Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

czwartek, 28 lipca 2016

Jedziemy na wakacje

Lipiec szybko zleciał...
w ogóle szybko minął cały rok. Bo już za parę dni minie rok, jak wyjeżdżaliśmy do Karwi. 
W to lato mamy wyjątkową możliwość - i czasową i finansową, by wypocząć dłużej. 
Zatem już jutro o świcie śmigamy do Czaplinka, gdzie aż 9 dni będziemy się byczyć nad Jeziorem Drawskim. 
Stamtąd wyruszymy ponownie do Karwi. Stęskniłam się już za Półwyspem Helskim. Nie mogę się doczekać zachodu słońca na plaży. 
I wspomnienia naszych zeszłorocznych zaręczyn....
Rety...pewnie będzie zupełnie inaczej niż wtedy, bo przecież już we 4. 
W dodatku nasza mała pchła robi się coraz bardziej ruchliwa i pomału rozpoczyna treningi z przemieszczania się. 
No raczej nie będzie leżenia i opalanka, jak to było poprzednio :) 
Mimo wszystko, doczekać się nie mogę i chyba nie zasnę dziś...jak dziecko. 

Do zobaczenia w połowie sierpnia! 

poniedziałek, 18 lipca 2016

Mały prezent ode mnie dla siebie

Właśnie wydałam ciut większą sumkę, niż to było w planie, na nową chustę.
I jaram się jak dziecko przed gwiazdką, że już niedługo do mnie przyleci.
Piękna...w kolorze arctic-blue...
z domieszką organicznego lnu, by była przewiewna na ciepłe dni.
To chyba największa przyjemność, jaką sobie sprawiłam od daaaawna :)

Długo szukałam i wahałam się i przymierzałam...i walczyłam długo ze zdrowym rozsądkiem, bo przecież jedna chusta już jest....no w sumie to dwie nawet :P No i nosidło mei tai....

Ale jak nie zainwestować w takiego cud-usypiacza?
Magicznego uspokajacza, który wycisza najgorszy, najbardziej irytujący, gwiżdżący w uszach ryk.

Takie czarodziejskie działanie ma u nas chustonoszenie.
Więc rozgrzeszam się za mą rozrzutność.
I nawet M. mnie rozgrzesza, bo sam mnie namawiał, żebym coś cieńszego na lato kupiła.
Zresztą od kiedy zaczęłam motać go w mei tai, zrozumiał moje uwielbienie do noszenia :)

Jak tylko przyjdzie, to się obfotografujemy i pokażemy.

A na razie focia sprzed paru miesięcy :)



czwartek, 14 lipca 2016

Muszę puścić w świat...

...żal, aby tego nie poznał - zwłaszcza Świat karmiących mam :)

Aga, mam nadzieję,że nie masz nic przeciwko :)



Gada już pół miasta,
grzmi cała ulica -
- "Sąsiadka z piątego wciąż wywala CYCA!"
"To jakieś zboczenie! Tak nie może być!
Od rana do nocy tylko CYC i CYC!"
"Sąsiadko kochana - zachodu już szkoda,
przecież z tego CYCA leci tylko woda...,
nie ma tam już mleka, dziecku chce się pić,
a u Pani ciągle tylko CYC i CYC!".
Na rynku kupiła kapustę, truskawki,
ze dwa ząbki czosnku doda do potrawki,
wieczorem wychyli sobie lampkę wina...
- "To jest patologia! To nie jest rodzina!"
"Sushi na kolację? Tatar? Śledź? Nalewka?!
Powinien być najwyżej kurczak i marchewka!".
Życzliwi wciąż się boją o bąki i gazy,
zdrowaśkę zmówili chyba ze dwa razy.
A ta, dość, że karmi takie duże dzieci,
to jeszcze tym cycem na ulicy świeci!
- "Niech Pani się schowa: za drzewem, za murkiem,
niech pani przywiąże sobie chustę sznurkiem,
a jeszcze najlepiej włoży pelerynę,
no niech Pani schowa siebie i dziecinę!
Bo zaraz nam Pani z lodówki wyskoczy,
a blask od tego CYCA aż nas razi w oczy!
Wywala tego CYCA niczym żul drągala,
i ciągle się CYCAMI po ludziach przechwala!
Epatuje mleczarnią niczym terrorystka -
-zamiast karmić w domu - wszędzie się z nią wciska!
I karmi rok, półtora, już prawie dwa lata...
Proszę Pani kochana - to jest koniec świata..."
Mrugam dzisiaj do Was okiem a nie CYCEM,
a z CYCEM wychodzę dumnie na ulicę.
Niech się swoją michą zajmie Pan i Pani -
- w końcu wszyscy jesteśmy na CYCU chowani.

Takie mam zdolne koleżanki ze studiów: Źródło


piątek, 8 lipca 2016

7 korzyści z 4-letniej różnicy pomiędzy rodzeństwem

Różnica wieku pomiędzy rodzeństwem, to całkiem istotna kwestia.
Niektórzy rodzice wiedzą od razu ile powinna wynosić. Inni długo dywagują na ten temat.
Inna kwestia, że nie zawsze wychodzi to tak, jak się zaplanuje.
Jednak dla tych, którzy rozważają 4 lata przerwy pomiędzy dziećmi, może dzisiejszy mój wpis okaże się przydatny, aby utwierdzić się w przekonaniu, że to słuszna droga ;)

1. Zdążyliśmy skorzystać z "wolności" .
 Fakt, że w naszym przypadku sytuacja była dość niestandardowa, ale to akurat działa na korzyść tego punktu. Bo otóż mając na stanie 2,5 letniego synka nagle okazuje się, że jestem totalnie ZA-BU- JA-NA. Dostaliśmy półtora roku na celebrowanie miłości. To było bardzo potrzebne półtora roku, bo jak się okazuje, od 8 miesięcy celebrowanie miłości to w naszym wykonaniu maxymalnie kolacje z krewetkami i winem przy filmie ściągniętym z torrentów i seks z przerwą na karmienie...
A tak, to i kilka razy wyjechaliśmy we dwoje i na kilku imprezach byliśmy...i robiliśmy inne rzeczy, których teraz nie robimy.

2.Dziecko nam się usamodzielniło
Samo zje, samo umyje zęby, samo śpi w swoim pokoju, potrafi samo się sobą zająć, choć robi to od święta ;) Jednak uwalnia nas to od marzeń o posiadaniu 4 rąk.
Widziałam na własne oczy jak wygląda dzień z rodzeństwem rok po roku, a nawet po półtora roku. Dla mnie to był kosmos. Naprawdę szacun dla matek, które są w stanie to ogarnąć. Karmić na dwie ręce, nosić dwoje na rękach na raz, trzymać dwoje, żeby nie pospadały, nie poprzewracały się.... o takie na przykład zejście ze schodów - kurczę no level expert! Ja mam chyba zbyt kiepski refleks, aby coś takiego bez uszczerbku na czyimś zdrowiu ogarnąć. No i pewnie jestem zbyt wygodna ;)

3.Radość z obserwowania relacji.
To pewnie mają wszyscy, bo relacja zawsze jakaś jest. Ale przy naszym czterolatku świetnie widać, jak on sam jest głównym budowniczym tejże. Domaga się towarzystwa siostry przy zabawie, często sam siada na przeciwko niej i coś jej opowiada, tłumaczy i pokazuje. Nie potrafi czytać, ale opowiada jej książeczki, uwielbia się razem z nią kąpać, przytula, całuje i zagaduje "Cio moja mała księźniczko?" "Pospałaś moja Aliniu?".
Alicja natomiast teraz jest już bardzo zainteresowana tym, co robi starszy brat. Uważnie go obserwuje, cieszy się na jego widok, niejednokrotnie jego pojawienie się w pokoju ucisza wielominutowy płacz.
Relacja jest super i wierzę, że taka pozostanie.

4. Ułatwienia logistyczne
To w sumie element punktu 2, ale warto wyszczególnić. 4latek ogarnia życie. Idzie obok Ciebie, albo za rękę, albo trzyma się wózka. Sam się ulokuje i zapnie w foteliku samochodowym, kiedy Ty już montujesz drugi fotelik... Ale największa wygoda jest w markecie. Nie wiem jak robiłabym zakupy mając dwoje małych dzieci, bo zwykle nosidło z Alicją wkładam do kosza, Sebastian kiedy był młodszy, zawsze chciał siedzieć w tym miejscu dla dzieci w koszach. Mając ich oboje w koszu, brakłoby mi miejsca na produkty, a dwóch koszy nijak bym nie uciągnęła. A tak - albo upycham rzeczy wokół nosidła, albo Sebastian bierze drugi koszyk dla siebie i artykuły lądują tam. Proste :)

5. Pomoc
Też pewnie nie wszędzie tak jest, ale w naszym przypadku akurat tak. Seba jest bardzo pomocny. Lubi i chętnie pomaga we wszystkim, co związane jest z Alicją. Wychodzimy z domu - otwiera drzwi do windy i do bramy. Jeśli w domu zapomnę czegoś, np. przewijam Alicję, a zostawiłam w innym pokoju chusteczki - przyniesie. Poda jej kubek, który wyrzuciła poza leżaczek, podniesie ją, jeśli siedząc przypadkiem się obaliła, zagaduje i zabawia, gdy kończę robić jej jedzonko, a ona głodna wyraźnie i głośno się niecierpliwi.
Zdarzyła nam się nawet taka prozaiczna sytuacja - włożyłam ją pewnego wieczoru do wanienki, kąpała się jeszcze na leżaczku i nagle po prostu znikąd, dostałam takiego skrętu jelit, że po prostu musiałam do toalety i koniec. To niestety jest wada wc osobno z łazienką...w dodatku na dwóch krańcach mieszkania. No ale oczywiście właśnie wtedy starszy bracik gotowy zameldował się na posterunku i dopilnował siostry kilka minut.
Jego pomoc jest wielokrotnie naprawdę nieoceniona. Odczuwam duże ułatwienia spowodowane tym, że jest już w miarę rozsądnym i rezolutnym dzieckiem. Opiekowanie się Alicją wspólnie z nim, to fajna sprawa

6. Przerwa w pracy
Nie jest to może bardzo istotne, ale jednak z ulgą przyjęłam, po kilku niełatwych zawodowo latach, tę przerwę. W dodatku w międzyczasie zdążyły zmienić się przepisy, dzięki czemu przy Alicji mam 2 razy więcej macierzyńskiego niż przy Sebie.

7. Więcej luzu
Podczas kiedy rodzice, mający dwoje dzieci w zbliżonym wieku, latają po placu zabaw jak struś pędziwiatr - pomiędzy huśtawką z młodszym, a drabinkami, po których starsze własnie próbuje się wspinać, a jeszcze nie jest na tyle "stabilne", że może to robić samo,  my albo siedzimy na ławce i spokojnie sobie gadamy, bo Seba absolutnie nie potrzebuje nas na placu zabaw, albo jeśli jestem sama, to ewentualnie nogą bujając wózek, otwieram sobie książkę i nadrabiam zaległości :D Taki mamy lajcik :)
Mam też wrażenie, że więcej luzu ma to starsze dziecko. Chyba, że nasze to taki wyjątek. Jednak ja sama, jako 6,5 latka, która otrzymała rodzeństwo, nigdy nie byłam zazdrosna. I Seba też nie jest. Nawet ostatnio gdy sobie rozmawialiśmy, zapytałam go, czy nie jest mu przykro, że mam dla niego mniej czasu, albo czasem musi na mnie poczekać, bo akurat jestem zajęta przy Alicji - powiedział, że nie, bo kocha Alę :)
Może już się nasycił mamusią i gdy przyszło się z kimś podzielić, był na to emocjonalnie gotowy?
Nie wiem, ale widzę, że przyjął siostrę świadomie i z pełnym zrozumieniem zmieniającej się sytuacji...przynajmniej jak na jego 4-letnie możliwości.


Z pewnością znalazłabym jeszcze dużo więcej zalet płynących z tej różnicy wieku, ale zakończę na "szczęśliwej siódemce" :)
Traktujcie to wszystko z przymrużeniem oka - z pewnością rodzice dzieci rok po roku, mają swoje argumenty.
Mnie jednak nikt by nie przekonał do "skrócenia dystansu".
Pamiętam, że gdy Sebek skończył 3 lata, po prostu poczuliśmy , że zrobiło się lżej i teraz można by zacząć myśleć o drugim dziecku. Totalnie nie wyobrażam sobie siebie w sytuacji, że dzieje się to wcześniej.
Bywają dni, takie jak ostatnio, że i tak z trudem ogarniam. I gdy przypomnę sobie znajomych mających np roczniaka i 2,5 latka, to myślę, że wyłabym do księżyca.
No ale kto tu zagląda, ten wie - sporo we mnie z hedonistki.
Ja już z niecierpliwością czekam, aż nam się trochę ta Aluśka usamodzielni, a właściwie odklei od maminego cyca, bo tęsknię za randkami z narzeczonym...cyc zresztą też ;)p







środa, 6 lipca 2016

A gdy tylko pomyślałam...

...że jest źle, bo moje dzieciaki zaczęły podejrzanie "szczekać" , co okazało się podwójnym wirusowym (nawet nie wiedziałam, że takie jest) zapaleniem oskrzeli. ...okazało się,  że ekspresem może być jeszcze gorzej -
matka również zapada na wirusa i zostaje pokonana przez prawie 39 stopni gorączki, utrzymującej się już dwa bite dni.
Zatem zamiast szykować się na weekend nad jeziorem, kisimy w domu...wymagająca Aluśka,  wynudzony do granic Sebastian,  ledwo żywa ja i pies.

odezwę się jak przeżyję. ..



piątek, 1 lipca 2016

Nic specjalnie ciekawego

Mnożą mi się rozpoczęte posty na blogu.
Nie mogę niczego dokończyć.
W ogóle mam problemy z ogarnianiem się. Z przerażeniem myślę o tym co będzie po wakacjach - przyjdzie czas szukać pracy, a potem do niej pójść. Jeżeli nie uda się wrócić do ostatniej firmy, w której pracowałam, będzie ciężko.
I ciężko nam się będzie rozstać z Aluśką.

Niestety - wychuchałam sobie dziecko. Sebastian w jej wieku dawno już chodził do mini-żłobka, zostawał ze znajomymi, zostawał z dziadkami, nawet już chyba pierwszy weekend rozstania mieliśmy za sobą, albo tuż przed.
A Aluśka wklejona w cyc maminy, nie pozwala swej podwładnej nawet wyjść do łazienki.
A Mamuśka durna, daje się urobić i tylko tuli, nosi , całuje i dobrowolnie zmienia się w niemowlęcą niewolnicę.
No i wysłuchuje różnych mądrości, że tak przecież nie można.

Jesteśmy na etapie, że mnie samej ciężko już tę pępowinę przeciąć. Z przerażeniem myślę o jakimś ponurym wielkim żłobku, w którym mała zostanie sama na bite 9 godzin. O ile w ogóle dostaniemy się do jakiegoś żłobka....
Wciąż rozmyślam jednak na rozwinięciem czegoś swojego. Miałam kilka pomysłów, ale realizacja megatrudna.

I tak się miotam, sama nie wiem o co mi chodzi do końca.

Kupiliśmy nową działkę kilka dni temu. Szukam inspiracji i wiedzy co na niej zrobić, żeby była ładna. Tzn już jest ładna - dlatego ją kupiliśmy. No i dlatego , że blisko i bezpieczniej. Nie żal wkładać pracy i pieniędzy, jak w tą ,którą mieliśmy do tej pory, a z której regularnie kradziono nam wszystko łącznie z mokrymi chusteczkami z Lidla, za 99gr.
Napotkałam jednak na problem taki, że chęci mam, natomiast zerową wiedzę na temat tego co w ogóle robi się na działkach i jak :)
Aktualnie znajduję się w jakimś dziwnym psychicznym stanie, polegającym na tym, że każda pierdoła jest problemem nie do przejścia.
Właściwie w związku z tym, nie powinnam w ogóle zasiadać do pisania.
Ale zakładam, że może podziała jak psychoterapia.

Żeby nie było, że jak już coś publikuję, to tylko raz w miesiącu i w dodatku smęcę, mogę podzielić się naszym rodzinnym sukcesem - Mój Narzeczony został studentem 2 roku! Mam w tym swój udział, choć nie tak rozległy, jak w poprzednim semestrze. Natomiast jest to jego życiowy rekord, bo o ile się nie mylę - jest to 5 studiowany przez niego kierunek i jeszcze na żadnym do drugiego roku nie dotarł :)
Nie powiem, żeby było lekko, łatwo i przyjemnie... no ale jakoś daliśmy radę.
Na szczęście Sebastian jest już taki duży, że często potrafi mi pomóc przy wielu rzeczach, a to sporo ułatwia.
Właśnie mam rozpoczęty post o zaletach 4-letniej różnicy między dziećmi...kiedyś może go skończę ;)
A tymczasem czas wymyślić plan na weekend - bo co robi M. po zakończeniu studiów w pierwszy wolny weekend?
Wyjeżdża z kolegami na ryby.
No comments.

środa, 15 czerwca 2016

100% kobiecości

Nie zdążyłam w tym roku z postem na Dzień Matki.
A wyjątkowy był, bo tak naprawdę pierwszy w podwójnej roli.

Akurat tamtego dnia wyjeżdżaliśmy na długi weekend nad jezioro.
Wstałam wcześnie i szykowałam wszystko do wyjazdu.
Nie oczekiwałam niespodzianek, bo intensywny to był czas...zamieszanie...wiadomo.
Ale krzątając się po mieszkaniu, myślałam sobie o tym wszystkim.
O tej mojej misji, którą od przeszło czterech lat pieczołowicie realizuję, potykając się po drodze, zniechęcając, niecierpliwiąc... czasem trzaskając drzwiami i drąc paszczę , co pewnie wygląda głupio.

Ale i zachwycając nieustannie, wzruszając i podziwiając efekty wytężonej wspólnej pracy każdego z nas.
Czuję się spełniona.
Dzień Matki, to mój dzień.
Tak naprawdę, jak i niektóre inne święta, np. Walentynki, odczuwam, że mam go codziennie.
Obserwuję nasze dzieci, z osobna i razem, i wiem, że w gruncie rzeczy, na razie robimy TO dobrze. Czas pokaże jak będzie dalej, bo zapewne tylko trudniej.
Ale z okazji własnego święta życzyłam sobie, bym kiedyś, w finalnym rozliczeniu, mogła sobie samej oraz M. pogratulować sukcesu.




W tamten czwartek rano, gdy dzieci wciąż jeszcze spały, M. wstał i cicho wsunął się do łazienki, w której kończyłam makijaż.
Pochylił się nade mną i powoli wyszeptał mi do ucha:
"Jesteś najlepszą Mamą na Świecie. I najpiękniejszy prezent już masz - Miłość dzieci...i moją".

Makijaż oczywiście do poprawy.
I nie - nie było to zwinny unik pt. "O rany zapomniałem o prezencie od dzieci, ale powiem coś miłego, to się nie wyda".
Prezent też się znalazł i codziennie z uśmiechem wlewam do niego moją przedpołudniową kawkę :)
Ale te słowa....
...cóż...nie będę się roztkliwiać - po prostu każdej młodej Mamie życzę, aby takie usłyszała.


Wiele dobrego otrzymałam od podwójnego macierzyństwa.
Przede wszystkim to uczucie spełnienia totalnego. Czuję się bardziej spełniona, bardziej kobieca, mądrzejsza, piękniejsza, fajniejsza..... oczywiście bardziej też zmęczona, marudna, sfrustrowana...ale to tylko momenty.
Czuję się lepszą kobietą, niż byłam.
I z tym całym bagażem czuję się naprawdę dobrze.



A na koniec trochę prywaty....skoro już o macierzyństwie - cóż....nie da się ukryć, że w pewnym momencie jest to jego kwintesencja. Dlatego nie będę się krygować.
Jeśli dla kogoś to zbyt kontrowersyjne - sorry.
Dla mnie to po prostu karmienie piersią, ujęte w naprawdę ładnych zdjęciach.







Fot. by Krysia Lemańska Blog Krysi
Zdjęcia wykonane z okazji Akcji Mlekoteka



poniedziałek, 30 maja 2016

Czy piątek 13-go może być w poniedziałek 30-go?

Jestem przekonana, że kosmos zrobił w maju jakiś przewrót i własnie piątek 13, który powinien był zdarzyć się przeszło dwa tygodnie temu, miał miejsce dziś. 
'
Dziś był dzień, kiedy to dokonała się tak zwana "równowaga w przyrodzie". 
Czyli, z racji tego, iż długi weekend spędziłam nad jeziorem, dziś cały dzień "siedziałam"  w domu. 
I chociaż przez poprzednie 4 dni też wykonywałam wiele czynności "ogarniających", nie mając wcale nadmiaru czasu na błogie byczenie się i wylegiwanie, to dzisiaj musiałam dla równego rachunku, wykonać ich 3 razy więcej niż zwykle. 
Dziś był również dzień, kiedy po raz pierwszy pomyślałam, że może lepiej byłoby iść do pracy. Wszelkie dzisiejsze domowe wydarzenia, to musiało być wyrównanie rachunków za to, że biedny M. musiał wstać po 4 do pracy. 
Dziś w końcu był dzień, kiedy po raz pierwszy naprawdę cieszyłam się, że mamy 3 pokoje, nie więcej....
No ale do rzeczy. 

Jak wygląda 13 -piątek w poniedziałek? 

Młodsze dziecko oczywiście budzi Cię przed budzikiem, czyli przed 6:40. 
Ogarniasz poranek ledwo przytomna, bo wiadomo jak to po długim weekendzie - człowiek niewyspany :) 
Pies niecierpliwie się kreci, ale nie masz jeszcze jak wyjść, bo własnie to wcześnie zbudzone młodsze dziecko, przypomina sobie, że od wczoraj jest nieodkładalne, ryczące w niebogłosy i uczulone na smoczek. 
Spławiasz zatem psa na rzecz dziecka, czego później gorzko żałujesz. 

Szykujesz dziecko starsze do przedszkola, młodsze wciąż trzymając na rękach. 
Już jesteś bliska wyjścia z domu, gdy pies nagle wymiotuje pod oknem. 
Sprzątasz i zbierasz się do wyjścia, popędzając dziecko starsze, bo pies ewidentnie ma coś z żołądkiem, co jest mocno wyczuwalne. 
Odprowadzasz dziecko starsze, tradycyjnie z wózkiem pchanym jedną ręką, a ciągnącym psem w drugiej dłoni. 
Młodsze zasypia pod samym przedszkolem - niestety musisz je zbudzić - tego zaraz też żałujesz.
Starsze odprowadzone, kierujesz się w stronę domu, wraz z pozostałym inwentarzem i planem zrobienia małych zakupów. 
Niestety rozbudzone małe dziecko zaczyna wyć. Jak zawsze wniebogłosy. Generalnie wyje stosunkowo rzadko...ale gdy już to robi, nadrabia mocą. 
Nici z zakupów, wracasz z wyjcem do domu. 
Ludzie rzucają Ci podejrzliwe spojrzenia. 
No co, kurde? Dzieci nie mieli, czy jak?

Winda od wczoraj zepsuta - tachasz wózek po schodach - tyle dobrze, że to tylko 1 piętro. 
Dziecko zasypia pod drzwiami do mieszkania. 

Wchodzicie do przedpokoju. 
Śmierdzi. 
Śmierdzi psim gazem. 
Ale w ciągu półgodzinnej wycieczki do przedszkola i z powrotem, zwykły psi gaz musiałby się ulotnić. 
Szukasz. 
I znajdujesz pod oknem. 
Wielką
psią
kupę
!
W trzech konsystencjach. 

Konsystencja niestety ma znaczenie w tej sytuacji. Gdyż firany w salonie sięgają idealnie podłogi...i udało im się jakoś w tę psią niespodziankę wpaść.

Sprzątasz niespodziankę. 
Ściągasz firany. 
Skoro już te idą do prania, to i resztę warto by było wrzucić, bo dawno nie prana. 
Ściągasz wszędzie firany i zasłony. 
Patrzysz na okna - masakra. 
Skoro już ściągnięte , to nie ma wyjścia - trzeba myć. 

W ten sposób, dzięki psiej kupie, spędzasz pół dnia na myciu solidnych rozmiarów okien w 3 pokojach i kuchni. 
W międzyczasie robiąc i rozwieszając 4 prania, ogarniając znowu wymiotującego psa oraz wyjca, który na szczęście ma jednak przerwy, kiedy to zaciesza i bawi się. 
Gdy jednak wyjec jest wyjcem. motasz go w chustę na plecach, zmywasz stertę garów (zmywarka się zepsuła tydzień temu), pierzesz ręcznie przytulanki, ścierasz kurze i wypakowujesz wyjazdowe torby. 

Do końca dnia wykonujesz jeszcze liczne domowe czynności, z zakupami włącznie. 
Po czym odbywasz niezbyt przyjemną rozmowę, na którą w ogóle nie miałaś ochoty. Ani dzisiaj, ani nigdy. Ale dzisiaj to najbardziej. 

Nie wydarza się już nic przykrego, ale roboty nie brakuje. 
Ulubiony żart mojego narzeczonego, odnośnie domowych obowiązków: "No co? Śpisz w nocy, to Ci się zbiera" 
Nie do wiary ile potrafi się zebrać, kiedy 3 noce spisz poza domem. I reszta domowników też. 

Wyżej wspomniany narzeczony nie może pomóc, bo drugie tyle roboty jest własnie na działce, której od 5 dni nikt nie podlewał.

O 23:30 leżysz na łóżku i czujesz jak nogi wchodzą Ci w d***. 
Nie zaśniesz, bo jesteś rozżalona na ten dzień, że Ci tak dał w kość. 
Więc się wywnętrzasz na blogu, z nadzieją, że może ktoś pogłaszcze po głowie i napisze, że też tak ma. 
Albo, że i tak dałaś radę. 
Albo chociaż, że jutro już normalnie będzie 31 i wtorek. I już nic zaskakującego się nie wydarzy ...

Jutro będzie gorąco - to wiem na pewno -  pół dnia z żelazkiem, bo wyschną firany! :) 

piątek, 13 maja 2016

Jak nam mija wiosna?

Ohhh strasznie ze mnie zajęta Matka Polka.
Pojęcia nie miałam, że na "urlopie" macierzyńskim można mieć tyle do zrobienia....a jednak.
Ale nie narzekam.
Obmaszerowując z wózkiem i psem nasze osiedle dookoła, w blasku grzejącego, wiosennego słońca, myślę sobie,  że ten rok dla dzieci to dar.
Zwłaszcza teraz, kiedy tyle czasu możemy spędzać na powietrzu.
Robimy duuuużo spacerów, odpoczywamy na działce, odwiedzamy place zabaw.
Jest super!
Tyle uwagi mogę poświęcić Sebkowi, mogę go obserwować, dostrzegać niuanse w jego rozwoju, dojrzewaniu...

Przyznam się szczerze, chyba już zresztą nie po raz pierwszy, ale przez drugie dziecko stałam się trochę matką -wariatką ;)
No może jeszcze nie tak do przesady....staram się nad sobą panować... ale jaram się swoją rolą na maxa :)
I dwójką moich małych Bossów :)

Ponieważ jednak mam więcej wolnego czasu, niż w innych okolicznościach mojego życia, to angażuję się też w różne nowości i akcje.
I tak np. wpadłam również w chustoświrowanie, co wcześniej prezentowałam.
Właśnie poszukuję drugiej chusty, która tak naprawdę niespecjalnie jest mi potrzebna...aczkolwiek cieńsza na lato pewnie zrobi robotę :)

Fajnie jest być mamą.
Co bym nie narzekała, nie natęskniła się za studenckim życiem, za imprezami, drineczkami, fajeczkami i innymi przyjemnościami tego typu.... co bym nie naklęła na zmęczenie wieczorem, zbyt rzadkie chwile tet-a-tet z Lubym mym....to i tak jest fajnie :)
A jak już słyszę z wielu stron, że takie piękne i urocze te moje dzieci. Że podobne do siebie, że uśmiechnięte takie, to już w ogóle serce moje pluska się w baryłce miodu.

Fajna jest wiosna - w tym roku czuję to w pełni. Mam czas to poczuć.
Jutro jedziemy do ukochanej mojej Zielonej Góry.
Za dwa tygodnie czeka nas długi weekend nad jeziorem.

Wybaczcie zatem przedłużające się nieobecności moje na blogu...ale tyle ważnych rzeczy dzieje się wokół. Żal by było coś przeoczyć :)

A na koniec chustowe focie.
Na tę chustę też choruję...na szczęście zdrowy rozsądek wygrywa codzienną walkę z mymi zachciankami ;)




czwartek, 28 kwietnia 2016

Aluśkowe półrocze tuż tuż

Koniec kwietnia, to koniec szóstego miesiąca  aluśkowego Życia.
Tak szybko minęło te pół roku. Aż boję się, co będzie z kolejną połową.

Alicja wykonała kawał pracy przez ten czas.
Obie wykonałyśmy.

No tak naprawdę, to wszyscy w domu się napracowaliśmy.
Ale obserwowanie rozwojowych postępów naszej Kruszyny, jest sprawiedliwym wynagrodzeniem za różne trudy.

Dopiero co takim małym zawiniątkiem była...
Ciągle mam wrażenie, że Sebastian jakoś wolniej rósł.

Okrutnie ulotne jest to wszystko. Żal mi każdej chwili, każdej zmiany. Każdej niezapisanej nowości, którą Aluśka nam serwuje, jak np. kilkudniowe intensywne ćwiczenia języka, polegające na wykonywaniu nawet o 3 w nocy takich "pierdzioszków". Gdy trenuje je podczas jedzenia, matka ma gwarantowane pranie i czyszczenie tapicerki :)

Żal mi, że nie zawsze uda się sfotografować, lub nagrać relacje naszego rodzeństwa.
Momentów, gdy Seba słodziutkim tonem mówi do niej "moja księźnićko",  tuli i całuje, a ona tymi wielkimi oczyskami wpatruje się w bracika swego i obdarowuje go najszerszym i najszczerszym bezzębnym uśmiechem.

Chciałabym zapamiętać to uczucie jak rośnie serce, kiedy po raz pierwszy wyciągała rączki do mnie i do Miśka, kiedy się uśmiecha na nasz widok, kiedy piszczy z radości na widok psa.

Dumę, kiedy nauczyła się pić z kubeczka i otwierać buźkę, kiedy zbliża się łyżeczka z jedzonkiem.
Błogostan, kiedy spokojna tuli się do piersi...

Masa...masa cudownych momentów za nami. Na szczęście tak wiele jeszcze nas czeka.
Alicja noworodkowa - spokojna, wiecznie śpiąca królewna, maleńka Calineczka, była wspaniała.
Lecz Alicja niemowlęca - radosna, kontaktowa, ciekawa świata, okrągła Pyzunia, jest nie mniej cudowna.

Dla Tatusia to najpiękniejsze stworzonko na świecie.

Dla mnie to drugi mały człowiek, którego kocham z superhipermegakosmiczną mocą.

listopad 2015

grudzień 2015

styczeń 2016

luty 2016

marzec 2016

początek kwietnia 2016

koniec kwietnia 2016




poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Z braku czasu będzie o kubeczku

Tak tak...brak mi czasu na pisanie. 
Sama nie wiem jak to robię, ale nie mam kiedy na spokojnie usiąść, skoncentrować się i coś sensownego wrzucić. 
Obowiązki się piętrzą, życie rodzinne kipi :) 

No tak naprawdę, to po prostu przyleciała z UK moja siostra i wolę spędzać czas z familią niż przy komputerze. 

Aczkolwiek, zobowiązałam się do pewnej rzeczy i umowy dotrzymać muszę. 

Jakiś czas temu nawiązałam kontakt z firmą MAM
Aluśka otrzymała od firmy kilka, wybranych przeze mnie gadżetów do przetestowania, a mamuśka zobowiązała się o tych aluśkowych testach napisać. 



Zatem dzisiaj przedstawimy pierwsze opinie. 


Ocenie poddany został niekapek MAM Starter Cup





Kubeczek przeznaczony dla dziecka powyżej 4 miesięcy. 

Nieduży, bo o pojemności 150 ml, dzięki czemu łatwy do utrzymania w niemowlęcych jeszcze rączkach. 




Trzymanie ułatwiają również antypoślizgowe uchwyty - fajna sprawa, żeby rozpocząć treningi samodzielnego picia. 

Generalnie znalezienie idealnego niekapka, to nie jest prosta rzecz. 
Pamiętam ile napróbowaliśmy się z Sebastianem. 
Albo ustnik za twardy, albo za łatwo leciało i niekapek okazywał się "kapkiem", a nawet "ciurkiem" ;) 
No i przeważnie miałam też wątpliwości odnośnie higieny wszelkich Sebciowych kubków. 

Starter Cup, jak na razie odpowiada na wszystkie nasze potrzeby. 
Ustnik, kiedy potrzebujemy kubeczek gdzieś przetransportować, zabezpieczamy pokrywką. 


Utrzymanie higieny jest banalnie proste. Wszystko łatwo się rozkłada i czyści. 

Dla mnie największą zaletą tego kubka jest jego ustnik. 
Po pierwsze miękki, po drugie przeźroczysty. 
Nie wiem, czy trafiłyście już na krążące po sieci artykuły jak to w niekapkach hodują się grzyby i inne "kalafiory" ;) 
Przyznam szczerze, że i mnie się to zdarzało. 
W Starter Cupie nie ma opcji, aby cokolwiek przypadkiem wyrosło. 



Łatwy dostęp do wnętrza ustnika pozwala dokładnie go oczyścić.

Jego zaletą jest również budowa, która sprawia, że naprawdę nic z tego kubka nie kapie. 

Aczkolwiek przyznać muszę, że Aluśka potrzebowała czasu, aby nauczyć się z niego pić. Samo ssanie, choćby z mocą odkurzacza,  nie wystarczy, ustnik trzeba troszkę ścisnąć dziąsłami, aby picie trafiło tam, gdzie powinno. 
Jak się jednak okazało, Alicji udało się to w miarę szybko odkryć.

Design może nie do końca w moim stylu, ale przyjemny i dostępny w trzech wersjach kolorystycznych. 


Warto też nadmienić, że wszystkie produkty firmy MAM nie zawierają Bisfenolu A (BPA). 

Jeśli nadal poszukujecie kubka idealnego - jak najbardziej zachęcam do wypróbowania tego modelu. 
Znajdziecie go TUTAJ . 



A jeśli klikniecie w banner po prawej stronie, to jeszcze wyhaczycie jakiś rabacik :) 




niedziela, 10 kwietnia 2016

Leniuszki

Dzisiaj leniuszkujemy.
Tata na uczelni,
Brat z Dziadkami na basenie,
a my z Alą na kanapie w dużym pokoju.
Obłożone różowymi kocami, obstawione kubkami z herbatą, oglądamy "Rodzinkę.pl", tulimy się, gilgotamy, chichramy i cmokamy :)

Żadnej roboty, żadnego sprzątania...
zero makijażu, strój domowo-dresowy.

Rety jak miło! :)

środa, 6 kwietnia 2016

Domowe rozmowy

Misiek zagląda do naszego barku i patrzy jakie mamy wina. 
- O patrz tu takie Castillo del Diablo
- To chyba dostaliśmy od Przyjaciół -Szwajcarów
...
- Ooo a tu też takie Diablo, tylko inne...to chyba też dostaliśmy
- Gdzie?
- Na ślubie
- Na ślubie? Jakim???
- No na naszym...
- Jakim naszym???!!
- Nooo...ja byłem, ty byłaś...

 #grunttomiecdystans 

piątek, 1 kwietnia 2016

Święta inaczej

Pomysł, chociaż od lat już przewijał się w rodzinnych rozmowach, tak naprawdę zrodził się spontanicznie. 
Szybkie przeszukanie internetu, czy jest coś, na co warto byłoby się skusić. 
Za drugim podejściem znalazła się oferta. Cena super, propozycje interesujące. 
Ja i Tato zachwyceni... miłość do morza chyba po ojcu odziedziczyłam. 
Mama, mimo braku tej miłości, również przystała na mój pomysł z entuzjazmem. 
Tego ostatniego zabrakło niestety mojemu narzeczonemu. 
Trzeba było chłopaka przekonać. 
Na szczęście, jeszcze bardziej spontanicznie cała akcja poderwała Przyjaciół z ZG. W 10 minut podjęli decyzję, że dołączają. To ostatecznie przekonało M. 
Zatem klamka zapadła - Wielkanoc spędzimy nad morzem

I tak właśnie, dość niespodziewanie, spędziliśmy Święta inne niż wszystkie. 
Daleko od kuchni i miliardów garów. 
od tłumów w markecie. 
od odcisków na tyłku zasiedziałym przy stole. 
od nie zawsze trzeźwego debatowania
od znudzonych dzieci, do których nikomu od stołu nie bardzo chce się wstać
od dylematu u której rodziny dzisiaj, a może jednak wszystkich do nas? 

W zamian mieliśmy Święta w kameralnym gronie, 
pełne słońca
przespacerowane
z szumem morza w tle. 
z wygłupami na plaży
przegadane na różne tematy

Święta, dzięki którym troszeczkę nadrobiłyśmy czas z Przyjaciółką
Dzieciaki mniejsze dotlenione
Dzieciaki większe wybiegane i wybawione
My wypoczęci, zrelaksowani. Wszyscy zaczerpnęliśmy głęboki oddech. 

Świątecznego anturage'u nie zabrakło. Choć w ośrodku nie wszystko okazało się piękne, to stołówka nadrobiła. Począwszy od wystroju, skończywszy na przepysznej świątecznej kuchni. 

Tak - lubię tradycję, 
lubię rodzinny stół...
ale lubię też zmiany i nowości. 
Zwłaszcza tak udane. 
Jedyny żal, że reszty rodziny  nie udało się skusić na ten wyjazd. 
Ale może następnym razem? 
Bo następny na pewno będzie! 
















 

niedziela, 20 marca 2016

Niewolnica własnego cyca

Człowiek całe życie się uczy.
Uczy i weryfikuje swoją wiedzę.
Wciąż nabywa doświadczenia.

Dzisiaj będzie o moich doświadczeniach w zakresie karmienia piersią.

Jak prowadzę tego bloga przeszło 3 lata, tak temat chyba osobnego posta się nie doczekał.
Celowo właściwie.
Bo temat kontrowersyjny (co brzmi właściwie dziwnie) i po co było się rozwodzić.
Sebastian był karmiony głównie piersią, przez 9 miesięcy. Od początku był dokarmiany mm. Rozszerzanie diety chyba w kole 5 miesiąca. Nie pamiętam dokładnie.
Butelkowy bez problemu, pijący herbatki, wody, zjadający wszystko.

Alicja...
Alicja to żywieniowa wyższa szkoła jazdy.
Żadnej butelki, żadnej wody, żadnej herbatki...
dwa razy pociągnęła z kubka z ustnikiem, ku mojej wielkiej radości,że po długich bojach, znalazłam na nią sposób.
A figa!

Alicja ma 4,5 miesiąca i wiecznie chce żreć.
Nieustannie chce ssać tylko cyca.
Jest większą fanką moich cycków, niż mój narzeczony.
Darzy je obsesyjną miłością.
I ta jej miłość, niestety , ale muszę powiedzieć to głośno - zaczęła mnie uwierać.

O ile za dnia, jakoś tego nie odczuwam boleśnie, bo przywykłam.
O tyle noce, stały się dla mnie udręką.
Od przeszło tygodnia Alicja funduje mi pobudki dokładnie co 2 godziny. Praktycznie o pełnych godzinach: 00:00, 02:00, 04:00, 06:00 ........

Nie pamiętam kiedy przespałam ciurkiem więcej niż 4 godziny.
Mam wrażenie, że ona co chwilę wisi na cycku. Nie daje się zalulać, nie oszukam jej smoczkiem.
Kiedy jest głodna, podnosi taki wrzask,  takim poziomem ultradźwięków, że już choćby dla dobra chłopaków, przystawiam ją do piersi.
I tak wpadłam w pętlę.
Zostałam więźniarką własnych cycków.
Dłuższe wyjścia z domu bez małej, nie mają prawa bytu.
A nawet jeśli wyjdę, to wiecznie z myślą z tyłu głowy, czy nie jest głodna i nie płacze.
Więc żadna przyjemność, tylko stres.

Rozwiązanie właściwie mogłoby być proste - jakoś usilnie przyzwyczaić ją do dokarmiania, lub zacząć rozszerzać dietę, bo teoretycznie można.
A tu - o zgrozo - pojawiają się wyrzuty sumienia.
Taaak...tyle się naczytałam postulatów zwolenniczek karmienia piersią, tyle wchłonęłam informacji o cudowności, jedyności, niepowtarzalności tego sposobu. Tyle razy wpadało do mojej głowy zdanie, że WYŁĄCZNE karmienie piersią, jest zalecane do ukończenia przez dziecko 6 miesiąca życia, że nawet myśl o podaniu jej czegoś innego, wyzwala we mnie wyrzuty sumienia.
Mam pokarm, więc jeśli jej zabiorę i nie zastosuję się do wytycznych, będę wyrodną matką. Która dla własnej wygody, odbiera dziecku to , co najlepsze.
Takie mam myśli.
Więc walczę twardo i się nie poddaję.
Przypłacając to zmęczeniem i psychicznym rozbiciem.
Pętla dążenia do idealizmu zaciska mi się na szyi.

I teraz zrozumiałam te matki, którym po prostu z jakichś powodów nie szło karmienie piersią, i które zajadle walczą w obronie karmienia butelką.
Mają prawo czuć się napiętnowane.
Przez te naciski z każdej strony, można mieć wyrzuty sumienia i totalnie zgłupieć. Zwątpić, czy jest się dobrą matką i totalnie "zniewiedzieć" co tak naprawdę dla własnego dziecka będzie najlepsze.

Ja właśnie zniewiedziałam.
W dodatku w tej niewiedzy czuję się jakaś taka osamotniona.

Zwykle jest fajnie.
Przytulam ją i patrzę jak sobie ssie tego cycusia ukochanego.
I myślę "ciesz się tym momentem, bo to ostatni raz. Nigdy już więcej nikogo nie nakarmisz w ten sposób".
A potem przychodzi ta noc pełna krzyku, z moją ciężką głową, która tak bardzo nie chce być wyrwana ze snu i przychodzi głupia bezsensowna złość "dlaczego Ty znowu jesteś głodna, córko?"

To po prostu jest jakaś masakra emocjonalna dla mnie.

Dzisiaj po kolejnej ciężkiej nocy i niewiele łatwiejszym poranku, M. zabrał Alicję na godzinę na spacer. Żebym poszła spać. Ale nie umiem iść nagle spać o 12 w południe.
Stanęłam pod prysznicem, oparłam głowę o kafelki i powtarzałam jak mantrę "to minie, to minie, to minie"
Bo minie. Minie, tak jak pisałam poprzednio - one dorosną. I zatęsknię.
I z tą świadomością mam jeszcze większe wyrzuty sumienia.
Że bywam zmęczona byciem matką.

Że bywam zmęczona życiem, o jakim marzyłam.

To wszystko się kłóci jakoś ze sobą.
Niby resztki zdrowego rozsądku podpowiadają, że to normalne i nie tylko ja tak mam.
Ale rozsądek rozsądkiem
A jakieś matczyne poplątanie w głowie, swoją drogą.




poniedziałek, 14 marca 2016

Poniedziałek z premią

Dzień niemal jak co dzień.
Choć od początku nieco jakby inny od standardowego poniedziałku.
O 7:30 wyłączyłam budzik i rozpoczęłam poranny proces, motywujący mój mózg do podjęcia pracy i zmuszenia reszty ciała , by wstała z łóżka.
Nagle jednak poczułam ruchy obok mnie.
Kochane ręce okryły troskliwie kołdrą zmarznięty mój tyłek (czy Wy też, gdy śpicie w koszuli nocnej, macie notorycznie gołe poślady?Czasem zastanawiam się po co ja kupuję w ogóle nocne koszule, skoro i tak śpię w nich naga już od pasa w dół) i szybko dotarło do mnie, że z jakiegoś powodu nie muszę dziś wstawać.
M. wspaniałomyślnie zaprowadził Sebka do przedszkola, wyprowadzając przy okazji Kajkę i kupując sobie bułki do pracy. Krótko mówiąc, odbębnił za mnie całą robotę.
Ja na spokojnie ogarnęłam Mychę, a nim M. wrócił udało nam się jeszcze obu zapaść w krzepiącą drzemkę, z której o 9:30 obudził mnie zapach czekającego na mnie śniadania.
Raaaaju poranek marzeń :) I to jeszcze w poniedziałek!

Odwdzięczyłam się, a jakże :)
Niestety może nie do końca tak, jakbym chciała.... ale zupą bananową z curry ;)

M. poszedł do pracy, a my z Alicją i Kajką na spacer.
Pierwszy po tygodniowej przerwie.
Prawie cały miniony tydzień byłam chora, Mała też lekko zakatarzona. Poza tym zasypało nas śniegiem i to tak konkretnie. Później to wszystko się roztapiało, więc sto pięćdziesiąty raz obrzydliwa chlapa, a do tego 4 dni totalnej mgły. Od środy do soboty w ogóle nie wychyliłam nosa z domu. Nawet z psem.
Dzisiaj za to dotleniłyśmy się zdrowo całe dwie godzinki.

Odebrałyśmy Sebka, odprowadziliśmy psa, po drodze zachodząc na plac zabaw i do sklepu. Odwiedziliśmy Bratową i Kuzynki. Wieczorem zadzwoniliśmy do Babci, pobawiliśmy się chwilę, pokąpałam towarzystwo, poszykowałam na kolejny dzień i siedliśmy w końcu we troje w Sebciowym łóżku na codziennie wieczorne czytanie.
I gdy się już tam umościłam, to jakoś bezwiednie westchnęło mi się chyba trochę ciężko.
Seba spojrzał na mnie pytająco "Ciooo?"
"A nic, trochę męczące to życie z Wami" - odpowiedziałam z półuśmieszkiem
"Ale my Cię kochamy!" - wybrzmiała odpowiedź.

Mój uśmiech w tamtym momencie spokojnie oświetliłby całe osiedle.

Co najmniej kilka razy dziennie zapewniamy się z Sebastianem o wzajemnej miłości. Ale to dzisiaj... wypowiedziane przez niego w tej sytuacji - jak gdyby rozumiał, że czasem to bycie mamą kosztuje, jakby nie było, sporo sił.
I w dodatku powiedziane w imieniu obojga...
To dzisiejsze "kochamy", było wyjątkowe :)

A dopiero co przedwczoraj, po obejrzanym filmie, powiedziałam Miśkowi, że kiedy byłam młodsza, planowałam, że w przyszłości będę czytać filmy. W sensie, że będę lektorem. I że w ogóle, to zawsze chciałam i nadal chciałabym pracować głosem.
M. stwierdził, że przecież czytam - dzieciom codziennie bajki.
Zaśmiałam się, że fakt, ale za to mi nie płacą.
"Płacą. Miłością Ci płacą" - odpowiedział

I rzeczywiście.
W dodatku codziennie mam Dzień Wypłaty.
A dzisiaj to nawet z premią :)



poniedziałek, 7 marca 2016

One kiedyś dorosną...

Dzięki Alicji zwolniłam.
Przystanęłam sobie spokojnie na zakręcie.
Mam czas się porozglądać.
Za mną wiele dobrego. Właściwie samo dobro. Może czasem trudne, ale chyba zawsze dobre.
Przynajmniej tylko to dobre pamiętam.
Mam nadzieję , że przede mną też.
Przed nami.

A teraz stoję i rozglądam się wokół.
Patrzę na te moje dwie pociechy.
Razem będzie jakieś 24 kilogramy szczęścia.
24 godziny na dobę.

Są takie dni, kiedy te 24 godziny, wydaje mi się za dużo.
Takie dni, gdy marzę, aby odzyskać chociaż kawałek własnego życia.
Wracam wspomnieniami, do tamtych czasów, kiedy byłam sobie tylko ja.
Tu i tam.
Tu imprezka, tam jakiś przelotny romansik, ploteczki, fajeczki...
Luźniutko.

Teraz nic nie jest luźniutko. Albo bardzo rzadko. I na pewno nie tak samo, jak wtedy.
Zawsze z tyłu głowy jest myśl, że dzieci.
Że trzeba się położyć przespać, bo dzieci wkrótce wstaną.
Że musi być obiad zrobiony. Że trzeba dzieci przewietrzyć. Że trzeba się pobawić.
Że na butelkę tequlii, to można sobie ewentualnie popatrzeć...Zapalić papieroska nie wypada...o innych rzeczach, to w ogóle nie wspominając.
Bywa to uciążliwe.
I zdarza mi się powiedzieć "ojj nie, nie dzisiaj"; "jutro"; "później"; "zajmij się sam".
Do Alicji jeszcze nie mówię, żeby coś zrobiła sama, bo sama umie się co najwyżej załatwić.

Tak bywa....
A później patrzę na nie i myślę - jeju ale się zmieniły.
Jak one szybko rosną.
Patrzę na Alicję i liczę...już tylko 8 miesięcy urlopu zostało.
Za 8 miesięcy będzie trzeba wrócić do jakiejś pracy.
I znów zacznie się kierat, pogoń. Żeby zdążyć, rozwieść, odebrać, nakarmić, położyć spać. Przetrwać do weekendu.
Świadomość tego tempa kazała mi podjąć decyzję, że przed końcem urlopu macierzyńskiego nie będę się starała wracać do pracy. Mogę sobie na to pozwolić i z radością z tego skorzystam.
Dzisiaj, bardziej niż wcześniej, mam świadomość upływu czasu.
Może to przez porównanie....Sebastian przez lata wydawał mi się takim małym synkiem.
Aż nagle zjawiła się maleńka Alicja. I to porównanie, że przecież on też dopiero co, taki sam maleńki był.
A teraz chłopak rośnie. Może i wciąż mały. Ale już taki prawdziwy chłopak.

Gdzieś po drodze zrozumiałam....
Po pierwsze, że nie wiem, czy potrafię wyobrazić sobie życie bez małego dziecka w domu.
Po drugie, że będę musiała, bo one przecież przestaną być małe.
I to prędzej, niż myślę.

Od momentu, kiedy to do mnie dotarło, staram się pilnować tendencji, do odkładania "na jutro" tego, co naprawdę jest dla mnie ważne. Do jutra to mogą poczekać brudne podłogi, pranie i prasowanie. Ale dzieciaki nie powinny.

Czasem M. albo moja mama, zwracają mi uwagę, że za długo siedzę z Sebkiem przed spaniem.
Że powinien już umieć zasypiać sam.
Ale nie chcę odbierać tego rytuału. Ani jemu, ani sobie.
Dzisiaj jeszcze chce słuchać mojego czytania.
I chce, żebym z nim posiedziała nim nie uśnie.
Za kilka lat, nie będę mu do tego potrzebna.
A za kilkanaście przed spaniem będzie przytulał swoją dziewczynę.
Dzisiaj uwielbia siedzieć w kuchni na blacie i mieszać mi garnkach.
Czasem mnie denerwuje, bo dwa razy więcej bałaganu.
Ale dzisiaj jeszcze chce. Za dwadzieścia lat, to ja będę się cieszyć, jeśli on zechce przyjść do rodziców na niedzielny obiad. Oby miał wtedy dla nas czas.
Dziś chce jeszcze podczas powrotu z przedszkola iść ze mną za rękę i opowiadać o swoim dniu.
Niedługo pewnie wróci ze szkoły, rzuci plecak w przedpokoju, na moje pytanie "co tam w szkole?" odburknie "nic ciekawego" i zamknie mi przed nosem drzwi do swojego pokoju.
Dzisiaj ma czas i chęć, by przytulać się do mnie na kanapie i mówić codziennie "Mama, kocham Cię".... a mi pozostaje w duchu dziękować, że taki uczuciowy jest. I mieć nadzieję, że w okresie dojrzewania, nie usłyszę czegoś zupełnie przeciwnego...

Jest już jednak coraz więcej rzeczy, do których nie jestem mu już niezbędna.
Bywa, że kiedy jest głodny, sam sobie otworzy lodówkę, lub szafkę i znajdzie coś do jedzenia.
Potrafi sam się umyć i ubrać...chce spędzać czas z innymi ludźmi.
Już tylko przez moment pozostanie mamusi małym synkiem.
Chociaż solennie obiecuje mi, że zawsze nim będzie ;)

Z jednej strony niby zyskuję tę wytęsknioną "wolność".
A z drugiej wiem, że zatęsknię za tym uwiązaniem.
Fajnie mieć luz...od czasu do czasu.
Móc wyjść z M. na randkę.
Nie padać wieczorem na twarz.

Ale jeszcze fajniej jest, mieć poczucie tej przynależności. I świadomość, że jestem im taka potrzebna.

Alicja to istny "cycuś mamusi".
Jak lubię karmić piersią, tak czasem po prostu mam dość. Przesyt.
Ale gdy zdarza jej się ciurkiem przespać 3 godziny, a ja w tym czasie wykonam spacer z zakupami, ogarnę mieszkanie i jeszcze wypiję w ciszy i spokoju kawę, to myślę , że wcale tak wiecznie na tym cycu nie wisi. I że to przecież teraz jedyny taki czas, kiedy w ten wyjątkowy sposób mnie potrzebuje.
Za niecałe dwa miesiące zacznie jeść pierwsze "dorosłe" posiłki. Nim skończy rok, pewnie zakończymy karmienie piersią.
I to będzie koniec mlecznej drogi. Najprawdopodobniej już na zawsze.


Panta rhei....
Macierzyństwo też tak sobie płynie...niby powoli, niepostrzeżenie....Niby też nigdy się nie kończy, bo przecież już na zawsze będę matką moich dzieci.
Tylko niestety, one jedynie przez kawałek swojego życia, są naprawdę dziećmi.
Życzyłabym sobie, aby z tego kawałka nic mi nie umknęło.

czwartek, 3 marca 2016

Chuściak

Gdy Sebastian przekształcał się z małego bąbla w małego chłopczyka, wyprzedawałam, lub oddawałam sukcesywnie wszelkie niemowlęce akcesoria.
Bujaczki, maty, maleńkie śpioszki, laktator, sterylizator...wszystko poleciało dalej, służyć innym maluchom.
Do głowy mi nie przyszło zagracać miejsce tymi rzeczami, które przecież miały już być niepotrzebne. Tak się to przedstawiało, na ówczesną chwilę.
Było jednak kilka przedmiotów, które zachowałam. Trochę "na pamiątkę". Żal było mi oddawać, czy sprzedawać, bo czułam się z nimi jakoś emocjonalnie związania.
Wśród tych kilku rzeczy były dwie ulubione ciążowe koszulki, pierwszy sebciowy pajacyk. I chusta. Taka do noszenia :)

W czasie drugiej ciąży, to właśnie chusta, była jednym z tych akcesoriów, na których ponowne używanie czekałam z niecierpliwością.
Niestety przy jesienno/zimowych dzieciach, chustowanie jest nieco trudniejsze. Ciuchy grubsze, kurtka przydałaby się dwuosobowa.
Chusta zatem czekała cierpliwie na wiosnę.
Nie wytrzymałam jednak tak długo i już w grudniu, w któryś cieplejszy dzień, omotałam nas i poszłyśmy na pierwszy chustowy spacer. Mycha zasnęła już w trakcie wiązania.
Drugi chustowy raz, odbyłyśmy w galerii handlowej. I tam znowu poczułam to COŚ. Cudownie było mieć chuścioszka prawie twarzą w twarz. Alinia najpierw długo patrzyła mamie w oczy. A później z zainteresowaniem rozglądała się po obiekcie.
Nie mogłam się doczekać, kiedy znowu będziemy mogły gdzieś pójść w ten sposób.
Zaczęłam też szukać nowych wiązań, przypominać sobie jak to funkcjonuje.
I wciąż miałam nieodparte wrażenie, że wiem za mało. Że możliwe, iż jako samouk coś robię nie tak.

Tutaj muszę się  przyznać, że o ile przy Sebie byłam matką wyluzowaną....chyba po prostu nie miałam czasu na skupianie się na szczegółach, o tyle przy Alicji jest inaczej.
Szczerze mówiąc, trochę mnie "tryknął" macierzyński pierdolec ;) A może tak mi się wydaje...może po prostu stałam się mniejszą ignorantką, niż do tej pory.

W każdym razie, doszłam do wniosku, że wiedzę o chustonoszeniu należałoby pogłębić.
I właściwie chwilę później, jak z nieba, spadła mi wieść o warsztatach chustowych.
Pech chciał, że data nie pasująca.
Tym większa była moja radość, gdy już po planowanej dacie, okazało się, że warsztaty się nie odbyły, a w związku ze zmianą terminu, zostały wolne miejsca.
Ochoczo nas zapisałam i w ten sposób, w niedzielę rano powędrowałyśmy z Alicją na spotkanie z doradcami.

Zdziwiłam się, gdyż grupa okazała się nieliczna. To jednak zadziałało in plus, bo nasze doradczynie, mogły udzielić więcej indywidualnych rad.
Zajęcia trwały 3 godziny, które w moim odczuciu minęły, jak z bicza strzelił.
Zdążyliśmy przerobić właściwie tylko trzy wiązania - kangurka, kieszonkę i wiązanie chusty kółkowej.


Jednak merytorycznej i praktycznej wiedzy zdobyłam ogrom.
Ułożenie nóżek, kręgosłupa...rozróżnienie na sposoby wiązania dziecka niesiadającego, a siadającego - wcześniej miałam o tym wszystkim ledwie blade pojęcie!
Zorientowałam się również, że wybór chusty, jakiego dokonałam 4 lata temu, nie był najszczęśliwszy. Kupiłam niedrogą chustę tkaną splotem prostym. Dziewczyny dla porównania pożyczyły mi chusty tkane skośno-krzyżowo. Różnica ogromna. Zupełnie inaczej pracuje materiał.
Dowiedziałam się, że źle dociągałam kangurka, że muszę zwracać uwagę na kilka szczegółów.
A przy tym wszystkim, upewniłam się, że Alicja jest urodzonym chuściochem - zamotana była niezmiernie zadowolona.
Po trzech godzinach trenowania bolały mnie ręce od ramion po palce.
I wciąż czułam niedosyt. Chciałam poznać jeszcze więcej wiązań, wypróbować jeszcze inne chusty, pytać i sprawdzać, czy na pewno robię wszystko ok.
Atmosfera w grupie była super i żal było wychodzić. No ale niestety czas był ograniczony.

Po powrocie do domu ogarnęłam swoje wrażenia i zaczęłam się zastanawiać co należy kupić. Czy nową chustę, czy lepiej ergonomiczne nosidełko.
Już już skłaniałam się do nosidełka - z powodu obaw, że jednak nie motam nas zbyt dobrze, często z pośpiechu i będzie z tego tylko szkoda dla Niuńki.
Jednak, gdy podzieliłam się tymi wrażeniami z dziewczynami, które prowadziły warsztaty, szybko przekonały mnie, że jestem w błędzie. Podobno robię to dobrze, nabycie wprawy, to kwestia czasu, a Alicja cudownie nadaje się do noszenia w chuście.
Przekonały mnie ;)

Spędziłam więc kilka ostatnich dni na poszukiwaniu nowej chusty.
Na warsztatach zachorowałam na jedną :


 Piękna chusta Pellicano.
Znalazłam stronę producenta. A tam nie dość, że ceny powaliły mnie z nóg, to modele niedostępne. Ani ten, ani żaden praktycznie...a wszystkie cudne.
Podołączałam do grup chustowych, przetrzepałam olx i allegro...niestety. Zakup tego marzenia to ok. 600zł.
Zdrowy rozsądek nie zezwolił na taki wydatek.
Przy okazji również zorientowałam się, że to nawet nie jest najdrożej, bo chusty "chodzą" i po przeszło 1000zł.
Nie mam pojęcia jak to ocenić.... pierwsze, co przyszło mi do głowy, to "fanaberia".
Czy naprawdę trzeba wydać aż tyle?
Może gdybym była totalną chustoświrką i ten sposób, był jedynym środkiem transportu Alicji....ale taką kasę, to my wydaliśmy na wózek 3 w 1. Pojęcia nie miałam, że niespełna 5-metrowy kawał materiału może mieć taką cenę.
Znalazłam więc coś innego, za co zapłaciłam kwotę - w moim mniemaniu bardzo sensowną, a i tak 2 razy wyższą, niż za pierwszą naszą chustę. Oczywiście "dizajn" już nie ten. Ale myślę, że ją polubimy.
Nie mogę się doczekać aż dotrze :)



I tak na nowo stałam się chustomamą. Bardziej świadomą niż poprzednio. I wydaje mi się, że dłużej będziemy praktykować motanie i noszenie.



Z całej filozofii rodzicielstwa bliskości - tulenie jest właśnie tym elementem, za którym przepadam.
Tulić, kochać, obejmować! Małą główkę opartą mieć na piersi i całować pachnące cieniutkie włoski.
Uwielbiam!
A chustowanie właśnie na to wszystko nam pozwala.
Bez bólu rąk i pleców.

Już zarażam koleżanki... i z niecierpliwością wyczekuję wiosennych chustospacerków :)






Wszystkie zdjęcia, wykorzystane w tym poście należą do Magdy Chmielewskiej https://www.facebook.com/Kangurek-Doradca-Noszenia-ClauWi-669769036487503/timeline



poniedziałek, 15 lutego 2016

O tym,co nowego, nie tylko walentynkowego

Siedzę przy kompie z kubkiem kakao. 

Dzieci śpią, M. jeszcze w pracy. 

Cisza i spokój. 

Odpoczęłam wreszcie. 

M. został jeden egzamin do zaliczenia. 

Ze wszystkiego, co już za nim...a właściwie za nami, ma głównie piątki :) 
Widzę jak Go to podbudowało i zmotywowało do dalszej nauki. 
Zaliczenie tego semestru to będzie jego rekord. 
Rozpoczął w swoim życiu 4 lub 5 kierunków studiów i nigdy nie skończył nawet pierwszego semestru. 
A teraz? Teraz niewiele mu brakuje do stypendium naukowego! 
Jestem z niego nieziemsko dumna :D 
Zaskoczył mnie pozytywnie swoim zaangażowaniem i sumiennością. Nie spodziewałam się, że takie cechy w nim odkryję. Nie w kierunku nauki ;) 
Od razu +100 do sexappealu ;)

Nie było łatwo przetrwać tę sesję, ale udało się. 
Kolejne będą o tyle prostsze, że już wiemy, czego możemy się spodziewać. Że trzeba po prostu zacisnąć zęby, spiąć poślady na kilka tygodni i damy radę. 

Gdy już było jasne, że zostało tylko jedno zaliczenie, M. odetchnął i od razu jakby go przybyło w domu. 
W środę zabraliśmy nasze dzieciaki i bratanicę do Wrocławia na Wystawę Lego. 
W sobotę całe popołudnie i wieczór siedzieliśmy u moich rodziców. 
Wczoraj znów byliśmy we Wrocławiu, odwieźć narzeczonego mojej Siostry na lotnisko. Przy okazji wstąpiliśmy do Ikei i zrobiliśmy tam małe zakupy. 
Dzisiaj całe przedpołudnie Tata i Syn skręcali szafkę. Sebciu wniebowzięty, że tak ważne zadanie może robić razem z Tatą. Zwłaszcza, że ostatnio niewiele mieli tego wspólnego czasu. 

Znowu jest tak, jak było. Normalnie :) 

Ahh...no i M. zaaranżował nam Walentynki.
Dzieci umówił z Dziadkami, a my mogliśmy wyrwać się do Kina. 
Tylko we dwoje! Pierwszy raz od października. 
Prawdziwa randka. Łaaaał :) 

Co prawda okazało się, że z Alicją jest kłopot, ponieważ nie potrafi pić z butelki. W sumie w swoim życiu robiła to tylko raz, na samym początku.... no i chyba zapomniała. 
Ale Dziadkowie dali radę, pomimo,że nasz film miał opóźnienie i okazał się okrutnie długi. 
Nie było nas w domu ponad 3 godziny. 
Poszliśmy na "Zjawę". 
Mało walentynkowe obrazy... Większość czasu siedziałam w totalnym spięciu, i oczywiście raz musiałam szlochnąć. Ale przyznać muszę, że Leonardo w moim mniemaniu, zasłużył na Oscara w 100%. 

Z okazji Walentynek ukochany mój zaskoczył mnie jeszcze prezentem - ślicznymi złotymi kolczykami. Kompletnie się nie spodziewałam i nie miałam nic dla niego, poza przygotowanym na szybko romantycznym śniadankiem :) 

Przyznam, że w tym roku odkryłam nowy wymiar Walentynek. Wcześniej nie przepadałam za tym świętem - z wiadomych powodów. 
Później polubiłam :) 
A w tym roku uważam, że to absolutnie cudowne, że istnieje coś, co niemal wywiera na nas presję, żeby w jakiś wyjątkowy sposób celebrować Miłość. W całym tym harmidrze, dzieciowo-domowo-naukowym, nagle nadeszło Święto Zakochanych no i wypadało zorganizować tę randkę. 
A przyznam szczerze, że tuż przed wyjściem, byliśmy oboje tak zmęczeni wypadem do Wrocławia, że gdyby nie fakt, że przezornie wcześniej zapłaciłam za nasze bilety, to pewnie byśmy zrezygnowali ;) 





poniedziałek, 8 lutego 2016

Rocznica

Kilka lat temu podarowałam Dziadkowi taką książeczkę:


Znalazłam ją w pokoju mojego Dziadka, kiedy sprzątałam puste już mieszkanie. 

W środku znajdują się różne Złote Myśli o dziadkach i dla dziadków. 
Kilka z nich zaznaczyłam wtedy gwiazdkami, by podkreślić te, które uznałam za najbliższe mojemu sercu- takie, pod którymi chciałam się podpisać. 



Dziś mija rok od kiedy nie ma Go z nami. 
Rok niczym niewypełnionej pustki. 

Byłam dziś z mamą na cmentarzu. Jakoś obie zachowałyśmy "pion". 
Jednak po powrocie do domu, usiadłam na skraju łóżka i wyciągnęłam z szuflady tę właśnie książeczkę. Przeglądałam, łzy kapały....

Tak strasznie wciąż za Nim tęsknię. 
Wiele razy już o tym pisałam...
Żadne słowa i tak nie oddadzą tego jak mi Go brakuje. Nie wiem, czy był w minionym roku chociaż jeden dzień, kiedy bym o Nim nie pomyślała. 




Te słowa zaznaczyłam dodatkowo przekładką:



Tak nadal jest. 

Dziadku! Jesteś częścią mnie. 
Do końca świata.

Bardzo, bardzo za Tobą tęsknię.







czwartek, 4 lutego 2016

10 powodów, przez które jestem złaaaaaa



Jeszcze w ciąży zarzekałam się, że od razu po porodzie każę się zaszyć na amen, bo to już ostatni raz. Warsztat zamknięty.
Narzędzia na strych.
Mission complete.

Oczywiście po porodzie wcale nie myślałam o rzeczach typu antykoncepcja. Przez pierwsze 3 dni nawet o seksie nie myślałam :)
Ale gdy tylko zakończył się oficjalny połóg, w te pędy pognałam do  lekarza ustalić co dalej.
I takie poczyniliśmy ustalenia, że od prawie miesiąca stosuję jeden z rodzajów antykoncepcji hormonalnej.
W szczegóły wdawać się nie będę, acz warte podkreślenia, wydaje się być to HORMONALNEJ.

Dlaczego?
Spieszę wyjaśnić.


Po dwóch dniach dostałam przypływu energii, który utrzymywał się przez 3 dni. I było super. Na wszystko miałam siłę i chęć. No jakby endorfiny miały linię produkcyjną w moim organizmie!

A potem....
potem dostałam okres.
Prawie po roku przerwy.
Okres oraz wszystkie przypadłości z nim związane.
I od tej pory jestem zła!
Zła przede wszystkim na siebie, że może niepotrzebnie się pośpieszyłam. Może trzeba było dać organizmowi czasu, aby sam sobie uregulował gospodarkę hormonalną.
Może bardziej mogłam cisnąć lekarza o wszystkie za i przeciw....
Ale nie zrobiłam tego, wydawało mi się, że tę decyzję mam już od dawna przemyślaną....i teraz przez to jestem zła na cały świat. (pamiętając jednak zawsze o tym, że Mój Osobisty Świat, dwa lata temu dokonał przewrotu, sprawiając, że jestem nieprzerwanie szczęśliwa)

Ale w tej mojej zwykłej codzienności, jestem właśnie zwyczajnie po ludzku zła. Tak średnio co dwa dni.
I tak sobie pomyślałam, ze może ulży mi trochę, jak sobie wypiszę na co zła jestem.
Zatem proszę - oto lista całego zła:

1. Bo wysłałam M. na studia i żal mi go teraz. Sesja jest, on przemęczony, w nerwach cały no i w domu obecny tylko ciałem. Ciałem, które siedzi w fotelu przed komputerem i pisze 15 stronę jednej z 4 prac zaliczeniowych. Poza 4 pracami jest też kilka ustnych egzaminów, kilka testów, prezentacji i Uj wie czego jeszcze. To miały być studia lekkie, łatwe i przyjemne Bo kto widział płacić za własną mękę dobrych kilka stów miesięcznie?
Student zaoczny widział.

2. Bo zima była. Czapki, kombinezony, sznurowane buty. Razy dwa! Kilka wyjść i wejść z i do domu dziennie. Można się kurde skichać! Żyyyygałam ubieraniem i rozbieraniem.  I wychodzeniem z psem trzy razy dziennie na to zimno, wiatr, śnieg, albo marznący deszcz.

3. Bo po zimie były roztopy. I przemoczone buty. I psie kupy,co wyjrzały spod białej kołderki. No właśnie. I przecież było tak pięknie biało, a zrobiło się obrzydliwie szaro i w dodatku śmierdząco.

4. Bo chce mi się czekolady, a miałam się pilnować. I żrę tę czekoladę, bo były Święta i mam jej w domu tak dużo, że łypie na mnie z każdej szafki!

5. Bo każdego dnia od 19 do 22 mam tyle wieczornych obowiązków, że cokolwiek nie obiecam sobie zrobić po 22, mam siłę tylko na jedno - paść na łóżko.
Tak - powiem to otwarcie. Wkurwia mnie nieraz cały ten wieczorny rytuał. Wykąpać jedno, wsadzić do wanny drugie, które kąpie się w czasie ubierania i karmienia pierwszego. Przygotować drugie do spania - co oznacza wypełnić naście drobnych czynności, o których muszę pamiętać. Tran, lek na AZS, woda na noc do picia, uszykowanie ubrań na kolejny dzień, ujarzmienie rozbrykanego czterolatka, który właśnie zawsze, gdy tylko mija godzina 20, dostaje jakiegoś nieziemskiego zastrzyku energii. Czytanie - to akurat nie jest zło, ale wkurza mnie, że nie mogę po czytaniu dać buzi, wstać i wyjść. Bo on zawsze prosi "a psytuliś się do mnie?" I nie mam serca mu odmówić. I leżę z nim, nim nie zaśnie, a czasem zasypia długo.
Zanim odpłynie, to młodsze właśnie się budzi, bo zasnęło wcześniej. ZAWSZE!

6. Bo... jeszcze raz ta sesja....i kurczę M. się uczy i uczy, a my mu tylko przeszkadzamy. I musimy się zamykać we 3 w dziecięcym pokoju, bo nawet odezwać się nie można. Bo jak się odezwiemy, to on lata i stoperów szuka. A do tego wszystkiego wzory matematyczne przysłoniły mu widok worków ze śmieciami i psa z zawiązanym na supeł pęcherzem.
A teoria organizacji to przysłania nawet to, że narzeczona jakaś nie teges...i może by chciała czasem jakiegoś przytulenia, czy coś....
A inżynieria systemów stanęła przed rodzinnym życiem i nie widać ani, że córa rośnie, że taka zmieniona już. Że słońce się gdzieśtam przebija, a ostatniego spaceru we 4 to nikt nie pamięta.
I ja wiem,że to nie Jego wina. Ambitny jest- to super. Chciałam aby zdobywał to wykształcenie i cieszę się, że poważnie do tego podszedł. Pomagam mu ile mogę. Sama już jestem specjalistką od prawa autorskiego, inżynierii systemów...powtórkę z angielskich czasów też już odbyłam.
No ale jestem zła, że to aż tak...że tyle życia zabiera.
A cycki mi opadają, kiedy dostaję poranek na "dospanie", bo mała w nocy wstawała częściej niż zwykle, a gdy wstaję, z przerażeniem odkrywam, że Syn nasz , który dnia poprzedniego przeszedł zatrucie pokarmowe , wymiotując w przedszkolu ,  a także na podłogę w poczekalni do lekarza, na śniadanie otrzymał parówki, a do nich świeżą paprykę i pomidora....No ale co? Starał się chłop, to nawet odezwać się brzydko nie wypada...

7. Wkurwiona jestem też, że mi pies zeżarł ze stołu cały parmegiano regiano, którym posypana była sałata na kolację. No wyżarła z miski bezczelnie!

8. I że włosy muszę znowu myć co dwa dni. A przez ostatnich kilka miesięcy takie cudowne były, nawet po czterech jeszcze uszły. A przy okazji włosów, to jeszcze wkurw,że paznokcie mam obdrapane, bo wiecznie tylko mycie, ściery, woda, płyny, detergenty....a kiedy przychodzi moment, że już nie muszę się niczego dotykać, to od razu też nie mam siły się niczego dotykać. Nawet zmywacza i lakieru.

9. Wnerwia mnie również,że jak idę na spacer z psem i z wózkiem, to prawie zawsze znajdzie się jakaś nawiedzona psia mamusia, która leci do mnie z drugiego końca chodnika "żeby się pieski przywitały". A Kajka nie cierpi innych psów. Bo ona uważa, że jest człowiekiem. I gardzi Twoim pudelkiem, ratlerkiem, a już na pewno yorkiem (bez urazy - ja kocham wszystkie psy, ale Kajka tylko siebie), co zawsze doprowadza do głośnej jatki, podczas której zwykle smycz oplątuje wózek, a ja walczę by utrzymać równowagę.

10. To już będzie ostatnie. Bo właśnie jestem zła, że taka się zrobiłam nerwowa jakaś. Tyle mnie drażni, tyle mi się nie podoba. Ja - oaza szczęścia i spokoju...kwiat lotosu na tafli jeziora, jakąś ropuchą obrażoną się stałam....

Na szczęście wciąż znajduję sposoby "jak sobie ulżyć bez szkody dla otoczenia" - fitness i regularne spacery po 5km, dają radę.

A czasem i wypisać się dobrze....zwłaszcza, że zawsze chciałam stworzyć posta "10 rzeczy, które...."
Może jak mi przejdzie, to sobie wypiszę 10 rad, jak wygrać z tym "złem świata" ;)