Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

środa, 17 grudnia 2014

Czego ja chcę?

Czas taki dziwny nastał, że wokół mnie wysyp ciąż. 
A precyzując dokładniej wysyp drugich ciąż. 
Tak na biegu jestem w stanie wymienic 7 koleżanek i znajomych, które w przyszłym roku uszczęśliwią rodziny drugim dzidziusiem. 
Też miałam być jedną z nich... 
I chciałam.   

A teraz?   
Od momentu poronienia nie mogę sobie poukładać w głowie własnych pragnień.  Czasem czuję ulgę, że jednak nie. 
Że jeszcze będziemy mieli trochę luzu oraz czasu by nacieszyć się, jakby nie patrzeć, dość świeżym naszym związkiem. 
Czasu by poświęcać jak najwięcej uwagi naszemu Synkowi, któremu przez wir ostatnich przykrych zdarzeń, trochę tej uwagi odebraliśmy. 
Spokoju w naszym nowym domu, ładu i wolnej przestrzeni - nie pokrytej łóżeczkami, wózkami, wanienką, pieluchami, zasypkami, butelkami, wkładkami laktacyjnymi i całą resztą bobo-atrybutów. 
Będziemy mieli jeszcze trochę leniwych niedzielnych poranków. 
Kilka szans na spontaniczne sobotnie wyjście, bo przecież Sebcio chętnie spędza wieczory z Dziadkami. 
Jeszcze możliwość wypicia paru drinków...   
Tak...mamy jeszcze szansę na delektowanie się i stosowanie hedonistycznej filozofii życia. 

No przynajmniej na tyle hedonistycznej, na ile jest to możliwe w naszych realiach.   

No i niby jest ok. 
Fajnie. 
Luzik, wolność. 
Nic się nie zmienia.
Plany mogą być nadal realizowane. 

  A jednak gdzieś w środku, w jakimś totalnie ukrytym punkcie mojego kobiecego mózgu, czasem odzywa się cichy głos, że to jednak nie tak. 
Że przecież chcę zajść w ciążę. Stworzyć wspólnie z Miłością mojego Życia taki mały cud. 
Przecież po to na tę Miłość czekałam tyle czasu. 
Chcę czuć jak rozwija się we mnie kolejne małe życie. 
Tulić je w ramionach i otaczać troską.  Pragnie tego mój instynkt, który mówi, że nie tylko my tego potrzebujemy.
Że to dla naszej Rodziny. 
Małe spoiwo. 
Dla Sebastiana, aby od dzieciństwa do starości, jeśli Los pozwoli, miał na Świecie bliskiego człowieka...najbliższego.Z jednej krwi.  Dla Miśka, dla którego Rodzina to najwyższa wartość i który, chociaż wiem, że czuje się Ojcem Sebcia, chciałby jeszcze mieć to drugie dzieciątko, które razem stworzymy.  Dla nas wszystkich.
Żebyśmy mogli być fajną rodzinką. Mamy tyle ciepła i miłości między sobą - żal nie obdarować tymi dobrociami jeszcze jednego małego człowieczka.   
I tak raz odzywa się głos wygody.  Raz głos instynktu. 
Nawet się nie kłócą...tak sobie współgrają we mnie. 
Tylko mi jakoś z nimi niewygodnie. Czuję mały dysonans...nie wiem czego tak naprawdę mi trzeba i o czym marzę. I nie wiem co robić, w którą stronę się kierować. 
Los pewnie pokaże...choć aby dać szansę Losowi, sami musimy jakąś decyzję podjąć przecież. 
A to trudne jest. 
Teraz dużo trudniejsze niż wcześniej.   

piątek, 28 listopada 2014

Wspomnienie

To post inny niż wszystkie.Pisany długopisem na papierze.Przepiszę go później.

Jest chłodny,listopadowy wieczór. Siedzę po turecku z tym notesem na kolanach,na łóżku mojej Babci. Dookoła mnie jej zeszyty i notatki.
Pożółkłe,prawie rozsypujące się kartki.
Pierwszy raz przeglądałyśmy je z mamą w dniu śmierci Babci.
Siedziałyśmy tu we dwie wieczorem,czekając aż rozemocjonowany tym,co właśnie się stało Dziadek,zapadnie w sen. Siedziałyśmy i przeglądałyśmy Babcine rzeczy.
Wiele z nich widziałam i dotykałam po raz pierwszy. Babcia nigdy nie pozwalała ruszać niczego w domu,ani przestawiać,ani nawet posprzątać.
Teraz,jedna po drugiej,otwieramy szafki i szuflady. I wyjmujemy.
Nuty sprzed wojny.
Zeszyty ze szkoły.
Harcerskie rozkazy.
Teksty piosenek.
Stare zdjęcia i wiersze.
Babcia pisała kiedyś. Dawno.
Niewiele z tej twórczości zachowała.
Jednak tamtego wieczora,kiedy przeglądałyśmy to razem z Mamą,natrafiłyśmy na złożoną na 4 kartkę. Nie pożółkłą. Trochę współcześniejszą. Może sprzed 15-20lat.
Na kartce wiersz z dedykacją "Mojemu mężowi i dzieciom".


"Samotnie siedzę i patrzę w niebo

i w sierp księżyca czysty jak łza 

Chciałabym dotknąć tego wszystkiego

i gdzieś w przestworzach zniknąć jak mgła. 

 

Nie jest mi dobrze tu, na tej ziemi 

I choć nie sama, to wciąż samotna

I bez nadziei, że coś się zmieni,

ja muszę wypić ten kielich do dna. 

 

Tęsknię do szczęścia i do miłości, 

lecz los nie dał mi tego w darze

I kazał cierpieć wciąż w samotności

I całe życie mija w tej karze. 

 

Chciałabym czasem zaszyć się w głuszy, 

posłuchać szumu wiatru i trzasku, 

posłuchać tęsknych pieśni Papuszy

i przy ogniska ogrzać się blasku

 

Oczy mam suche jak piasek pustyni

I tylko serce żałośnie płacze

nad latami już minionymi 

jest wprost już krzykiem, krzykiem rozpaczy

 

Muszę żyć w świecie, który stworzyłam

z książek i marzeń czerpiąc radości, 

w którym zapomnieć prawie zdążyłam, 

że to iluzja - że koniec młodości. 

 

Ten wiersz rodzinie mojej poświęcam

Jak epitafium brzmią jego słowa

Już uwagami was nie zadręczę, 

lecz pamięć Wasza niech mnie zachowa."

 

Napisane ręką Babci wersy sprawiły, ze moja mama po raz pierwszy tego dnia zapłakała. Do tego momentu trzymała sie twardo.  

Siedziałyśmy więc razem na kraju babcinego łóżka, tuliłam ją, jak i ona mnie wielokrotnie w trudnych chwilach i tak płakałyśmy obie. 

Nad losem, ludzką samotnością, nigdy niewypowiedzianym żalem. Nad kobiecym poczuciem obowiązku i poświęceniem. 

I nad stratą. 

Pustką, która tu pozostała. 

 

Kolejny już wieczór czekam aż Dziadek zapadnie w sen. Wszystko tu ciągle wygląda tak, jakby Babcia miała zaraz wrócić. 

Ale nie wróci przecież. 

Myślę, że tam, gdzie jest, jest szczęśliwsza. 

Tańczy do swojej ulubionej piosenki "Chabry z poligonów"

Skąd to wiem? 

Przedwczoraj, gdy o 22:20 wsiadłam do samochodu i włączyło się moje ulubine radio "Czwórka", w głośnikach rozbrzmiała właśnie ta piosenka. 

Kawałek tak retro, że nawet pojęcia nie miałam, że funkcjonuje na jakichś nagraniach. 

Wierzę, że to był znak. 

I jest mi z tym lepiej. 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Babcia

Dziękuję za niepowtarzalny smak groszku z marchewką.
Za "Chatkę Baby Jagi".
Za czas.
Za pierogi i uszka w każde Boże Narodzenie,póki miałaś siłę.
Za Maję i Majeczkę.
Za radość z narodzin Prawnuka.
Za kręcenie loków na papiloty.
Za pudełko z guzikami.
Za moją Mamę.
Za wszystko.
Za to,że byłaś 83 lata,a ja miałam Ciebie prawie 31 lat.

Nie zapomnę nigdy.

wtorek, 18 listopada 2014

Oswajanie

Gdy byłam mała, a później i trochę większa, chodziliśmy na dłuuuugie spacery. 
Czasem zachodziliśmy do restauracji na herbatę. 
Czasem siedzieliśmy w uzdrowisku na ławeczce. 
Nauczył mnie jak kijanki przekształcają się w żaby. Codziennie chodziliśmy nad staw, a one codziennie były trochę inne. Aż wreszcie wcale ich nie było, a małe żabki przecinały ścieżkę, którą chodziliśmy. 
Latem braliśmy koc i robiliśmy piknik na polanie. 
Lub zachodziliśmy do Jego znajomego na działkę, gdzie mogłam "gotować zupę" ze wszystkich tych skarbów, które można było tam znaleźć. 
Na śniadanie robił najlepszy omlet "a'la Colombo z serem". 
Zbieraliśmy dzikie jabłka, a później karmiliśmy nimi krowy na pastwisku. 
Nauczył mnie francuskich piosenek i wyliczanek, które dziś powtarzam Sebciowi.
Gdy nie potrafił odpowiedzieć na jakieś moje pytanie, wyciągał francuską encyklopedię Laroussea, czytał i tłumaczył definicję. 
Gdy chodziłam do szkoły miał anielską cierpliwość do tłumaczenia mi ułamków, geometrii i innych matematycznych zawiłości. 
Gdy jeszcze nie było telefonów komórkowych, był przekonany, że wkrótce będzie można bez kabla rozmawiać z kimś, kto jest daleko i widzieć go przez telefon. Było to dla mnie niepojęte, ponieważ byłam przekonana, że wszyscy, z którymi rozmawiam przez telefon zmniejszają się i siedzą w tym czasie w aparacie. 
Na majowych pochodach szłam razem z nim za rękę. Wydawał się taki najważniejszy w galowym mundurze górniczym z białym pióropuszem. 
Nigdy się nie nudził graniem w planszówki, warcaby, szachy, zabawą w pocztę, w restaurację, w sklep, w dom i w wesołe miasteczko. 
W kółko czytał mi tą samą książkę ze 100 wierszami Jana Brzechwy. Sporo z nich do dziś z nam na pamięć. 

Mam takich obrazów setki, jeśli nie tysiące. 

Dziadek - przez całe lata najważniejszy, najbardziej idealny, najcierpliwszy....nigdy nie krzyczał, nie dał klapsa, nie powiedział, że nie ma dla mnie czasu, nie odmówił pomocy. Gdy dorastałam, dojrzewałam i gdy już byłam całkiem dorosła nigdy nie skomentował i nie skrytykował moich poczynań, decyzji i wyborów. 
Jeszcze do niedawna, gdy tylko przypominałam sobie, że przecież kiedyś będzie musiał odejść, od razu łzy stawały mi w oczach. 

Od niedawna codziennie oswajam się z tą myślą, że jednak będzie musiał. 

Dzisiaj to ja karmię Go zupą. 
Ja tłumaczę trzeci raz, że jest dziewiąta wieczorem, a nie rano. 
Ja Go trzymam pod rękę, aby mógł przejść kilka kroków.

Ja widzę w Jego oczach jak bardzo Mu wstyd, że tak odwróciły się nasze role. 

Nie chcę tu pisać wszystkich tych frazesów, które chodzą mi ostatnio po głowie. 
Ciężki czas dla nas nastał i staram się radzić sobie z tym jak mogę. 
Dlatego tylko zacytuję moją Babcię,od lat powtarzającą pewną prawdę, której sens w całości dotarł do mnie w ostatnim czasie:
"Starość się Panu Bogu nie udała". 
 




niedziela, 9 listopada 2014

Wsparcie

Pisanie przyniosło mi ulgę.
Wciąż jednak wraca do mnie ta chwila przed świtem, kiedy ją znalazłam. Widzę to co najmniej kilka razy dziennie.
Wtedy byłam w szoku...dopiero teraz jakoś dotarło to do mnie. I teraz nie chce się wymazać  z głowy, zejść sprzed oczu.
Bolą mnie te flashbacki.
Czekam aż miną. Bo chyba miną z czasem. Przynajmniej ich częstotliwość powinna się zmienić.


Dziękuję za wszystkie komentarze pod dwoma poprzednimi wpisami. Wybaczcie, ale nie odpowiem na każdy z osobna.
Żałuję, że tyle Anonimowych, niepodpisanych. Nawet nie wiem komu mogę być wdzięczna za troskę i objęcie jakąś ciepłą myślą.

Tyle wsparcia otrzymałam w tych dniach.
Masę dobrych słów, życzeń, a czasem po prostu milczącego bycia obok, które również ma wielką moc.

Świat kręci się dalej...aż momentami ze zdziwieniem na to patrzę.
Dziwne, że jednak się nie zatrzymał.
Ani nawet nie zwolnił.

sobota, 8 listopada 2014

Kropeczka

17.10.
Data spodziewanej miesiączki.
33 dzień cyklu.
Objawy: ból piersi, rozpierający lekki ból podbrzusza, delikatne mdłości.

18.10.
Brak miesiączki.
Notoryczne uczucie zmęczenia.
Zasypiam Miśkowi na kolanach.

20.10.
36 dzień cyklu.
Brak miesiączki, ból piersi.

Pierwszy test ciążowy wykonałam zaraz po przebudzeniu, o 7 rano. Pokazał dwie kreski. Druga blada, ale widoczna.
O wyniku powiedziałam Mamie oraz napisałam do A. Obie były podekscytowane. Ja przez cały dzień byłam poddenerwowana, aż rozpalona. Nie spodziewałam się, że tak prędko zobaczymy te dwie kreseczki.
Drugi test zrobiłam po powrocie z pracy. Wynik ten sam.
Po obiedzie zapakowałam oba testy w ozdobną torebeczkę i razem z Sebastianem poszliśmy do mieszkania, gdzie Misiek robił remont.
Po wejściu wzięłam go za rękę, poprowadziłam na kanapę, poprosiłam by usiadł i podałam mu testy.
Był bardzo zaskoczony. Chyba do końca nie wierzył.
Siedzieliśmy tam chyba godzinę czasu, prawie nic nie mówiąc.
Tuliliśmy się i całowaliśmy.
Ja płakałam. Pełna jednocześnie radości, lęku, ekscytacji, szczęścia i obaw.
W radiu leciała wtedy piosenka E. Bartosiewicz "Skłamałam".

21.10.
Byliśmy na wizycie u lekarza. Niestety USG nie znalazło Kropeczki.
Musimy uzbroić się w cierpliwość do 3.11.

22.10.
Sebastianowi mówimy,że mama ma w brzuszku dzidziusia.
Częściowo rozumie co to znaczy, jednak w zależności od dnia albo się cieszy, albo mówi "nie! nie chcę!"

23.10.
Mój żołądek chce strawić sam siebie!
Niemiłosiernie burczy mi w brzuchu i jestem bardzo głodna. Po raz pierwszy TAK bardzo.

24.10.
40 dzień cyklu.
Brak miesiączki, ból piersi, nadwrażliwość na zapachy, drażliwość, zły nastrój.
Przez telefon mówię o ciąży K. Cieszy się i gratuluje. Jedziemy do ZG do A. i T.
Odpoczywamy, rozmawiamy i oglądamy smutny film.
Znów zasypiam Miśkowi na kolanach.

25.10.
Trzydziestka D.
Bawimy się w klubie. Dużo jem i piję. Soków oraz wody oczywiście :)
Tańczę do 2 w nocy. Po imprezie odwożę towarzystwo do domu.
Mina M. na nasze nowiny - :-O , aczkolwiek to pozytywne zaskoczenie.
Czuję się cudownie wśród moich Przyjaciół.

26.10.
Ostatni dzień w ZG. D i M. przywożą mi wielką siatkę owoców.
Z K. i S. idziemy na spacer po lesie.
Odpoczywam, czuję się spokojna i szczęśliwa.
Mam wrażenie, że moje ciało stało się małą świątynią.
Czuję, że kocham Miśka niesamowicie mocno.
On pół soboty czytał książkę A. "W oczekiwaniu na dziecko". Zachwyca mnie jego zaangażowanie!
Zabieramy z ZG wanienkę dla Kropeczki. To pierwsza rzecz dla niej :)

27.10.
Zmęczenie!
Do godziny 17 pracuję. Jestem zmęczona i zła, bo nie wiem czy to poświęcenie ma sens.
Wyżywam się oczywiście na biednym Miśku.

Kupuję ciepłe legginsy - rozciągliwe, aby mieścił się w nie rosnący brzusio. Chociaż brzuch mój sam w sobie jest spory i bez ciąży :P

Wczoraj, gdy wróciliśmy z ZG , Seba zapytał "A gdzie jest Dzidziusia?". Myślał, że już ją przywieziemy.

30.10.
Misiu zbudził nas o poranku pocałunkiem w brzuch i słowami "Dzień dobry, Kropeczko".

Reszta dnia oraz wieczór minęły nam jednak kiepsko.
Trawiło nas paskudne choróbsko. Wymioty, dreszcze i ból wszystkiego. Misiu również się pochorował, a i Dziadków wirus okrutny nie ominął. Całe szczęście, że trwało to wszystko tylko jeden dzień.

31.10.
Nie dokarmiam Cię, Kropeczko, za bardzo.
W tej ciąży jest jakoś inaczej... liczę, że to znak, który wróży nam Kropeczkę - Córeczkę.

3.11.
Jesteś!
Widzieliśmy na USG.
Mała Kropeczka. Prawdopodobnie masz dopiero 4 tygodnie! Z miesiączki wynika, że 7.
Moje wyniki nie są za dobre. Mam niedoczynność tarczycy i ślady białka w moczu. Muszę zrobić dodatkowe badania.
A żołądek ciągle mi dokucza.

Byliśmy powiedzieć o Tobie drugim Dziadkom - rodzicom Miśka. Ucieszyli się, wyściskali nas. Było bardzo miło.

4.11.
Dostałam plamienia.
Boję się o Ciebie.
Bądź bardzo silna, Nasza Kropeczko, teraz byłoby nam bardzo smutno, gdyby Cię nie było.

5.11.
Biorę leki na podtrzymanie ciąży.

Krwawienie.
Czarne skrzepy.
Czuję, że Cię tracimy.
Płakałam wczoraj długo.
Tatuś Twój był silny i dzielny. Wspierał mnie jak potrafił, choć wiem, że także jest mu ciężko.
Tak się cieszył, gdy się o Tobie dowiedzieliśmy. Dumny był.

Trudno mi się z tym pogodzić, że to już koniec.
Że jednak Cię nie będzie.
Że nie mogłam podarować naszej Rodzinie tego szczęścia.
Rano znalazłam w śniadaniu liścik od Tatusia: "Kocham Cię Kruszyno moja i cokolwiek by się nie działo, zawsze będę przy Tobie."
Tatuś jest cudowny. Tak samo jak Twój starszy Brat. Przykro mi się, że nie zdążycie się poznać.

6.11.
O 5:30 obudziłam się pełna niepokoju.
Znalazłam Cię na bieliźnie.
Pożegnałyśmy się.
Była to dla mnie ogromna trauma.
M.przez półtorej godziny leżał ze mną i w milczeniu głaskał uspokajająco moje włosy.
Z rozpaczy nie wiedziałam co robić. Przed 8 pojechałam normalnie do pracy.
O 10 zadzwoniłam do swojego lekarza. Kazał natychmiast jechać do szpitala.
W pracy powiedziałam tylko o krwotoku.
Usłyszałam, że jeśli będę musiała iść na zwolnienie to "tak nie bardzo...".
Pracuję na umowę zlecenie od miesiąca, w tą umowę dałam się trochę wrobić...."zapomniano" mi o niej wspomnieć podczas rozmów.
W tej chwili jest mi już jednak wszystko jedno.

Po dwóch godzinach w poczekalni na Izbie Przyjęć trafiam na oddział.  Z nerwów mam ciśnienie wysokie jak nigdy.
Wywiad, badanie, a na koniec USG. Byłam na to gotowa, jednak widok ciemnej pustej plamy, w miejscu, w którym ostatnio była Kropeczka złamał moje serce.

Cały dzień, aż do późnej nocy trawię swój ból. Trzecią dobę tłumaczę sobie co i dlaczego się stało. Jadę na emocjonalnym rollercoasterze.
W jednej godzinie zarzekam się, że już nigdy w życiu nie chcę być w ciąży.
Za dwie godziny obwiniam się, że jestem okropną egoistką, od jakiegoś czasu skupioną wyłącznie na sobie, swoich emocjach i potrzebach.
Tuż przed zaśnięciem składam samej sobie oraz M. obietnicę, że kolejnego dnia, po zabiegu, zamknę w swojej głowie wszystko co się wydarzyło.

7.11.
Wyskrobali ze mnie to, co zostało po Kropeczce.
Zabieg w znieczuleniu ogólnym...chociaż tyle komfortu można otrzymać w całej tej dramatycznej sytuacji.
Czuję pustkę w środku.
Staram się skierować swoje myśli z powrotem na tory "sprzed".
Wrócić do pomysłów i planów, które mieliśmy wcześniej.
Czas pewnie zabliźni rany.

Ale wiem, że do końca życia będę to pamiętała.
Straciłam ciążę. Tą, która powstała z wielkiej Miłości. Oczekiwaną. Powitaną z radością.

Ale nie złamiesz mnie, przewrotny Losie.
Kiedyś na pewno przestanę się bać.

piątek, 31 października 2014

Poligon

Przebyliśmy rodzinne jelitówkę.
Taką fest.
Obustronną.
Z temperaturą 35 z osłabienia.
Z rozpalonymi policzkami,a zimnymi jak lód stopami w dwóch parach skarpetek.
Z dreszczami i telepaniem pod kołdrą i dwoma kocami.
Z sucharkami na śniadanie,obiad i kolację.

I ze zdrowym Sebciem,który wielce był znudzony poległą całą rodziną,więc cudował,wymyślał,szalał,skakał po nas, jęczał,krzyczał,marudził,ciągle czegoś chciał...

Czuję się jakbym wróciła ze szkoły przetrwania.

Na szczęście dużo snu podziałało zbawiennie zarówno na ciało jak i ducha mego, więc dziś jestem już niemal jak nowonarodzona. I cieszę się,że choróbsko trwało tylko jeden dzień,bo przez takie coś,to naprawdę nie pamiętam, czy kiedyś przeszłam i wąrpię by dało się to dłużej wytrzymać.

A z drugiej strony nie pamiętam też,kiedy ostatnio mogliśmy tyle czasu leżeć bezkarnie razem w łóżku i oglądać powtórki The Voice of Poland :p
Chociaż taka zaleta całej sytuacji,której nawet wrogowi nie życzę...o ile jakiegoś mam;)

wtorek, 28 października 2014

Fatality

Wykończy mnie remont.
Dobije to oczekiwanie.
Zajedzie mnie sprzątanie.
Lecz,czy w ogóle dotrwam do sprzątania,skoro niedługo oszaleję przez to życie we 3 w jednym pokoju?
Przez dobytek upchany w 120litrowych worach,wrzuconych po sam sufit do kabiny prysznicowej.
Zdążyłam zapomnieć jakie mam ciuchy,poza tymi,które w kółko nosze od ponad 7 miesięcy.
Cierpliwość ma do mieszkania z rodzicami właśnie zwisa marnie na ostatniej niteczce.

Jestem zła,zniecierpliwiona,chce mi sie płakać,czuje sie bezsilna. Jednocześnie żal mi M.a z drugiej strony,uważam,że przez głupi jego upór ciągnie się to to jak rozgotowany paskudny makaron.

Nienawidzę remontu i nie wiem po co go wymyśliłam!
I obrzydliwie zazdroszczę wszystkim moim Przyjaciołom ich wspaniałej wolności w dopieszczonych mieszkankach.

Tyle mam do powiedzenia.
P.s. Bloga nie piszę,bo nie mam grama prywatności w swoim życiu. Ani wolnego czasu.

wtorek, 21 października 2014

Krótko i treściwie

Tęsknię za moim blogiem i za czytaniem innych blogów.
Czekam z niecierpliwością, aż trochę zwolnimy, chociaż obawiam się, że my już po prostu mamy takie tempo i bez niego nie będziemy potrafili żyć.

Jeszcze trochę i przeprowadzimy się do naszego mieszkania. Myślę, że potrzeba nam około miesiąca. Niby niewiele miało być tego remontu, ale każda rzecz trwa.
Jednak już powoli cel majaczy na horyzoncie...jesteśmy bliżej mety, niż dalej.

Do końca roku pozostało niecałe dwa i pół miesiąca.
Myślę, że powinnam już pomału zacząć pisać podsumowanie...obawiam się, że jeden post, to za mało, aby je w nim zmieścić.
A to przecież jeszcze nie koniec... :)

Teraz jest dobry czas.
Spełniona jestem, spokojna i zadowolona.
Chyba wszyscy jesteśmy w takim fajnym stanie.

A dzisiaj pewnie wygram 7 milionów w lotto, bo przecież moje marzenia są na fali spełniania się, więc dlaczego by i nie to?
A nawet nie będę samolubna - niech i jeszcze ktoś wygra. 3,5 też mnie ucieszy :P

poniedziałek, 13 października 2014

Mlecyk

-Śnalaśłem łanego kiatka! 

Wykrzyknął i pełen entuzjazmu wbiegł na łąkę. 
Przykucnął przy pojedynczym żółciutkim mleczu. 
Zerwał ostrożnie, wrócił do mnie i powiedział : 
- Plośię, to dla Ciebie, Mamusiu 

Tak po prostu sam z siebie
<3 

czwartek, 9 października 2014

Pracuje się

Dzień drugi.
Lepszy niż pierwszy, pełna jestem wiary i nadziei we własne siły.
I nawet czuję, że po raz pierwszy od pół roku, mam jutro ochotę iść do pracy.
Pomału przyzwyczajam się do powrotu w pracowniczy tryb życia.

Ciężki okres teraz mamy.
Misiek mój cały tydzień chodzi na nocki. Wraca o 6:20, śpi do 14, wstaje, je obiad, idzie remontować mieszkanie, wraca, je kolację i idzie do pracy.
Prawie w ogóle się nie widzimy.
Dlatego dzisiaj postanowiliśmy zrobić sobie wolne, bo już i my za sobą tęsknimy i Seba za tatą stęskniony mocno.
Podjechaliśmy nad najbliższą wodę, którą tu mamy.
Pospacerowaliśmy, a gdy ostatnie promienie słońca schowały się za drzewami i wzgórzami, wstąpiliśmy do mojej ulubionej knajpy na kawę.
Ze zdziwieniem odkryłam w niej kolejne zmiany, którymi jestem wręcz zachwycona.
Od dawna upodobałam sobie to miejsce, o uroczym położeniu i niepowtarzalnej atmosferze. Obecnie wcześniej tam panujący, oryginalny "klimat", pomału staje się już stylem, co działa na niesamowitą korzyść lokalu.
Siedzieliśmy tam chyba 2 godziny i czuliśmy się jak w domu.
Nawiasem mówiąc, wystrój jednej z sal, jest właśnie takim, jaki chciałabym stworzyć w naszej przyszłej sypialni. Chłonęłam więc dzisiaj kolory, dodatki, drobiazgi , żeby móc się wkrótce inspirować.

Dobrze nam zrobiła ta mała wycieczka-ucieczka.
Podziękowaliśmy z Becim Miśkowi, za ten kawałek wykradzionego czasu.
Tak się teraz czujemy - że musimy wykradać wręcz chwile na najzwyczajniejsze bycie ze sobą. Wciąż jednak trzymamy się myśli, że teraz tak jest, bo pracujemy nad tym, aby w gotowym naszym miejscu, poukładać już wszystko od początku do końca, i móc wreszcie delektować się tym BYCIEM.

Mam nadzieję, że osiągnięcie tego, nie będzie musiało być moim Noworocznym życzeniem :) Aczkolwiek jeśli nie, to czego ja jeszcze w ogóle mogę sobie życzyć? Poza odrobiną stagnacji czasami?

poniedziałek, 6 października 2014

Dobre wieści

I znowu ta mieszanina uczuć.
Towarzyszy mi przy każdej zmianie.
W tym roku jest czymś, do czego powoli się przyzwyczajam.
Taki wewnętrzny przekombinowany drink:
50ml radości
30ml strachu
10ml ekscytacji
5ml dumy
5ml zaciekawienia
2ml żalu

Szejkujemy energicznie, przelewamy do szklanki typu long. Cytrynka, rureczka, parasolka i "włala" :)

Oto drink o nazwie "New work" :)

Tak oficjalnie to bezrobotna jestem od soboty, bo wtedy właśnie zakończył się mój okres wypowiedzenia.
I w stanie tym pozostanę do pojutrza.

:)

Przeszłam rekrutację w firmie, w której jako pierwszej byłam na rozmowie kwalifikacyjnej. Pokonałam w drugim etapie 4 osoby,a w pierwszym chyba kilkanaście ;)
Muszę tylko podreperować umiejętności językowe, bo opuściłam się strasznie. I cieszę się, że taki warunek mi postawiono, bo już dawno nosiłam się z tym zamiarem. A teraz mam kopa i silną motywację.
Strach jest, bo przeskoczę z FTL na busy i wszystko będzie nowe i inne...ale oczywiście, wierzę, że będzie w porządku i że dam radę.
Cieszę się, bo będę pracować w trzyosobowej grupie. Mam nadzieję, że stworzymy fajny zespół.

Żal mi trochę znowu tego czasu Mamy i Synka. Tak było fajnie przez ostatnie dwa tygodnie. Tyle się go naobserwowałam, tyle razy pozytywnie mnie zaskoczył, tyle w nim nowych umiejętności dostrzegłam. Wielką radość mi to sprawiało i teraz ze świadomością, że w środę znów mamy minus 9 godzin, jest mi trochę smutno.

Ale z drugiej strony kamień spadł mi z serca i zniknęły ekspresem wyrzuty sumienia, że Misiek musi na nas pracować. I kieszeń moja odetchnęła z ulgą, że jednak nie będzie musiała być uzupełniana ze środków na czarną godzinę.
I będziemy mogli kupić takie jedne meble do przedpokoju, które nam się ostatnio spodobały :)

Coś uroczego do obejrzenia :)

czwartek, 2 października 2014

Inny świat.

No i cóż ja mogę napisać, jako bezrobotna od przeszło tygodnia...?
Że nadal jestem bez przerwy czymś zajęta. Ale teraz przynajmniej jestem zapracowana bez stresu :)
Przyznam szczerze, że aktualny "stan skupienia",  dobrze robi mi na głowę.
Nareszcie poświęcam się temu, co najważniejsze dla mnie.
Mam czas dla Syna.
Z przedszkola wracamy spacerkiem. Może dokładnie opowiedzieć mi wszystko, co się działo. Zawsze do przedszkola idzie przygotowany - jeśli jest dzień jesieni i trzeba przynieść dary jesieni - mamy je ze sobą. Jeśli jest dzień jabłuszka i dzieci mają być ubrane na czerwono - Seba od stóp do głów jest czerwony. Jeśli jest dzień muzyczny i można przynieść ze sobą instrument - Młody dziarsko maszeruje z bębenkiem.
Nie przyznam ile razy wcześniej z pośpiechu przegapiliśmy takie przedszkolne wydarzenia. 
Syn ma dzięki temu wszystkiemu lepszy humorek. Jest grzeczniejszy i zwraca się do nas "Mamusiu" i "Tatusiu", czym nieustannie nas rozmiękcza.

Mam czas dla Miśka.
Na ugotowanie mu pysznego kremu dyniowego, który uwielbia.
Na porządne kanapeczki do pracy.
Na wymasowanie bolących lędźwi.
I na bliskość w takiej formie, na jaką zwykle brakowało nam czasu, bądź siły.
Dzięki temu Misiek również ma lepszy humorek...:->

Dla siebie nie mam za wiele czasu. Ale mam go jeszcze trochę dla domu.
Sporo dla remontu i naszego nowego mieszkania.
Mam również czas dla Dziadków - aby jeździć z nimi do lekarzy, aptek i po zakupy.
Nadrobiłam większość urzędowych spraw. Po ponad pół roku przerejestrowałam samochód. Meldunki, dowody i całą inną papierologię również załatwiłam.

Byłam na rozmowach kwalifikacyjnych - w jednej firmie na drugim etapie - czekam na wyniki. Jutro wybieram się do kolejnej firmy.
Odwiedziłam w szpitalu koleżankę i jej nowonarodzoną córeczkę.
I wiecie czego zapragnęłam...? ;)
To z pewnością nie jest najlepszy moment...ale wiem już, że najlepszego momentu prawie nigdy nie ma.
Na pewno jednak dla mnie- jako kobiety, to jest czas odpowiedni.
Oczywiście będzie, co będzie. Liczę się z tym, że z moimi schorzeniami wcale niekoniecznie sukces jest gwarantowany. Zresztą widać - od 8 miesięcy nic się w tej materii nie wydarzyło. 
Duchowo w każdym razie jestem gotowa.

Na dzień dzisiejszy uważam, że tak to po prostu miało być. Prawdopodobnie wciąż czeka na mnie coś lepszego. Lub znowu coś tak się zmieni, że zrozumiem czemu jeszcze ma służyć obecna sytuacja.
Finansowo na razie jestem zabezpieczona - od lat dbałam o to, by zawsze mieć zapas środków na "Czarną godzinę". Całe życie obserwowałam jak robi to moja mama. I dzisiaj mogę jej za to powiedzieć DZIĘKUJĘ. Bo dzięki temu, póki co, mogę być zupełnie spokojna.

środa, 24 września 2014

Wyznanie

"Kofam Mamę! I Tatę teś kofam"

Spontanicznie oznajmił mi dziś wieczorem nasz trzylatek,siedząc wtulony we mnie na fotelu.
Możliwe,że taki przypływ czułości to sprawka gorączki,z którą walczymy od wczorajszej nocy.
Jest to bez znaczenia.
Bo te słowa mają magiczną moc-przeganiania trosk,smutkow i pochmurnych rozważań.
Nagle wszystko to przestaje mieć znaczenie. Bo przecież najważniejsze już mam.

sobota, 20 września 2014

3

3 lata.
Cudowny nasz Synek jest już takim dużym chłopcem!
Moim Wielkim Szczesciem.
Światłem w tunelu.
Sensem Życia.
Motywatorem,dopalaczem,rozpogadzaczem najgorszego dnia. Dumą.

KOCHAM CIĘ, Dziecko Moje!

Nie mam niestety sił pisać o tym piękniej.

Wczoraj straciłam pracę.
Dziś pracuję nad tym,aby nie tracić ducha.

piątek, 19 września 2014

Zabawkowa randka

Wczoraj krótko przed 17 wysiadałam z samochodu pod domem. Obok mnie przejechało znajome auto.
Pomyślałam, że chyba plany się zmieniły.
Zabrałam torbę z laptopem, torebkę i z uśmiechem od ucha do ucha, nad którym wciąż nie mogę i nie chcę zapanować, podążyłam w kierunku parkującego wozu.
Wysiadł On. Równie szeroko uśmiechnięty jak ja.
"A tak myślałem, że Cię spotkam pod blokiem"

Buzi buzi.

"Możesz na chwilę przytrzymać mój plecak?"
Zanurkował z powrotem w aucie, po chwili wynurzył się, trzymając w rękach różę. Nawet nie czerwoną. Szkarłatną. Piękną.

"Czerwona...jak...jak...nasza miłość. Kto by pomyślał, że to już osiem miesięcy...?"

Taki drobiazg.
Kwiatek zwykły. Piękny w swojej prostocie.
Bez wstążeczki nawet.
A sprawił, że już niemal eksplodowałam z nadmiaru uczuć.

8 miesięcy to w sumie żadna okazja. Zresztą otrzymuję takie kwiatki co jakiś czas zupełnie spontanicznie.I za każdym razem sprawiają mi ogromną przyjemność.


Po południu wybraliśmy się po prezent urodzinowy dla Sebcia. Myślałam, że będę kupować go sama, ale Misiek zadzwonił, żebyśmy pojechali razem, skoro ma trochę wolnego czasu.
Mieliśmy kupić kolejkę elektryczną. Jakąś fajną, sporą, żeby można było rozłożyć ją w Sebka nowym pokoju.
Niestety żadna z oferowanych nie spełniła naszych oczekiwań. A te, które ewentualnie spełniały, kosztowały za dużo. Wybraliśmy więc prostą, niewielką na start,żeby sprawdzić, czy w ogóle Seba będzie miał ochotę się nią bawić. Jeśli się sprawdzi, to wybierzemy później jakąś kolekcję i będziemy mu zbierać.
Ja chciałam jeszcze kręgle, abyśmy mogli wszyscy razem w nie grać.
Wzięliśmy więc i kręgle.
Misiek już od dawna mówił o małej wędce. Akurat byłą ostatnia wędka i gumowe rybki - do zabawy w wannie.
"Ale przecież niedługo się przeprowadzimy i nie będziemy mieli wanny"
"To będzie miał u Dziadków"
Wędka pod pachę.
I na sam koniec dostrzegł jeszcze rybkę, która strzela kulkami - trzeba celować w małe pachołki aby je zbić.
No i musieliśmy wziąć jeszcze to "bo ja zawsze się lubiłem w takie coś bawić. I zobacz jakie tanie!"
W ten sposób wyszliśmy z wielką torbą zabawek.

Jesteśmy okropnie niekonsekwentnymi rodzicami...
ale taką nam to przyjemność sprawiło! :)
Patrzyłam na M. z jakim zaangażowaniem i entuzjazmem dobierał te zabawki...Tatuś nasz kochany...nie mogłam nam obojgu tego odmówić.
Lecz tylko ten jeden raz pozwalam na takie szaleństwa! Bo to pierwsze Urodziny Becia, które spędzimy jako rodzinka.
Świętowanie urodzin zaczynamy już dzisiaj - Chrzestny nasz najlepszy z Żonką przyjadą do nas na kawkę.
Jutro dmuchanie świeczek w rodzinnym gronie, a w niedzielę wyruszamy do Wrocławia spędzić dzień w Aquaparku i Zoo :)

A jeszcze całe to nasze wczorajsze wyjście zwieńczyliśmy dwoma kubkami gorącej czekolady z lodami i bitą śmietaną.
I sami trochę jak dzieciaki wczoraj byliśmy.
Super popołudnie!

8 miesięcy...wiem, że to kropla w morzu, jednak wydawało mi się, że po takim czasie mija już cała euforia. A nam nic nie mija. Wręcz przeciwnie.
Uwielbiam Mojego Chłopaka do szaleństwa :)

środa, 17 września 2014

Moje Chłopaki

Tak sobie dzisiaj siedzę (w pracy) i rozmyślam. Czasu mam trochę wolnego, więc przeglądam "internety" własne.
Zdjęcia, posty itp. Nawet rozmowy nasze z Misiem...z tych pierwszych dni. Kiedy oszołomieni jeszcze, pełni byliśmy zdziwienia i obaw.
Największy strach tyczył się Sebastiana.
Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić jak to wszystko ma wyglądać, w jaki sposób to pogodzić, i jak się wszyscy mamy w nowej sytuacji odnaleźć.

Dzisiaj z perspektywy tych kilku miesięcy mogę powiedzieć, że wszystko się ułożyło jakby samo.
Czasem jeszcze o tym rozmawiamy, Misiek podkreśla, że wiele w tym Sebcia zasługi. Tego, jakim jest otwartym i pogodnym dzieckiem. Że jego po prostu nie można nie lubić.
Ja uważam, że sukces należy do nich obu.
Mam w domu dwóch wyjątkowych chłopaków.

Ten mniejszy jest mądry, ma świetną pamięć, jest bystry, potrafi być przeuroczy, pełny jest dziecięcej żywotności i entuzjazmu do wszystkiego i wszystkich.

Ten większy jest ciepły, opiekuńczy i odważny. Pracowity, odpowiedzialny i oddany wszystkiemu, co robi.
Połączenie tych cech obu chłopaków, musiało stworzyć związek idealny :)

Jakkolwiek jednak, uważam że mam w domu Bohatera.
I nie dlatego, że właśnie pełen zapału przesuwa w górę wszystkie kontakty w nowym mieszkaniu, łata stare dziury, wierci nowe i dźwiga meble w te i nazat.
To znaczy... dlatego również.
Ale Bohaterem jest w moich oczach, bo zupełnie niespodziewanie został tatą. I nie mógł tego zaplanować, nie dostał 9 miesięcy aby oswoić się z tą myślą.
Stanęło przed nim po prostu 2,5- letnie dziecko i po kilku miesiącach wspólnego mieszkania, pewnego dnia przestało wobec niego używać słowa "wuja", zamieniając je na "tata". I teraz w domu naszym słowo to rozbrzmiewa setki razy dziennie, w różnych formach i odmianach:
Tata
Tato
Tatuś
Tata Mifał
Tata Misiek
Tati
...

A on sam, chyba też nie do końca kontrolując to, od dawna nazywa Syna - Synem :)

Mogłabym tu peany pisać na ich cześć codziennie.
Każdego dnia widzę ich razem i dostrzegam małe gesty, świadczące o niesamowitej zażyłości, jaka między nimi się stworzyła.
Misiek wstaje w nocy, jeśli Seba z jakiegoś powodu się przebudzi - słyszy go przede mną.
Robi dla niego rano jajecznicę albo paróweczki, kroi chleb i studzi herbatę.
Smaruje małego pianką do golenia. Stoją tak we 2 w łazience i się golą.
Prowadzi go do przedszkola, lub z niego odbiera i albo jest dumny, bo Syna chwalą, albo się wstydzi za niego, kiedy coś narozrabia.
Prowadzi rozmowy wychowawcze, udziela reprymendy, a jak nic nie działa, to tak huknie, że aż ja się czasami wystraszę.
Przenosi go na rękach przez błoto po kolana, w trakcie grzybobrania.
Pozwala kręcić kołowrotkiem na rybach.
Całuje główkę.
Daje buziaka na dobranoc.

I robi tysiąc innych fajnych "tatowych" czynności, za które kocham Go po prostu tak niemożliwie, strasznie, kosmicznie mocno, że nie da się tego opisać.

A Sebastian dłużny nie pozostaje.
Obejmuje szyję taty obiema łapkami w taki cudowny dziecięcy sposób.
Daje buziaczki.
Tuli się do nogi.
Wyczekuje godzinami w oknie sto razy pytając
"gdzie jest mój tata?
gdzie on się schował?
gdzie on podział?"
A kiedy słychać szczęk klucza w zamku, biegnie w podskokach piszcząc radośnie.
Z powrotu Taty z pracy cieszy się bardziej entuzjastycznie niż nasz pies :)
Jeśli może coś podzielić, to daje dla siebie, dla Mamy i dla Taty.
Jeśli chce gdzieś pojechać, to zawsze zaznacza, że z Mamą, z Tatą i Kają.

Tyle mamy w domu Szczęścia, Miłości, pozytywnych emocji i tyle pięknych obrazków.

I nawet jeśli, tak jak teraz, jesteśmy przemęczeni, przytłoczeni nadmiarem obowiązków, nie mamy dla siebie  czasu, a jeśli mamy, to zasypiamy zanim zdążymy dobrze go wykorzystać, to wciąż w całej tej miłości i niezwykłej nowej relacji, jest niewyczerpane źródło, z którego możemy czerpać nowe siły.

Jestem zakochana! Zauroczona po uszy i wyżej...w obu moich chłopakach.
Są najlepsi na Świecie.
Każdy z osobna i obaj razem.








piątek, 12 września 2014

Albert i Rudy

W piątek tydzień temu wybrałam się z Synem na zakupy wyprawkowe.
Oczywiście ja byłam dużo bardziej podekscytowana niż on.
Od dzieciństwa uwielbiałam te zakupy.
Szłyśmy z mamą na taki "Manhattan".
Chyba w każdym mieście było, lub nadal jest takie miejsce - wielki plac,na którym w tak zwanych "szczękach", handlarze wystawiali wszystko - kasety magnetofonowe, kosmetyki Celia i Bell, ciuchy z Tuszyna, albo Raszyna.
Gdzieś pomiędzy można było nabyć warzywa i owoce. Jeszcze dalej na kocach, swoje towary prezentowali imigranci. Można było spotkać na przykład Pana Alberta - doktora nauk ścisłych, pochodzącego z Armenii. Przywoził w tych wielkich torbach w kratę,  przedmioty radzieckiej produkcji. Wyciskarka do czosnku typu "gniotsja nie łamiotsja" - przeżyła wszystkie Fackemalmanny, Betterwary i inne w naszym domu. Albo najlepsza gierka na świecie - wilk łapiący jajka, bądź kucharzyk podbijający patelnią kiełbaski i udka z kurczaka.
Pamiętacie?
Ale bym pograła!!!

Pod koniec wakacji na "Manhattanie" pojawiały się nowe stoiska - z używanymi podręcznikami oraz wszelkimi przyborami szkolnymi. Biały klej do papieru, nożyczki z oczkami, temperówka z pojemniczkiem na opiłki, zeszyty, zapachowe (!) okładki,wymazywacz do pióra, kredki, farby, piórnik - z wyposażeniem, albo bez. Rozkładany. Albo piętrowy.
Uwielbiałam ten dzień, kiedy jechałyśmy z mamą kupować wyprawkę. Mogłam wybierać pośród tyyyyylu barwnych przedmiotów.
Były takie lata, że mama pozwalała mi wybrać niemal wszystko.
Były też takie, że większość wskazywała sama, a przed zakupami przeglądałyśmy dokładnie szafki aby sprawdzić, z poprzedniego roku nadaje się jeszcze do wykorzystania.
Dzisiaj wiem, że to były te lata, kiedy coś nie szło i mama przechodziła na "tryb oszczędnościowy".
Nie mniej jednak, wspominam dobrze wszystkie te zakupy.

Dlatego też z nie mniejszym entuzjazmem zabrałam Syna do hipermarketu po przedszkolną wyprawkę. Wybraliśmy razem klej, plastelinę, kredki (tutaj musiałam trochę zadziałać, bo naprawdę nie rozumiem dlaczego kredki z Samolotami Disneya na obrazku są dwa razy droższe niż z czymś innym, co nie pochodzi z popularnej bajki). Skończyliśmy zakupy papiernicze i podjechaliśmy jeszcze do Rosmanna, ponieważ na liście wyprawkowej widniały też przybory do mycia zębów. Wybrał sobie szczoteczkę i pastę. Podeszliśmy jeszcze obok po jakiś kolorowy kubeczek. Kupiłam dwa. 1,49 za sztukę, a takie przyjemne - jeden zielony z żabką, drugi czerwony z misiem.



Tego Rudego zauważyłam już wcześniej.
Znam go z widzenia.
Od tamtych czasów, kiedy grałam w radziecką gierkę. Mieszkaliśmy w tym samym bloku.
Bałam się go trochę.
Zawsze chodził ze starszym bratem. A może nawet i dwoma... wszyscy byli jacyś tacy dłudzy i mieli charakterystyczny dziwny chód. Nie bawili się z nami. Szlajali się po ulicy. Nie wiem co robili, zwykle starałam się ich unikać. Byli zaniedbani. Czasem nas straszyli. Nie byli takimi zwykłymi dzieciakami, jak cała reszta.

Wychodzimy z Sebkiem z siatkami z drugiego sklepu. Rudy idzie w naszą stronę. Dzisiaj się go nie boję, chociaż dalej sięgam mu ledwo wyżej pasa. Już się domyślam o co chodzi.
"Może mi Pani dołożyć 50 groszy? Widzi Pani - dostałem chleb - nie wyrzuciłem..."
Nie czekam aż dokończy, wyjmuję pieniądze z portfela.
Podaję mu, patrzę mu w oczy. Dziwne są.
Myślę, że pewnie ćpa. Taki efekt dają narkotyki, albo psychtropy. Znam dobrze ten wzrok.

Dziękuje mi, rozchodzimy się.
W głowie pojawia się myśl, że może mogłam coś wspomnieć, że się znamy z podwórka. Że z ciekawości zapytałabym dlaczego żebra i na co tak naprawdę?
Idziemy do Biedronki, kupuję coś jeszcze.
Przy samochodzie Rudy zaczepia mnie ponownie - obniżył stawkę - prosi o 40 groszy.
Odpowiadam, że już mu dałam.
"Aaa przepraszam, wszystkie samochody takie podobne..."

Myślę, że wcale nie przy samochodzie dawałam mu tę kasę.
I sama siebie strofuję w myślach, że jakaś nienormalna jestem, że chciałam go o coś pytać.
I że może jeszcze sobie wyobrażałam, że mi opowie historię swojego życia.
Reporterka się znalazła!

Mimo tego, jakoś nie mogę przestać o nim myśleć.

Spróbowałam sama sobie odpowiedzieć o co mi chodzi z tym facetem?
I doszłam do wniosku, że poczułam rozczarowanie.
Ucieszyłabym się, gdybym go spotkała w tym sklepie na zakupach. Normalnie ubranego. Może z żoną, z dziećmi? Może w jakiejś pracy?
Ale minęło ponad 20 lat, a on dalej jest taki straszny jak wtedy.
Nie wiem dlaczego, ale mogę się domyślać.
Akurat tu w Wałbrzychu można to napotkać praktycznie na każdym kroku. Jeden za drugim - dowody na to jak pochodzenie determinuje nasze dalsze życie.
Zamknięto huty, kopalnie...górnicy zostali bez dochodu. Mieli małe dzieci, brakowało pieniędzy, nie było nowych miejsc pracy. Wszyscy zaczęli pić. Patologia rozprzestrzeniała się jak szarańcza. Dzieci rosły w tej patologii. Byli górnicy w znakomitej większości nie znaleźli nowego zajęcia. Dzieci nauczyły się takiego życia - bez pracy, bez ambicji, bez planów. Za to z alkoholem i używkami.
Strasznie to smutne.

Pod domem wynieśliśmy z Sebciem nasze zakupy z auta. Siatki pełne przyborów przedszkolnych.
Patrzę na Synka.
Tak bardzo się cieszę, że mogłam kupić mu tę wyprawkę.
Że sprawiło mi to radość, bo sama chodziłam z mamą na takie zakupy.
Że los i dzieje naszej rodziny spowodowały, że od pokoleń żyjemy na bardzo przyzwoitym poziomie.
Że dzieci w naszej rodzinie mogły się kształcić w szkołach i na uniwersytetach. I wyniosły z domu dobre wzorce.
Doceniam, że dzięki Rodzinie, mogę zagwarantować Synowi dobry start. Że przyzwyczaimy go do pewnego modelu życia, który najprawdopodobniej zechce w przyszłości powielić.

Mam świadomość, że czasy są niepewne. I nigdy nie wiadomo, czy kiedyś nie sprawią, że będąc doktorem nauk ścisłych, trzeba będzie coś sprzedawać w obcym kraju na bazarze...
Lecz póki co mamy wszyscy ogromny komfort. Jestem za to wdzięczna każdemu czynnikowi, który to umożliwił. I cieszę się, że potrafimy to jak najlepiej wykorzystywać.