Razem Lepiej!
sobota, 24 stycznia 2015
Przydługi dyskurs w temacie Matki Polskiej Domowej
Połowa czytanych przeze mnie blogów parentingowych zawiera przynajmniej jednego posta, poruszającego tę problematykę.
I ja już chyba kiedyśtam cośtam wspominałam.
Dziś jednak wrócić muszę do tematu.
Zagotowana jestem nieco, bo na świeżo właśnie po przeczytaniu komentatorskiej burzy pod postem uwielbianej przeze mnie Mamy Dwóch Córek.
Różne mamy modele życia w naszym cudownym kraju.
I różne modele Matki-Polki.
Sama już przerobiłam ich kilka.
Pół roku siedziałam w domu na macierzyńskim.
Dwa lata byłam samotną matką pracującą.
Od kilku miesięcy jestem już nie samotną matką pracującą.
A od lutego najprawdopodobniej będę niesamotną matką, prowadzącą coś w stylu własnego biznesu.
I powiem tak - za każdym razem nie czuję się w pełni usatysfakcjonowana.
Pół roku macierzyńskiego.
Fajna sprawa.
Zwłaszcza,że przemieszkałam ten czas u rodziców. Oboje pracujący, wtedy jeszcze od rana do wieczora, ale i tak pomoc ogromna.
Po 4 pierwszych miesiącach stwierdziłam, że trochę nuda.
Po 2 miesiącach od porodu chodziłam już 4 razy w tygodniu na tańce i fitness.
Miesiąc później doszedł jeszcze cotygodniowy basen z niemowlakiem.
Na koniec jednak, cała szczęśliwa wróciłam do pracy i firmowych znajomych.
Łączyło się to z wyprowadzką od rodziców. Wyprowadzką 160km dalej, bo praca została właśnie tak daleko. Niewiele mogłam dla siebie zrobić. Czułam , że moje życie to głównie praca i bycie mamą. Starałam się w "wolnym czasie" być jak najbardziej aktywna. Robiliśmy sobie z Sebą wycieczki, chodziliśmy na basen, na salę zabaw, na imprezy, odwiedzaliśmy znajomych. Pamiętam jednak, iż czułam, że mało tego jest.
Pogodzenie pracy, macierzyństwa i KAŻDEGO jednego obowiązku związanego z prowadzeniem gospodarstwa domowego - od obiadu przez wyprowadzanie psa, po mycie podłóg ; od zaprowadzenia auta do mechanika po wymianę przepalonej żarówki - to jest jednak dużo jak na dwudziestoczterogodzinną dobę i jednego człowieka.
Wszystko było po łebkach. Sprzątnięte było z grubsza. Pieniędzy było "na styk"...ale najgorsze wyrzuty sumienia dręczyły mnie z powodu uczucia, że za mało czasu poświęcam synowi. Świadomość, że on tylko raz jest mały, wyrośnie szybko i przestanie mnie potrzebować tak mocno jak teraz, a ja właśnie teraz nie mogę być dla niego tak, jakbym chciała, zżerała wręcz moje serce. Poza tym notoryczne przemęczenie. Fizyczne, psychiczne. I poczucie, że utknęłam w miejscu.
Później nastąpił gwałtowny obrót spraw, kolejna zmiana modelu życia.
Tak do końca jeszcze się w niej nie odnalazłam...a już czeka mnie następna.
Jest lepiej.
Dużo lepiej.
Już jest nas - Rodziców - dwoje.
Dwie pensje, dwie pary rąk i dwie głowy do ogarnięcia chałupy, dwa serca dla Syna.
I Dziadkowie blisko.
Raj, zdawać by się mogło.
Ogólnie nie narzekam, ale wcale nie czuję, żeby było idealnie.
Wracam po pracy do domu ok 16:20. Do tej pory Syn jest albo w przedszkolu, albo od półtorej godziny u Dziadków. Zanim obiad, ogarnięcie chaty, robi się prawie 18. Zostaje 2,5 godziny na bycie Mamą. Jeśli akurat tego dnia nie ma dodatkowych zadań, zakupów, wizyt lekarskich itd itp. 2,5 wieczornej godziny, kiedy dziecko, budzone o 7:00 jest już zmęczone po całym dniu.
To też nie jest wcale to, czego tak naprawdę bym chciała.
No oprócz tego jestem przecież jeszcze ja - kobieta. Mam pomysł na swój samorozwój, znalazłabym nawet na niego czas, ale odbędzie się to znów trochę kosztem dziecka i wspólnych weekendów. A ono wciąż rośnie. W tempie zastraszającym. Jak długo jeszcze Mamusia będzie tak niezbędna w jego życiu?
Mam pomysł na inny typ pracy. Z jednej strony czuję potrzebę wcielenia go w życie.
Bo docelowo więcej pieniędzy, a lubię czuć komfort w tej materii, bo to dla mnie krok do przodu, inwestycja w siebie i rodzaj sprawdzianu, a że jeszcze jakieś ambicje mam, to kusi trochę wizja.
Ale znów, czy aby nie obędzie się to kosztem dziecka?
Nowe obowiązki, stres, odpowiedzialność i brak stabilizacji jeśli chodzi o finanse. Zwłaszcza początkowo. Może być lepiej, ale może też być gorzej. Istnieje jakieś ryzyko. To wszystko znowu nie do końca to.
Do czego zmierzam?
Zostając matkami, podejmujemy jakieś wybory.
Czasem jesteśmy do nich zmuszone przez sytuację.
Czasem świadomie decydujemy się na ten, czy inny model.
Czasem mamy nawet możliwość zdecydować o tym wspólnie z partnerem.
Nie podpisujemy jednak cyrografu własną krwią.
Oświadczenia, że od tej pory, wchodząc w rolę matki pracującej/ matki biznesmenki/ korpo-matki/ pełnoetatowej piastunki domowego ogniska etc., zobowiązujemy się do nienarzekania, bycia wiecznie uśmiechniętą i radosną.
I całe szczęście!
Realia często okazują się być nieco inne niż nam się zdawało.
A wyjść z roli bywa niezwykle trudno.
Wiem coś o tym. Bo każde moje wyjście z roli, to było postawienie naszego małego Świata na głowie. Masa wyrzeczeń z mojej strony i zmiana porządku, w którym Dziecko czuło się bezpiecznie. Doskonale zdaję sobie sprawę, że większość wychowawczych problemów, z jakimi ścieramy się w wychowaniu Syna, związana jest z roller coasterem, jaki mu funduję regularnie od 3,5 roku.
Taki minus.
Jaką mam konkluzję?
A taką, że nie ma Złotego Środka.
Chociaż wydaje mi się, że coś na krój idealnego stylu życia, odnalazłam u moich koleżanek, żyjących w innych krajach. Tam istnieje pomoc socjalna. Dla niemal każdego dziecka. Pomoc, która pozwala matce na dużo więcej. Na wykonywanie pracy w mniejszym wymiarze godzin (i ofert rzeczonej pracy nie brakuje), na spędzanie czasu z dzieckiem inaczej, niż tylko w domu - istnieją miejsca, gdzie za darmo odbywają się zajęcia dla rodziców z dziećmi. W dodatku rozwojowe dla obu stron. Od kilku lat mam wrażenie , że tak właśnie byłoby idealnie. I wilk syty i owca cała. I dziecko zaopiekowane i matka niezgnuśniała i dom ogarnięty i relacje partnerskie nadal pozostają partnerskie. Można? Można.
Ale pomoc państwa i jego organizacja, wydaje mi się, ma tutaj znaczącą rolę.
Niestety żyjemy, gdzie żyjemy.
W kraju, gdzie najpierw należy sobie przekalkulować co się w ogóle opłaca.
Bo mając dwoje dzieci, zwłaszcza zbliżonych wiekowo, często okazuje się, że większość zarobionych przez ich matkę pieniędzy, zostanie przeznaczonych na żłobek czy przedszkole. I czy te poranne łzy, nieraz odparzone pupy, miesiącami ciągnące się smary i kaszle, są tego warte?
Każdy musi sobie sam na to pytanie odpowiedzieć.
Moim subiektywnym zdaniem, kiedy Mama pracuje na cały etat, w domu nie jest już tak fajnie. Często nie pachnie mamusinym obiadem, częściej kończą się czyste skarpety, z dzieciństwa nie zostaje już tak dużo wspomnień o tym, jak się z mamą grało w planszówkę, asystowało przy garach, chodziło na spacery.
I zapach pieczonego ciasta zdarza się już tylko od większego święta.
Kobieta, która decyduje się zająć domem i dzieckiem /dziećmi, również nie ma łatwo.
Jej codzienność, to Dzień Świstaka.
Ponieważ nie zarabia, dużo się od niej oczekuje...ona sama zwykle bardzo dużo od siebie wymaga. Rezygnuje przy tym z własnego ego. I prawdopodobnie nie dlatego, że brak jej ambicji. Może dlatego,że właśnie ma ogromne poczucie obowiązku i świadomość, że musi być w pełnej gotowości 24h/d. W ten sposób "odpracowuje" zarabiającego męża.
I tak naprawdę, dla mnie nie jest to wielka różnica.
Równie dobrze można by zawiesić grafik na lodówce;
Od godziny 8 do 16 robota kucharki, sprzątaczki i niani, a po 16 bycie mamą. I byłoby prawie tak samo jak gdyby wyszła do biura, fabryki czy gdziekolwiek.
I jeszcze na koniec parę słów na temat panów w całym tym bałaganie.
Zwykle to wszystko nie dzieje się poza nimi.
Oni też chcą mieć dziecko.
Przecież to nie jest tak, że wiedzione niepohamowanym,zwierzęcym instynktem macierzyńskim, dosiadamy w czasie owulacji wierzgającego jak dziki mustang, partnera, zaciskając mocno uda, by nie spaść i by, nie daj Boże, nie wystrzelił gdzieś w ścianę, zamiast prosto w nasz jajowód. Przeważnie dziecko powstaje, bo para tego pragnie.
I później w parze zostają podjęte pewne wybory i dalsza droga, jaką potoczą się losy rodziny, zostaje wspólnie obrana.
Totalnie nie rozumiem więc, skąd potem pretensje, wypominki, poczucie wyższości - bo on zarabia, a ona TYLKO w domu siedzi. Przecież to się samo nie zrobiło i nie postanowiło.
Nie generalizuję tutaj, bo znam facetów, którzy doceniają wartość szczęśliwych dzieci, wychowanych przy mamie i zaopiekowanego domu.
Mój M. sam ma w najbliższej rodzinie "kurę domową" i pełen jest podziwu do jej pracy.
No ale M. jest generalnie wspaniały, więc... ;)
Żartuję oczywiście - prawda taka, że jeszcze się okaże jak to z nami będzie i jak się dalej ułoży, co się zmieni, gdy kiedyś pojawi się drugie dzieciątko?
Na chwilę obecną jednak, cieszę się, że ma na to zdrowy ogląd, i że znam jeszcze inne przykłady mężczyzn, którzy też taki mają.
Ja osobiście wiem, że długo nie wytrzymałabym zupełnie nie pracując zawodowo, ale zdecydowanie chciałabym móc poświęcać więcej czasu mojej Rodzinie.
Nie ma ideału.
Dlatego nie ma sensu oceniać przyjętego przez kogoś modelu.
Jeśli istnieją kobiety, którym udaje się wzorcowo i bezbłędnie funkcjonować w opisanych przeze mnie sytuacjach, to naprawdę szacun z mojej strony.
A tym, którym się nie udaje, które czują się nie do końca spełnione, mogę podać rękę.
I chociaż wierzę, że wiele zależy od nas samych i osobiście staram się tę zasadę wprowadzać w życie, to zdaję sobie również sprawę, że nie zawsze się da zmienić coś tak, aby było naprawdę dobrze.
A jak to wszystko dodatkowo jeszcze zależy od pieniędzy, to już jest historia na osobny wywód.
Amen.
środa, 21 stycznia 2015
Zwykłe sprawki
Realizowanie nowego planu mojego życia zawodowego - w toku.
Pomału kształtuje się zarys i wygląda na to, że od pierwszego lutego, nie dosyć,że w ramach home office, to jeszcze sama sobie będę sterem, żeglarzem i okrętem.
Trochę strach, trochę ekscytacja.
Nie wiem czy podołam, ale spróbuję.
W sumie i tak niewiele mam do stracenia.
Na razie muszę plan poukładać do końca i wymyślić jak to wszystko ma dokładnie wyglądać.
Trzymajcie za mnie kciuki :)
Dawno nic się nie działo wywrotowego, prawda? :)
W sprawach pozazawodowych - uroczo :)
Rocznica związku wpłynęła na nas pobudzająco i właśnie przechodzimy kolejny już etap wzmożonej wzajemnej fascynacji...co oznacza, że gdyby nie obowiązki, to najchętniej nie wychodzilibyśmy z łóżka i rozmawiali tylko o tym jak nam razem dobrze i jak się kochamy.
Planujemy teraz huczne obchody Miśka 30 urodzin, połączone z parapetówkami. Przed nami dwie imprezowe soboty...to tak na początek, bo mamy tyle znajomych, że na pewno będzie potrzeba więcej tych parapetówek.
Cieszę się, bo lubię organizować imprezy, chociaż roboty czeka mnie sporo.
Wczoraj odebraliśmy nasze piękne, wyczekane miesiąc czasu firany i zasłony. I ja już oczywiście cała rozentuzjazmowana, w podskokach, z tymi firanami wkroczyłam do mieszkania z pieśnią na ustach "Wieszajmy już, wieszajmy..."(nie żeby istniała taka pieśń - sama stworzyłam na poczekaniu), a tu zonk.
Ekscytację schłodził Mój Ukochany, słowami, że jak to już wieszajmy? Skoro on jeszcze wokół okien musi pomalować, bo tu coś odprysnęło, tu coś nierówno...to jeszcze popoprawiać trzeba.
Gdyby życie miało podkład muzyczny, to w tym momencie rozbrzmiałoby takie smętne "blę blę blęęęęęęęęęęęęęę" - takie jak w kreskówkach, kiedy coś się nie uda. Albo właśnie jak w tym teleturnieju z Zonkiem :)
No i co Pan zrobisz?...nic Pan nie zrobisz.... Czekam nadal aż okna będą gotowe. Szczerze mówiąc, powinnam je przy okazji umyć od razu, ale przy temperaturze 0 stopni, moj zapał do mycia 5 okien i drzwi balkonowych jest właśnie równie gorący.
I tak sobie płynie..drugi rok naszego rodzinnego życia. Niby zwykła normalność...codzienna zwyczajność. A jednak dla mnie jest tak wyjątkowo.
I uwielbiam nasze plany na przyszłość. Nawet jesli nie każdy uda się zrealizować, to przyjemnie jest snuć i próbować coś robić, aby wcielać je w życie.
I wyszeptam na koniec, że wróciły rozmowy o drugim dziecku.
Od poronienia , ja owszem - tutaj otwierałam się w tym temacie, ale jakoś z M. praktycznie nie poruszaliśmy tego. Ale powiedziałam mu wszystko co czuję, własnie w naszą rocznicę. I wczoraj na szafce znalazłam siateczkę z apteki...z kwasem foliowym. Dla nas obojga. :) To tak na początek, żeby na spokojnie i pomału zacząć się przygotowywać od nowa.
Edit(po 2 h od publikacji posta): Misiek umyje okna.
No czy ja mogę nie wariować na Jego punkcie? <3
sobota, 17 stycznia 2015
Rocznica już jutro...
Jedyne 12 miesięcy.
365 dni.
365 wschodów i 365 zachodów słońca.
Kilkaset wspólnych śniadań, obiadów i kolacji.
I tyleż wspólnych nocy.
Wypitych razem kaw.
Kilkadziesiąt tysięcy pocałunków.
Godziny tulenia.
Kilkanaście wycieczek.
Popołudnia pełne wygłupów.
Kilka romantycznych posiłków przy świecach.
Parę spięć, które policzę na palcach obu rąk.
Parę gorszych momentów.
Trochę trudów razem zniesionych.
Bliskość...
pasja rozgrzana do czerwoności...
strzelająca iskrami wyjątkowa namiętność.
Tylko rok.
Dla mnie to AŻ rok.
Zostawiłam wszystko.
I dostałam wszystko.
365 dni Szczęścia o jakim marzyłam.
Codziennie patrzę na Niego i myślę "jest cudowny. I mój."
Jest moim Misiem - przytulasem. Najcieplejszym mężczyzną jakiego znam.
Silne jego ramię, czuję tuż tuż, w każdym momencie. Gotowe wesprzeć, gdy tylko się potknę.
Jest Tatusiem Syna. Wzorem w dziecięcych oczach.
Jest naszym niestrudzonym Bobem Budowniczym, który stworzył własnymi rękami piękne mieszkanko.
Jest Pracusiem ambitnym, upartym, silnym i odpowiedzialnym.
Jest powalająco seksowny w moich oczach... i nie wiem kiedy najbardziej....czy kiedy wierci wiertarą udarową...czy może kiedy myje podłogę...albo gdy miesza swój supersmaczny szpinak - pierwszą potrawę, którą ugotował specjalnie dla mnie?
Albo kiedy myje zęby....lub bierze prysznic i widać tylko zarys sylwetki zza szyb kabiny prysznicowej?
I w spodniach od piżamy. I w obcisłych dżinsach i w tej powalającej,czarnej podkoszulce.
Mój ukochany.
Bliski od lat.
Od roku najbliższy.
Jedyny.
Jestem zakochana po czubek głowy.
Zapatrzona, rozanielona, uszczęśliwiona.
Unoszę się 10 centymetrów ponad chodnikami.
Kocham jak nigdy dotąd.
I pragnę nigdy nie przestać.
Dziękuję za ten rok.
Proszę o więcej :)
środa, 14 stycznia 2015
Olśniło
środa, 7 stycznia 2015
Gadu-gadu trzylatka
Mieszkanie pod jednym dachem z rozgadanym trzylatkiem dostarcza nam tyleż nerwów, co śmiechu.
Syn nasz charakterny jest okrutnie. Tupie nogami ilekroć coś mu się nie spodoba...a nie podoba mu się 90% rodzicielskich decyzji.
Przyznam szczerze, że często mamy problem by do niego dotrzeć.
Ja, pomimo niezmierzonych pokładów cierpliwości, wielokrotnie kapituluję z bolesnym odczuciem poniesionej kolejnej porażki wychowawczej.
M. cierpliwości ma dużo mniej niż ja, więc przynajmniej raz dziennie w naszym domu rozlega się ryknięcie króla naszego stada... ryknięcie od którego mi włosy na rękach stają dęba...i właściwie tylko mi, bo Syn przejmuje się dopiero gdy zostaje wyprowadzony na przemyślenia do swojego pokoju, postraszony obietnicą pozbawienia wszelkiego dostępu do słodyczy lub MiniMini+ .
Nie jest lekko... Czasem po prostu nam się odechciewa, bo staramy się robić wszystko, aby nasze życie rodzinne było udane i wesołe, a Seba jak to dziecko...ma swoje humorki i choćbyśmy na rzęsach tańczyli, to i tak okazuje swoje niezadowolenie.
I naturalnie mamy świadomość, że najprawdopodobniej to my gdzieś popełniamy błąd. M. zamówił już,w akcie rozpaczy, jakiś poradnik na temat tego jak rozmawiać z dzieckiem. Jak przeczytamy i zaczniemy stosować, to dam znać, czy podziałało.
Ale żeby nie było, że tylko tak strasznie jest... Gdy małe diablę znika z ramienia naszego Syna i przestaje mu podpowiadać te wszystkie złośliwości, mamy w domu słodkiego, kochanego przytulaska i całuśnika. W dodatku niezmiernie rezolutnego...i naprawdę aż żałuję, że jego najlepsze teksty nie nagrywają się same, bo umykają niestety, a pewnie za paręnaście lat byłoby się z czego pośmiać.
Na drugi dzień Świąt byliśmy u brata Miśka. Seba widząc, że J. nalewa sobie piwo i w szklance tworzy się piana pyta:
-A ja mogę piankę?
J: A ty pijesz piwo?
S. z powagą: Tak. I wino.
Ja w żartach:
-Chciałam mieć córeczkę,a nie takiego rozbrykanego urwisa za synka
S: No plosię...ale Ty musisz być moją mamą!
Zaparkowaliśmy samochód pod domem, ale w radiu leci "Defto", więc chcę dosłuchać do końca i nie gaszę jeszcze auta
S.( patrząc na mnie z pogardą) : No chyba nie będziemy tu siedzieć i śpiewać?
W samochodzie, w czasie oczekiwania na zmianę świateł M. zaczyna mnie całować
S: Psieśtańcie się liziać!
M. ciągnie Sebka na sankach i próbuje go rozśmieszyć
S. z pobłażaniem w głosie: Taatoo..weś się nie wygłupiaj....
Kiedy kąpię S. rozkręcam w łazience grzejnik i wieszam na nim piżamkę małego, aby była ciepła do ubrania
S: Jaka cieplusia...dzięki mamo! jeśteś kochana, wieś?
JA: Sebciu, pójdziesz się pobawić do Jagody, ale musisz zjeść obiadek, który da Ciocia, jasne?
S: Jeśtem pewien!
S: Mamooo, Kajka właziła na moje łóśko! Powiedz jej ukeciaj stąd! Ale tak głośno!
Uwielbiam to! Z uśmiechem obserwuję moje rozgadane dziecko, słucham jego opowieści, które z taką pasją i zaangażowaniem nam przedstawia, że często ciężko zrozumieć, o co w nich tak naprawdę chodzi. Jest to jednak tak zabawne i fascynujące, że sprawia nam sporą radość. A czasem i do zdziwienia nas doprowadza, bo człowiek sobie sprawy nie zdaje jak dobrymi obserwatorami bywają dzieciaki. Seba ma w dodatku taką pamięć, że naprawdę z wieloma rzeczami trzeba się już przy nim pilnować. Np. ostatnio pokazał mojej mamie - przeciwniczce jadania na mieście, że w tej właśnie pizzerii kupowaliśmy pizzę... no i nic nie ukryjesz :)
poniedziałek, 5 stycznia 2015
A jednak reasumując...
środa, 17 grudnia 2014
Czego ja chcę?
Czas taki dziwny nastał, że wokół mnie wysyp ciąż.
A precyzując dokładniej wysyp drugich ciąż.
Tak na biegu jestem w stanie wymienic 7 koleżanek i znajomych, które w przyszłym roku uszczęśliwią rodziny drugim dzidziusiem.
Też miałam być jedną z nich...
I chciałam.
A teraz?
Od momentu poronienia nie mogę sobie poukładać w głowie własnych pragnień. Czasem czuję ulgę, że jednak nie.
Że jeszcze będziemy mieli trochę luzu oraz czasu by nacieszyć się, jakby nie patrzeć, dość świeżym naszym związkiem.
Czasu by poświęcać jak najwięcej uwagi naszemu Synkowi, któremu przez wir ostatnich przykrych zdarzeń, trochę tej uwagi odebraliśmy.
Spokoju w naszym nowym domu, ładu i wolnej przestrzeni - nie pokrytej łóżeczkami, wózkami, wanienką, pieluchami, zasypkami, butelkami, wkładkami laktacyjnymi i całą resztą bobo-atrybutów.
Będziemy mieli jeszcze trochę leniwych niedzielnych poranków.
Kilka szans na spontaniczne sobotnie wyjście, bo przecież Sebcio chętnie spędza wieczory z Dziadkami.
Jeszcze możliwość wypicia paru drinków...
Tak...mamy jeszcze szansę na delektowanie się i stosowanie hedonistycznej filozofii życia.
No przynajmniej na tyle hedonistycznej, na ile jest to możliwe w naszych realiach.
No i niby jest ok.
Fajnie.
Luzik, wolność.
Nic się nie zmienia.
Plany mogą być nadal realizowane.
A jednak gdzieś w środku, w jakimś totalnie ukrytym punkcie mojego kobiecego mózgu, czasem odzywa się cichy głos, że to jednak nie tak.
Że przecież chcę zajść w ciążę. Stworzyć wspólnie z Miłością mojego Życia taki mały cud.
Przecież po to na tę Miłość czekałam tyle czasu.
Chcę czuć jak rozwija się we mnie kolejne małe życie.
Tulić je w ramionach i otaczać troską. Pragnie tego mój instynkt, który mówi, że nie tylko my tego potrzebujemy.
Że to dla naszej Rodziny.
Małe spoiwo.
Dla Sebastiana, aby od dzieciństwa do starości, jeśli Los pozwoli, miał na Świecie bliskiego człowieka...najbliższego.Z jednej krwi. Dla Miśka, dla którego Rodzina to najwyższa wartość i który, chociaż wiem, że czuje się Ojcem Sebcia, chciałby jeszcze mieć to drugie dzieciątko, które razem stworzymy. Dla nas wszystkich.
Żebyśmy mogli być fajną rodzinką. Mamy tyle ciepła i miłości między sobą - żal nie obdarować tymi dobrociami jeszcze jednego małego człowieczka.
I tak raz odzywa się głos wygody. Raz głos instynktu.
Nawet się nie kłócą...tak sobie współgrają we mnie.
Tylko mi jakoś z nimi niewygodnie. Czuję mały dysonans...nie wiem czego tak naprawdę mi trzeba i o czym marzę. I nie wiem co robić, w którą stronę się kierować.
Los pewnie pokaże...choć aby dać szansę Losowi, sami musimy jakąś decyzję podjąć przecież.
A to trudne jest.
Teraz dużo trudniejsze niż wcześniej.
piątek, 28 listopada 2014
Wspomnienie
To post inny niż wszystkie.Pisany długopisem na papierze.Przepiszę go później.
Jest chłodny,listopadowy wieczór. Siedzę po turecku z tym notesem na kolanach,na łóżku mojej Babci. Dookoła mnie jej zeszyty i notatki.
Pożółkłe,prawie rozsypujące się kartki.
Pierwszy raz przeglądałyśmy je z mamą w dniu śmierci Babci.
Siedziałyśmy tu we dwie wieczorem,czekając aż rozemocjonowany tym,co właśnie się stało Dziadek,zapadnie w sen. Siedziałyśmy i przeglądałyśmy Babcine rzeczy.
Wiele z nich widziałam i dotykałam po raz pierwszy. Babcia nigdy nie pozwalała ruszać niczego w domu,ani przestawiać,ani nawet posprzątać.
Teraz,jedna po drugiej,otwieramy szafki i szuflady. I wyjmujemy.
Nuty sprzed wojny.
Zeszyty ze szkoły.
Harcerskie rozkazy.
Teksty piosenek.
Stare zdjęcia i wiersze.
Babcia pisała kiedyś. Dawno.
Niewiele z tej twórczości zachowała.
Jednak tamtego wieczora,kiedy przeglądałyśmy to razem z Mamą,natrafiłyśmy na złożoną na 4 kartkę. Nie pożółkłą. Trochę współcześniejszą. Może sprzed 15-20lat.
Na kartce wiersz z dedykacją "Mojemu mężowi i dzieciom".
"Samotnie siedzę i patrzę w niebo
i w sierp księżyca czysty jak łza
Chciałabym dotknąć tego wszystkiego
i gdzieś w przestworzach zniknąć jak mgła.
Nie jest mi dobrze tu, na tej ziemi
I choć nie sama, to wciąż samotna
I bez nadziei, że coś się zmieni,
ja muszę wypić ten kielich do dna.
Tęsknię do szczęścia i do miłości,
lecz los nie dał mi tego w darze
I kazał cierpieć wciąż w samotności
I całe życie mija w tej karze.
Chciałabym czasem zaszyć się w głuszy,
posłuchać szumu wiatru i trzasku,
posłuchać tęsknych pieśni Papuszy
i przy ogniska ogrzać się blasku
Oczy mam suche jak piasek pustyni
I tylko serce żałośnie płacze
nad latami już minionymi
jest wprost już krzykiem, krzykiem rozpaczy
Muszę żyć w świecie, który stworzyłam
z książek i marzeń czerpiąc radości,
w którym zapomnieć prawie zdążyłam,
że to iluzja - że koniec młodości.
Ten wiersz rodzinie mojej poświęcam
Jak epitafium brzmią jego słowa
Już uwagami was nie zadręczę,
lecz pamięć Wasza niech mnie zachowa."
Napisane ręką Babci wersy sprawiły, ze moja mama po raz pierwszy tego dnia zapłakała. Do tego momentu trzymała sie twardo.
Siedziałyśmy więc razem na kraju babcinego łóżka, tuliłam ją, jak i ona mnie wielokrotnie w trudnych chwilach i tak płakałyśmy obie.
Nad losem, ludzką samotnością, nigdy niewypowiedzianym żalem. Nad kobiecym poczuciem obowiązku i poświęceniem.
I nad stratą.
Pustką, która tu pozostała.
Kolejny już wieczór czekam aż Dziadek zapadnie w sen. Wszystko tu ciągle wygląda tak, jakby Babcia miała zaraz wrócić.
Ale nie wróci przecież.
Myślę, że tam, gdzie jest, jest szczęśliwsza.
Tańczy do swojej ulubionej piosenki "Chabry z poligonów"
Skąd to wiem?
Przedwczoraj, gdy o 22:20 wsiadłam do samochodu i włączyło się moje ulubine radio "Czwórka", w głośnikach rozbrzmiała właśnie ta piosenka.
Kawałek tak retro, że nawet pojęcia nie miałam, że funkcjonuje na jakichś nagraniach.
Wierzę, że to był znak.
I jest mi z tym lepiej.
poniedziałek, 24 listopada 2014
Babcia
Dziękuję za niepowtarzalny smak groszku z marchewką.
Za "Chatkę Baby Jagi".
Za czas.
Za pierogi i uszka w każde Boże Narodzenie,póki miałaś siłę.
Za Maję i Majeczkę.
Za radość z narodzin Prawnuka.
Za kręcenie loków na papiloty.
Za pudełko z guzikami.
Za moją Mamę.
Za wszystko.
Za to,że byłaś 83 lata,a ja miałam Ciebie prawie 31 lat.
Nie zapomnę nigdy.
wtorek, 18 listopada 2014
Oswajanie
niedziela, 9 listopada 2014
Wsparcie
Wciąż jednak wraca do mnie ta chwila przed świtem, kiedy ją znalazłam. Widzę to co najmniej kilka razy dziennie.
Wtedy byłam w szoku...dopiero teraz jakoś dotarło to do mnie. I teraz nie chce się wymazać z głowy, zejść sprzed oczu.
Bolą mnie te flashbacki.
Czekam aż miną. Bo chyba miną z czasem. Przynajmniej ich częstotliwość powinna się zmienić.
Dziękuję za wszystkie komentarze pod dwoma poprzednimi wpisami. Wybaczcie, ale nie odpowiem na każdy z osobna.
Żałuję, że tyle Anonimowych, niepodpisanych. Nawet nie wiem komu mogę być wdzięczna za troskę i objęcie jakąś ciepłą myślą.
Tyle wsparcia otrzymałam w tych dniach.
Masę dobrych słów, życzeń, a czasem po prostu milczącego bycia obok, które również ma wielką moc.
Świat kręci się dalej...aż momentami ze zdziwieniem na to patrzę.
Dziwne, że jednak się nie zatrzymał.
Ani nawet nie zwolnił.
sobota, 8 listopada 2014
Kropeczka
Data spodziewanej miesiączki.
33 dzień cyklu.
Objawy: ból piersi, rozpierający lekki ból podbrzusza, delikatne mdłości.
18.10.
Brak miesiączki.
Notoryczne uczucie zmęczenia.
Zasypiam Miśkowi na kolanach.
20.10.
36 dzień cyklu.
Brak miesiączki, ból piersi.
Pierwszy test ciążowy wykonałam zaraz po przebudzeniu, o 7 rano. Pokazał dwie kreski. Druga blada, ale widoczna.
O wyniku powiedziałam Mamie oraz napisałam do A. Obie były podekscytowane. Ja przez cały dzień byłam poddenerwowana, aż rozpalona. Nie spodziewałam się, że tak prędko zobaczymy te dwie kreseczki.
Drugi test zrobiłam po powrocie z pracy. Wynik ten sam.
Po obiedzie zapakowałam oba testy w ozdobną torebeczkę i razem z Sebastianem poszliśmy do mieszkania, gdzie Misiek robił remont.
Po wejściu wzięłam go za rękę, poprowadziłam na kanapę, poprosiłam by usiadł i podałam mu testy.
Był bardzo zaskoczony. Chyba do końca nie wierzył.
Siedzieliśmy tam chyba godzinę czasu, prawie nic nie mówiąc.
Tuliliśmy się i całowaliśmy.
Ja płakałam. Pełna jednocześnie radości, lęku, ekscytacji, szczęścia i obaw.
W radiu leciała wtedy piosenka E. Bartosiewicz "Skłamałam".
21.10.
Byliśmy na wizycie u lekarza. Niestety USG nie znalazło Kropeczki.
Musimy uzbroić się w cierpliwość do 3.11.
22.10.
Sebastianowi mówimy,że mama ma w brzuszku dzidziusia.
Częściowo rozumie co to znaczy, jednak w zależności od dnia albo się cieszy, albo mówi "nie! nie chcę!"
23.10.
Mój żołądek chce strawić sam siebie!
Niemiłosiernie burczy mi w brzuchu i jestem bardzo głodna. Po raz pierwszy TAK bardzo.
24.10.
40 dzień cyklu.
Brak miesiączki, ból piersi, nadwrażliwość na zapachy, drażliwość, zły nastrój.
Przez telefon mówię o ciąży K. Cieszy się i gratuluje. Jedziemy do ZG do A. i T.
Odpoczywamy, rozmawiamy i oglądamy smutny film.
Znów zasypiam Miśkowi na kolanach.
25.10.
Trzydziestka D.
Bawimy się w klubie. Dużo jem i piję. Soków oraz wody oczywiście :)
Tańczę do 2 w nocy. Po imprezie odwożę towarzystwo do domu.
Mina M. na nasze nowiny - :-O , aczkolwiek to pozytywne zaskoczenie.
Czuję się cudownie wśród moich Przyjaciół.
26.10.
Ostatni dzień w ZG. D i M. przywożą mi wielką siatkę owoców.
Z K. i S. idziemy na spacer po lesie.
Odpoczywam, czuję się spokojna i szczęśliwa.
Mam wrażenie, że moje ciało stało się małą świątynią.
Czuję, że kocham Miśka niesamowicie mocno.
On pół soboty czytał książkę A. "W oczekiwaniu na dziecko". Zachwyca mnie jego zaangażowanie!
Zabieramy z ZG wanienkę dla Kropeczki. To pierwsza rzecz dla niej :)
27.10.
Zmęczenie!
Do godziny 17 pracuję. Jestem zmęczona i zła, bo nie wiem czy to poświęcenie ma sens.
Wyżywam się oczywiście na biednym Miśku.
Kupuję ciepłe legginsy - rozciągliwe, aby mieścił się w nie rosnący brzusio. Chociaż brzuch mój sam w sobie jest spory i bez ciąży :P
Wczoraj, gdy wróciliśmy z ZG , Seba zapytał "A gdzie jest Dzidziusia?". Myślał, że już ją przywieziemy.
30.10.
Misiu zbudził nas o poranku pocałunkiem w brzuch i słowami "Dzień dobry, Kropeczko".
Reszta dnia oraz wieczór minęły nam jednak kiepsko.
Trawiło nas paskudne choróbsko. Wymioty, dreszcze i ból wszystkiego. Misiu również się pochorował, a i Dziadków wirus okrutny nie ominął. Całe szczęście, że trwało to wszystko tylko jeden dzień.
31.10.
Nie dokarmiam Cię, Kropeczko, za bardzo.
W tej ciąży jest jakoś inaczej... liczę, że to znak, który wróży nam Kropeczkę - Córeczkę.
3.11.
Jesteś!
Widzieliśmy na USG.
Mała Kropeczka. Prawdopodobnie masz dopiero 4 tygodnie! Z miesiączki wynika, że 7.
Moje wyniki nie są za dobre. Mam niedoczynność tarczycy i ślady białka w moczu. Muszę zrobić dodatkowe badania.
A żołądek ciągle mi dokucza.
Byliśmy powiedzieć o Tobie drugim Dziadkom - rodzicom Miśka. Ucieszyli się, wyściskali nas. Było bardzo miło.
4.11.
Dostałam plamienia.
Boję się o Ciebie.
Bądź bardzo silna, Nasza Kropeczko, teraz byłoby nam bardzo smutno, gdyby Cię nie było.
5.11.
Biorę leki na podtrzymanie ciąży.
Krwawienie.
Czarne skrzepy.
Czuję, że Cię tracimy.
Płakałam wczoraj długo.
Tatuś Twój był silny i dzielny. Wspierał mnie jak potrafił, choć wiem, że także jest mu ciężko.
Tak się cieszył, gdy się o Tobie dowiedzieliśmy. Dumny był.
Trudno mi się z tym pogodzić, że to już koniec.
Że jednak Cię nie będzie.
Że nie mogłam podarować naszej Rodzinie tego szczęścia.
Rano znalazłam w śniadaniu liścik od Tatusia: "Kocham Cię Kruszyno moja i cokolwiek by się nie działo, zawsze będę przy Tobie."
Tatuś jest cudowny. Tak samo jak Twój starszy Brat. Przykro mi się, że nie zdążycie się poznać.
6.11.
O 5:30 obudziłam się pełna niepokoju.
Znalazłam Cię na bieliźnie.
Pożegnałyśmy się.
Była to dla mnie ogromna trauma.
M.przez półtorej godziny leżał ze mną i w milczeniu głaskał uspokajająco moje włosy.
Z rozpaczy nie wiedziałam co robić. Przed 8 pojechałam normalnie do pracy.
O 10 zadzwoniłam do swojego lekarza. Kazał natychmiast jechać do szpitala.
W pracy powiedziałam tylko o krwotoku.
Usłyszałam, że jeśli będę musiała iść na zwolnienie to "tak nie bardzo...".
Pracuję na umowę zlecenie od miesiąca, w tą umowę dałam się trochę wrobić...."zapomniano" mi o niej wspomnieć podczas rozmów.
W tej chwili jest mi już jednak wszystko jedno.
Po dwóch godzinach w poczekalni na Izbie Przyjęć trafiam na oddział. Z nerwów mam ciśnienie wysokie jak nigdy.
Wywiad, badanie, a na koniec USG. Byłam na to gotowa, jednak widok ciemnej pustej plamy, w miejscu, w którym ostatnio była Kropeczka złamał moje serce.
Cały dzień, aż do późnej nocy trawię swój ból. Trzecią dobę tłumaczę sobie co i dlaczego się stało. Jadę na emocjonalnym rollercoasterze.
W jednej godzinie zarzekam się, że już nigdy w życiu nie chcę być w ciąży.
Za dwie godziny obwiniam się, że jestem okropną egoistką, od jakiegoś czasu skupioną wyłącznie na sobie, swoich emocjach i potrzebach.
Tuż przed zaśnięciem składam samej sobie oraz M. obietnicę, że kolejnego dnia, po zabiegu, zamknę w swojej głowie wszystko co się wydarzyło.
7.11.
Wyskrobali ze mnie to, co zostało po Kropeczce.
Zabieg w znieczuleniu ogólnym...chociaż tyle komfortu można otrzymać w całej tej dramatycznej sytuacji.
Czuję pustkę w środku.
Staram się skierować swoje myśli z powrotem na tory "sprzed".
Wrócić do pomysłów i planów, które mieliśmy wcześniej.
Czas pewnie zabliźni rany.
Ale wiem, że do końca życia będę to pamiętała.
Straciłam ciążę. Tą, która powstała z wielkiej Miłości. Oczekiwaną. Powitaną z radością.
Ale nie złamiesz mnie, przewrotny Losie.
Kiedyś na pewno przestanę się bać.
czwartek, 6 listopada 2014
piątek, 31 października 2014
Poligon
Przebyliśmy rodzinne jelitówkę.
Taką fest.
Obustronną.
Z temperaturą 35 z osłabienia.
Z rozpalonymi policzkami,a zimnymi jak lód stopami w dwóch parach skarpetek.
Z dreszczami i telepaniem pod kołdrą i dwoma kocami.
Z sucharkami na śniadanie,obiad i kolację.
I ze zdrowym Sebciem,który wielce był znudzony poległą całą rodziną,więc cudował,wymyślał,szalał,skakał po nas, jęczał,krzyczał,marudził,ciągle czegoś chciał...
Czuję się jakbym wróciła ze szkoły przetrwania.
Na szczęście dużo snu podziałało zbawiennie zarówno na ciało jak i ducha mego, więc dziś jestem już niemal jak nowonarodzona. I cieszę się,że choróbsko trwało tylko jeden dzień,bo przez takie coś,to naprawdę nie pamiętam, czy kiedyś przeszłam i wąrpię by dało się to dłużej wytrzymać.
A z drugiej strony nie pamiętam też,kiedy ostatnio mogliśmy tyle czasu leżeć bezkarnie razem w łóżku i oglądać powtórki The Voice of Poland :p
Chociaż taka zaleta całej sytuacji,której nawet wrogowi nie życzę...o ile jakiegoś mam;)
wtorek, 28 października 2014
Fatality
Wykończy mnie remont.
Dobije to oczekiwanie.
Zajedzie mnie sprzątanie.
Lecz,czy w ogóle dotrwam do sprzątania,skoro niedługo oszaleję przez to życie we 3 w jednym pokoju?
Przez dobytek upchany w 120litrowych worach,wrzuconych po sam sufit do kabiny prysznicowej.
Zdążyłam zapomnieć jakie mam ciuchy,poza tymi,które w kółko nosze od ponad 7 miesięcy.
Cierpliwość ma do mieszkania z rodzicami właśnie zwisa marnie na ostatniej niteczce.
Jestem zła,zniecierpliwiona,chce mi sie płakać,czuje sie bezsilna. Jednocześnie żal mi M.a z drugiej strony,uważam,że przez głupi jego upór ciągnie się to to jak rozgotowany paskudny makaron.
Nienawidzę remontu i nie wiem po co go wymyśliłam!
I obrzydliwie zazdroszczę wszystkim moim Przyjaciołom ich wspaniałej wolności w dopieszczonych mieszkankach.
Tyle mam do powiedzenia.
P.s. Bloga nie piszę,bo nie mam grama prywatności w swoim życiu. Ani wolnego czasu.
wtorek, 21 października 2014
Krótko i treściwie
Czekam z niecierpliwością, aż trochę zwolnimy, chociaż obawiam się, że my już po prostu mamy takie tempo i bez niego nie będziemy potrafili żyć.
Jeszcze trochę i przeprowadzimy się do naszego mieszkania. Myślę, że potrzeba nam około miesiąca. Niby niewiele miało być tego remontu, ale każda rzecz trwa.
Jednak już powoli cel majaczy na horyzoncie...jesteśmy bliżej mety, niż dalej.
Do końca roku pozostało niecałe dwa i pół miesiąca.
Myślę, że powinnam już pomału zacząć pisać podsumowanie...obawiam się, że jeden post, to za mało, aby je w nim zmieścić.
A to przecież jeszcze nie koniec... :)
Teraz jest dobry czas.
Spełniona jestem, spokojna i zadowolona.
Chyba wszyscy jesteśmy w takim fajnym stanie.
A dzisiaj pewnie wygram 7 milionów w lotto, bo przecież moje marzenia są na fali spełniania się, więc dlaczego by i nie to?
A nawet nie będę samolubna - niech i jeszcze ktoś wygra. 3,5 też mnie ucieszy :P
poniedziałek, 13 października 2014
Mlecyk
czwartek, 9 października 2014
Pracuje się
Lepszy niż pierwszy, pełna jestem wiary i nadziei we własne siły.
I nawet czuję, że po raz pierwszy od pół roku, mam jutro ochotę iść do pracy.
Pomału przyzwyczajam się do powrotu w pracowniczy tryb życia.
Ciężki okres teraz mamy.
Misiek mój cały tydzień chodzi na nocki. Wraca o 6:20, śpi do 14, wstaje, je obiad, idzie remontować mieszkanie, wraca, je kolację i idzie do pracy.
Prawie w ogóle się nie widzimy.
Dlatego dzisiaj postanowiliśmy zrobić sobie wolne, bo już i my za sobą tęsknimy i Seba za tatą stęskniony mocno.
Podjechaliśmy nad najbliższą wodę, którą tu mamy.
Pospacerowaliśmy, a gdy ostatnie promienie słońca schowały się za drzewami i wzgórzami, wstąpiliśmy do mojej ulubionej knajpy na kawę.
Ze zdziwieniem odkryłam w niej kolejne zmiany, którymi jestem wręcz zachwycona.
Od dawna upodobałam sobie to miejsce, o uroczym położeniu i niepowtarzalnej atmosferze. Obecnie wcześniej tam panujący, oryginalny "klimat", pomału staje się już stylem, co działa na niesamowitą korzyść lokalu.
Siedzieliśmy tam chyba 2 godziny i czuliśmy się jak w domu.
Nawiasem mówiąc, wystrój jednej z sal, jest właśnie takim, jaki chciałabym stworzyć w naszej przyszłej sypialni. Chłonęłam więc dzisiaj kolory, dodatki, drobiazgi , żeby móc się wkrótce inspirować.
Dobrze nam zrobiła ta mała wycieczka-ucieczka.
Podziękowaliśmy z Becim Miśkowi, za ten kawałek wykradzionego czasu.
Tak się teraz czujemy - że musimy wykradać wręcz chwile na najzwyczajniejsze bycie ze sobą. Wciąż jednak trzymamy się myśli, że teraz tak jest, bo pracujemy nad tym, aby w gotowym naszym miejscu, poukładać już wszystko od początku do końca, i móc wreszcie delektować się tym BYCIEM.
Mam nadzieję, że osiągnięcie tego, nie będzie musiało być moim Noworocznym życzeniem :) Aczkolwiek jeśli nie, to czego ja jeszcze w ogóle mogę sobie życzyć? Poza odrobiną stagnacji czasami?
poniedziałek, 6 października 2014
Dobre wieści
Towarzyszy mi przy każdej zmianie.
W tym roku jest czymś, do czego powoli się przyzwyczajam.
Taki wewnętrzny przekombinowany drink:
50ml radości
30ml strachu
10ml ekscytacji
5ml dumy
5ml zaciekawienia
2ml żalu
Szejkujemy energicznie, przelewamy do szklanki typu long. Cytrynka, rureczka, parasolka i "włala" :)
Oto drink o nazwie "New work" :)
Tak oficjalnie to bezrobotna jestem od soboty, bo wtedy właśnie zakończył się mój okres wypowiedzenia.
I w stanie tym pozostanę do pojutrza.
:)
Przeszłam rekrutację w firmie, w której jako pierwszej byłam na rozmowie kwalifikacyjnej. Pokonałam w drugim etapie 4 osoby,a w pierwszym chyba kilkanaście ;)
Muszę tylko podreperować umiejętności językowe, bo opuściłam się strasznie. I cieszę się, że taki warunek mi postawiono, bo już dawno nosiłam się z tym zamiarem. A teraz mam kopa i silną motywację.
Strach jest, bo przeskoczę z FTL na busy i wszystko będzie nowe i inne...ale oczywiście, wierzę, że będzie w porządku i że dam radę.
Cieszę się, bo będę pracować w trzyosobowej grupie. Mam nadzieję, że stworzymy fajny zespół.
Żal mi trochę znowu tego czasu Mamy i Synka. Tak było fajnie przez ostatnie dwa tygodnie. Tyle się go naobserwowałam, tyle razy pozytywnie mnie zaskoczył, tyle w nim nowych umiejętności dostrzegłam. Wielką radość mi to sprawiało i teraz ze świadomością, że w środę znów mamy minus 9 godzin, jest mi trochę smutno.
Ale z drugiej strony kamień spadł mi z serca i zniknęły ekspresem wyrzuty sumienia, że Misiek musi na nas pracować. I kieszeń moja odetchnęła z ulgą, że jednak nie będzie musiała być uzupełniana ze środków na czarną godzinę.
I będziemy mogli kupić takie jedne meble do przedpokoju, które nam się ostatnio spodobały :)
czwartek, 2 października 2014
Inny świat.
Że nadal jestem bez przerwy czymś zajęta. Ale teraz przynajmniej jestem zapracowana bez stresu :)
Przyznam szczerze, że aktualny "stan skupienia", dobrze robi mi na głowę.
Nareszcie poświęcam się temu, co najważniejsze dla mnie.
Mam czas dla Syna.
Z przedszkola wracamy spacerkiem. Może dokładnie opowiedzieć mi wszystko, co się działo. Zawsze do przedszkola idzie przygotowany - jeśli jest dzień jesieni i trzeba przynieść dary jesieni - mamy je ze sobą. Jeśli jest dzień jabłuszka i dzieci mają być ubrane na czerwono - Seba od stóp do głów jest czerwony. Jeśli jest dzień muzyczny i można przynieść ze sobą instrument - Młody dziarsko maszeruje z bębenkiem.
Nie przyznam ile razy wcześniej z pośpiechu przegapiliśmy takie przedszkolne wydarzenia.
Syn ma dzięki temu wszystkiemu lepszy humorek. Jest grzeczniejszy i zwraca się do nas "Mamusiu" i "Tatusiu", czym nieustannie nas rozmiękcza.
Mam czas dla Miśka.
Na ugotowanie mu pysznego kremu dyniowego, który uwielbia.
Na porządne kanapeczki do pracy.
Na wymasowanie bolących lędźwi.
I na bliskość w takiej formie, na jaką zwykle brakowało nam czasu, bądź siły.
Dzięki temu Misiek również ma lepszy humorek...:->
Dla siebie nie mam za wiele czasu. Ale mam go jeszcze trochę dla domu.
Sporo dla remontu i naszego nowego mieszkania.
Mam również czas dla Dziadków - aby jeździć z nimi do lekarzy, aptek i po zakupy.
Nadrobiłam większość urzędowych spraw. Po ponad pół roku przerejestrowałam samochód. Meldunki, dowody i całą inną papierologię również załatwiłam.
Byłam na rozmowach kwalifikacyjnych - w jednej firmie na drugim etapie - czekam na wyniki. Jutro wybieram się do kolejnej firmy.
Odwiedziłam w szpitalu koleżankę i jej nowonarodzoną córeczkę.
I wiecie czego zapragnęłam...? ;)
To z pewnością nie jest najlepszy moment...ale wiem już, że najlepszego momentu prawie nigdy nie ma.
Na pewno jednak dla mnie- jako kobiety, to jest czas odpowiedni.
Oczywiście będzie, co będzie. Liczę się z tym, że z moimi schorzeniami wcale niekoniecznie sukces jest gwarantowany. Zresztą widać - od 8 miesięcy nic się w tej materii nie wydarzyło.
Duchowo w każdym razie jestem gotowa.
Na dzień dzisiejszy uważam, że tak to po prostu miało być. Prawdopodobnie wciąż czeka na mnie coś lepszego. Lub znowu coś tak się zmieni, że zrozumiem czemu jeszcze ma służyć obecna sytuacja.
Finansowo na razie jestem zabezpieczona - od lat dbałam o to, by zawsze mieć zapas środków na "Czarną godzinę". Całe życie obserwowałam jak robi to moja mama. I dzisiaj mogę jej za to powiedzieć DZIĘKUJĘ. Bo dzięki temu, póki co, mogę być zupełnie spokojna.
środa, 24 września 2014
Wyznanie
"Kofam Mamę! I Tatę teś kofam"
Spontanicznie oznajmił mi dziś wieczorem nasz trzylatek,siedząc wtulony we mnie na fotelu.
Możliwe,że taki przypływ czułości to sprawka gorączki,z którą walczymy od wczorajszej nocy.
Jest to bez znaczenia.
Bo te słowa mają magiczną moc-przeganiania trosk,smutkow i pochmurnych rozważań.
Nagle wszystko to przestaje mieć znaczenie. Bo przecież najważniejsze już mam.
sobota, 20 września 2014
3
3 lata.
Cudowny nasz Synek jest już takim dużym chłopcem!
Moim Wielkim Szczesciem.
Światłem w tunelu.
Sensem Życia.
Motywatorem,dopalaczem,rozpogadzaczem najgorszego dnia. Dumą.
KOCHAM CIĘ, Dziecko Moje!
Nie mam niestety sił pisać o tym piękniej.
Wczoraj straciłam pracę.
Dziś pracuję nad tym,aby nie tracić ducha.
piątek, 19 września 2014
Zabawkowa randka
Pomyślałam, że chyba plany się zmieniły.
Zabrałam torbę z laptopem, torebkę i z uśmiechem od ucha do ucha, nad którym wciąż nie mogę i nie chcę zapanować, podążyłam w kierunku parkującego wozu.
Wysiadł On. Równie szeroko uśmiechnięty jak ja.
"A tak myślałem, że Cię spotkam pod blokiem"
Buzi buzi.
"Możesz na chwilę przytrzymać mój plecak?"
Zanurkował z powrotem w aucie, po chwili wynurzył się, trzymając w rękach różę. Nawet nie czerwoną. Szkarłatną. Piękną.
"Czerwona...jak...jak...nasza miłość. Kto by pomyślał, że to już osiem miesięcy...?"
Taki drobiazg.
Kwiatek zwykły. Piękny w swojej prostocie.
Bez wstążeczki nawet.
A sprawił, że już niemal eksplodowałam z nadmiaru uczuć.
8 miesięcy to w sumie żadna okazja. Zresztą otrzymuję takie kwiatki co jakiś czas zupełnie spontanicznie.I za każdym razem sprawiają mi ogromną przyjemność.
Po południu wybraliśmy się po prezent urodzinowy dla Sebcia. Myślałam, że będę kupować go sama, ale Misiek zadzwonił, żebyśmy pojechali razem, skoro ma trochę wolnego czasu.
Mieliśmy kupić kolejkę elektryczną. Jakąś fajną, sporą, żeby można było rozłożyć ją w Sebka nowym pokoju.
Niestety żadna z oferowanych nie spełniła naszych oczekiwań. A te, które ewentualnie spełniały, kosztowały za dużo. Wybraliśmy więc prostą, niewielką na start,żeby sprawdzić, czy w ogóle Seba będzie miał ochotę się nią bawić. Jeśli się sprawdzi, to wybierzemy później jakąś kolekcję i będziemy mu zbierać.
Ja chciałam jeszcze kręgle, abyśmy mogli wszyscy razem w nie grać.
Wzięliśmy więc i kręgle.
Misiek już od dawna mówił o małej wędce. Akurat byłą ostatnia wędka i gumowe rybki - do zabawy w wannie.
"Ale przecież niedługo się przeprowadzimy i nie będziemy mieli wanny"
"To będzie miał u Dziadków"
Wędka pod pachę.
I na sam koniec dostrzegł jeszcze rybkę, która strzela kulkami - trzeba celować w małe pachołki aby je zbić.
No i musieliśmy wziąć jeszcze to "bo ja zawsze się lubiłem w takie coś bawić. I zobacz jakie tanie!"
W ten sposób wyszliśmy z wielką torbą zabawek.
Jesteśmy okropnie niekonsekwentnymi rodzicami...
ale taką nam to przyjemność sprawiło! :)
Patrzyłam na M. z jakim zaangażowaniem i entuzjazmem dobierał te zabawki...Tatuś nasz kochany...nie mogłam nam obojgu tego odmówić.
Lecz tylko ten jeden raz pozwalam na takie szaleństwa! Bo to pierwsze Urodziny Becia, które spędzimy jako rodzinka.
Świętowanie urodzin zaczynamy już dzisiaj - Chrzestny nasz najlepszy z Żonką przyjadą do nas na kawkę.
Jutro dmuchanie świeczek w rodzinnym gronie, a w niedzielę wyruszamy do Wrocławia spędzić dzień w Aquaparku i Zoo :)
A jeszcze całe to nasze wczorajsze wyjście zwieńczyliśmy dwoma kubkami gorącej czekolady z lodami i bitą śmietaną.
I sami trochę jak dzieciaki wczoraj byliśmy.
Super popołudnie!
8 miesięcy...wiem, że to kropla w morzu, jednak wydawało mi się, że po takim czasie mija już cała euforia. A nam nic nie mija. Wręcz przeciwnie.
Uwielbiam Mojego Chłopaka do szaleństwa :)
środa, 17 września 2014
Moje Chłopaki
Zdjęcia, posty itp. Nawet rozmowy nasze z Misiem...z tych pierwszych dni. Kiedy oszołomieni jeszcze, pełni byliśmy zdziwienia i obaw.
Największy strach tyczył się Sebastiana.
Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić jak to wszystko ma wyglądać, w jaki sposób to pogodzić, i jak się wszyscy mamy w nowej sytuacji odnaleźć.
Dzisiaj z perspektywy tych kilku miesięcy mogę powiedzieć, że wszystko się ułożyło jakby samo.
Czasem jeszcze o tym rozmawiamy, Misiek podkreśla, że wiele w tym Sebcia zasługi. Tego, jakim jest otwartym i pogodnym dzieckiem. Że jego po prostu nie można nie lubić.
Ja uważam, że sukces należy do nich obu.
Mam w domu dwóch wyjątkowych chłopaków.
Ten mniejszy jest mądry, ma świetną pamięć, jest bystry, potrafi być przeuroczy, pełny jest dziecięcej żywotności i entuzjazmu do wszystkiego i wszystkich.
Ten większy jest ciepły, opiekuńczy i odważny. Pracowity, odpowiedzialny i oddany wszystkiemu, co robi.
Połączenie tych cech obu chłopaków, musiało stworzyć związek idealny :)
Jakkolwiek jednak, uważam że mam w domu Bohatera.
I nie dlatego, że właśnie pełen zapału przesuwa w górę wszystkie kontakty w nowym mieszkaniu, łata stare dziury, wierci nowe i dźwiga meble w te i nazat.
To znaczy... dlatego również.
Ale Bohaterem jest w moich oczach, bo zupełnie niespodziewanie został tatą. I nie mógł tego zaplanować, nie dostał 9 miesięcy aby oswoić się z tą myślą.
Stanęło przed nim po prostu 2,5- letnie dziecko i po kilku miesiącach wspólnego mieszkania, pewnego dnia przestało wobec niego używać słowa "wuja", zamieniając je na "tata". I teraz w domu naszym słowo to rozbrzmiewa setki razy dziennie, w różnych formach i odmianach:
Tata
Tato
Tatuś
Tata Mifał
Tata Misiek
Tati
...
A on sam, chyba też nie do końca kontrolując to, od dawna nazywa Syna - Synem :)
Mogłabym tu peany pisać na ich cześć codziennie.
Każdego dnia widzę ich razem i dostrzegam małe gesty, świadczące o niesamowitej zażyłości, jaka między nimi się stworzyła.
Misiek wstaje w nocy, jeśli Seba z jakiegoś powodu się przebudzi - słyszy go przede mną.
Robi dla niego rano jajecznicę albo paróweczki, kroi chleb i studzi herbatę.
Smaruje małego pianką do golenia. Stoją tak we 2 w łazience i się golą.
Prowadzi go do przedszkola, lub z niego odbiera i albo jest dumny, bo Syna chwalą, albo się wstydzi za niego, kiedy coś narozrabia.
Prowadzi rozmowy wychowawcze, udziela reprymendy, a jak nic nie działa, to tak huknie, że aż ja się czasami wystraszę.
Przenosi go na rękach przez błoto po kolana, w trakcie grzybobrania.
Pozwala kręcić kołowrotkiem na rybach.
Całuje główkę.
Daje buziaka na dobranoc.
I robi tysiąc innych fajnych "tatowych" czynności, za które kocham Go po prostu tak niemożliwie, strasznie, kosmicznie mocno, że nie da się tego opisać.
A Sebastian dłużny nie pozostaje.
Obejmuje szyję taty obiema łapkami w taki cudowny dziecięcy sposób.
Daje buziaczki.
Tuli się do nogi.
Wyczekuje godzinami w oknie sto razy pytając
"gdzie jest mój tata?
gdzie on się schował?
gdzie on podział?"
A kiedy słychać szczęk klucza w zamku, biegnie w podskokach piszcząc radośnie.
Z powrotu Taty z pracy cieszy się bardziej entuzjastycznie niż nasz pies :)
Jeśli może coś podzielić, to daje dla siebie, dla Mamy i dla Taty.
Jeśli chce gdzieś pojechać, to zawsze zaznacza, że z Mamą, z Tatą i Kają.
Tyle mamy w domu Szczęścia, Miłości, pozytywnych emocji i tyle pięknych obrazków.
I nawet jeśli, tak jak teraz, jesteśmy przemęczeni, przytłoczeni nadmiarem obowiązków, nie mamy dla siebie czasu, a jeśli mamy, to zasypiamy zanim zdążymy dobrze go wykorzystać, to wciąż w całej tej miłości i niezwykłej nowej relacji, jest niewyczerpane źródło, z którego możemy czerpać nowe siły.
Jestem zakochana! Zauroczona po uszy i wyżej...w obu moich chłopakach.
Są najlepsi na Świecie.
Każdy z osobna i obaj razem.
piątek, 12 września 2014
Albert i Rudy
Oczywiście ja byłam dużo bardziej podekscytowana niż on.
Od dzieciństwa uwielbiałam te zakupy.
Szłyśmy z mamą na taki "Manhattan".
Chyba w każdym mieście było, lub nadal jest takie miejsce - wielki plac,na którym w tak zwanych "szczękach", handlarze wystawiali wszystko - kasety magnetofonowe, kosmetyki Celia i Bell, ciuchy z Tuszyna, albo Raszyna.
Gdzieś pomiędzy można było nabyć warzywa i owoce. Jeszcze dalej na kocach, swoje towary prezentowali imigranci. Można było spotkać na przykład Pana Alberta - doktora nauk ścisłych, pochodzącego z Armenii. Przywoził w tych wielkich torbach w kratę, przedmioty radzieckiej produkcji. Wyciskarka do czosnku typu "gniotsja nie łamiotsja" - przeżyła wszystkie Fackemalmanny, Betterwary i inne w naszym domu. Albo najlepsza gierka na świecie - wilk łapiący jajka, bądź kucharzyk podbijający patelnią kiełbaski i udka z kurczaka.
Pamiętacie?
Ale bym pograła!!!
Pod koniec wakacji na "Manhattanie" pojawiały się nowe stoiska - z używanymi podręcznikami oraz wszelkimi przyborami szkolnymi. Biały klej do papieru, nożyczki z oczkami, temperówka z pojemniczkiem na opiłki, zeszyty, zapachowe (!) okładki,wymazywacz do pióra, kredki, farby, piórnik - z wyposażeniem, albo bez. Rozkładany. Albo piętrowy.
Uwielbiałam ten dzień, kiedy jechałyśmy z mamą kupować wyprawkę. Mogłam wybierać pośród tyyyyylu barwnych przedmiotów.
Były takie lata, że mama pozwalała mi wybrać niemal wszystko.
Były też takie, że większość wskazywała sama, a przed zakupami przeglądałyśmy dokładnie szafki aby sprawdzić, z poprzedniego roku nadaje się jeszcze do wykorzystania.
Dzisiaj wiem, że to były te lata, kiedy coś nie szło i mama przechodziła na "tryb oszczędnościowy".
Nie mniej jednak, wspominam dobrze wszystkie te zakupy.
Dlatego też z nie mniejszym entuzjazmem zabrałam Syna do hipermarketu po przedszkolną wyprawkę. Wybraliśmy razem klej, plastelinę, kredki (tutaj musiałam trochę zadziałać, bo naprawdę nie rozumiem dlaczego kredki z Samolotami Disneya na obrazku są dwa razy droższe niż z czymś innym, co nie pochodzi z popularnej bajki). Skończyliśmy zakupy papiernicze i podjechaliśmy jeszcze do Rosmanna, ponieważ na liście wyprawkowej widniały też przybory do mycia zębów. Wybrał sobie szczoteczkę i pastę. Podeszliśmy jeszcze obok po jakiś kolorowy kubeczek. Kupiłam dwa. 1,49 za sztukę, a takie przyjemne - jeden zielony z żabką, drugi czerwony z misiem.
Tego Rudego zauważyłam już wcześniej.
Znam go z widzenia.
Od tamtych czasów, kiedy grałam w radziecką gierkę. Mieszkaliśmy w tym samym bloku.
Bałam się go trochę.
Zawsze chodził ze starszym bratem. A może nawet i dwoma... wszyscy byli jacyś tacy dłudzy i mieli charakterystyczny dziwny chód. Nie bawili się z nami. Szlajali się po ulicy. Nie wiem co robili, zwykle starałam się ich unikać. Byli zaniedbani. Czasem nas straszyli. Nie byli takimi zwykłymi dzieciakami, jak cała reszta.
Wychodzimy z Sebkiem z siatkami z drugiego sklepu. Rudy idzie w naszą stronę. Dzisiaj się go nie boję, chociaż dalej sięgam mu ledwo wyżej pasa. Już się domyślam o co chodzi.
"Może mi Pani dołożyć 50 groszy? Widzi Pani - dostałem chleb - nie wyrzuciłem..."
Nie czekam aż dokończy, wyjmuję pieniądze z portfela.
Podaję mu, patrzę mu w oczy. Dziwne są.
Myślę, że pewnie ćpa. Taki efekt dają narkotyki, albo psychtropy. Znam dobrze ten wzrok.
Dziękuje mi, rozchodzimy się.
W głowie pojawia się myśl, że może mogłam coś wspomnieć, że się znamy z podwórka. Że z ciekawości zapytałabym dlaczego żebra i na co tak naprawdę?
Idziemy do Biedronki, kupuję coś jeszcze.
Przy samochodzie Rudy zaczepia mnie ponownie - obniżył stawkę - prosi o 40 groszy.
Odpowiadam, że już mu dałam.
"Aaa przepraszam, wszystkie samochody takie podobne..."
Myślę, że wcale nie przy samochodzie dawałam mu tę kasę.
I sama siebie strofuję w myślach, że jakaś nienormalna jestem, że chciałam go o coś pytać.
I że może jeszcze sobie wyobrażałam, że mi opowie historię swojego życia.
Reporterka się znalazła!
Mimo tego, jakoś nie mogę przestać o nim myśleć.
Spróbowałam sama sobie odpowiedzieć o co mi chodzi z tym facetem?
I doszłam do wniosku, że poczułam rozczarowanie.
Ucieszyłabym się, gdybym go spotkała w tym sklepie na zakupach. Normalnie ubranego. Może z żoną, z dziećmi? Może w jakiejś pracy?
Ale minęło ponad 20 lat, a on dalej jest taki straszny jak wtedy.
Nie wiem dlaczego, ale mogę się domyślać.
Akurat tu w Wałbrzychu można to napotkać praktycznie na każdym kroku. Jeden za drugim - dowody na to jak pochodzenie determinuje nasze dalsze życie.
Zamknięto huty, kopalnie...górnicy zostali bez dochodu. Mieli małe dzieci, brakowało pieniędzy, nie było nowych miejsc pracy. Wszyscy zaczęli pić. Patologia rozprzestrzeniała się jak szarańcza. Dzieci rosły w tej patologii. Byli górnicy w znakomitej większości nie znaleźli nowego zajęcia. Dzieci nauczyły się takiego życia - bez pracy, bez ambicji, bez planów. Za to z alkoholem i używkami.
Strasznie to smutne.
Pod domem wynieśliśmy z Sebciem nasze zakupy z auta. Siatki pełne przyborów przedszkolnych.
Patrzę na Synka.
Tak bardzo się cieszę, że mogłam kupić mu tę wyprawkę.
Że sprawiło mi to radość, bo sama chodziłam z mamą na takie zakupy.
Że los i dzieje naszej rodziny spowodowały, że od pokoleń żyjemy na bardzo przyzwoitym poziomie.
Że dzieci w naszej rodzinie mogły się kształcić w szkołach i na uniwersytetach. I wyniosły z domu dobre wzorce.
Doceniam, że dzięki Rodzinie, mogę zagwarantować Synowi dobry start. Że przyzwyczaimy go do pewnego modelu życia, który najprawdopodobniej zechce w przyszłości powielić.
Mam świadomość, że czasy są niepewne. I nigdy nie wiadomo, czy kiedyś nie sprawią, że będąc doktorem nauk ścisłych, trzeba będzie coś sprzedawać w obcym kraju na bazarze...
Lecz póki co mamy wszyscy ogromny komfort. Jestem za to wdzięczna każdemu czynnikowi, który to umożliwił. I cieszę się, że potrafimy to jak najlepiej wykorzystywać.
czwartek, 11 września 2014
Ślubny garnitur
Nasze weekendowe wyjście uświadomiło mi, że pomimo pewności, jaką mam z Miśka strony i faktu, że jego uczucia wobec mnie nie podlegają najmniejszej wątpliwości na chwilę obecną, jestem jednak odrobinkę zazdrosna o to, że był żonaty :)
Jemu się do tego nie przyznałam, ale Wam mogę chyba.
A o tej zazdrości przypomniał mi...garnitur.
Szykując się na sobotnie przyjęcie, pojechaliśmy do Miśka mieszkania po garnitur. Niestety jedyny gajer, jakim dysponuje Mój Chłopak...to jego ślubne odzienie. Przymierzał go, aby sprawdzić , czy nie jest za duży. I gdy tak stanął przed mną...bardzo przystojny w tym stroju... poczułam delikatne ukłucie zazdrości.
Drugi raz poczułam to samo, gdy słuchaliśmy w Kościele przysięgi. Gdzieśtam z tyłu głowy pojawiło się wspomnienie, że niewiele ponad rok temu to on przysięgał.
Innej.
Nie jest to oczywiście żadną dla mnie nowością. I nie jest to też wielkim problemem. Przeważnie wręcz śmiejemy się z tego wszystkiego przy różnych okazjach. Nawet teraz w sobotę, ksiądz w kazaniu powiedział, iż zawsze przy okazji uczestnictwa w tej ceremonii, zachęca wszystkich do tego, by przypomnieli sobie swoje własne Śluby,odkurzyli wspomnienia...W tym momencie większość znajomych Miśka ukradkiem zerknęło na niego...i o mało wszyscy nie wybuchnęliśmy śmiechem.
Zdaje się, że ja...w całym tym wielkim zamieszaniu, jakie zrobiliśmy, w trakcie tego przewrotu życiowego, kompletnie wyparłam z pamięci ten szczegół, że jestem z czyimś byłym mężem.
I teraz tak sobie myślę, że to chyba jest dosyć normalne, że teraz, kiedy ten fakt, chcąc nie chcąc, do nas wrócił, poczułam delikatny dyskomfort.
Chyba każdy pragnie być w życiu swojego partnera tą jedyną osobą...
I tak przy okazji zastanawiam się nad tym, dlaczego niektórzy są przeciwnikami ślubów?
Owszem, mają dość silne i rzeczowe argumenty, ale jednak do mnie to jakoś nie do końca przemawia.
Za to trafia do mnie zawsze to, co podczas Zaślubin, mówią księża i urzędnicy. Czy to od strony "duchowej" czy też "prawnej", jest to wyjątkowy rodzaj pewnej obietnicy i gwarancji. Dla mnie osobiście bardzo istotnej. Jest to forma zadeklarowania odpowiedzialności, złożona głośno przy świadkach, a także na piśmie.
Bardzo chcę zostać Żoną :)
I nic, że drugą.
M. mówi, że i tak tylko ja będę tą prawdziwą
:D
Z przyjemnością przysięgnę wszystko to, co przysiąc należy, a nawet jeszcze więcej. A z jeszcze większą przyjemnością wysłucham tego, co obieca M.
Fajnie będzie.
Aż się cieszę, że mogę sobie teraz na to cierpliwie czekać :)
wtorek, 9 września 2014
Dziewczęce marzenie
Całe lata.
Oglądałam oczami wyobraźni niewielki Kościół, którego wnętrze przystrojone jasnymi kwiatami, staje się przyjemnie ocieplone.
Słyszałam słowa mądrego księdza.
I przysięgę, wypowiadaną drżącym ze wzruszenia głosem.
Widziałam małą druhnę, sypiącą płatki kwiatów.
Siebie w sukni, męża we fraku.
Obrączki z tytanem.
Licznych gości.
Wesele, tort, niespodzianki, zabawy, taniec, radość...
Ja - księżniczka tego dnia.
I On - miłość mojego życia.
Splatamy zaobrączkowane palce.
Pocałunki pod welonem.
Ahhh...
Jako dziecko nie bywałam na Weselach, rodzice zwykle chodzili sami. Więc na pierwszym byłam w czasie studiów. Baaardzo mi się podobało!
Później nastąpiła cała fala.
Co roku ktoś świętował zawarcie związku małżeńskiego. W najbardziej intensywnym sezonie bawiłam się 4 razy.
Pamiętam chyba każdą z tych imprez.
Każda inna, wszystkie cudowne.
Zawsze wzruszam się podczas ceremonii, czy to w Kościele, czy w Urzędzie.
Podziwiam wszystkie Panny Młode, bo tego dnia wyglądają wręcz zjawiskowo, błyszczą jak prawdziwe gwiazdy a szczęściem aż oślepiają.
Obserwowanie tego, jest naprawdę fantastyczne. Ta pozytywna aura bardzo się udziela.
Mniej- więcej na połowę tych przyjęć szłam bez osoby towarzyszącej.
Zawsze w kościele słuchałam przysięgi i myślałam, że bardzo pragnę zakochać się tak prawdziwie, aby móc tę wzniosłą chwilę kiedyś przeżyć. Obiecać miłość, wierność i uczciwość małżeńską...aż do śmierci.
Gorąco prosiłam, by jeszcze kiedyś było mi to dane.
Ostatni raz prosiłam o to na ślubie Miśka :)
W sobotę wybraliśmy się razem na Ślub i Wesele K.i M.. Wiedziałam, że tym razem na pewno się wytańczę, bo już kiedyś poszliśmy z Miśkiem razem na wesele i bawiliśmy się świetnie.
Do Kościoła weszliśmy trzymając się za ręce.
I tak pozostało do samego końca.
Tym razem nie prosiłam.
Dziękowałam.
Spoglądaliśmy na siebie od czasu do czasu.
Czułam pewność.
Wiem, że teraz jest ten czas, kiedy mogłabym spełnić moje marzenie....
ale....
...ale chyba niestety z niego wyrosłam.
Bawiliśmy się fajnie, to prawda. Para Młoda bawiła się najlepiej i uważam, że tak właśnie powinno być. Orkiestra była świetna. Jedzenie niezłe...a na poprawinach wspaniałe :)
W pewnym momencie jednak, spojrzeliśmy oboje na to wszystko i jednocześnie niemal powiedzieliśmy do siebie, że aż tak nas to jednak nie bawi.
I przekonaliśmy się już tak na 100% do tego, o czym rozmawiamy od początku - że własnego wesela nie chcemy.
Za moment było rzucanie welonu i krawatu. Żadne z nas nie złapało ( ja i tak już 3 w życiu chwyciłam i jakoś nic się nie wydarzyło z tej okazji :P )
Misiek powiedział
"I tak się z Tobą hajtnę. Na Dominikanie".
Czy będzie to Dominikana, o której również marzyłam od lat.
Czy Bali, Goa, czy może Santorini, na które zachorowałam niedawno, czy też uwielbiany przeze mnie Nesebar, czy będzie to po prostu moja ulubiona knajpka w niedalekim Zagórzu Śląskim... wiemy, że nie będzie takiego Weselicha.
Z przytupem. Z oczepinami. Z Kaczuchami, La-ba-do, sprośnymi rymowankami, śledziami, flaczkami, pijanym wójkiem Edkiem i chwiejącym się na nogach kuzynem Olkiem.
Nie będzie sukni za miliony monet, ani limuzyny.
I kredytu na kilkadziesiąt tysięcy też nie będzie.
Już o tym wszystkim nie marzę.
Widuję nas teraz w jakimś magicznym miejscu z pięknymi widokami.
My,Synek,Rodzice,Rodzeństwo, Najbliżsi Przyjaciele i fotograf.
Jeśli przyjęcie, to najchętniej również na dworze. Bez tej całej pompy. Na luzie, z taką muzyką, jaką lubimy. Z ludźmi których kochamy, którzy życzą nam dobrze i którym przyjemność sprawi dzielenie z nami tego szczęśliwego momentu.
Których szczerze wzruszy to, co sobie obiecamy tego dnia.
Wyrosłam z dziewczęcego marzenia.
Lecz wcale nie jest mi go żal.
Zostanę Żoną swego Męża. Bez balu, ale przecież z przekonaniem i pewnością, że to właśnie o Niego tyle razy prosiłam żarliwie w Kościele.....
...nawet mimo tego, że to On za mocno się "rozchwiał" na poprawinach i jeszcze do wczorajszej nocy odzywałam się do niego tylko tyle, ile musiałam ;)
wtorek, 2 września 2014
Post o świcie pisany
Rano.
Chyba pierwszy raz piszę notkę o tak dziwnej porze.
Misiek wstawał o 5, aby na 6 być w pracy. Zbudziłam się z nim i nie mogłam już usnąć.
Znacie ten moment, kiedy bardzo chcecie zasnąć, ale miliony myśli krążą Wam po głowie?
Irytujące.
W dodatku, tak naprawdę, wcale nie mam nic takiego do przemyślenia, co nie cierpiałoby zwłoki.
No ale spać nie mogę.
Napiszę więc o tym tutaj, a później trochę popracuję.
Od zeszłego tygodnia siedzę z Sebkiem na zwolnieniu. Mały się pochorował trochę. Mieliśmy dwa ciężkie dni ( i noce), kiedy to przypomniało mi się dokładnie, jak to jest mieć w domu niemowlaczka.
Szczerze? Zwątpiłam, czy aby na pewno czuję się na to gotowa.
Troskałam się o nasze dziecię, gdy praktycznie nie spało przez całą noc, bo tak źle się czuło.
Tuliłam, kołysałam, głaskałam, poiłam, całowałam, trzymałam za rączkę.
W ciągu dnia nosiłam i spełniałam wszelkie zachcianki małego choruszka...jednocześnie drugą ręką mieszając zupę, a trzecią (której oczywiście nie mam), pracując przy komputerze.
Wieczorem byłam już tak zmęczona, że padłam przy włączonym świetle ,czytając książkę.
Dzisiaj jest już dużo lepiej, Seba praktycznie zdrowy, ale ponieważ dostał długie L4 od Pani doktor, ma zakaz pójścia do przedszkola, więc siedzimy sobie w domu nadal. Szkoda tylko, że ominęło go rozpoczęcie Roku Przedszkolnego.
No ale mamy w zamian namiastkę urlopu.
Przynajmniej ja.
Urlop polega na tym, że codziennie gotuję obiad z dwóch dań (Misiek teraz pracuje po 10h codziennie, więc muszę o niego zadbać), doczyściłam lodówkę, jeżdżę na zakupy, zamawiam drzwi i klamki do nowego mieszkania, załatwiam sprawy służbowe, bankowe i urzędowe.
Urlop też charakteryzuje się tym, że siedząc teraz, o 6:34, słyszę jedynie senne mamrotanie mojego Synka, pochrapywanie Psa, którego wpuściłam pod kołdrę oraz stukanie o parapet, padającego trzeci dzień , deszczu.
Tak...jest początek września i lato zdecydowanie powiedziało nam "żegnajcie".
Nawet dobrze nie zauważyłam, kiedy tak sobie przeszło obok, sprawiając, że klapki jakoś przekładają się same wciąż bardziej w głąb szafy, a letnie sukienki schowały się pod bluzkami z długim rękawem.
Ale szczerze mówiąc, pomimo, że aura już jesienna, i że obowiązków nigdy mi nie brak, i tak odpoczywam.
Tak mi dały w kość te ostatnie miesiące, że każde oderwanie się od ładowania samochodów, wyliczania tras i przeliczania euro za kilometr, uznaję za cudny wypoczynek.
Zawsze lubiłam urlopy we wrześniu. Sprawiały wrażenie pewnego przedłużenia tego letniego klimatu.
We wrześniu jest Winobranie.
I co rok wycieczkę firmową mieliśmy w tym właśnie miesiącu.
I wydarzenie najważniejsze- Syna urodziny.
W tym roku oczywiście będzie inaczej. Bo w tym roku inaczej jest wszystko.
Więc niestety na Winobranie dotrzeć nie damy rady, chociaż bardzo chciałam Miśkowi pokazać.
Wycieczka również mnie ominie, skoro firmę zdecydowałam się zmienić.
Urodziny oczywiście będą.
Ale takie inne. Bez Chrzestnego i całej Rodzinki.zg.
Szczerze mówiąc, chyba nawet żadnej imprezy nie wyprawimy z tej okazji, bo trzeba skupić się na mieszkaniu.
Swoją drogą dokładnie pamiętam, jak rok temu, po Sebka drugich urodzinach, pisałam, że teraz mamy takie krótkie imprezy, że ledwie usiadłam, a już goście się rozeszli. I pamiętam doskonale jak szykowałam to przyjęcie i co gotowałam. Wydaje mi się, że tak niedawno to było.
A z drugiej strony tak wiele się wydarzyło i zmieniło od tego momentu!
Takie oto myśli krążą mi po głowie, kiedy deszcz wciąż stuka o szyby, a za oknem szarość pomału się rozjaśnia.
Właściwie, całkiem przyjemna pora na pisanie bloga.
Pies nadal pochrapuje.
Dziecię oddycha miarowo.
Dopijam herbatę i już mam w głowie gotowy plan na to, co dzisiaj uda mi się załatwić.
Miłego dnia!

