Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

poniedziałek, 3 lipca 2017

Nie ma lekko, ale jest miłość.

Wstaję o 6:15. Budzik dzwoni od 6, ale zwykle muszę dojść do siebie po tym jak uświadamiam sobie, że właśnie zaczyna się mój dłuuuuugi dzień.
Szykuję się, piję koktajl na chudość, który nie działa, bo z całej diety zostawiłam już tylko ten element :P
O 6:50, jeśli same jeszcze tego nie zrobiły, budzę dzieci.
Pomagam Sebie się umyć i ubrać, przebieram Aluśkę.
Szykuję jednemu Inkę, drugiemu mleko.
Wychodzimy o 7:20.
Odwozimy Alę do żłobka, później jedziemy do przedszkola z Sebą.
O 8 jestem w pracy.
Albo 5 po...na szczęście nie ma ciśnienia. I tak pracuję dużo dłużej niż przepisowe 8 godzin.

100% skupienia.
Planuję codzienne trasy dla 7 aut.
Odbieram telefony od 7 kierowców, często sfrustrowanych faktem, że kolejny tydzień spędzają w samochodowej kabinie.
Rozmawiam i myślę w 3 językach jednocześnie.
Z biura wychodzę o 16, czasem 16:30.
Ale to nie znaczy, że kończę pracę.
Zwykle do wieczora odbieram jeszcze telefony, maile i smsy, rozwiązując bieżące problemy.

Czasem dzieciaki są już odebrane przez M. lub dziadków.
Czasem muszę odebrać je sama.
Dziś akurat były u dziadka.
Sebastian na 17 zaproszony był na urodziny w sali zabaw.

Wpadłam więc po pracy do domu, wzięłam psa, prezent, ciuchy na zmianę dla dzieci i poszłam po nie.
Zostawiłam psa i spacerem udaliśmy się do Sali.
Seba poszedł na imprezę, a my z Alą na szybkie zakupy.
Ala zmęczona, drze się wniebogłosy.
Chce smoczka, ale takiego z półki, którą mijamy.  Swojego wyrzuca pod regały.
Nie zadowala się bułką, serkiem w saszetce, ani butelką z wodą.
Wydziera się na pół sklepu, a ja w popłochu chwytam co bądź i stojąc przy kasie stwierdzam, że nadal nie będę miała połowy potrzebnych rzeczy.
Siadamy na ławce. Aluśka chwilowo ucisza się przy pomocy wafelka, ja pochłaniam croissanta.
Zabrakło czasu na obiad.
Odbieram kilka służbowych telefonów i smsów.
Zabieram ją do Sali Zabaw, w której odbywają się urodziny.
Trochę się z nią bawię, trochę sobie siedzimy. Nie powinnam siedzieć. Jest zmęczona. Siedzenie tylko wzmaga do poczucie.
Jeszcze jeden telefon z pracy.
O 19 kończą się urodziny, idziemy spacerem po psa.
Aluśka traci cierpliwość do wózka, woli iść.

Chciałabym już być w domu i móc ją położyć.
Czuję, że siły mnie opuszczają.
Wyciągam ją jednak i stawiam na chodniku.

W jednej ręce wózek, obwieszony siatkami z ciuchami i zakupami, w drugiej pies.

I wtedy nadchodzi moja odsiecz.

Starszy Brat swojej Siostry.

Bierze ją za rękę i prowadzi troskliwie przede mną.

A ona jest tak szczęśliwa, że kiedy na chwilę się puszczają, zaraz wyciąga łapkę do niego, pomimo że zwykle ciężko ją namówić na tę formę spacerowania.

Prowadzi ją tak do samego domu, pomimo, że mała znów zaczyna marudzić i co chwile wyrzuca smoczek, za którym od razu płacze.

Docieramy.
Mogę odetchnąć z ulgą.
Puszczam Sebę jeszcze na trochę na boisko przed domem.
Rozpakowuję zakupy, przebieram Alę, myję i kładę spać.
Odpływa dość szybko.

Zjadam sushi z przeceny, wołam Sebę, szykuję mu kolację.

Jest 21. Zaraz pójdziemy czytać "Króla Maciusia I", a później spać.

Muszę przygotować jeszcze rzeczy na jutro, ogarnąć mieszkanie i zrobić obiad na jutro, aby tym razem zjeść coś ciepłego.



Tak, padam na ryj.
Bywam wykończona, zagoniona i przywalona masą spraw, o których muszę pamiętać, myśleć, które trzeba zorganizować.

Bywają chwile, kiedy zastanawiam się co ja sobie wyobrażałam, decydując się na drugie dziecko.
Że nic się nie zmieni?
Że nie może być dużo ciężej?
Że co za różnica?
Że skoro z jednym dałam radę sama przez 2,5 roku, to we dwoje z dwójką nie powinno stanowić problemu....

....taaaaaa


Chyba tak myślałam .


Na szczęście myślałam też o tym, że dwoje dzieci , ma zawsze siebie na wzajem.

I tak też jest.

I mimo, że padam.
To zaraz wstaję i się otrzepuję, kiedy widzę ich takich:




piątek, 19 maja 2017

Konwalie

Nasza sala jest naprawdę przestronna.
Ma ścianę pod skos, która dodaje jej pewnej przytulności.
Zdobią ją kolorowe naklejki z postaciami z bajek.
Mamy tu też mały stolik, przy którym Ala siedząc na małym krzesełku bawi się.
Mamy nawet własną łazienkę.
Naprawdę super warunki.

I dzisiaj pachnie tu konwaliami.

Ta sala od wtorku jest naszym domem.
Moim i Alicji.

Małej Alusi z siniakami na zgięciu obu rączek i wenflonem założonym na wierzchu dłoni.

Codziennie wieczorem , kiedy pytam jej "idziemy luli?", kiwa potakująco główką i wskazuje palcem na drzwi.
Myśli, że pójdziemy do naszego prawdziwego domu i naszej sypialni.

Jeszcze nie dziś.

Jesteśmy tu z powodu zapalenia ucha, które nie dawało żadnych objawów, poza wysoką kilkudniową gorączką i naprawdę alarmująco kiepskimi wynikami.

Co 6 godzin od wtorku Alicja przez wenflon przyjmuje solidną dawkę antybiotyku.
Zawsze boli ją ten pierwszy moment wtłaczania leku.
Co 6 godzin  ściska mnie w  żołądku.
Gdy była cewnikowana,  wycisnęło nawet łzy.

Otarłam je szybko, bo przecież wiem,  że to wszystko dla jej dobra.

Tak ciężko jednak znosi się cierpienie własnego dziecka, nawet jeśli to stosunkowo niewielkie cierpienie.


Moje drugie dziecko też cierpi.
Nie, nie jest na nic chory.
Tak przeżywa pobyt siostry w szpitalu i naszą nieobecność w domu.

Dzisiaj umówiliśmy się,  że M. zostanie z Alusią na jakiś czas, a ja pójdę z Sebą na spacer.
Sebastian czekał na mnie przed oddziałem.
W nowej fryzurze, prosto z salonu, w koszuli w kratę i z bukietem konwalii.

Odebrałam od niego kwiatki i szybko wróciłam do sali, by wstawić je do wody, pozwalając w ciągu tych kilkunastu sekund, aby kilka łez niezauważalnie wypłynęło z moich piekących ze wzruszenia oczu.

Poszliśmy spacerem do najbardziej niezdrowej restauracji sieciowej, zjedliśmy nasze zestawy i mieliśmy iść dalej.
Ale on nagle się rozkaszlał, zrobiło mu się niedobrze.
Zatrzymaliśmy się, posiedział chwilę, stwierdził,że już mu przeszło.
Poszliśmy zatem dalej.
Stracił jednak humor, wciąż kaszlał i stał się taki nieswój.
Zajrzałam do gardła - czyste.
Wróciliśmy jednak do szpitala, pożyczyłam od pielęgniarek termometr - nie miał gorączki.
Prosił, żeby już wracać do domu.
Pożegnałam się z nim więc i wróciłam na salę, pokrótce streszczając M. co się stało.
Odjechali , a ja wylałam morze łez.

Znam dobrze moje dziecko.
I wiem, że mam matczyną intuicję.
Nic fizycznego go nie dopadło.
To była jego reakcja na stres i emocje.

Gdy wrócił do dziadków, poczuł się lepiej.
Po godzinie nawet zaczął mówić, że chce z powrotem do mamy.

Bycie matką, to naprawdę łzawy zawód.
Moja mama powtarza, że będąc matką, żyjesz w ciągłym strachu.
To prawda.
Poza wszystkimi cudownymi emocjami:
Wzruszeniem z powodu kilku konwalii kupionych u zgarbionej staruszki.
Ciepłem rozlewającym się w sercu, kiedy będąc tu z Alą, czuję te wszystkie niewidzialne niteczki, jakie są pomiędzy mną a nią ....

poza cała masą tych dobrych,
zawsze z tyłu głowy mam strach.
A często rozchodzi się od tego tyłu i zaprząta prawie całą mnie.
Boję się, gdy chorują, gdy cierpią, gdy im przykro i źle.

Odliczam dni do naszego wyjścia do domu.
Nie pójdę od razu do pracy.
Zrobię sobie wolny dzień i zabiorę ich na działkę.
Spędzimy ten dzień na powietrzu razem.

Na naszej działce na pewno też już kwitną konwalie....






poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Bliskość

Uwielbiam czas oczekiwania na nasz Ślub !

Pamiętam, że kiedyś pisałam tutaj, że nie zależy mi na białej sukni i na weselu.
No i jakoś specjalnie nie zależało.
Impreza miała być, a że się okazało , że trochę mamy tych przyjaciół i rodziny, to już wesele wyszło jakoś samo z tej imprezy :)

Suknia, bo przyjaciółki , równym chórem, choć każda osobno, powtarzały, że jakże to ślub bez sukni. Że potem będę żałować. Że to jedyny taki raz i będę księżniczką....
no jak się nie skusić? :)

I tak teraz szykuję , organizuję, czekam i cieszę się.

Ale tak naprawdę to nie suknia, nie tort i nie urokliwe nasze ślubne miejsce tak mnie nakręcają.

Najbardziej zachwyca mnie i rozczula myśl o tym, kto będzie moim mężem.

Zerkam tak sobie czasem na tego mojego Miśka , myśląc "oto mój przyszły mąż". Serducho aż mi rośnie

Czasami oglądamy stare zdjęcia.
Takie kilkunastoletnie, z czasów kiedy się przyjaźniliśmy... śmiejemy się nieraz, że strasznie długo nam zajęło zrozumienie tego, co tak naprawdę powinno nas łączyć...
A bywa, że zastanawiam się, czy czegoś przez to nie straciliśmy.
Może trochę takiego wspólnego czasu.
Nie do końca zdążyliśmy "nabyć się" parą. Od razu staliśmy się rodziną.
No i trochę mało mamy tych fotek, na których jesteśmy młodzi, szczupli , gładcy i rozczochrani :)

Cóż...jak mawiają podobno Czesi- "to se już ne wrati"
Mamy tu i teraz.
3 miesiące do Ślubu.

Te wszystkie przedślubne zabiegi zmusiły nas, do spędzania większej ilości czasu razem. I trochę sobie przypomnieliśmy, że właśnie oprócz tego, że rodziną, to jesteśmy jeszcze parą.
Dobrze nam to robi :)

Sebastian speszony zwykle odwraca głowę, kiedy się całujemy.
Tłumaczymy mu , że to powód do radości. Że całowanie i przytulanie to Miłość i że jego i Alę też przecież ciągle tulimy i buziakujemy, tylko trochę inaczej.
Rozumie, a jednak się peszy.

Jego zażenowanie jest jednak niczym , w porównaniu ze zdziwionym zapytaniem brata jego kolegi, dlaczego się przytulamy.
Śmialiśmy się, odpowiadając, że po to, aby było nam cieplej.
Potem jednak pomyślałam sobie, że niestety, ale tak to jest.
Pewnie rodzice z długim związkowym stażem już tak często tego nie robią.
Sama niewiele pamiętam takich czułości pomiędzy moimi rodzicami.
Oni nie byli zbyt wylewni w okazywaniu uczuć ani do siebie, ani do mnie.

Absolutnie nie jestem zwolenniczką publicznego wiszenia na sobie, obmacywania i namiętnego wymieniana płynów ustrojowych.
Ale chciałabym aby w  domu, dla naszych dzieciaków, okazywanie sobie uczuć...takie sympatyczne, codzienne, normalne, było czymś naturalnym.

Chciałabym, żeby to nie było tylko teraz, przed Ślubem.
Ale później....zwłaszcza później - również.

Ta bliskość jest miła.

Siedziałam ostatnio na kanapie, oglądając serial i tuląc przysypiającą Aluśkę.
Rzadko mi się to zdarza, ale akurat był taki piękny wieczór pewnego dnia :)
M. kręcił się po mieszkaniu, cośtam sprzątał, układał, przenosił.
-Możesz znaleźć 3 minutki, żeby tu koło mnie usiąść i mnie przytulić? - zapytałam ,bo jakoś tak mnie nagle naszła mała tęsknotka

Odłożył wszystko, przyszedł i przytulił.

I posiedział 3 minutki :)


Lubię to coś między nami.
Chcę to pielęgnować wciąż.
I wierzę, że uda nam się to zachować.

Również po to, aby nasze dzieci wiedziały i czuły, że ich rodzice naprawdę się kochają.
Myślę, że to ważne.


środa, 19 kwietnia 2017



W ostatnich tygodniach czułam,  że moje wewnętrzne baterie wyczerpują się za każdym podniesieniem się z łóżka.
Znacie to - otwierasz oczy i już jesteś zmęczona.

Czym ja z tym nie walczyłam.
Zdrowa dieta, jogging na siłę, dodatkowe witaminy, herbata zielona, herbata z czerwonokrzewu, kawa, pozytywne myślenie...
Niestety nie było siły na totalne poczucie przemęczenia i zniechęcenia.

Nie chciało mi się już prawie niczego.
Obowiązki jak robot - wykonywałam mechanicznie i tyle, ile trzeba. Ani odrobinę więcej.

Nie chciało mi się też myśleć o Świętach.
Chcieliśmy wyjechać tam, gdzie rok temu, ale przegapiłam moment i zabrakło miejsc.
Zaczęłam szukać czegoś innego , przekopałam różne oferty, ale wszędzie odmowy. Albo kiedy już praktycznie dokonywałam rezerwacji, okazywało się, że coś jest nie tak.
Nie miałam siły już nawet się tym przejmować.
Uznałam, że Święta będą w domu i tyle.
Wszystko jedno.

Na szczęście mama codziennie mnie zamęczała.
"A zobacz jeszcze tutaj."
"A może zadzwońmy tam. "

No i wymęczyła.
Znaleźliśmy coś, co mogło odpowiadać grupie złożonej z 8 dorosłych i 4 dzieci.

Nie przytoczę niecenzuralnych słów, które mamrotałam  namiętnie pod nosem pakując nas przez dwa dni.

Kurczę no!
Czy wasi faceci też tak mają, że w 30 minut są gotowi do drogi?
No nie licząc przygotowania samochodu.

Ja pakuję, siebie, dzieci i oczywiście wszystko, co wspólne - od ręczników, przez pastę do zębów, kubki, jedzenie po leki i ładowarki do telefonów.
On się na 4 dni mieści w mojej torbie na fitness, a "ja" w 3 walizkach + torba z prowiantem na drogę.


Przed samym wyjazdem musieliśmy nagle zmienić plan naszej trasy.
Nikt nie wpadł na to, że przejazd niemiecką autostradą, to również jest wjazd za granicę i dzieciom potrzebne są dokumenty.
Uwielbiam takie zwroty akcji :)

Na szczęście udało nam się w końcu wyjechać i nawet w miarę sprawnie dotrzeć.

Hotel okazał się całkiem przyjemny.
Trafiliśmy na bardzo wygodne pokoje.
Baza wypadowa na spacery była idealna.
Jedzenie.... w takich ilościach i tak smaczne, że nie uniknęliśmy tradycyjnego "Booooże już nic nie wcisnę......no dobra, może jeszcze ten kawałek serniczka" - całe szczęście było to później gdzie "wychodzić".
Nawet pogoda, mimo fatalnych wręcz prognoz, była dość łaskawa.

Nieopisana to wygoda, kiedy nagle o nic nie musisz się martwić.
Wszystko jest na miejscu, jedzenie pod nos podane, nie trzeba o świcie się zrywać.
4 dni wystarczyły aby się zregenerować.
Wyciszyć patrząc na morskie fale.
Nagadać z przyjaciółką.
Wysączyć drinka.
Pobiegać z dzieciakami po plaży (Aluśka tym razem eksplorowała już plażę na całego)
Poprzytulać się w spokoju z Narzeczonym, bez błądzących z tyłu głowy myśli co to ja jeszcze miałam dzisiaj zrobić....
Napatrzeć się na dzieciaki , jaką mają radochę z tej wycieczki i z obecności całej rodziny w jednym miejscu.


Wróciłam wypoczęta, naładowana i uśmiechnięta.
Zupełnie inna niż wyjeżdżałam.

Jedyne czego jednak tym razem zabrakło nam na tym wyjeździe, to świąteczna atmosfera.
Rok temu hotel, w którym byliśmy, zadbał o takie sprawy. Tym razem niestety brakło wielkanocnych akcentów.
Szkoda, szczególnie jeśli chodzi o dzieci.

Mimo tego, skorzystaliśmy na tej wyprawie wszyscy.
I jest jakoś lepiej, pomimo, że pogoda robi wszystko , żeby przygasić wiosenne nastroje.






















wtorek, 28 marca 2017

Przebudzona z zimowego snu :)

O jejuuu....
ja chyba zupełnie zapomniałam, że przecież pisuję czasem bloga. 

Poważnie! 
Nie miałam pojęcia jak długo tu nie zaglądałam. 

No niestety moja lista obowiązków, zadań, spraw do zapamiętania, załatwienia i zorganizowania jest tak długa, że często umykają mi podstawowe rzeczy. 

Teraz to dopiero czas mi leci. Zawsze leciał za szybko, ale teraz po prostu...no apogeum. 

Jutro 29 marca i zostanie nam dokładnie 4 miesiące do ślubu. 
Tylko 4 miesiące a my mamy : 
-knajpę
-dja
-wódkę
-suknię
-fotografa

I tyle :D 

Nie donieśliśmy dokumentów do urzędu, nie mamy jeszcze gotowych zaproszeń, nie ma ustalonego menu, ani dekoracji, nie mam butów, pomysłu na fryzurę i makijaż, nie zdążyłam schudnąć....tzn zdążyłam, ale jeszcze z 5kg minimum by się przydało. Nie ma garnituru, biżuterii, transportu, opiekunki do dzieci...... w sumie to nie mam nawet listy czego jeszcze nie mam ;D

Na szczęście do tej pory wiele spraw jakoś rozwiązywało się samych, więc mam nadzieję, że popłyniemy dalej na tej fali ;) 

A co nie pyknie, to się jakoś doorganizuje. 
Chyba. 

Nie chcę się tym spinać. Chciałabym, żeby to było coś miłego i fajnego, czego nie przypłacę ogromem stresu i nerwów. 

Ślub niegotowy, za to podróż poślubną już właściwie mamy na finiszu organizacji.... i od razu widać o co Miśkom tak naprawdę w życiu chodzi. 
Może jednak ten pomysł z wyjazdowym ślubem nie był taki zły... i pasował do nas? 
No ale cóż..... tyle już zrobiliśmy, to dokończymy tę imprezę, zabawimy się, a potem sobie odpoczniemy pod Bałkańską palmą, czy innym drzewem oliwnym :) 

W tym roku mamy też zaplanowany jeszcze jeden wyjazd - kolejny raz  Święta Wielkanocne nad morzem. Czekam na to z niecierpliwością, bo szczerze mówiąc, marzę o chwili odpoczynku. I stęskniłam się za Bałtykiem. 
Przyznam, że miałam już stan takiego zmęczenia i zniechęcenia, że nawet tego wyjazdu nie chciało mi się ogarniać. A na myśl o kilkugodzinnej podróży miałam odruch... No....Na szczęście z każdej strony wszyscy mnie cisnęli , i jakoś wyjścia nie było - spięłam się, znalazłam z mamą miejsce i jedziemy. 

Dzisiaj jakoś jaśniej patrzę na wszystko. 
To chyba wpływ wiosny, której w końcu udało się przedrzeć przez zimową zasłonę. 
Ja od razu odczuwam tę pozytywną zmianę i przypływ nowej energii. 

Macham więc do was wiosennie i mam nadzieję, że również do pisania będzie mi się łatwiej zabierać. 


poniedziałek, 16 stycznia 2017

Roczne podsumowanie

Zajrzałam do zeszłorocznego postu podsumowującego. 
W ostatnim akapicie zapisałam, że nie będzie mi przykro, jeśli za rok o tej porze napiszę, że był to wyjątkowo nudny rok, w którym nie przytrafiło nam się nic naprawdę wyjątkowego. 
No i cóż.... 
;) 

No nie napiszę, że było nudno, ale rzeczywiście nic takiego wyjątkowego nam się nie przytrafiło. 
I dobrze. 
Było tak jak chciałam - z koncentracją na macierzyństwie i domu. 
Czasem bywało to nużące, mimo tego czas przeleciał mi szybko. 
Z radością obserwowałam pierwszy rok życia Ali. Bo to był dla niej rok pierwszych razów. Pierwszy uśmiech, pierwsze"mama" i "tata" , pierwszy ząbek, pierwsze próby raczkowania, pierwsze kroczki, pierwsze pójście do żłobka... 
Hmmm....w zasadzie stwierdzam, że to jednak sporo istotnych zdarzeń :) 

Mieliśmy bardzo udane Święta - i te Wielkanocne i Bożonarodzeniowe. 
Byliśmy na długich wakacjach, bez pogody :) 
Kupiliśmy działkę- większą, ładniejszą i bliżej domu. 

Nikogo w 2016 nie pożegnaliśmy, na szczęście. 
Za to we wrześniu powitaliśmy Kruszynki. 
I chociaż ich przyjście na Świat okupione było ogromnymi nerwami, to dzisiaj już mamy pewność, że jest dobrze i najgorsze za nimi. 

W drugiej połowie roku udało mi się trochę schudnąć i usprawnić swoją kondycję oraz zmienić nawyki żywieniowe. Chciałabym utrzymać w dalszym ciągu te tendencje, bo poprawiło to zdecydowanie moją samoocenę oraz wiarę we własne siły.  
Wszystko przy ogromnym wsparciu ze strony rodziny i przyjaciół. 

Rodzina i Przyjaciele to takie dwa symbole, które mogłabym zawiesić nad cyfrą 2016. I życzyłabym sobie te symbole pozostawić na miejscu, a zmieniać tylko kolejne cyfry. 

Zdrowia nam nie brakowało - zatem nadal niech tak będzie. 

Jedyne, czego nie zrealizowałam  - to poprawa sytuacji zawodowej.  Nadal jestem z niej nie do końca zadowolona i po raz kolejny chciałabym znaleźć w sobie siłę i umiejętności aby to zmienić. 

Rozpoczęliśmy planowanie Ślubu. Mamy już datę, lokal, listę gości, sukienkę, a wczoraj odhaczyliśmy jako załatwioną, pozycję pt. "DJ" . Realizacja projektu "Ślub" - to priorytetowe zadanie na ten rok. Myślę, że sprawi mi sporo radości. 
I pewnie trochę nerwów ;) 

Czuję się spełniona i szczęśliwa. 
Oczywiście, że narzekam. Zawsze muszę trochę narzekać. Najpierw na siedzenie w domu, teraz na brak czasu dla tegoż domu. 
Ale mimo wszystko, jest naprawdę dobrze i będzie idealnie, jeśli tak zostanie. A ja przy tym wszystkim będę dokładać wysiłków, by było coraz lepiej. Żebym ja była coraz lepszą wersją siebie. 
Jestem wdzięczna za tę stabilizację, jaką dał 2016 rok.  
I gotowa na to, co przyniesie 2017. 

wtorek, 10 stycznia 2017

Familia w zimowej odsłonie

Nie cierpię pożegnań. 
Zwłaszcza takich, kiedy po długim czasie niewidzenia, przyzwyczaisz się, że ktoś jest z powrotem, a on znów musi wracać do siebie. 
Takie pożegnanie niestety miałam wczoraj z Siostrą.
Burzliwa bywa ta nasza siostrzana miłość. Pełna niezgodności. 
Ale mimo wszystko niezłomna .... i to nie jest ok, że tak daleko od siebie mieszkamy i tylko kilka razy w roku się widujemy. 

Byłoby super być zawsze blisko. 



Jednak ten post planowo nie miał być smutny. 
I nie będzie. 
Bo dobrze zakończyliśmy miniony rok i równie dobrze rozpoczęliśmy nowy. 
Rodzinnie. 
Rodzinnie było jak chyba nigdy. 
Święta były rodzinne, urodziny obchodziłam w rodzinnym gronie i Sylwestra w końcu też spędziliśmy w domu, rodzinnie. 
To chyba pierwszy Sylwester, od czasów dziecięcych, który spędziłam z Siostrą. 
Z Siostrą, naszymi narzeczonymi, rodzicami i dziećmi.  
I było tak fajnie, wesoło i sympatycznie, że jestem pewna, że żaden elegancki bal na Białej Sali , czy w Zamkowej Komnacie nie zapewniłby nam tylu pozytywnych emocji. 

W pierwszy tegoroczny długi weekend wyjechaliśmy wspólnie do Świeradowa.
Wyjazd był poprzedzony kilkoma spięciami i nerwami, ale ostatecznie wsiedliśmy w 3 auta i wyruszyliśmy .
Świeradów przywitał nas najpiękniejszą zimą, jaka chyba była możliwa. 
W piątkowy wieczór sypał gęsty, puszysty śnieg. 
Mróz szczypał w poliki. 
W mieście błyszczały świąteczne dekoracje. 
Cudny klimat! 
Jeszcze bardziej polubiłam Świeradów,który do tej pory znany był mi z odsłon letniej i jesiennej.

Sobotni plan mieliśmy wypełniony po brzegi. Jeszcze przed południem podziwialiśmy urokliwe zimowe widoki ze szczytu Izerskiego Stogu. Rozcieraliśmy zimne stopy w schronisku, popijając grzane wino. 
Po wycieczce skorzystaliśmy z usług hotelowego fizjoterapeuty, który zaserwował nam relaksujące masaże gorącymi kamieniami. 
Wieczorem spacer po mieście, sanki i kolacja w kameralnej knajpce.  
Był czas pogadać, pośmiać się, pograć w planszówki, pobawić się z dzieciakami. 
Czas totalnie familijny. 
Taki, jaki właśnie powinniśmy wszyscy mieć w tym świątecznym okresie. 
W niedzielę jeszcze relaks w aquaparku i spokojny powrót do domu. 
Chociaż chciało się więcej. 
Wszyscy zaczerpnęliśmy głęboki oddech w ciągu tych 3 dni. 

Dzisiaj przeglądam zdjęcia i jestem z nas dumna. 
Bo szczerze mówiąc, to wcale nie jest takie zupełnie proste - spędzać czas w większym rodzinnym gronie. 
Jest nas razem 8 - 6 dorosłych i 2 dzieci. Każdy z nas ma inny charakter, inne nawyki, inne upodobania, odmienne pomysły na spędzanie wolnego czasu. Wstajemy o różnych porach, jemy inaczej, wolny czas lubimy spędzać różnie. 
Dzieci, jak to dzieci, są wymagające. Moja siostra i jej narzeczony nie mają dzieci i nawet nie bardzo chcą. Czasem wielkimi oczami patrzą na to jak funkcjonuje się z dwójką maluchów. Rodzice z racji wieku, mają swoje przyzwyczajenia. Kobiety w naszej rodzinie potrafią mieć humorki. A i chłopaki nieraz wywiną jakiś numer. 
Pogodzić to wszystko, to jest sztuka. 

A w tej "sztuce" istotnych jest kilka czynników. 
To przede wszystkim miłość, a ponad to: dobra wola, dobre chęci i wyrozumiałość. 
Staramy się , by tego wszystkiego nie brakowało. 
I chyba się udaje. 
Wszystkim się podobał ten wspólny czas, każdy z nas starał się aby był on przyjemny dla wszystkich. 
I to chyba tajemnica naszego sukcesu. 

Jestem dumna z mojej nieidealnej rodziny. 
Z tego, że potrafimy pogodzić potrzeby wszystkich 3 pokoleń, że chcemy i lubimy spędzać razem czas. 

Szkoda, że nie mamy go więcej....chociaż może właśnie tym bardziej wszyscy go doceniamy