Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

środa, 21 września 2016

Kruszynki dają radę!

Zapomniałam dopisać P.S. we wczorajszym poście, a widzę, że przejęłyście się losem Kruszynek :)
Zatem krótko - jest nieźle.
Większa przybiera na wadze, może już być tulona i karmiona przez rodziców.
Mniejsza rośnie wolniej, ale w weekend wyjęto jej rurkę do intubacji i zaczęła oddychać tylko z pomocą maseczki.
Nadal obie są maleńkie, widuję je tylko na zdjęciach, ale nawet tam jest to zaskakujące wrażenie.
Najwyraźniej jednak mają obie solidny hart ducha i wolę walki.
Wszyscy są dobrej myśli :)

wtorek, 20 września 2016

6 zdjęć na 5 lat















Tak się zmienia i rośnie.
Chłopak o magnetycznym spojrzeniu. 
Niewielki ciałem, za to wybitnie charakterny. 
Bez talentu do nauki, malowania, tworzenia. 
Świetnie skoordynowany ruchowo. 
Posiadający wyjątkowo dobrą, jak na dziecko, orientację w terenie oraz pamięć do miejsc.
Samodzielny, wytrzymały, kiedy trzeba naprawdę - cierpliwy.  
Dojrzały na swój wiek.
Otwarty i rozmowny, chociaż nadal nie wymawia "r"
Mały twardziel.
Zaangażowany i opiekuńczy starszy brat. 
Taki prawdziwy "chłop na schwał"
Szaleję za tym jego niepokornym duchem. 
W oczach ma błysk tego, co w mu w duszy gra. 
Wierzę, że dzięki temu przebojem wejdzie w życie. 
A póki co, jest dzieckiem, które sama uwielbiam, a które też w pewien wyjątkowy sposób, potrafi zaskarbić sobie sympatię innych. 
Kiedy w ciąży wyobrażałam sobie jaki powinien być syn samodzielnej mamy, to właśnie ten typ kreśliły moje myśli. 
I chociaż byliśmy sami tylko 2,5 roku jego życia, on nadal rośnie na małego człowieka, który ma samodzielnie dawać radę. 

Ma wady, nie jest idealny, ale jestem z niego dumna i kocham go do szaleństwa. 






środa, 7 września 2016

Kruszynki

Ostatnie tygodnie pełne były poddenerwowania.
Moje myśli krążyły wokół jednej sprawy.
Wyobraźnia malowała setki najróżniejszych obrazów w odpowiedzi na pytanie "Co będzie?"
Wczoraj rano nastąpił przełom. 
Moja Przyjaciółka - K. urodziła dwie córeczki. 
W 33 tygodniu ciąży. 
Kruszynka pierwsza o wadze 1680g. 
Kruszynka druga o wadze...580g. 
Wciąż ważą się ich losy. Zwłaszcza tej maleńkiej. 
Nie tracę wiary, staram się przyciągać dobre myśli i dobrą energię.

A jednak napłakałam się już zawczasu nad ich losem, mimo że od początku naprawdę mocno wierzyłam, że te wszystkie kiepskie rokowania, to może wina sprzętu, błędy pomiarów...

Przykra jest ta bezradność. 
Smutna strasznie jest świadomość, że moi Przyjaciele nie mogą beztrosko cieszyć się z narodzin swoich pierwszych dzieci. 
Serce mi pęka, że muszą stawiać czoła takiemu wyzwaniu. 

Przez ostatnie dni, patrząc za każdym razem na swoje zdrowe, idealnie rozwijające się dzieci, doceniłam to tysiąckroć razy bardziej. Człowiekowi wydaje się to takie naturalne, takie normalne....

K. z naszej paczki czterech przyjaciółek, jako ostatnia została mamą. Kruszynki są szóstym i siódmym dzieckiem w tej grupie. Do tej pory miałyśmy prawie idealne ciąże, porody....i wszystkie dzieci rosną świetnie. 
K. od początku miała trudną ciążę....i im dalej, tym trudniej. 
Nawet do głowy mi nie przyszło, że której z nas, przyjdzie się zmierzyć z takimi problemami. 

Mam w telefonie zdjęcia Kruszynek. 
Większa w inkubatorze, z maseczką, popodłączana do rurek z każdej strony. 
A mniejsza na dłoni pielęgniarki. 
Mieści się w damskiej dłoni...

Nie mogą przytulić się do mamy, nie mogą ssać piersi, nie słyszą bicia serca. 
A mama nie może wziąć ich na ręce, osłonić przed Światem.... nie może realizować swojego macierzyńskiego instynktu, pomimo, że na pewno hormony ma rozszalałe...
Ciężko mi sobie wyobrazić, jak im wszystkim tam jest.... staram się wytężać całe swoje empatyczne umiejętności, ale chyba nie jestem w stanie. 

Dziś wieczorem siedzieliśmy nad zalewem. 
Alusia zasnęła w trakcie spaceru. 
Oprócz nas , kawałek dalej, tylko dwóch wędkarzy. 
Cisza panowała totalna. Słychać było jedynie dźwięki natury. 
Niebo po zachodzie jeszcze błękitno-różowe. 
Stanęłam przy wodzie i poczułam spokój. 
Taki spokój, jakiego dawno nie czułam. 
Nie pamiętam też, kiedy ostatnio otaczała mnie taka cisza. 
Zero bodźców. 
Rozglądałam się wokół i zwróciłam uwagę na wszystkie pary: dwa łabędzie, dwie kaczki, dwoje zakochanych nastolatków na randce. 
A w spokojnej tafli wody odbijał się księżyc i góry otaczające zalew. 
Pomyślałam, że Natura lubi pary. 
Dlatego stworzyła Dwie Kruszynki. 
Skoro już tak się stało, to przecież ich nie rozdzieli.... 

piątek, 2 września 2016

Prezent

Mieliśmy problem z prezentem na 35-lecie Ślubu moich rodziców.
Oni powiedzieli, że prezentów nie chcą, że lepiej jakieś wino.
My uważaliśmy, że to takie oklepane.
Aż wreszcie pewnego dnia mnie natchnęło (poniekąd dzięki Różowej Sowie )  - napiszę im wiersz!
Kiedyś, za nastolatki pisałam sporo. Również na wszelkie rodzinne okazje. Później jakoś z tego "wyrosłam".
Usiadłam na dwa dni i powstało coś....
nie idzie się doszukać tam regularnych rymów, rytmiki i całej tej reszty....
a mimo wszystko, łzy w oczach mieli nawet faceci na imprezie.
Zatem mimo technicznej masakry, jestem dumna z efektu :)

BALLADA KORALOWA

Przez miasto wieść niesie i szepcą na ulicach, 
Że w rodzinie Kłosów koralowa rocznica. 
Od ślubu minęło trzy i pół dekady
Ewa zgotowała 12783 obiady

Lecz zanim o codzienności coś więcej powiemy
Na kilka zwrotek w czasie się cofniemy

On zgrabny i z wąsem, dość wysportowany
Ona blond fale – niczym kłosów (!) łany

Na uczelni wypatrzył swoją Beatrycze
I rzekł sobie pod wąsem – „na pewno zaliczę…
…z jej pomocą egzamin z ruskiej gramatyki 
Wygląda na taką, co zna różne triki”

Robił podchody nie za długo wcale
Aż w końcu przepadli w romantycznym szale
Upojne noce, party, ten sam winyl zgrany
Do dziś to pamiętają akademika ściany

Aż przyszedł lipiec osiemdziesiąt jeden
Do urzędu za rękę prowadzi Wieniek Ewę
On garnitur silver, ona suknia blue
I kapelusz z rondem – para jak ze snu. 
Mama i teściowa nim otarły łzę
Jest rok osiem-cztery, w domu „łeeee” i „łeeee”
Bo tuż przed Sylwestrem Ewa z wielkim bólem
Pierwszą rodzi córkę, czyli mnie – Martulę

Przez sześć lat następnych, szczęśliwie we troje
Na Piaskowej Górze mieli dwa pokoje. 
Aż z dziewięćdziesiątym – okrągłym rokiem
Idzie w lipcu Ewa znowu „kaczym krokiem”
Wprost z parapetówki 
Do drzwi porodówki.

Tym prostym sposobem
Rodzina się powiększa o czwartą osobę. 
Niepokorne dziecię, co pokaże pazurka 
Przyszło wtedy na świat – Sylwia – druga córka. 

Na tym zakończyli budowę rodzinki
Pomijam króliki i trzy morskie świnki. 

Kolejne lata lecą – zwykła życia proza
Raz byli na szczycie, raz pod kołem woza. 

Ewa się zajęła młodzieży kształceniem
Wieniek podejrzanych biznesów kręceniem


Choć krzyku bez liku i sporów niemało
Oni w teamie zgranym trzymają się cało 
Mimo kłód wszelakich, dróg często pod górę
Jedno za drugim zawsze staje murem. 

A danej przed laty małżeńskiej obietnicy
Nie dało się złamać rzutem cukiernicy
(nad tą historią nie będę się rozwodzić
Bo wtajemniczeni, wiedzą o co chodzi). 

Córki im dorosły, szkoły pokończyły
Wreszcie narzeczonych swych przyprowadziły
Misiek i Rycerz – ot zacni zięciowie
Teściów swych szanują – każdy szczerze powie. 

Zupkę pyszną Ewci wiosłują z miseczki
Z Digonem degustują liczne kieliszeczki. 

Nasi bohaterowie i wnucząt doczekali
Od pierwszych dni życia, im serca swe oddali. 
Mają czas, cierpliwość, do zabawy chęć
Po prostu Dziadkowie na procent sto pięć!
Inni rodzice mogą o tym marzyć
By dziadków takich dzieciom los zesłał w darze. 

Za całą tę pomoc dziś Wam dziękujemy
Z okazji rocznicy Wam gratulujemy
Wiemy już z doświadczenia jak silnym trzeba być
By z jednym człowiekiem całe lata żyć. 
Ze hasło „kompromis” –to  jest słowo –klucz
A z problemem prościej wspólnie się zmóc

Słuchamy waszych opinii i cenimy rady
Ponad wszystko jednak kochamy mamusi obiady

Trzymajcie się razem zdrowi długie lata
Niech wam sprzyja zawsze całe szczęście Świata! 

czwartek, 28 lipca 2016

Jedziemy na wakacje

Lipiec szybko zleciał...
w ogóle szybko minął cały rok. Bo już za parę dni minie rok, jak wyjeżdżaliśmy do Karwi. 
W to lato mamy wyjątkową możliwość - i czasową i finansową, by wypocząć dłużej. 
Zatem już jutro o świcie śmigamy do Czaplinka, gdzie aż 9 dni będziemy się byczyć nad Jeziorem Drawskim. 
Stamtąd wyruszymy ponownie do Karwi. Stęskniłam się już za Półwyspem Helskim. Nie mogę się doczekać zachodu słońca na plaży. 
I wspomnienia naszych zeszłorocznych zaręczyn....
Rety...pewnie będzie zupełnie inaczej niż wtedy, bo przecież już we 4. 
W dodatku nasza mała pchła robi się coraz bardziej ruchliwa i pomału rozpoczyna treningi z przemieszczania się. 
No raczej nie będzie leżenia i opalanka, jak to było poprzednio :) 
Mimo wszystko, doczekać się nie mogę i chyba nie zasnę dziś...jak dziecko. 

Do zobaczenia w połowie sierpnia! 

poniedziałek, 18 lipca 2016

Mały prezent ode mnie dla siebie

Właśnie wydałam ciut większą sumkę, niż to było w planie, na nową chustę.
I jaram się jak dziecko przed gwiazdką, że już niedługo do mnie przyleci.
Piękna...w kolorze arctic-blue...
z domieszką organicznego lnu, by była przewiewna na ciepłe dni.
To chyba największa przyjemność, jaką sobie sprawiłam od daaaawna :)

Długo szukałam i wahałam się i przymierzałam...i walczyłam długo ze zdrowym rozsądkiem, bo przecież jedna chusta już jest....no w sumie to dwie nawet :P No i nosidło mei tai....

Ale jak nie zainwestować w takiego cud-usypiacza?
Magicznego uspokajacza, który wycisza najgorszy, najbardziej irytujący, gwiżdżący w uszach ryk.

Takie czarodziejskie działanie ma u nas chustonoszenie.
Więc rozgrzeszam się za mą rozrzutność.
I nawet M. mnie rozgrzesza, bo sam mnie namawiał, żebym coś cieńszego na lato kupiła.
Zresztą od kiedy zaczęłam motać go w mei tai, zrozumiał moje uwielbienie do noszenia :)

Jak tylko przyjdzie, to się obfotografujemy i pokażemy.

A na razie focia sprzed paru miesięcy :)



czwartek, 14 lipca 2016

Muszę puścić w świat...

...żal, aby tego nie poznał - zwłaszcza Świat karmiących mam :)

Aga, mam nadzieję,że nie masz nic przeciwko :)



Gada już pół miasta,
grzmi cała ulica -
- "Sąsiadka z piątego wciąż wywala CYCA!"
"To jakieś zboczenie! Tak nie może być!
Od rana do nocy tylko CYC i CYC!"
"Sąsiadko kochana - zachodu już szkoda,
przecież z tego CYCA leci tylko woda...,
nie ma tam już mleka, dziecku chce się pić,
a u Pani ciągle tylko CYC i CYC!".
Na rynku kupiła kapustę, truskawki,
ze dwa ząbki czosnku doda do potrawki,
wieczorem wychyli sobie lampkę wina...
- "To jest patologia! To nie jest rodzina!"
"Sushi na kolację? Tatar? Śledź? Nalewka?!
Powinien być najwyżej kurczak i marchewka!".
Życzliwi wciąż się boją o bąki i gazy,
zdrowaśkę zmówili chyba ze dwa razy.
A ta, dość, że karmi takie duże dzieci,
to jeszcze tym cycem na ulicy świeci!
- "Niech Pani się schowa: za drzewem, za murkiem,
niech pani przywiąże sobie chustę sznurkiem,
a jeszcze najlepiej włoży pelerynę,
no niech Pani schowa siebie i dziecinę!
Bo zaraz nam Pani z lodówki wyskoczy,
a blask od tego CYCA aż nas razi w oczy!
Wywala tego CYCA niczym żul drągala,
i ciągle się CYCAMI po ludziach przechwala!
Epatuje mleczarnią niczym terrorystka -
-zamiast karmić w domu - wszędzie się z nią wciska!
I karmi rok, półtora, już prawie dwa lata...
Proszę Pani kochana - to jest koniec świata..."
Mrugam dzisiaj do Was okiem a nie CYCEM,
a z CYCEM wychodzę dumnie na ulicę.
Niech się swoją michą zajmie Pan i Pani -
- w końcu wszyscy jesteśmy na CYCU chowani.

Takie mam zdolne koleżanki ze studiów: Źródło


piątek, 8 lipca 2016

7 korzyści z 4-letniej różnicy pomiędzy rodzeństwem

Różnica wieku pomiędzy rodzeństwem, to całkiem istotna kwestia.
Niektórzy rodzice wiedzą od razu ile powinna wynosić. Inni długo dywagują na ten temat.
Inna kwestia, że nie zawsze wychodzi to tak, jak się zaplanuje.
Jednak dla tych, którzy rozważają 4 lata przerwy pomiędzy dziećmi, może dzisiejszy mój wpis okaże się przydatny, aby utwierdzić się w przekonaniu, że to słuszna droga ;)

1. Zdążyliśmy skorzystać z "wolności" .
 Fakt, że w naszym przypadku sytuacja była dość niestandardowa, ale to akurat działa na korzyść tego punktu. Bo otóż mając na stanie 2,5 letniego synka nagle okazuje się, że jestem totalnie ZA-BU- JA-NA. Dostaliśmy półtora roku na celebrowanie miłości. To było bardzo potrzebne półtora roku, bo jak się okazuje, od 8 miesięcy celebrowanie miłości to w naszym wykonaniu maxymalnie kolacje z krewetkami i winem przy filmie ściągniętym z torrentów i seks z przerwą na karmienie...
A tak, to i kilka razy wyjechaliśmy we dwoje i na kilku imprezach byliśmy...i robiliśmy inne rzeczy, których teraz nie robimy.

2.Dziecko nam się usamodzielniło
Samo zje, samo umyje zęby, samo śpi w swoim pokoju, potrafi samo się sobą zająć, choć robi to od święta ;) Jednak uwalnia nas to od marzeń o posiadaniu 4 rąk.
Widziałam na własne oczy jak wygląda dzień z rodzeństwem rok po roku, a nawet po półtora roku. Dla mnie to był kosmos. Naprawdę szacun dla matek, które są w stanie to ogarnąć. Karmić na dwie ręce, nosić dwoje na rękach na raz, trzymać dwoje, żeby nie pospadały, nie poprzewracały się.... o takie na przykład zejście ze schodów - kurczę no level expert! Ja mam chyba zbyt kiepski refleks, aby coś takiego bez uszczerbku na czyimś zdrowiu ogarnąć. No i pewnie jestem zbyt wygodna ;)

3.Radość z obserwowania relacji.
To pewnie mają wszyscy, bo relacja zawsze jakaś jest. Ale przy naszym czterolatku świetnie widać, jak on sam jest głównym budowniczym tejże. Domaga się towarzystwa siostry przy zabawie, często sam siada na przeciwko niej i coś jej opowiada, tłumaczy i pokazuje. Nie potrafi czytać, ale opowiada jej książeczki, uwielbia się razem z nią kąpać, przytula, całuje i zagaduje "Cio moja mała księźniczko?" "Pospałaś moja Aliniu?".
Alicja natomiast teraz jest już bardzo zainteresowana tym, co robi starszy brat. Uważnie go obserwuje, cieszy się na jego widok, niejednokrotnie jego pojawienie się w pokoju ucisza wielominutowy płacz.
Relacja jest super i wierzę, że taka pozostanie.

4. Ułatwienia logistyczne
To w sumie element punktu 2, ale warto wyszczególnić. 4latek ogarnia życie. Idzie obok Ciebie, albo za rękę, albo trzyma się wózka. Sam się ulokuje i zapnie w foteliku samochodowym, kiedy Ty już montujesz drugi fotelik... Ale największa wygoda jest w markecie. Nie wiem jak robiłabym zakupy mając dwoje małych dzieci, bo zwykle nosidło z Alicją wkładam do kosza, Sebastian kiedy był młodszy, zawsze chciał siedzieć w tym miejscu dla dzieci w koszach. Mając ich oboje w koszu, brakłoby mi miejsca na produkty, a dwóch koszy nijak bym nie uciągnęła. A tak - albo upycham rzeczy wokół nosidła, albo Sebastian bierze drugi koszyk dla siebie i artykuły lądują tam. Proste :)

5. Pomoc
Też pewnie nie wszędzie tak jest, ale w naszym przypadku akurat tak. Seba jest bardzo pomocny. Lubi i chętnie pomaga we wszystkim, co związane jest z Alicją. Wychodzimy z domu - otwiera drzwi do windy i do bramy. Jeśli w domu zapomnę czegoś, np. przewijam Alicję, a zostawiłam w innym pokoju chusteczki - przyniesie. Poda jej kubek, który wyrzuciła poza leżaczek, podniesie ją, jeśli siedząc przypadkiem się obaliła, zagaduje i zabawia, gdy kończę robić jej jedzonko, a ona głodna wyraźnie i głośno się niecierpliwi.
Zdarzyła nam się nawet taka prozaiczna sytuacja - włożyłam ją pewnego wieczoru do wanienki, kąpała się jeszcze na leżaczku i nagle po prostu znikąd, dostałam takiego skrętu jelit, że po prostu musiałam do toalety i koniec. To niestety jest wada wc osobno z łazienką...w dodatku na dwóch krańcach mieszkania. No ale oczywiście właśnie wtedy starszy bracik gotowy zameldował się na posterunku i dopilnował siostry kilka minut.
Jego pomoc jest wielokrotnie naprawdę nieoceniona. Odczuwam duże ułatwienia spowodowane tym, że jest już w miarę rozsądnym i rezolutnym dzieckiem. Opiekowanie się Alicją wspólnie z nim, to fajna sprawa

6. Przerwa w pracy
Nie jest to może bardzo istotne, ale jednak z ulgą przyjęłam, po kilku niełatwych zawodowo latach, tę przerwę. W dodatku w międzyczasie zdążyły zmienić się przepisy, dzięki czemu przy Alicji mam 2 razy więcej macierzyńskiego niż przy Sebie.

7. Więcej luzu
Podczas kiedy rodzice, mający dwoje dzieci w zbliżonym wieku, latają po placu zabaw jak struś pędziwiatr - pomiędzy huśtawką z młodszym, a drabinkami, po których starsze własnie próbuje się wspinać, a jeszcze nie jest na tyle "stabilne", że może to robić samo,  my albo siedzimy na ławce i spokojnie sobie gadamy, bo Seba absolutnie nie potrzebuje nas na placu zabaw, albo jeśli jestem sama, to ewentualnie nogą bujając wózek, otwieram sobie książkę i nadrabiam zaległości :D Taki mamy lajcik :)
Mam też wrażenie, że więcej luzu ma to starsze dziecko. Chyba, że nasze to taki wyjątek. Jednak ja sama, jako 6,5 latka, która otrzymała rodzeństwo, nigdy nie byłam zazdrosna. I Seba też nie jest. Nawet ostatnio gdy sobie rozmawialiśmy, zapytałam go, czy nie jest mu przykro, że mam dla niego mniej czasu, albo czasem musi na mnie poczekać, bo akurat jestem zajęta przy Alicji - powiedział, że nie, bo kocha Alę :)
Może już się nasycił mamusią i gdy przyszło się z kimś podzielić, był na to emocjonalnie gotowy?
Nie wiem, ale widzę, że przyjął siostrę świadomie i z pełnym zrozumieniem zmieniającej się sytuacji...przynajmniej jak na jego 4-letnie możliwości.


Z pewnością znalazłabym jeszcze dużo więcej zalet płynących z tej różnicy wieku, ale zakończę na "szczęśliwej siódemce" :)
Traktujcie to wszystko z przymrużeniem oka - z pewnością rodzice dzieci rok po roku, mają swoje argumenty.
Mnie jednak nikt by nie przekonał do "skrócenia dystansu".
Pamiętam, że gdy Sebek skończył 3 lata, po prostu poczuliśmy , że zrobiło się lżej i teraz można by zacząć myśleć o drugim dziecku. Totalnie nie wyobrażam sobie siebie w sytuacji, że dzieje się to wcześniej.
Bywają dni, takie jak ostatnio, że i tak z trudem ogarniam. I gdy przypomnę sobie znajomych mających np roczniaka i 2,5 latka, to myślę, że wyłabym do księżyca.
No ale kto tu zagląda, ten wie - sporo we mnie z hedonistki.
Ja już z niecierpliwością czekam, aż nam się trochę ta Aluśka usamodzielni, a właściwie odklei od maminego cyca, bo tęsknię za randkami z narzeczonym...cyc zresztą też ;)p







środa, 6 lipca 2016

A gdy tylko pomyślałam...

...że jest źle, bo moje dzieciaki zaczęły podejrzanie "szczekać" , co okazało się podwójnym wirusowym (nawet nie wiedziałam, że takie jest) zapaleniem oskrzeli. ...okazało się,  że ekspresem może być jeszcze gorzej -
matka również zapada na wirusa i zostaje pokonana przez prawie 39 stopni gorączki, utrzymującej się już dwa bite dni.
Zatem zamiast szykować się na weekend nad jeziorem, kisimy w domu...wymagająca Aluśka,  wynudzony do granic Sebastian,  ledwo żywa ja i pies.

odezwę się jak przeżyję. ..



piątek, 1 lipca 2016

Nic specjalnie ciekawego

Mnożą mi się rozpoczęte posty na blogu.
Nie mogę niczego dokończyć.
W ogóle mam problemy z ogarnianiem się. Z przerażeniem myślę o tym co będzie po wakacjach - przyjdzie czas szukać pracy, a potem do niej pójść. Jeżeli nie uda się wrócić do ostatniej firmy, w której pracowałam, będzie ciężko.
I ciężko nam się będzie rozstać z Aluśką.

Niestety - wychuchałam sobie dziecko. Sebastian w jej wieku dawno już chodził do mini-żłobka, zostawał ze znajomymi, zostawał z dziadkami, nawet już chyba pierwszy weekend rozstania mieliśmy za sobą, albo tuż przed.
A Aluśka wklejona w cyc maminy, nie pozwala swej podwładnej nawet wyjść do łazienki.
A Mamuśka durna, daje się urobić i tylko tuli, nosi , całuje i dobrowolnie zmienia się w niemowlęcą niewolnicę.
No i wysłuchuje różnych mądrości, że tak przecież nie można.

Jesteśmy na etapie, że mnie samej ciężko już tę pępowinę przeciąć. Z przerażeniem myślę o jakimś ponurym wielkim żłobku, w którym mała zostanie sama na bite 9 godzin. O ile w ogóle dostaniemy się do jakiegoś żłobka....
Wciąż rozmyślam jednak na rozwinięciem czegoś swojego. Miałam kilka pomysłów, ale realizacja megatrudna.

I tak się miotam, sama nie wiem o co mi chodzi do końca.

Kupiliśmy nową działkę kilka dni temu. Szukam inspiracji i wiedzy co na niej zrobić, żeby była ładna. Tzn już jest ładna - dlatego ją kupiliśmy. No i dlatego , że blisko i bezpieczniej. Nie żal wkładać pracy i pieniędzy, jak w tą ,którą mieliśmy do tej pory, a z której regularnie kradziono nam wszystko łącznie z mokrymi chusteczkami z Lidla, za 99gr.
Napotkałam jednak na problem taki, że chęci mam, natomiast zerową wiedzę na temat tego co w ogóle robi się na działkach i jak :)
Aktualnie znajduję się w jakimś dziwnym psychicznym stanie, polegającym na tym, że każda pierdoła jest problemem nie do przejścia.
Właściwie w związku z tym, nie powinnam w ogóle zasiadać do pisania.
Ale zakładam, że może podziała jak psychoterapia.

Żeby nie było, że jak już coś publikuję, to tylko raz w miesiącu i w dodatku smęcę, mogę podzielić się naszym rodzinnym sukcesem - Mój Narzeczony został studentem 2 roku! Mam w tym swój udział, choć nie tak rozległy, jak w poprzednim semestrze. Natomiast jest to jego życiowy rekord, bo o ile się nie mylę - jest to 5 studiowany przez niego kierunek i jeszcze na żadnym do drugiego roku nie dotarł :)
Nie powiem, żeby było lekko, łatwo i przyjemnie... no ale jakoś daliśmy radę.
Na szczęście Sebastian jest już taki duży, że często potrafi mi pomóc przy wielu rzeczach, a to sporo ułatwia.
Właśnie mam rozpoczęty post o zaletach 4-letniej różnicy między dziećmi...kiedyś może go skończę ;)
A tymczasem czas wymyślić plan na weekend - bo co robi M. po zakończeniu studiów w pierwszy wolny weekend?
Wyjeżdża z kolegami na ryby.
No comments.

środa, 15 czerwca 2016

100% kobiecości

Nie zdążyłam w tym roku z postem na Dzień Matki.
A wyjątkowy był, bo tak naprawdę pierwszy w podwójnej roli.

Akurat tamtego dnia wyjeżdżaliśmy na długi weekend nad jezioro.
Wstałam wcześnie i szykowałam wszystko do wyjazdu.
Nie oczekiwałam niespodzianek, bo intensywny to był czas...zamieszanie...wiadomo.
Ale krzątając się po mieszkaniu, myślałam sobie o tym wszystkim.
O tej mojej misji, którą od przeszło czterech lat pieczołowicie realizuję, potykając się po drodze, zniechęcając, niecierpliwiąc... czasem trzaskając drzwiami i drąc paszczę , co pewnie wygląda głupio.

Ale i zachwycając nieustannie, wzruszając i podziwiając efekty wytężonej wspólnej pracy każdego z nas.
Czuję się spełniona.
Dzień Matki, to mój dzień.
Tak naprawdę, jak i niektóre inne święta, np. Walentynki, odczuwam, że mam go codziennie.
Obserwuję nasze dzieci, z osobna i razem, i wiem, że w gruncie rzeczy, na razie robimy TO dobrze. Czas pokaże jak będzie dalej, bo zapewne tylko trudniej.
Ale z okazji własnego święta życzyłam sobie, bym kiedyś, w finalnym rozliczeniu, mogła sobie samej oraz M. pogratulować sukcesu.




W tamten czwartek rano, gdy dzieci wciąż jeszcze spały, M. wstał i cicho wsunął się do łazienki, w której kończyłam makijaż.
Pochylił się nade mną i powoli wyszeptał mi do ucha:
"Jesteś najlepszą Mamą na Świecie. I najpiękniejszy prezent już masz - Miłość dzieci...i moją".

Makijaż oczywiście do poprawy.
I nie - nie było to zwinny unik pt. "O rany zapomniałem o prezencie od dzieci, ale powiem coś miłego, to się nie wyda".
Prezent też się znalazł i codziennie z uśmiechem wlewam do niego moją przedpołudniową kawkę :)
Ale te słowa....
...cóż...nie będę się roztkliwiać - po prostu każdej młodej Mamie życzę, aby takie usłyszała.


Wiele dobrego otrzymałam od podwójnego macierzyństwa.
Przede wszystkim to uczucie spełnienia totalnego. Czuję się bardziej spełniona, bardziej kobieca, mądrzejsza, piękniejsza, fajniejsza..... oczywiście bardziej też zmęczona, marudna, sfrustrowana...ale to tylko momenty.
Czuję się lepszą kobietą, niż byłam.
I z tym całym bagażem czuję się naprawdę dobrze.



A na koniec trochę prywaty....skoro już o macierzyństwie - cóż....nie da się ukryć, że w pewnym momencie jest to jego kwintesencja. Dlatego nie będę się krygować.
Jeśli dla kogoś to zbyt kontrowersyjne - sorry.
Dla mnie to po prostu karmienie piersią, ujęte w naprawdę ładnych zdjęciach.







Fot. by Krysia Lemańska Blog Krysi
Zdjęcia wykonane z okazji Akcji Mlekoteka



poniedziałek, 30 maja 2016

Czy piątek 13-go może być w poniedziałek 30-go?

Jestem przekonana, że kosmos zrobił w maju jakiś przewrót i własnie piątek 13, który powinien był zdarzyć się przeszło dwa tygodnie temu, miał miejsce dziś. 
'
Dziś był dzień, kiedy to dokonała się tak zwana "równowaga w przyrodzie". 
Czyli, z racji tego, iż długi weekend spędziłam nad jeziorem, dziś cały dzień "siedziałam"  w domu. 
I chociaż przez poprzednie 4 dni też wykonywałam wiele czynności "ogarniających", nie mając wcale nadmiaru czasu na błogie byczenie się i wylegiwanie, to dzisiaj musiałam dla równego rachunku, wykonać ich 3 razy więcej niż zwykle. 
Dziś był również dzień, kiedy po raz pierwszy pomyślałam, że może lepiej byłoby iść do pracy. Wszelkie dzisiejsze domowe wydarzenia, to musiało być wyrównanie rachunków za to, że biedny M. musiał wstać po 4 do pracy. 
Dziś w końcu był dzień, kiedy po raz pierwszy naprawdę cieszyłam się, że mamy 3 pokoje, nie więcej....
No ale do rzeczy. 

Jak wygląda 13 -piątek w poniedziałek? 

Młodsze dziecko oczywiście budzi Cię przed budzikiem, czyli przed 6:40. 
Ogarniasz poranek ledwo przytomna, bo wiadomo jak to po długim weekendzie - człowiek niewyspany :) 
Pies niecierpliwie się kreci, ale nie masz jeszcze jak wyjść, bo własnie to wcześnie zbudzone młodsze dziecko, przypomina sobie, że od wczoraj jest nieodkładalne, ryczące w niebogłosy i uczulone na smoczek. 
Spławiasz zatem psa na rzecz dziecka, czego później gorzko żałujesz. 

Szykujesz dziecko starsze do przedszkola, młodsze wciąż trzymając na rękach. 
Już jesteś bliska wyjścia z domu, gdy pies nagle wymiotuje pod oknem. 
Sprzątasz i zbierasz się do wyjścia, popędzając dziecko starsze, bo pies ewidentnie ma coś z żołądkiem, co jest mocno wyczuwalne. 
Odprowadzasz dziecko starsze, tradycyjnie z wózkiem pchanym jedną ręką, a ciągnącym psem w drugiej dłoni. 
Młodsze zasypia pod samym przedszkolem - niestety musisz je zbudzić - tego zaraz też żałujesz.
Starsze odprowadzone, kierujesz się w stronę domu, wraz z pozostałym inwentarzem i planem zrobienia małych zakupów. 
Niestety rozbudzone małe dziecko zaczyna wyć. Jak zawsze wniebogłosy. Generalnie wyje stosunkowo rzadko...ale gdy już to robi, nadrabia mocą. 
Nici z zakupów, wracasz z wyjcem do domu. 
Ludzie rzucają Ci podejrzliwe spojrzenia. 
No co, kurde? Dzieci nie mieli, czy jak?

Winda od wczoraj zepsuta - tachasz wózek po schodach - tyle dobrze, że to tylko 1 piętro. 
Dziecko zasypia pod drzwiami do mieszkania. 

Wchodzicie do przedpokoju. 
Śmierdzi. 
Śmierdzi psim gazem. 
Ale w ciągu półgodzinnej wycieczki do przedszkola i z powrotem, zwykły psi gaz musiałby się ulotnić. 
Szukasz. 
I znajdujesz pod oknem. 
Wielką
psią
kupę
!
W trzech konsystencjach. 

Konsystencja niestety ma znaczenie w tej sytuacji. Gdyż firany w salonie sięgają idealnie podłogi...i udało im się jakoś w tę psią niespodziankę wpaść.

Sprzątasz niespodziankę. 
Ściągasz firany. 
Skoro już te idą do prania, to i resztę warto by było wrzucić, bo dawno nie prana. 
Ściągasz wszędzie firany i zasłony. 
Patrzysz na okna - masakra. 
Skoro już ściągnięte , to nie ma wyjścia - trzeba myć. 

W ten sposób, dzięki psiej kupie, spędzasz pół dnia na myciu solidnych rozmiarów okien w 3 pokojach i kuchni. 
W międzyczasie robiąc i rozwieszając 4 prania, ogarniając znowu wymiotującego psa oraz wyjca, który na szczęście ma jednak przerwy, kiedy to zaciesza i bawi się. 
Gdy jednak wyjec jest wyjcem. motasz go w chustę na plecach, zmywasz stertę garów (zmywarka się zepsuła tydzień temu), pierzesz ręcznie przytulanki, ścierasz kurze i wypakowujesz wyjazdowe torby. 

Do końca dnia wykonujesz jeszcze liczne domowe czynności, z zakupami włącznie. 
Po czym odbywasz niezbyt przyjemną rozmowę, na którą w ogóle nie miałaś ochoty. Ani dzisiaj, ani nigdy. Ale dzisiaj to najbardziej. 

Nie wydarza się już nic przykrego, ale roboty nie brakuje. 
Ulubiony żart mojego narzeczonego, odnośnie domowych obowiązków: "No co? Śpisz w nocy, to Ci się zbiera" 
Nie do wiary ile potrafi się zebrać, kiedy 3 noce spisz poza domem. I reszta domowników też. 

Wyżej wspomniany narzeczony nie może pomóc, bo drugie tyle roboty jest własnie na działce, której od 5 dni nikt nie podlewał.

O 23:30 leżysz na łóżku i czujesz jak nogi wchodzą Ci w d***. 
Nie zaśniesz, bo jesteś rozżalona na ten dzień, że Ci tak dał w kość. 
Więc się wywnętrzasz na blogu, z nadzieją, że może ktoś pogłaszcze po głowie i napisze, że też tak ma. 
Albo, że i tak dałaś radę. 
Albo chociaż, że jutro już normalnie będzie 31 i wtorek. I już nic zaskakującego się nie wydarzy ...

Jutro będzie gorąco - to wiem na pewno -  pół dnia z żelazkiem, bo wyschną firany! :) 

piątek, 13 maja 2016

Jak nam mija wiosna?

Ohhh strasznie ze mnie zajęta Matka Polka.
Pojęcia nie miałam, że na "urlopie" macierzyńskim można mieć tyle do zrobienia....a jednak.
Ale nie narzekam.
Obmaszerowując z wózkiem i psem nasze osiedle dookoła, w blasku grzejącego, wiosennego słońca, myślę sobie,  że ten rok dla dzieci to dar.
Zwłaszcza teraz, kiedy tyle czasu możemy spędzać na powietrzu.
Robimy duuuużo spacerów, odpoczywamy na działce, odwiedzamy place zabaw.
Jest super!
Tyle uwagi mogę poświęcić Sebkowi, mogę go obserwować, dostrzegać niuanse w jego rozwoju, dojrzewaniu...

Przyznam się szczerze, chyba już zresztą nie po raz pierwszy, ale przez drugie dziecko stałam się trochę matką -wariatką ;)
No może jeszcze nie tak do przesady....staram się nad sobą panować... ale jaram się swoją rolą na maxa :)
I dwójką moich małych Bossów :)

Ponieważ jednak mam więcej wolnego czasu, niż w innych okolicznościach mojego życia, to angażuję się też w różne nowości i akcje.
I tak np. wpadłam również w chustoświrowanie, co wcześniej prezentowałam.
Właśnie poszukuję drugiej chusty, która tak naprawdę niespecjalnie jest mi potrzebna...aczkolwiek cieńsza na lato pewnie zrobi robotę :)

Fajnie jest być mamą.
Co bym nie narzekała, nie natęskniła się za studenckim życiem, za imprezami, drineczkami, fajeczkami i innymi przyjemnościami tego typu.... co bym nie naklęła na zmęczenie wieczorem, zbyt rzadkie chwile tet-a-tet z Lubym mym....to i tak jest fajnie :)
A jak już słyszę z wielu stron, że takie piękne i urocze te moje dzieci. Że podobne do siebie, że uśmiechnięte takie, to już w ogóle serce moje pluska się w baryłce miodu.

Fajna jest wiosna - w tym roku czuję to w pełni. Mam czas to poczuć.
Jutro jedziemy do ukochanej mojej Zielonej Góry.
Za dwa tygodnie czeka nas długi weekend nad jeziorem.

Wybaczcie zatem przedłużające się nieobecności moje na blogu...ale tyle ważnych rzeczy dzieje się wokół. Żal by było coś przeoczyć :)

A na koniec chustowe focie.
Na tę chustę też choruję...na szczęście zdrowy rozsądek wygrywa codzienną walkę z mymi zachciankami ;)




czwartek, 28 kwietnia 2016

Aluśkowe półrocze tuż tuż

Koniec kwietnia, to koniec szóstego miesiąca  aluśkowego Życia.
Tak szybko minęło te pół roku. Aż boję się, co będzie z kolejną połową.

Alicja wykonała kawał pracy przez ten czas.
Obie wykonałyśmy.

No tak naprawdę, to wszyscy w domu się napracowaliśmy.
Ale obserwowanie rozwojowych postępów naszej Kruszyny, jest sprawiedliwym wynagrodzeniem za różne trudy.

Dopiero co takim małym zawiniątkiem była...
Ciągle mam wrażenie, że Sebastian jakoś wolniej rósł.

Okrutnie ulotne jest to wszystko. Żal mi każdej chwili, każdej zmiany. Każdej niezapisanej nowości, którą Aluśka nam serwuje, jak np. kilkudniowe intensywne ćwiczenia języka, polegające na wykonywaniu nawet o 3 w nocy takich "pierdzioszków". Gdy trenuje je podczas jedzenia, matka ma gwarantowane pranie i czyszczenie tapicerki :)

Żal mi, że nie zawsze uda się sfotografować, lub nagrać relacje naszego rodzeństwa.
Momentów, gdy Seba słodziutkim tonem mówi do niej "moja księźnićko",  tuli i całuje, a ona tymi wielkimi oczyskami wpatruje się w bracika swego i obdarowuje go najszerszym i najszczerszym bezzębnym uśmiechem.

Chciałabym zapamiętać to uczucie jak rośnie serce, kiedy po raz pierwszy wyciągała rączki do mnie i do Miśka, kiedy się uśmiecha na nasz widok, kiedy piszczy z radości na widok psa.

Dumę, kiedy nauczyła się pić z kubeczka i otwierać buźkę, kiedy zbliża się łyżeczka z jedzonkiem.
Błogostan, kiedy spokojna tuli się do piersi...

Masa...masa cudownych momentów za nami. Na szczęście tak wiele jeszcze nas czeka.
Alicja noworodkowa - spokojna, wiecznie śpiąca królewna, maleńka Calineczka, była wspaniała.
Lecz Alicja niemowlęca - radosna, kontaktowa, ciekawa świata, okrągła Pyzunia, jest nie mniej cudowna.

Dla Tatusia to najpiękniejsze stworzonko na świecie.

Dla mnie to drugi mały człowiek, którego kocham z superhipermegakosmiczną mocą.

listopad 2015

grudzień 2015

styczeń 2016

luty 2016

marzec 2016

początek kwietnia 2016

koniec kwietnia 2016




poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Z braku czasu będzie o kubeczku

Tak tak...brak mi czasu na pisanie. 
Sama nie wiem jak to robię, ale nie mam kiedy na spokojnie usiąść, skoncentrować się i coś sensownego wrzucić. 
Obowiązki się piętrzą, życie rodzinne kipi :) 

No tak naprawdę, to po prostu przyleciała z UK moja siostra i wolę spędzać czas z familią niż przy komputerze. 

Aczkolwiek, zobowiązałam się do pewnej rzeczy i umowy dotrzymać muszę. 

Jakiś czas temu nawiązałam kontakt z firmą MAM
Aluśka otrzymała od firmy kilka, wybranych przeze mnie gadżetów do przetestowania, a mamuśka zobowiązała się o tych aluśkowych testach napisać. 



Zatem dzisiaj przedstawimy pierwsze opinie. 


Ocenie poddany został niekapek MAM Starter Cup





Kubeczek przeznaczony dla dziecka powyżej 4 miesięcy. 

Nieduży, bo o pojemności 150 ml, dzięki czemu łatwy do utrzymania w niemowlęcych jeszcze rączkach. 




Trzymanie ułatwiają również antypoślizgowe uchwyty - fajna sprawa, żeby rozpocząć treningi samodzielnego picia. 

Generalnie znalezienie idealnego niekapka, to nie jest prosta rzecz. 
Pamiętam ile napróbowaliśmy się z Sebastianem. 
Albo ustnik za twardy, albo za łatwo leciało i niekapek okazywał się "kapkiem", a nawet "ciurkiem" ;) 
No i przeważnie miałam też wątpliwości odnośnie higieny wszelkich Sebciowych kubków. 

Starter Cup, jak na razie odpowiada na wszystkie nasze potrzeby. 
Ustnik, kiedy potrzebujemy kubeczek gdzieś przetransportować, zabezpieczamy pokrywką. 


Utrzymanie higieny jest banalnie proste. Wszystko łatwo się rozkłada i czyści. 

Dla mnie największą zaletą tego kubka jest jego ustnik. 
Po pierwsze miękki, po drugie przeźroczysty. 
Nie wiem, czy trafiłyście już na krążące po sieci artykuły jak to w niekapkach hodują się grzyby i inne "kalafiory" ;) 
Przyznam szczerze, że i mnie się to zdarzało. 
W Starter Cupie nie ma opcji, aby cokolwiek przypadkiem wyrosło. 



Łatwy dostęp do wnętrza ustnika pozwala dokładnie go oczyścić.

Jego zaletą jest również budowa, która sprawia, że naprawdę nic z tego kubka nie kapie. 

Aczkolwiek przyznać muszę, że Aluśka potrzebowała czasu, aby nauczyć się z niego pić. Samo ssanie, choćby z mocą odkurzacza,  nie wystarczy, ustnik trzeba troszkę ścisnąć dziąsłami, aby picie trafiło tam, gdzie powinno. 
Jak się jednak okazało, Alicji udało się to w miarę szybko odkryć.

Design może nie do końca w moim stylu, ale przyjemny i dostępny w trzech wersjach kolorystycznych. 


Warto też nadmienić, że wszystkie produkty firmy MAM nie zawierają Bisfenolu A (BPA). 

Jeśli nadal poszukujecie kubka idealnego - jak najbardziej zachęcam do wypróbowania tego modelu. 
Znajdziecie go TUTAJ . 



A jeśli klikniecie w banner po prawej stronie, to jeszcze wyhaczycie jakiś rabacik :) 




niedziela, 10 kwietnia 2016

Leniuszki

Dzisiaj leniuszkujemy.
Tata na uczelni,
Brat z Dziadkami na basenie,
a my z Alą na kanapie w dużym pokoju.
Obłożone różowymi kocami, obstawione kubkami z herbatą, oglądamy "Rodzinkę.pl", tulimy się, gilgotamy, chichramy i cmokamy :)

Żadnej roboty, żadnego sprzątania...
zero makijażu, strój domowo-dresowy.

Rety jak miło! :)

środa, 6 kwietnia 2016

Domowe rozmowy

Misiek zagląda do naszego barku i patrzy jakie mamy wina. 
- O patrz tu takie Castillo del Diablo
- To chyba dostaliśmy od Przyjaciół -Szwajcarów
...
- Ooo a tu też takie Diablo, tylko inne...to chyba też dostaliśmy
- Gdzie?
- Na ślubie
- Na ślubie? Jakim???
- No na naszym...
- Jakim naszym???!!
- Nooo...ja byłem, ty byłaś...

 #grunttomiecdystans 

piątek, 1 kwietnia 2016

Święta inaczej

Pomysł, chociaż od lat już przewijał się w rodzinnych rozmowach, tak naprawdę zrodził się spontanicznie. 
Szybkie przeszukanie internetu, czy jest coś, na co warto byłoby się skusić. 
Za drugim podejściem znalazła się oferta. Cena super, propozycje interesujące. 
Ja i Tato zachwyceni... miłość do morza chyba po ojcu odziedziczyłam. 
Mama, mimo braku tej miłości, również przystała na mój pomysł z entuzjazmem. 
Tego ostatniego zabrakło niestety mojemu narzeczonemu. 
Trzeba było chłopaka przekonać. 
Na szczęście, jeszcze bardziej spontanicznie cała akcja poderwała Przyjaciół z ZG. W 10 minut podjęli decyzję, że dołączają. To ostatecznie przekonało M. 
Zatem klamka zapadła - Wielkanoc spędzimy nad morzem

I tak właśnie, dość niespodziewanie, spędziliśmy Święta inne niż wszystkie. 
Daleko od kuchni i miliardów garów. 
od tłumów w markecie. 
od odcisków na tyłku zasiedziałym przy stole. 
od nie zawsze trzeźwego debatowania
od znudzonych dzieci, do których nikomu od stołu nie bardzo chce się wstać
od dylematu u której rodziny dzisiaj, a może jednak wszystkich do nas? 

W zamian mieliśmy Święta w kameralnym gronie, 
pełne słońca
przespacerowane
z szumem morza w tle. 
z wygłupami na plaży
przegadane na różne tematy

Święta, dzięki którym troszeczkę nadrobiłyśmy czas z Przyjaciółką
Dzieciaki mniejsze dotlenione
Dzieciaki większe wybiegane i wybawione
My wypoczęci, zrelaksowani. Wszyscy zaczerpnęliśmy głęboki oddech. 

Świątecznego anturage'u nie zabrakło. Choć w ośrodku nie wszystko okazało się piękne, to stołówka nadrobiła. Począwszy od wystroju, skończywszy na przepysznej świątecznej kuchni. 

Tak - lubię tradycję, 
lubię rodzinny stół...
ale lubię też zmiany i nowości. 
Zwłaszcza tak udane. 
Jedyny żal, że reszty rodziny  nie udało się skusić na ten wyjazd. 
Ale może następnym razem? 
Bo następny na pewno będzie! 
















 

niedziela, 20 marca 2016

Niewolnica własnego cyca

Człowiek całe życie się uczy.
Uczy i weryfikuje swoją wiedzę.
Wciąż nabywa doświadczenia.

Dzisiaj będzie o moich doświadczeniach w zakresie karmienia piersią.

Jak prowadzę tego bloga przeszło 3 lata, tak temat chyba osobnego posta się nie doczekał.
Celowo właściwie.
Bo temat kontrowersyjny (co brzmi właściwie dziwnie) i po co było się rozwodzić.
Sebastian był karmiony głównie piersią, przez 9 miesięcy. Od początku był dokarmiany mm. Rozszerzanie diety chyba w kole 5 miesiąca. Nie pamiętam dokładnie.
Butelkowy bez problemu, pijący herbatki, wody, zjadający wszystko.

Alicja...
Alicja to żywieniowa wyższa szkoła jazdy.
Żadnej butelki, żadnej wody, żadnej herbatki...
dwa razy pociągnęła z kubka z ustnikiem, ku mojej wielkiej radości,że po długich bojach, znalazłam na nią sposób.
A figa!

Alicja ma 4,5 miesiąca i wiecznie chce żreć.
Nieustannie chce ssać tylko cyca.
Jest większą fanką moich cycków, niż mój narzeczony.
Darzy je obsesyjną miłością.
I ta jej miłość, niestety , ale muszę powiedzieć to głośno - zaczęła mnie uwierać.

O ile za dnia, jakoś tego nie odczuwam boleśnie, bo przywykłam.
O tyle noce, stały się dla mnie udręką.
Od przeszło tygodnia Alicja funduje mi pobudki dokładnie co 2 godziny. Praktycznie o pełnych godzinach: 00:00, 02:00, 04:00, 06:00 ........

Nie pamiętam kiedy przespałam ciurkiem więcej niż 4 godziny.
Mam wrażenie, że ona co chwilę wisi na cycku. Nie daje się zalulać, nie oszukam jej smoczkiem.
Kiedy jest głodna, podnosi taki wrzask,  takim poziomem ultradźwięków, że już choćby dla dobra chłopaków, przystawiam ją do piersi.
I tak wpadłam w pętlę.
Zostałam więźniarką własnych cycków.
Dłuższe wyjścia z domu bez małej, nie mają prawa bytu.
A nawet jeśli wyjdę, to wiecznie z myślą z tyłu głowy, czy nie jest głodna i nie płacze.
Więc żadna przyjemność, tylko stres.

Rozwiązanie właściwie mogłoby być proste - jakoś usilnie przyzwyczaić ją do dokarmiania, lub zacząć rozszerzać dietę, bo teoretycznie można.
A tu - o zgrozo - pojawiają się wyrzuty sumienia.
Taaak...tyle się naczytałam postulatów zwolenniczek karmienia piersią, tyle wchłonęłam informacji o cudowności, jedyności, niepowtarzalności tego sposobu. Tyle razy wpadało do mojej głowy zdanie, że WYŁĄCZNE karmienie piersią, jest zalecane do ukończenia przez dziecko 6 miesiąca życia, że nawet myśl o podaniu jej czegoś innego, wyzwala we mnie wyrzuty sumienia.
Mam pokarm, więc jeśli jej zabiorę i nie zastosuję się do wytycznych, będę wyrodną matką. Która dla własnej wygody, odbiera dziecku to , co najlepsze.
Takie mam myśli.
Więc walczę twardo i się nie poddaję.
Przypłacając to zmęczeniem i psychicznym rozbiciem.
Pętla dążenia do idealizmu zaciska mi się na szyi.

I teraz zrozumiałam te matki, którym po prostu z jakichś powodów nie szło karmienie piersią, i które zajadle walczą w obronie karmienia butelką.
Mają prawo czuć się napiętnowane.
Przez te naciski z każdej strony, można mieć wyrzuty sumienia i totalnie zgłupieć. Zwątpić, czy jest się dobrą matką i totalnie "zniewiedzieć" co tak naprawdę dla własnego dziecka będzie najlepsze.

Ja właśnie zniewiedziałam.
W dodatku w tej niewiedzy czuję się jakaś taka osamotniona.

Zwykle jest fajnie.
Przytulam ją i patrzę jak sobie ssie tego cycusia ukochanego.
I myślę "ciesz się tym momentem, bo to ostatni raz. Nigdy już więcej nikogo nie nakarmisz w ten sposób".
A potem przychodzi ta noc pełna krzyku, z moją ciężką głową, która tak bardzo nie chce być wyrwana ze snu i przychodzi głupia bezsensowna złość "dlaczego Ty znowu jesteś głodna, córko?"

To po prostu jest jakaś masakra emocjonalna dla mnie.

Dzisiaj po kolejnej ciężkiej nocy i niewiele łatwiejszym poranku, M. zabrał Alicję na godzinę na spacer. Żebym poszła spać. Ale nie umiem iść nagle spać o 12 w południe.
Stanęłam pod prysznicem, oparłam głowę o kafelki i powtarzałam jak mantrę "to minie, to minie, to minie"
Bo minie. Minie, tak jak pisałam poprzednio - one dorosną. I zatęsknię.
I z tą świadomością mam jeszcze większe wyrzuty sumienia.
Że bywam zmęczona byciem matką.

Że bywam zmęczona życiem, o jakim marzyłam.

To wszystko się kłóci jakoś ze sobą.
Niby resztki zdrowego rozsądku podpowiadają, że to normalne i nie tylko ja tak mam.
Ale rozsądek rozsądkiem
A jakieś matczyne poplątanie w głowie, swoją drogą.




poniedziałek, 14 marca 2016

Poniedziałek z premią

Dzień niemal jak co dzień.
Choć od początku nieco jakby inny od standardowego poniedziałku.
O 7:30 wyłączyłam budzik i rozpoczęłam poranny proces, motywujący mój mózg do podjęcia pracy i zmuszenia reszty ciała , by wstała z łóżka.
Nagle jednak poczułam ruchy obok mnie.
Kochane ręce okryły troskliwie kołdrą zmarznięty mój tyłek (czy Wy też, gdy śpicie w koszuli nocnej, macie notorycznie gołe poślady?Czasem zastanawiam się po co ja kupuję w ogóle nocne koszule, skoro i tak śpię w nich naga już od pasa w dół) i szybko dotarło do mnie, że z jakiegoś powodu nie muszę dziś wstawać.
M. wspaniałomyślnie zaprowadził Sebka do przedszkola, wyprowadzając przy okazji Kajkę i kupując sobie bułki do pracy. Krótko mówiąc, odbębnił za mnie całą robotę.
Ja na spokojnie ogarnęłam Mychę, a nim M. wrócił udało nam się jeszcze obu zapaść w krzepiącą drzemkę, z której o 9:30 obudził mnie zapach czekającego na mnie śniadania.
Raaaaju poranek marzeń :) I to jeszcze w poniedziałek!

Odwdzięczyłam się, a jakże :)
Niestety może nie do końca tak, jakbym chciała.... ale zupą bananową z curry ;)

M. poszedł do pracy, a my z Alicją i Kajką na spacer.
Pierwszy po tygodniowej przerwie.
Prawie cały miniony tydzień byłam chora, Mała też lekko zakatarzona. Poza tym zasypało nas śniegiem i to tak konkretnie. Później to wszystko się roztapiało, więc sto pięćdziesiąty raz obrzydliwa chlapa, a do tego 4 dni totalnej mgły. Od środy do soboty w ogóle nie wychyliłam nosa z domu. Nawet z psem.
Dzisiaj za to dotleniłyśmy się zdrowo całe dwie godzinki.

Odebrałyśmy Sebka, odprowadziliśmy psa, po drodze zachodząc na plac zabaw i do sklepu. Odwiedziliśmy Bratową i Kuzynki. Wieczorem zadzwoniliśmy do Babci, pobawiliśmy się chwilę, pokąpałam towarzystwo, poszykowałam na kolejny dzień i siedliśmy w końcu we troje w Sebciowym łóżku na codziennie wieczorne czytanie.
I gdy się już tam umościłam, to jakoś bezwiednie westchnęło mi się chyba trochę ciężko.
Seba spojrzał na mnie pytająco "Ciooo?"
"A nic, trochę męczące to życie z Wami" - odpowiedziałam z półuśmieszkiem
"Ale my Cię kochamy!" - wybrzmiała odpowiedź.

Mój uśmiech w tamtym momencie spokojnie oświetliłby całe osiedle.

Co najmniej kilka razy dziennie zapewniamy się z Sebastianem o wzajemnej miłości. Ale to dzisiaj... wypowiedziane przez niego w tej sytuacji - jak gdyby rozumiał, że czasem to bycie mamą kosztuje, jakby nie było, sporo sił.
I w dodatku powiedziane w imieniu obojga...
To dzisiejsze "kochamy", było wyjątkowe :)

A dopiero co przedwczoraj, po obejrzanym filmie, powiedziałam Miśkowi, że kiedy byłam młodsza, planowałam, że w przyszłości będę czytać filmy. W sensie, że będę lektorem. I że w ogóle, to zawsze chciałam i nadal chciałabym pracować głosem.
M. stwierdził, że przecież czytam - dzieciom codziennie bajki.
Zaśmiałam się, że fakt, ale za to mi nie płacą.
"Płacą. Miłością Ci płacą" - odpowiedział

I rzeczywiście.
W dodatku codziennie mam Dzień Wypłaty.
A dzisiaj to nawet z premią :)



poniedziałek, 7 marca 2016

One kiedyś dorosną...

Dzięki Alicji zwolniłam.
Przystanęłam sobie spokojnie na zakręcie.
Mam czas się porozglądać.
Za mną wiele dobrego. Właściwie samo dobro. Może czasem trudne, ale chyba zawsze dobre.
Przynajmniej tylko to dobre pamiętam.
Mam nadzieję , że przede mną też.
Przed nami.

A teraz stoję i rozglądam się wokół.
Patrzę na te moje dwie pociechy.
Razem będzie jakieś 24 kilogramy szczęścia.
24 godziny na dobę.

Są takie dni, kiedy te 24 godziny, wydaje mi się za dużo.
Takie dni, gdy marzę, aby odzyskać chociaż kawałek własnego życia.
Wracam wspomnieniami, do tamtych czasów, kiedy byłam sobie tylko ja.
Tu i tam.
Tu imprezka, tam jakiś przelotny romansik, ploteczki, fajeczki...
Luźniutko.

Teraz nic nie jest luźniutko. Albo bardzo rzadko. I na pewno nie tak samo, jak wtedy.
Zawsze z tyłu głowy jest myśl, że dzieci.
Że trzeba się położyć przespać, bo dzieci wkrótce wstaną.
Że musi być obiad zrobiony. Że trzeba dzieci przewietrzyć. Że trzeba się pobawić.
Że na butelkę tequlii, to można sobie ewentualnie popatrzeć...Zapalić papieroska nie wypada...o innych rzeczach, to w ogóle nie wspominając.
Bywa to uciążliwe.
I zdarza mi się powiedzieć "ojj nie, nie dzisiaj"; "jutro"; "później"; "zajmij się sam".
Do Alicji jeszcze nie mówię, żeby coś zrobiła sama, bo sama umie się co najwyżej załatwić.

Tak bywa....
A później patrzę na nie i myślę - jeju ale się zmieniły.
Jak one szybko rosną.
Patrzę na Alicję i liczę...już tylko 8 miesięcy urlopu zostało.
Za 8 miesięcy będzie trzeba wrócić do jakiejś pracy.
I znów zacznie się kierat, pogoń. Żeby zdążyć, rozwieść, odebrać, nakarmić, położyć spać. Przetrwać do weekendu.
Świadomość tego tempa kazała mi podjąć decyzję, że przed końcem urlopu macierzyńskiego nie będę się starała wracać do pracy. Mogę sobie na to pozwolić i z radością z tego skorzystam.
Dzisiaj, bardziej niż wcześniej, mam świadomość upływu czasu.
Może to przez porównanie....Sebastian przez lata wydawał mi się takim małym synkiem.
Aż nagle zjawiła się maleńka Alicja. I to porównanie, że przecież on też dopiero co, taki sam maleńki był.
A teraz chłopak rośnie. Może i wciąż mały. Ale już taki prawdziwy chłopak.

Gdzieś po drodze zrozumiałam....
Po pierwsze, że nie wiem, czy potrafię wyobrazić sobie życie bez małego dziecka w domu.
Po drugie, że będę musiała, bo one przecież przestaną być małe.
I to prędzej, niż myślę.

Od momentu, kiedy to do mnie dotarło, staram się pilnować tendencji, do odkładania "na jutro" tego, co naprawdę jest dla mnie ważne. Do jutra to mogą poczekać brudne podłogi, pranie i prasowanie. Ale dzieciaki nie powinny.

Czasem M. albo moja mama, zwracają mi uwagę, że za długo siedzę z Sebkiem przed spaniem.
Że powinien już umieć zasypiać sam.
Ale nie chcę odbierać tego rytuału. Ani jemu, ani sobie.
Dzisiaj jeszcze chce słuchać mojego czytania.
I chce, żebym z nim posiedziała nim nie uśnie.
Za kilka lat, nie będę mu do tego potrzebna.
A za kilkanaście przed spaniem będzie przytulał swoją dziewczynę.
Dzisiaj uwielbia siedzieć w kuchni na blacie i mieszać mi garnkach.
Czasem mnie denerwuje, bo dwa razy więcej bałaganu.
Ale dzisiaj jeszcze chce. Za dwadzieścia lat, to ja będę się cieszyć, jeśli on zechce przyjść do rodziców na niedzielny obiad. Oby miał wtedy dla nas czas.
Dziś chce jeszcze podczas powrotu z przedszkola iść ze mną za rękę i opowiadać o swoim dniu.
Niedługo pewnie wróci ze szkoły, rzuci plecak w przedpokoju, na moje pytanie "co tam w szkole?" odburknie "nic ciekawego" i zamknie mi przed nosem drzwi do swojego pokoju.
Dzisiaj ma czas i chęć, by przytulać się do mnie na kanapie i mówić codziennie "Mama, kocham Cię".... a mi pozostaje w duchu dziękować, że taki uczuciowy jest. I mieć nadzieję, że w okresie dojrzewania, nie usłyszę czegoś zupełnie przeciwnego...

Jest już jednak coraz więcej rzeczy, do których nie jestem mu już niezbędna.
Bywa, że kiedy jest głodny, sam sobie otworzy lodówkę, lub szafkę i znajdzie coś do jedzenia.
Potrafi sam się umyć i ubrać...chce spędzać czas z innymi ludźmi.
Już tylko przez moment pozostanie mamusi małym synkiem.
Chociaż solennie obiecuje mi, że zawsze nim będzie ;)

Z jednej strony niby zyskuję tę wytęsknioną "wolność".
A z drugiej wiem, że zatęsknię za tym uwiązaniem.
Fajnie mieć luz...od czasu do czasu.
Móc wyjść z M. na randkę.
Nie padać wieczorem na twarz.

Ale jeszcze fajniej jest, mieć poczucie tej przynależności. I świadomość, że jestem im taka potrzebna.

Alicja to istny "cycuś mamusi".
Jak lubię karmić piersią, tak czasem po prostu mam dość. Przesyt.
Ale gdy zdarza jej się ciurkiem przespać 3 godziny, a ja w tym czasie wykonam spacer z zakupami, ogarnę mieszkanie i jeszcze wypiję w ciszy i spokoju kawę, to myślę , że wcale tak wiecznie na tym cycu nie wisi. I że to przecież teraz jedyny taki czas, kiedy w ten wyjątkowy sposób mnie potrzebuje.
Za niecałe dwa miesiące zacznie jeść pierwsze "dorosłe" posiłki. Nim skończy rok, pewnie zakończymy karmienie piersią.
I to będzie koniec mlecznej drogi. Najprawdopodobniej już na zawsze.


Panta rhei....
Macierzyństwo też tak sobie płynie...niby powoli, niepostrzeżenie....Niby też nigdy się nie kończy, bo przecież już na zawsze będę matką moich dzieci.
Tylko niestety, one jedynie przez kawałek swojego życia, są naprawdę dziećmi.
Życzyłabym sobie, aby z tego kawałka nic mi nie umknęło.

czwartek, 3 marca 2016

Chuściak

Gdy Sebastian przekształcał się z małego bąbla w małego chłopczyka, wyprzedawałam, lub oddawałam sukcesywnie wszelkie niemowlęce akcesoria.
Bujaczki, maty, maleńkie śpioszki, laktator, sterylizator...wszystko poleciało dalej, służyć innym maluchom.
Do głowy mi nie przyszło zagracać miejsce tymi rzeczami, które przecież miały już być niepotrzebne. Tak się to przedstawiało, na ówczesną chwilę.
Było jednak kilka przedmiotów, które zachowałam. Trochę "na pamiątkę". Żal było mi oddawać, czy sprzedawać, bo czułam się z nimi jakoś emocjonalnie związania.
Wśród tych kilku rzeczy były dwie ulubione ciążowe koszulki, pierwszy sebciowy pajacyk. I chusta. Taka do noszenia :)

W czasie drugiej ciąży, to właśnie chusta, była jednym z tych akcesoriów, na których ponowne używanie czekałam z niecierpliwością.
Niestety przy jesienno/zimowych dzieciach, chustowanie jest nieco trudniejsze. Ciuchy grubsze, kurtka przydałaby się dwuosobowa.
Chusta zatem czekała cierpliwie na wiosnę.
Nie wytrzymałam jednak tak długo i już w grudniu, w któryś cieplejszy dzień, omotałam nas i poszłyśmy na pierwszy chustowy spacer. Mycha zasnęła już w trakcie wiązania.
Drugi chustowy raz, odbyłyśmy w galerii handlowej. I tam znowu poczułam to COŚ. Cudownie było mieć chuścioszka prawie twarzą w twarz. Alinia najpierw długo patrzyła mamie w oczy. A później z zainteresowaniem rozglądała się po obiekcie.
Nie mogłam się doczekać, kiedy znowu będziemy mogły gdzieś pójść w ten sposób.
Zaczęłam też szukać nowych wiązań, przypominać sobie jak to funkcjonuje.
I wciąż miałam nieodparte wrażenie, że wiem za mało. Że możliwe, iż jako samouk coś robię nie tak.

Tutaj muszę się  przyznać, że o ile przy Sebie byłam matką wyluzowaną....chyba po prostu nie miałam czasu na skupianie się na szczegółach, o tyle przy Alicji jest inaczej.
Szczerze mówiąc, trochę mnie "tryknął" macierzyński pierdolec ;) A może tak mi się wydaje...może po prostu stałam się mniejszą ignorantką, niż do tej pory.

W każdym razie, doszłam do wniosku, że wiedzę o chustonoszeniu należałoby pogłębić.
I właściwie chwilę później, jak z nieba, spadła mi wieść o warsztatach chustowych.
Pech chciał, że data nie pasująca.
Tym większa była moja radość, gdy już po planowanej dacie, okazało się, że warsztaty się nie odbyły, a w związku ze zmianą terminu, zostały wolne miejsca.
Ochoczo nas zapisałam i w ten sposób, w niedzielę rano powędrowałyśmy z Alicją na spotkanie z doradcami.

Zdziwiłam się, gdyż grupa okazała się nieliczna. To jednak zadziałało in plus, bo nasze doradczynie, mogły udzielić więcej indywidualnych rad.
Zajęcia trwały 3 godziny, które w moim odczuciu minęły, jak z bicza strzelił.
Zdążyliśmy przerobić właściwie tylko trzy wiązania - kangurka, kieszonkę i wiązanie chusty kółkowej.


Jednak merytorycznej i praktycznej wiedzy zdobyłam ogrom.
Ułożenie nóżek, kręgosłupa...rozróżnienie na sposoby wiązania dziecka niesiadającego, a siadającego - wcześniej miałam o tym wszystkim ledwie blade pojęcie!
Zorientowałam się również, że wybór chusty, jakiego dokonałam 4 lata temu, nie był najszczęśliwszy. Kupiłam niedrogą chustę tkaną splotem prostym. Dziewczyny dla porównania pożyczyły mi chusty tkane skośno-krzyżowo. Różnica ogromna. Zupełnie inaczej pracuje materiał.
Dowiedziałam się, że źle dociągałam kangurka, że muszę zwracać uwagę na kilka szczegółów.
A przy tym wszystkim, upewniłam się, że Alicja jest urodzonym chuściochem - zamotana była niezmiernie zadowolona.
Po trzech godzinach trenowania bolały mnie ręce od ramion po palce.
I wciąż czułam niedosyt. Chciałam poznać jeszcze więcej wiązań, wypróbować jeszcze inne chusty, pytać i sprawdzać, czy na pewno robię wszystko ok.
Atmosfera w grupie była super i żal było wychodzić. No ale niestety czas był ograniczony.

Po powrocie do domu ogarnęłam swoje wrażenia i zaczęłam się zastanawiać co należy kupić. Czy nową chustę, czy lepiej ergonomiczne nosidełko.
Już już skłaniałam się do nosidełka - z powodu obaw, że jednak nie motam nas zbyt dobrze, często z pośpiechu i będzie z tego tylko szkoda dla Niuńki.
Jednak, gdy podzieliłam się tymi wrażeniami z dziewczynami, które prowadziły warsztaty, szybko przekonały mnie, że jestem w błędzie. Podobno robię to dobrze, nabycie wprawy, to kwestia czasu, a Alicja cudownie nadaje się do noszenia w chuście.
Przekonały mnie ;)

Spędziłam więc kilka ostatnich dni na poszukiwaniu nowej chusty.
Na warsztatach zachorowałam na jedną :


 Piękna chusta Pellicano.
Znalazłam stronę producenta. A tam nie dość, że ceny powaliły mnie z nóg, to modele niedostępne. Ani ten, ani żaden praktycznie...a wszystkie cudne.
Podołączałam do grup chustowych, przetrzepałam olx i allegro...niestety. Zakup tego marzenia to ok. 600zł.
Zdrowy rozsądek nie zezwolił na taki wydatek.
Przy okazji również zorientowałam się, że to nawet nie jest najdrożej, bo chusty "chodzą" i po przeszło 1000zł.
Nie mam pojęcia jak to ocenić.... pierwsze, co przyszło mi do głowy, to "fanaberia".
Czy naprawdę trzeba wydać aż tyle?
Może gdybym była totalną chustoświrką i ten sposób, był jedynym środkiem transportu Alicji....ale taką kasę, to my wydaliśmy na wózek 3 w 1. Pojęcia nie miałam, że niespełna 5-metrowy kawał materiału może mieć taką cenę.
Znalazłam więc coś innego, za co zapłaciłam kwotę - w moim mniemaniu bardzo sensowną, a i tak 2 razy wyższą, niż za pierwszą naszą chustę. Oczywiście "dizajn" już nie ten. Ale myślę, że ją polubimy.
Nie mogę się doczekać aż dotrze :)



I tak na nowo stałam się chustomamą. Bardziej świadomą niż poprzednio. I wydaje mi się, że dłużej będziemy praktykować motanie i noszenie.



Z całej filozofii rodzicielstwa bliskości - tulenie jest właśnie tym elementem, za którym przepadam.
Tulić, kochać, obejmować! Małą główkę opartą mieć na piersi i całować pachnące cieniutkie włoski.
Uwielbiam!
A chustowanie właśnie na to wszystko nam pozwala.
Bez bólu rąk i pleców.

Już zarażam koleżanki... i z niecierpliwością wyczekuję wiosennych chustospacerków :)






Wszystkie zdjęcia, wykorzystane w tym poście należą do Magdy Chmielewskiej https://www.facebook.com/Kangurek-Doradca-Noszenia-ClauWi-669769036487503/timeline