek, na których jesteśmy młodzi, szczupli , gładcy i rozczochrani :)

Cóż...jak mawiają podobno Czesi- "to se już ne wrati"
Mamy tu i teraz.
3 miesiące do Ślubu.

Te wszystkie przedślubne zabiegi zmusiły nas, do spędzania większej ilości czasu razem. I trochę sobie przypomnieliśmy, że właśnie oprócz tego, że rodziną, to jesteśmy jeszcze parą.
Dobrze nam to robi :)

Sebastian speszony zwykle odwraca głowę, kiedy się całujemy.
Tłumaczymy mu , że to powód do radości. Że całowanie i przytulanie to Miłość i że jego i Alę też przecież ciągle tulimy i buziakujemy, tylko trochę inaczej.
Rozumie, a jednak się peszy.

Jego zażenowanie jest jednak niczym , w porównaniu ze zdziwionym zapytaniem brata jego kolegi, dlaczego się przytulamy.
Śmialiśmy się, odpowiadając, że po to, aby było nam cieplej.
Potem jednak pomyślałam sobie, że niestety, ale tak to jest.
Pewnie rodzice z długim związkowym stażem już tak często tego nie robią.
Sama niewiele pamiętam takich czułości pomiędzy moimi rodzicami.
Oni nie byli zbyt wylewni w okazywaniu uczuć ani do siebie, ani do mnie.

Absolutnie nie jestem zwolenniczką publicznego wiszenia na sobie, obmacywania i namiętnego wymieniana płynów ustrojowych.
Ale chciałabym aby w  domu, dla naszych dzieciaków, okazywanie sobie uczuć...takie sympatyczne, codzienne, normalne, było czymś naturalnym.

Chciałabym, żeby to nie było tylko teraz, przed Ślubem.
Ale później....zwłaszcza później - również.

Ta bliskość jest miła.

Siedziałam ostatnio na kanapie, oglądając serial i tuląc przysypiającą Aluśkę.
Rzadko mi się to zdarza, ale akurat był taki piękny wieczór pewnego dnia :)
M. kręcił się po mieszkaniu, cośtam sprzątał, układał, przenosił.
-Możesz znaleźć 3 minutki, żeby tu koło mnie usiąść i mnie przytulić? - zapytałam ,bo jakoś tak mnie nagle naszła mała tęsknotka

Odłożył wszystko, przyszedł i przytulił.

I posiedział 3 minutki :)


Lubię to coś między nami.
Chcę to pielęgnować wciąż.
I wierzę, że uda nam się to zachować.

Również po to, aby nasze dzieci wiedziały i czuły, że ich rodzice naprawdę się kochają.
Myślę, że to ważne.


środa, 19 kwietnia 2017



W ostatnich tygodniach czułam,  że moje wewnętrzne baterie wyczerpują się za każdym podniesieniem się z łóżka.
Znacie to - otwierasz oczy i już jesteś zmęczona.

Czym ja z tym nie walczyłam.
Zdrowa dieta, jogging na siłę, dodatkowe witaminy, herbata zielona, herbata z czerwonokrzewu, kawa, pozytywne myślenie...
Niestety nie było siły na totalne poczucie przemęczenia i zniechęcenia.

Nie chciało mi się już prawie niczego.
Obowiązki jak robot - wykonywałam mechanicznie i tyle, ile trzeba. Ani odrobinę więcej.

Nie chciało mi się też myśleć o Świętach.
Chcieliśmy wyjechać tam, gdzie rok temu, ale przegapiłam moment i zabrakło miejsc.
Zaczęłam szukać czegoś innego , przekopałam różne oferty, ale wszędzie odmowy. Albo kiedy już praktycznie dokonywałam rezerwacji, okazywało się, że coś jest nie tak.
Nie miałam siły już nawet się tym przejmować.
Uznałam, że Święta będą w domu i tyle.
Wszystko jedno.

Na szczęście mama codziennie mnie zamęczała.
"A zobacz jeszcze tutaj."
"A może zadzwońmy tam. "

No i wymęczyła.
Znaleźliśmy coś, co mogło odpowiadać grupie złożonej z 8 dorosłych i 4 dzieci.

Nie przytoczę niecenzuralnych słów, które mamrotałam  namiętnie pod nosem pakując nas przez dwa dni.

Kurczę no!
Czy wasi faceci też tak mają, że w 30 minut są gotowi do drogi?
No nie licząc przygotowania samochodu.

Ja pakuję, siebie, dzieci i oczywiście wszystko, co wspólne - od ręczników, przez pastę do zębów, kubki, jedzenie po leki i ładowarki do telefonów.
On się na 4 dni mieści w mojej torbie na fitness, a "ja" w 3 walizkach + torba z prowiantem na drogę.


Przed samym wyjazdem musieliśmy nagle zmienić plan naszej trasy.
Nikt nie wpadł na to, że przejazd niemiecką autostradą, to również jest wjazd za granicę i dzieciom potrzebne są dokumenty.
Uwielbiam takie zwroty akcji :)

Na szczęście udało nam się w końcu wyjechać i nawet w miarę sprawnie dotrzeć.

Hotel okazał się całkiem przyjemny.
Trafiliśmy na bardzo wygodne pokoje.
Baza wypadowa na spacery była idealna.
Jedzenie.... w takich ilościach i tak smaczne, że nie uniknęliśmy tradycyjnego "Booooże już nic nie wcisnę......no dobra, może jeszcze ten kawałek serniczka" - całe szczęście było to później gdzie "wychodzić".
Nawet pogoda, mimo fatalnych wręcz prognoz, była dość łaskawa.

Nieopisana to wygoda, kiedy nagle o nic nie musisz się martwić.
Wszystko jest na miejscu, jedzenie pod nos podane, nie trzeba o świcie się zrywać.
4 dni wystarczyły aby się zregenerować.
Wyciszyć patrząc na morskie fale.
Nagadać z przyjaciółką.
Wysączyć drinka.
Pobiegać z dzieciakami po plaży (Aluśka tym razem eksplorowała już plażę na całego)
Poprzytulać się w spokoju z Narzeczonym, bez błądzących z tyłu głowy myśli co to ja jeszcze miałam dzisiaj zrobić....
Napatrzeć się na dzieciaki , jaką mają radochę z tej wycieczki i z obecności całej rodziny w jednym miejscu.


Wróciłam wypoczęta, naładowana i uśmiechnięta.
Zupełnie inna niż wyjeżdżałam.

Jedyne czego jednak tym razem zabrakło nam na tym wyjeździe, to świąteczna atmosfera.
Rok temu hotel, w którym byliśmy, zadbał o takie sprawy. Tym razem niestety brakło wielkanocnych akcentów.
Szkoda, szczególnie jeśli chodzi o dzieci.

Mimo tego, skorzystaliśmy na tej wyprawie wszyscy.
I jest jakoś lepiej, pomimo, że pogoda robi wszystko , żeby przygasić wiosenne nastroje.






















wtorek, 28 marca 2017

Przebudzona z zimowego snu :)

O jejuuu....
ja chyba zupełnie zapomniałam, że przecież pisuję czasem bloga. 

Poważnie! 
Nie miałam pojęcia jak długo tu nie zaglądałam. 

No niestety moja lista obowiązków, zadań, spraw do zapamiętania, załatwienia i zorganizowania jest tak długa, że często umykają mi podstawowe rzeczy. 

Teraz to dopiero czas mi leci. Zawsze leciał za szybko, ale teraz po prostu...no apogeum. 

Jutro 29 marca i zostanie nam dokładnie 4 miesiące do ślubu. 
Tylko 4 miesiące a my mamy : 
-knajpę
-dja
-wódkę
-suknię
-fotografa

I tyle :D 

Nie donieśliśmy dokumentów do urzędu, nie mamy jeszcze gotowych zaproszeń, nie ma ustalonego menu, ani dekoracji, nie mam butów, pomysłu na fryzurę i makijaż, nie zdążyłam schudnąć....tzn zdążyłam, ale jeszcze z 5kg minimum by się przydało. Nie ma garnituru, biżuterii, transportu, opiekunki do dzieci...... w sumie to nie mam nawet listy czego jeszcze nie mam ;D

Na szczęście do tej pory wiele spraw jakoś rozwiązywało się samych, więc mam nadzieję, że popłyniemy dalej na tej fali ;) 

A co nie pyknie, to się jakoś doorganizuje. 
Chyba. 

Nie chcę się tym spinać. Chciałabym, żeby to było coś miłego i fajnego, czego nie przypłacę ogromem stresu i nerwów. 

Ślub niegotowy, za to podróż poślubną już właściwie mamy na finiszu organizacji.... i od razu widać o co Miśkom tak naprawdę w życiu chodzi. 
Może jednak ten pomysł z wyjazdowym ślubem nie był taki zły... i pasował do nas? 
No ale cóż..... tyle już zrobiliśmy, to dokończymy tę imprezę, zabawimy się, a potem sobie odpoczniemy pod Bałkańską palmą, czy innym drzewem oliwnym :) 

W tym roku mamy też zaplanowany jeszcze jeden wyjazd - kolejny raz  Święta Wielkanocne nad morzem. Czekam na to z niecierpliwością, bo szczerze mówiąc, marzę o chwili odpoczynku. I stęskniłam się za Bałtykiem. 
Przyznam, że miałam już stan takiego zmęczenia i zniechęcenia, że nawet tego wyjazdu nie chciało mi się ogarniać. A na myśl o kilkugodzinnej podróży miałam odruch... No....Na szczęście z każdej strony wszyscy mnie cisnęli , i jakoś wyjścia nie było - spięłam się, znalazłam z mamą miejsce i jedziemy. 

Dzisiaj jakoś jaśniej patrzę na wszystko. 
To chyba wpływ wiosny, której w końcu udało się przedrzeć przez zimową zasłonę. 
Ja od razu odczuwam tę pozytywną zmianę i przypływ nowej energii. 

Macham więc do was wiosennie i mam nadzieję, że również do pisania będzie mi się łatwiej zabierać. 


poniedziałek, 16 stycznia 2017

Roczne podsumowanie

Zajrzałam do zeszłorocznego postu podsumowującego. 
W ostatnim akapicie zapisałam, że nie będzie mi przykro, jeśli za rok o tej porze napiszę, że był to wyjątkowo nudny rok, w którym nie przytrafiło nam się nic naprawdę wyjątkowego. 
No i cóż.... 
;) 

No nie napiszę, że było nudno, ale rzeczywiście nic takiego wyjątkowego nam się nie przytrafiło. 
I dobrze. 
Było tak jak chciałam - z koncentracją na macierzyństwie i domu. 
Czasem bywało to nużące, mimo tego czas przeleciał mi szybko. 
Z radością obserwowałam pierwszy rok życia Ali. Bo to był dla niej rok pierwszych razów. Pierwszy uśmiech, pierwsze"mama" i "tata" , pierwszy ząbek, pierwsze próby raczkowania, pierwsze kroczki, pierwsze pójście do żłobka... 
Hmmm....w zasadzie stwierdzam, że to jednak sporo istotnych zdarzeń :) 

Mieliśmy bardzo udane Święta - i te Wielkanocne i Bożonarodzeniowe. 
Byliśmy na długich wakacjach, bez pogody :) 
Kupiliśmy działkę- większą, ładniejszą i bliżej domu. 

Nikogo w 2016 nie pożegnaliśmy, na szczęście. 
Za to we wrześniu powitaliśmy Kruszynki. 
I chociaż ich przyjście na Świat okupione było ogromnymi nerwami, to dzisiaj już mamy pewność, że jest dobrze i najgorsze za nimi. 

W drugiej połowie roku udało mi się trochę schudnąć i usprawnić swoją kondycję oraz zmienić nawyki żywieniowe. Chciałabym utrzymać w dalszym ciągu te tendencje, bo poprawiło to zdecydowanie moją samoocenę oraz wiarę we własne siły.  
Wszystko przy ogromnym wsparciu ze strony rodziny i przyjaciół. 

Rodzina i Przyjaciele to takie dwa symbole, które mogłabym zawiesić nad cyfrą 2016. I życzyłabym sobie te symbole pozostawić na miejscu, a zmieniać tylko kolejne cyfry. 

Zdrowia nam nie brakowało - zatem nadal niech tak będzie. 

Jedyne, czego nie zrealizowałam  - to poprawa sytuacji zawodowej.  Nadal jestem z niej nie do końca zadowolona i po raz kolejny chciałabym znaleźć w sobie siłę i umiejętności aby to zmienić. 

Rozpoczęliśmy planowanie Ślubu. Mamy już datę, lokal, listę gości, sukienkę, a wczoraj odhaczyliśmy jako załatwioną, pozycję pt. "DJ" . Realizacja projektu "Ślub" - to priorytetowe zadanie na ten rok. Myślę, że sprawi mi sporo radości. 
I pewnie trochę nerwów ;) 

Czuję się spełniona i szczęśliwa. 
Oczywiście, że narzekam. Zawsze muszę trochę narzekać. Najpierw na siedzenie w domu, teraz na brak czasu dla tegoż domu. 
Ale mimo wszystko, jest naprawdę dobrze i będzie idealnie, jeśli tak zostanie. A ja przy tym wszystkim będę dokładać wysiłków, by było coraz lepiej. Żebym ja była coraz lepszą wersją siebie. 
Jestem wdzięczna za tę stabilizację, jaką dał 2016 rok.  
I gotowa na to, co przyniesie 2017. 

wtorek, 10 stycznia 2017

Familia w zimowej odsłonie

Nie cierpię pożegnań. 
Zwłaszcza takich, kiedy po długim czasie niewidzenia, przyzwyczaisz się, że ktoś jest z powrotem, a on znów musi wracać do siebie. 
Takie pożegnanie niestety miałam wczoraj z Siostrą.
Burzliwa bywa ta nasza siostrzana miłość. Pełna niezgodności. 
Ale mimo wszystko niezłomna .... i to nie jest ok, że tak daleko od siebie mieszkamy i tylko kilka razy w roku się widujemy. 

Byłoby super być zawsze blisko. 



Jednak ten post planowo nie miał być smutny. 
I nie będzie. 
Bo dobrze zakończyliśmy miniony rok i równie dobrze rozpoczęliśmy nowy. 
Rodzinnie. 
Rodzinnie było jak chyba nigdy. 
Święta były rodzinne, urodziny obchodziłam w rodzinnym gronie i Sylwestra w końcu też spędziliśmy w domu, rodzinnie. 
To chyba pierwszy Sylwester, od czasów dziecięcych, który spędziłam z Siostrą. 
Z Siostrą, naszymi narzeczonymi, rodzicami i dziećmi.  
I było tak fajnie, wesoło i sympatycznie, że jestem pewna, że żaden elegancki bal na Białej Sali , czy w Zamkowej Komnacie nie zapewniłby nam tylu pozytywnych emocji. 

W pierwszy tegoroczny długi weekend wyjechaliśmy wspólnie do Świeradowa.
Wyjazd był poprzedzony kilkoma spięciami i nerwami, ale ostatecznie wsiedliśmy w 3 auta i wyruszyliśmy .
Świeradów przywitał nas najpiękniejszą zimą, jaka chyba była możliwa. 
W piątkowy wieczór sypał gęsty, puszysty śnieg. 
Mróz szczypał w poliki. 
W mieście błyszczały świąteczne dekoracje. 
Cudny klimat! 
Jeszcze bardziej polubiłam Świeradów,który do tej pory znany był mi z odsłon letniej i jesiennej.

Sobotni plan mieliśmy wypełniony po brzegi. Jeszcze przed południem podziwialiśmy urokliwe zimowe widoki ze szczytu Izerskiego Stogu. Rozcieraliśmy zimne stopy w schronisku, popijając grzane wino. 
Po wycieczce skorzystaliśmy z usług hotelowego fizjoterapeuty, który zaserwował nam relaksujące masaże gorącymi kamieniami. 
Wieczorem spacer po mieście, sanki i kolacja w kameralnej knajpce.  
Był czas pogadać, pośmiać się, pograć w planszówki, pobawić się z dzieciakami. 
Czas totalnie familijny. 
Taki, jaki właśnie powinniśmy wszyscy mieć w tym świątecznym okresie. 
W niedzielę jeszcze relaks w aquaparku i spokojny powrót do domu. 
Chociaż chciało się więcej. 
Wszyscy zaczerpnęliśmy głęboki oddech w ciągu tych 3 dni. 

Dzisiaj przeglądam zdjęcia i jestem z nas dumna. 
Bo szczerze mówiąc, to wcale nie jest takie zupełnie proste - spędzać czas w większym rodzinnym gronie. 
Jest nas razem 8 - 6 dorosłych i 2 dzieci. Każdy z nas ma inny charakter, inne nawyki, inne upodobania, odmienne pomysły na spędzanie wolnego czasu. Wstajemy o różnych porach, jemy inaczej, wolny czas lubimy spędzać różnie. 
Dzieci, jak to dzieci, są wymagające. Moja siostra i jej narzeczony nie mają dzieci i nawet nie bardzo chcą. Czasem wielkimi oczami patrzą na to jak funkcjonuje się z dwójką maluchów. Rodzice z racji wieku, mają swoje przyzwyczajenia. Kobiety w naszej rodzinie potrafią mieć humorki. A i chłopaki nieraz wywiną jakiś numer. 
Pogodzić to wszystko, to jest sztuka. 

A w tej "sztuce" istotnych jest kilka czynników. 
To przede wszystkim miłość, a ponad to: dobra wola, dobre chęci i wyrozumiałość. 
Staramy się , by tego wszystkiego nie brakowało. 
I chyba się udaje. 
Wszystkim się podobał ten wspólny czas, każdy z nas starał się aby był on przyjemny dla wszystkich. 
I to chyba tajemnica naszego sukcesu. 

Jestem dumna z mojej nieidealnej rodziny. 
Z tego, że potrafimy pogodzić potrzeby wszystkich 3 pokoleń, że chcemy i lubimy spędzać razem czas. 

Szkoda, że nie mamy go więcej....chociaż może właśnie tym bardziej wszyscy go doceniamy


























poniedziałek, 26 grudnia 2016

W związku ze Świętami słów kilka.

I wyszły nam Święta pod znakiem chorób.
Mama cierpi na bóle żołądka i zawalone zatoki, teściowa na przepuklinę, ja na przeziębienie, a Alusia walczy z zapaleniem oskrzeli.
Nie sypiamy nocami. Alicja kiepsko śpi, pomimo wszelkich zabiegów, jakie stosujemy, aby jej sen ułatwić.
Ja wiecznie w strachu, czy to już jest tak źle, że trzeba do szpitala.
Na razie jednak nie jest ani lepiej ani gorzej. Więc kontynuujemy lekarskie zalecenia i wierzymy, że w końcu będzie progres.
Staramy się nie tracić świątecznego nastroju, mimo wszystko.
Ale przez to wszystko nie miałam nawet głowy powysyłać życzeń.

Najbardziej świąteczny jest w tym roku Sebastian.
Wykrzykuje ( bo ciężko nazwać to śpiewem) teksty kolęd, tak, że mogą z nim śpiewać zapewne sąsiedzi z 10 piętra. A wczoraj , przy świątecznym śniadaniu, zaangażował całą rodzinę do zainscenizowania jasełek. Sami nie wierzyliśmy, że daliśmy się w to wciągnąć. Pierwszy raz w życiu słyszałam, żeby moi rodzice również śpiewali kolędy.
To dziecko ma jakiś dar porywania ludzi za sobą. A przy tym niezłomny upór, który sprawia, że w końcu wszyscy mu się poddają.
Oby potrafił to odpowiednio wykorzystać w przyszłości ;)

Mimo, że dziś już ostatni dzień świętowania, dla nas tak naprawdę największa radość dopiero nastąpi - dziś przylatuje moja siostra z narzeczonym. W komplecie na pewno jeszcze lepiej da się odczuć ten wyjątkowy klimat.

Byle tylko wróciło zdrowie.
To najważniejsze. Zatem i nam i Wam tego właśnie życzę w tym roku.

czwartek, 22 grudnia 2016

Przedświątecznie

Minął miesiąc.
Nie wiem kiedy. Błysnęło i przeleciało.
Nagle okrągłymi ze zdziwienia oczami zauważyłam, że suwakowi z kalendarza brakuje tylko kilku cyfr do wyróżnionej na czerwono daty.
Udało mi się pozamawiać prezenty tak, żeby doszły.
We wtorek zeszłam do piwnicy i przyniosłam choinkę.
Mama była akurat u nas.
Zaczęliśmy ubierać.
Choinkę mamy niewysoką, postawiłam ją na podłodze i usiadłam razem z dziećmi.
Seba zaangażowany,we wszystkim mi pomagał.
A Ala bawiła się nietłukącymi bombkami.

Mama obserwowała z kanapy.

"Ty to jednak najlepiej czujesz się w domu"  - rzuciła nagle.

No coś w tym jest.... kiedy w środę dowiedziałam się, że od czwartku aż do 2 stycznia nie muszę przychodzić do pracy, wracałam do domu jak na skrzydłach.
Wzięłam z mieszkania wózek , psa i pieszo poszłam do żłobka po Alicję.
Następnie przeszłyśmy po Sebastiana do przedszkola.
Spacerkiem do domu, zahaczając po drodze o piekarnię.

Boziu...jak cudownie!

Kocham to rodzinne życie.

Zdążyłam się przez miesiąc za nim stęsknić.
Bywałam już zmęczona i sfrustrowana po przeszło roku spędzonym w ten sposób.
Jednak miesiąc w pracy przypomniał mi , że przyjemny był to czas.

Staram się trochę nadrobić świąteczne braki. Niestety dziecię małe się pochorowało i wymaga zwiększonej uwagi.
Ale jeszcze mamy chwilkę, na spokojnie przygotujemy ile się da.
A co się nie da, tego nie będzie ;)

Za to my będziemy.
Razem.
I będziemy mieli dużo wspólnego wolnego czasu!


piątek, 2 grudnia 2016

Kryzys

Dzisiaj był ten gorszy dzień.

Właściwie nic tragicznego się nie wydarzyło, ale poczułam, że wymiękam.
Po prostu nie daję rady i w najlepszym wypadku zwyczajnie siądę i się rozryczę. Rozwyję do księżyca i będę tak wyć cały weekend.
A w najgorszym zwariuję.

Chore dziecko, wymiotujące na dywan,
nie do końca poładowane samochody + kilka spraw, o których zapomniałam.
Wszystko nagle dzisiaj .
Myśl, że w domu syf.
W lodówce pusto.
Nawet pampersy się kończą.

Przerosło mnie.

Ponadto ta świadomość, że brakuje czasu.
Na ogarnięcie domu i zakupów.
Na treningi! Wczoraj nie zdążyłam poćwiczyć. Na pewno urosła mi już dupa.

Na szczęście na jedzenie też powoli zaczyna brakować.
Ostatecznie dziś chyba więcej spaliłam niż zjadłam. Pierwszy raz.

W pracy jestem skoncentrowana na maxa. Skupiam się do tego stopnia, że ciężko mi oderwać myśli i przenieść w jakiś inny punkt, niezwiązany z tym, co robię.
Wręcz denerwuje mnie, że np. dzwoni telefon z domu i zostaje mi zadane jakieś pytanie dotyczące organizacji dnia, czy czegoś związanego z dziećmi.

Kurcze....to chyba nie do końca tak miało wyglądać...

O 21:06 biegłam ile sił.
Pod górkę, potem z górki.
Po ok 2,5km poczułam, że schodzi to ciśnienie.

Tak jakby wszystko co mnie przerastało zostało z tyłu.

Pierwszy raz nie słuchałam nawet żadnej muzyki.
Podwójny wdech, podwójny wydech.
Wdech wdech
Wydech wydech
Wdech wdech
wydech wydech...

Przeszło 5km .
Przeszły nerwy.
Wróciłam, pogadałam z M.
Rozpakowałam zakupy, które zrobiłam wcześniej.
M. trochę posprzątał w domu.
Alicja spała.
Wykąpałam się.
W tym momencie powinnam od nowa zaczynać ten dzień.

Dobrze, że jest odskocznia.
Odskocznia, o którą sama się nie podejrzewałam, że mogłabym chcieć dobrowolnie z niej skorzystać.
Dobrze, że M. nie zaczął mnie przekonywać, że jak to będę sama biegać po 21 w ciemną noc.
Próbował. Mówi - "wina się napij"
"Ale od wina się tyje, a od biegania chudnie". - przekonałam go.
Jak wróciłam, powiedział, że jest ze mnie dumny.
Że mi się chce o takiej późnej porze.

Wcale mi się nie chciało.
Byłam zmęczona.
Ale musiałam.
Czułam, że muszę iść biegać.
Muszę stworzyć fizyczne zmęczenie, które przerośnie zmęczenie emocjonalne.

Udało się.
Dzisiaj pomogło.

Tylko, czy to na pewno zawsze będzie tak działać?


środa, 30 listopada 2016

Reload

'Odśwież', to najczęściej klikany przeze mnie symbol w ciągu ostatniego tygodnia.
Tak namiętnie odświeżam ładunki na giełdach transportowych ;)
Tak tak...powróciłam z impetem na stare tory. Jest nieźle. Przynajmniej teraz, póki robię, co robię. Jak dalej będzie - okaże się.
Na dzień dzisiejszy nie narzekam.
Dzięki wyrozumiałości kolegów, często udaje mi się skończyć pracę wcześniej, co jest naprawdę wielką zaletą. Jeszcze jakoś dajemy radę ogarniać wszystko w domu. Chociaż lodówka pomału zaczyna świecić pustkami...- nie ma czasu na zakupy.
Ale jeszcze jemy obiady, jeszcze udaje mi się trenować i jeszcze Seba zdąża na swoje treningi. Ala jeszcze nie chodzi z odparzoną pupcią. Jeszcze nie wydarzyła się żadna katastrofa :)
Czyli to, co najważniejsze - póki co, jest na bieżąco ogarniane.
No niestety coś na tym ucierpieć musiało. I jest to wspólny czas mój i M.
W ciągu tygodnia ledwo zdążamy z sobą porozmawiać i wymienić się informacjami.

Na szczęście na poprzedni weekend, od dawna już byliśmy dogadani z dziadkami, że przejmą na jedną noc dzieciaki, abyśmy mogli gdzieś we 2 wyjść.
W sobotę wstałam o 6:30, o 10 byłam już po 5km joggingu. Potem przymierzyłam 8 sukni ślubnych. Zrobiłam obiad, poogarniałam dom i dzieci... no i szczerze powiedziawszy, gdy nadeszła 18, to najbardziej miałam ochotę się położyć.
M też nie pałał jakimś entuzjazmem do wyjścia.
No ale głupio byłoby nie skorzystać.
Myśleliśmy nawet, że może jednak kino i kolacja.
Ostatecznie jednak wypiliśmy w domu kilka drinków i werwa nam powróciła.
Szybki mejkap i w taxi na imprezę.

Nie byłam w żadnym klubie 2 lata. A możliwe, że i więcej.
Pojechaliśmy do chyba jedynego sensownego klubu w naszym mieście, w którym nigdy wcześniej nie byłam, chociaż ma minimum z 5 lat ;)
Przez całą noc z parkietu ściągały mnie tylko dwie potrzeby: pić i siusiu ;)
Przetańczyliśmy całą noc. Do 4.
Bawiliśmy się super!
DJ zagrał seta w naszych klimatach. Lataliśmy sobie we dwójkę jak za dawnych czasów.
Tego właśnie było nam trzeba!
Wyszliśmy stamtąd tak nakręceni, że poszliśmy do domu piechotą, drogą na około.
W domku jeszcze odpaliliśmy muzę, wypiliśmy po drinku....i o 6:30 już tylko zdrowy rozsądek kazał mi się wreszcie udać do łóżka.
24h na nogach!
Odchorowałam to w niedzielę :P

Ale warto było.
Ta noc zadziałała odświeżająco.
Tak jak to kiedyś bywało - przegadaliśmy sporo czasu, powiedzieliśmy sobie rzeczy, które gdzieś umykały w całym tym kieracie, a które czasem warto sobie przypomnieć.
Całowaliśmy się w tańcu jak małolaty.

I wreszcie mieliśmy czas, by znów spojrzeć na siebie wzajemnie jak na partnerów, a nie rodziców swoich dzieci.

Takie rzeczy umykają, czy się chce, czy nie chce.
Gubią się w codzienności.  W porządku dnia. W tygodniowym grafiku.
Przepadają gdzieś pomiędzy garami, pieluchami, praniem, pracą, notatkami z uczelni, obowiązkami...

Dlatego, dla wspólnego zdrowia psychicznego i dla powiewu świeżości w związku, takie wyjście we dwoje, powinno być obowiązkowe co jakiś czas.

Jeszcze przez dwa dni po tej imprezie czuliśmy coś ....jakby euforię tym wszystkim, co się wydarzyło.
Jeszcze szukaliśmy się po domu, żeby skraść kilka całusów.
I dzieci kładliśmy spać wcześniej, żeby w spokoju też móc się razem położyć - i nie odlecieć  w sekundę w ramiona Morfeusza ;)

Dzisiaj znowu rządzi kierat i terminarz.
Ale przypomnieliśmy sobie, że czasem można wcisnąć 'reload' lub 'reset' i we dwoje trochę się oderwać i rozerwać :)

My to na pewno niebawem powtórzymy.

A Wy? :)




piątek, 18 listopada 2016

Ten ostatni piątek i ostatnia sobota i ostatnia niedziela...

Ostatni weekend Matki Polki na pełny etat.
Od poniedziałku mama wraca do pracy.
A nie, sorry...
Mama nie wraca do pracy, tylko idzie do pracy. Nowej.
Co oczywiście wcale nie działa uspokajająco, ani kojąco.
Wcale też pocieszające nie jest, że do chwili obecnej nie jestem pewna, czy zdecydowałam jak należy Kilka dni temu pojawiła się propozycja, przez którą czuję totalne rozdarcie.
Decydująca była wizja zarobienia milionów monet....tylko, że właśnie głównie WIZJA, bo rzeczywistość może okazać się różna i mam tego pełną świadomość.

Ciężko mi jest.
Z ciężkim sercem odbiorę dzieciom moim ich czas i oddam cholernemu transportowi.
9 godzin poza domem. 9 godzin z dala od dzieciaków. 9 godzin, w czasie których nie będę mogła zrobić niczego dla nich. Poza tym, że zarobię.

Siedzę i planuję...jak to wszystko rozwiązać. Jak pogodzić te obowiązki. Jak być w 100 procentach matką dzieciom, matką pracującą, fitmamitą i matką-perfekcyjną panią domu.
Gdzie to wszystko zmieścić?

O wszystko się boję.
Że się nie sprawdzę, że będę tęsknić i że w dodatku z powodu zmniejszenia ilości ruchu urośnie mi z powrotem dupsko, a nie oszukujmy się - ciężko pracuję od dwóch miesięcy nad jego zmniejszaniem. I to też kosztuje mnie wiele.

Staram się jakoś pozytywnie nakręcać.
Czasem nawet się udaje.
Może byłoby łatwiej, gdybym miała pewność, że idę tam, gdzie rzeczywiście moje miejsce.... ale nie mam.
To kolejny początek.
Który to już raz zacznę od nowa?
Od kiedy się przeprowadziłam , czyli od 2,5 roku to będzie czwarty raz.
Każdy jeden jest okrutnie stresujący.

Rozmowy o pracę to wkrótce będzie moja nowa specjalizacja. Niczym mnie już nie zaskoczą. Ani quasi-podchwytliwymi zagajeniami, rodem z taniego podręcznika do marketingu, ani nagłym przejściem w rozmowie telefonicznej z polskiego na niemiecki a z niemieckiego na angielski.

Zatem i początki w nowej pracy nie  powinny  już robić na mnie wrażenia.... ale robią.
Zawsze się boję, czy sprostam wymaganiom i jaka będzie atmosfera.
Te częste zmiany odebrały mi poczucie własnej wartości jako pracownika i specjalisty w swojej dziedzinie.
Dlatego naprawdę - wcale nie jest mi lekko.

No ale nic.
Czas znowu spiąć poślady i sprostać nowemu wyzwaniu.
Koniec najdłuższego i ostatniego urlopu, jaki miałam.

Chociaż córka mi fajnie urosła w tym czasie.
I taka samodzielna się zrobiła.
Z czterozębnym, szerokim uśmiechem na twarzy do żłobka wjeżdża.

Tyle dobrze ;)






czwartek, 10 listopada 2016

Alicja w żłobku

Minął tydzień odkąd Mynia została "żłobkowiakiem".
Celowo nie pisałam o pierwszych jej dniach w nowym miejscu, bo początki wcale nie muszą być wyznacznikiem tego jak będzie dalej.
Tak też poniekąd zdarzyło się u nas.
Pierwszy płacz przy rozstaniu miał miejsce dopiero wczoraj.
Dzisiaj powtórka.
Podejrzewam, że młoda pokojarzyła sobie fakty i miejsce i zaczęła przewidywać co ją za chwilę czeka.
Na szczęście nie rozpacza zbyt długo, jak na razie, więc i tak jest dobrze.
Zostaje w żłobku na 4 godziny, ładnie tam je, śpi i bawi się.
Czasem panie, oddając mi ją, komentują, że za szybko, że one tak ją lubią, bo jest taka spokojna i uśmiechnięta.
Fajnie słyszeć.
Kamień z serca matki.
Choć to tylko kawałek obciążenia.
Bo na samą myśl, że zostało mi półtora tygodnia do Wielkiej Zmiany - czyli rozpoczęcia pracy, czuję nie tylko na sercu, ale i w żołądku...nawet nie kamień, a głaz wręcz.
No ale cóż...taka kolej losu.

Wracając jednak do tego pierwszego płaczu Alusi w żłobku, miał on związek ze zmianą sytuacji.
Otóż wczoraj tak się poukładało, że pierwszy raz nie odprowadzałam Ali sama, tylko razem z Sebastianem.
Od razu widać było po niej zmianę, bo zwykle już w szatni łypała na mnie przestraszonym spojrzeniem i stawała się spięta. Tym razem była zadowolona, roześmiana i rozgadana.
Mina jej zrzedła dopiero, gdy wzięła ją na ręce żłobkowa ciocia i zaczęły się oddalać, a my z Sebastianem zostaliśmy na korytarzu.
To wtedy wybuchła płaczem.
Wyszliśmy z Sebą szybko, żeby nas nie widziała i jeszcze bardziej się nie rozdrażniała.
Idąc do auta, spojrzałam na syna i zauważyłam, że aż mu szczęka chodzi, tak zagryzł zęby.
Zatrzymaliśmy się, kucnęłam przy nim, pytając czy wszystko w porządku.
Nie patrząc mi w oczy, powiedział, że tak.
Zapytałam, czy zmartwił się, bo Alicja się rozpłakała.
I wtedy przytulił się i rozpłakał, pytając, czy ona musi tam zostać i czy będzie cały czas płakała.
Wytłumaczyłam, że oczywiście nie, że na pewno już pani daje jej śniadanko i zaraz będzie się bawiła. Że kiedy ją odbieram, to nigdy nie płacze i zawsze jest uśmiechnięta.
Uspokoił się i pojechaliśmy do przedszkola.
W szatni jednak widziałam, że nadal przeżywa tę sytuację.
Ponownie zapytałam,czy jeszcze się martwi.
A po małych polikach ponownie popłynęły ciurkiem łzy.
"Czy ja nie mogę, tam iść i zostać z Aliśią w żłobku? Żeby ona nie była tam sama?"
Znów wytłumaczyłam, przytuliłam.
Uspokoił się.
Zaprowadziłam go do jego grupy i dalej już było ok.
Chociaż po powrocie mówił, że dalej było mu smutno w przedszkolu, bo myślał o tym jak Ala płakała.
Kiedy po południu byli razem w domu, wyjątkowo dużo się z nią bawił i zajmował się nią.

A ja... z jednej strony najpierw żal mi było obojga.
Serce mi pęka za każdym razem , kiedy moje dzieci płaczą bo naprawdę jest im smutno.
A zupełnie inny jest ich płacz, gdy próbują coś na nas wymusić, a gdy rzeczywiście coś je poruszy.

Z drugiej jednak strony, pomyślałam sobie, że jako rodzice, udało nam się zrobić coś dobrze.

Widzimy więź pomiędzy dzieciakami na co dzień. Teraz po raz pierwszy, zobaczyłam ją w sytuacji "zagrożenia", bo w ich oczach tak można określić tamten moment.
I dla mnie było to po prostu wyjątkowe i piękne.
Są jeszcze takie małe, a już stają za sobą wzajemnie.

Wiem doskonale, że im dalej, im dzieci starsze, tym bywa ciężej z utrzymaniem tej więzi. Ale może chociaż udało nam się zbudować dobrą podstawę na przyszłość.

Tak, czy inaczej, jestem z nich dumna.
I rozczulona :)

środa, 2 listopada 2016

Jesienne smutki

Czasem nienawidzę jesieni. 
Jest przewrotna. 
Bywa niedobra. 
Smutna i zawsze przynosi coś przykrego. 
Jedyny wyjątek, sprzed roku, czyli narodziny naszej córeczki, w najsmutniejsze  święto, to chyba był wyjątek potwierdzający regułę. 

Za 4 dni druga rocznica utraty ciąży. 
Nie przeżywam tego na co dzień, ale zwykle koło tej daty zaczyna mi się przypominać. 
Przemykają obrazy przed oczami, tej krwi, pustego USG...

W tym roku wszystko to wraca jeszcze bardziej. 
Dwie bliskie mi dziewczyny straciły swoje ciąże.

Już wiem, że to statystycznie bardzo częste. 
Wiem, że człowiek jakoś daje radę to przeżyć i podnieść się po tym. 
Ostatecznie jest też w stanie zdecydować się na kolejną próbę. 
Tak, na szczęście, działa nasz kobiecy instynkt. 

Ale znam tak dobrze to uczucie rozczarowania, pustki...wielkiej straty. 
Straconych marzeń i wyobrażeń, które, czy chcemy, czy nie, już od momentu ujrzenia drugiej kreski na teście, zaczynają kiełkować w głowach i sercach. 

Znam dobrze cały ten ból i chyba dlatego bardzo przeżywam, kiedy ktoś bliski musi także przez to przejść. 
Strasznie mi przykro i smutno. 

I jak zwykle - Świat wcale nie ma zamiaru się zatrzymać. 


poniedziałek, 31 października 2016

Tuż tuż Roczek Małej Damessy

Za niecałe 27 godzin największa Gwiazda naszego domu skończy Pierwszy Rok Życia.
To rok temu wybraliśmy się na działkę, zrobić ostatnie porządki przed zimą.
Tato wczoraj żartował, że może dziś znów pójdziemy coś pograbić, a coś nowego się urodzi ;)

ALICJA MAJA
Podarowała mi jeden z przyjemniejszych "roków" w życiu.
Rok totalnego skupienia na dzieciach.
I chociaż nie ukrywam, że różnie to bywało.
Że czasem miałam dosyć.
Marzyłam, aby choć na chwilę się oderwać.

To było super.
I chciałabym móc tę koncentrację na dzieciach kontynuować.

Pożyliśmy sobie wygodnie, ale czas na zmiany nadchodzi.

3 listopada Alicja zadebiutuje w żłobku.
Niecałe 3 tygodnie później, ja w kolejnej nowej pracy.

Zanim jednak nadejdzie nowe...
powspominam sobie o tym, co już było i co jest.



Przekraczająca ledwie 3kg Kruszyna, wprowadziła do naszego życia wielkie zmiany.
Odebrała nam sen, chwile błogiego lenistwa i pewną dowolność w organizowaniu sobie czasu wolnego.
Właściwie, to po prostu pojęcie czasu wolnego, zniknęło wraz z jej pojawieniem się ;)

Alicja Maja pokazała  nam, że noworodek potrafi spać 20 godzin na dobę.
A półroczniak potrafi nie spać 20 godzin na dobę :P
Wyzwoliła w swoim Starszym Bracie pokłady cudownej opiekuńczości i miłości braterskiej, o którą bywał już podejrzewany, lecz nie aż do takiego stopnia.
Sprawiła, że udało nam się zapomnieć, czym jest narzeczeński czas we dwoje.
Dzięki niej zaczęliśmy prowadzić jakże zdrowy tryb życia. Zwłaszcza ja.
Dużo spacerów, zero papierosów, praktycznie zero alkoholu przez dwa lata. Żadnego nocnego latania po baletach. Parowar wreszcie wyciągnięty z głębin kuchennej szafki.
Samo zdrowie. Naprawdę!
Niedobory snu? No cóż.... nie ma ideałów :P

Alicja pokazała również, że jest stuprocentową dziewczynką.
Łaskawie obdziela uroczymi uśmiechami wyłącznie tych, których zna i lubi.
Posiada zjawisko "miękkich nadgarstków" - czyli jak prawdziwa damulka potrafi tak zabawnie uroczo machać samymi dłońmi jakby cały czas bała się jakiejś myszy.
Miewa smutno-nostalgiczne spojrzenie , którym powłóczy po Świecie idealnie brązowymi oczami, skopiowanymi prosto od swojego Taty.
Urokiem osobistym podbija serca wszystkich swoich cioć, a nawet wujków.
Jest fanatyczką włosów.
Już nie tylko moich, ale i każdych innych, które znajdą się w jej zasięgu.
Kocha muzykę i chętnie "tańczy" na siedząco.

Posiada urok swego brata, jest jednak zupełnie inna.
Spokojniejsza, bardziej stonowana i "stacjonarna", jak to określiła moja przyjaciółka.
Jest taką małą maskotką - przytulanką.
Potrafi godzinami siedzieć na kolanach i po prostu się tulić.

Rozjaśniła nasz dom, cudownym delikatnym, dziewczęcym blaskiem.
I z radością oddałam jej swój tron księżniczki :)
Patrzę na nią i oddałabym jej wszystko.
Kocham to małe uśmiechnięte stworzenie, które właśnie mnie zaczepia, stając koło komputera i uśmiechając się zaczepnie.
Kocham na zabój!

Alicja dopełniła komplet, dobudowała element DOMU , dotworzyła Rodzinę.

Jest spełnionym marzeniem o małej słodkiej córeczce.

I choć życzę jej, żeby wyrosła na silną, zaradną kobietę, to byłoby idealnie, gdyby udało jej się w tym zachować ten pierwiastek delikatności, z którym się urodziła :)






niedziela, 9 października 2016

Nowości

W moim życiu rozpoczynają się nowe etapy. 

Zmieniłam tryb życia i odżywiania na zdrowszy, po tym jak pewne badanie uświadomiło mi, że chyba sama się oszukuję pod tym względem.
No i chyba się oszukiwałam faktycznie,bo jakimś sposobem udało mi się zmniejszyć obwód w pasie o 8 cm.A to dopiero początek. 
 
Zaczęłam szukać pracy, pojawiły się trzy propozycje i własnie jestem w trakcie podejmowania decyzji. 

Złożyłam wniosek o przyjęcie Alicji do żłobka. 

Strach mnie ogarnia na samą myśl jak my to wszystko pogodzimy. Już teraz bywa trudno. 

Sebastian, będąc aktywnym 5-cio latkiem, potrzebował więcej aktywności niż tylko to, co oferuje mu przedszkole. Zatem 3 popołudnia w tygodniu wypełniają nam treningi piłki nożnej i pływania. W tę sobotę był dodatkowo turniej piłkarski - 5 godzin. 
W przedszkolu powoli szykują dzieci do szkoły, więc zdarzają się już zadania domowe. 

M. zaczął drugi rok studiów. 

Bywa meksyk, naprawdę. 
Będzie chyba kosmos. 

Ale cóż. 

Jeśli schudnę jeszcze 15-20 kg, pójdę do ślubu w prawdziwej sukni - to moja nagroda :) 

Trochę chce mi się iść do pracy. Spełniać się w czymś więcej niż ogarnianie dzieci i domu. 
Przynajmniej na razie mi się chce....wiem, że to pewnie szybko minie....no chyba, że.... jest opcja na naprawdę fajny dochód. Jeśli zepnę poślady, mam szansę utrzymać nasz budżet na satysfakcjonującym poziomie. To spora motywacja. 

Mam fajne dzieciaki. Mądre i mocno z sobą związane. Wiem, że dadzą radę. 

Nie wiem czy ja dam....ale chyba nie bardzo mam wybór :P 

środa, 21 września 2016

Kruszynki dają radę!

Zapomniałam dopisać P.S. we wczorajszym poście, a widzę, że przejęłyście się losem Kruszynek :)
Zatem krótko - jest nieźle.
Większa przybiera na wadze, może już być tulona i karmiona przez rodziców.
Mniejsza rośnie wolniej, ale w weekend wyjęto jej rurkę do intubacji i zaczęła oddychać tylko z pomocą maseczki.
Nadal obie są maleńkie, widuję je tylko na zdjęciach, ale nawet tam jest to zaskakujące wrażenie.
Najwyraźniej jednak mają obie solidny hart ducha i wolę walki.
Wszyscy są dobrej myśli :)

wtorek, 20 września 2016

6 zdjęć na 5 lat















Tak się zmienia i rośnie.
Chłopak o magnetycznym spojrzeniu. 
Niewielki ciałem, za to wybitnie charakterny. 
Bez talentu do nauki, malowania, tworzenia. 
Świetnie skoordynowany ruchowo. 
Posiadający wyjątkowo dobrą, jak na dziecko, orientację w terenie oraz pamięć do miejsc.
Samodzielny, wytrzymały, kiedy trzeba naprawdę - cierpliwy.  
Dojrzały na swój wiek.
Otwarty i rozmowny, chociaż nadal nie wymawia "r"
Mały twardziel.
Zaangażowany i opiekuńczy starszy brat. 
Taki prawdziwy "chłop na schwał"
Szaleję za tym jego niepokornym duchem. 
W oczach ma błysk tego, co w mu w duszy gra. 
Wierzę, że dzięki temu przebojem wejdzie w życie. 
A póki co, jest dzieckiem, które sama uwielbiam, a które też w pewien wyjątkowy sposób, potrafi zaskarbić sobie sympatię innych. 
Kiedy w ciąży wyobrażałam sobie jaki powinien być syn samodzielnej mamy, to właśnie ten typ kreśliły moje myśli. 
I chociaż byliśmy sami tylko 2,5 roku jego życia, on nadal rośnie na małego człowieka, który ma samodzielnie dawać radę. 

Ma wady, nie jest idealny, ale jestem z niego dumna i kocham go do szaleństwa.