Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Opowieść o moim debiucie w roli Pani Domu. Cz.1.

Właściwie nie powinnam się przyznawać.
Bo to wstyd trochę.
I jakoś kiepsko świadczy o mnie... ale niech będzie.
Staram się być szczera na tym blogu, więc czuję się zobowiązana.

Wyznaję zatem, że przez 31 lat mojego życia, nigdy, ale to nigdy nie wydawałam rodzinnego przyjęcia, które bym od A do Z przygotowała sama.

Z jednej strony obciach.
Z drugiej właściwie, to szczęściara ze mnie ;)

Oczywiście to nie tak, że nie szykowałam żadnej imprezy, czy odświętnej kolacji.
Ale zawsze ktoś pomógł.
Zazwyczaj rodzice.

Przyszła jednak kryska na matyska.


Partnera - konkubenta mam?
Mam.
Mieszkanie nowe mamy?
Mamy.
Okazja w postaci 30-lecia wyżej wymienionego Konkubenta oraz nabycia wyżej wymienionego mieszkania jest?
Jest.

No to nie pozostało nic innego jak organizacja rodzinnej kolacji.

Pierwszy dreszczyk emocji miałam już w trakcie zapraszania.
Bo oto pierwszy raz zapraszam do siebie własnych rodziców.
Wierzcie, albo nie, ale od lat marzyłam o tym, aby zaprosić moją mamę na wieczór, przy którym ona nie będzie musiała robić niczego poza siedzeniem przy stole, braniem udziału w konwersacji i ładnym wyglądaniem.
W czasie imprez mama zawsze biega. Najpierw biegała z kuchni do pokoju przez dwa przedpokoje.
Później ułatwiła sobie sprawę i przerobiła jeden pokój na jadalnię, więc dystans jej się skrócił. Co nie zmieniło jednak faktu, że i tak raczej nie siedzi gdy ma gości.
Kiedy robilismy Wigilie u Dziadków- też biegała, żeby pomóc Babci.
Gdy odbywała się jakaś impreza u mnie, w Zielonej Górze - pomagała mi. Więc tym razem postawiłam sobie za punkt honoru, że mama będzie siedzieć. Zwłaszcza, że następnego dnia miały być też jej urodziny.

No tu muszę jeszcze wyznać, że tak na 100% nie obyło się bez jej nieocenionej pomocy, ponieważ w czwartek zrobiła za mnie zakupy :) Akurat ma chwilowo sporo wolnego czasu i sama zaproponowała tę formę pomocy....z której skwapliwie skorzystałam.
Aha... no jeszcze w sobotę, razem z Tatą wzięli do siebie Sebka na cały dzień...
Także ten...
...no cóż mogę powiedzieć? Bez rodziców, to jednak jak bez ręki i tyle w temacie :)  

Poza moimi rodzicami, zaprosiliśmy także rodziców Miśka.
Tutaj też wielki mój debiut.
No kurczę poważna sprawka. "Teściowie" na pierwszej kolacji.
Chyba wiecie co to za stres?

Mój szał zaczął się już w piątek.
Kiedy przystąpiliśmy do wieszania firan w dużym pokoju.
Jeśli jeszcze kiedyś wymyślę sobie firany z marszczeniami, na ponad 5 metrowy karnisz, mam nadzieję, że ktoś mi ten pomysł wybije z głowy i przypomni miniony piątek.
Prasowałam cholery z godzinę. Marszczyłam na tej przeklętej taśmie, chyba z drugą godzinę.
Zawiesiliśmy.
Coś nie gra.
Misiek przypomniał, że coś mu świta,iż jedna była zamówiona trochę szersza i to ona miała zasłaniać drzwi balkonowe.
Racja.
Przewiesiliśmy.

Na te firany wydaliśmy naprawdę dużo kasy. No po prostu jak dla mnie to jakaś niedorzeczna suma , ale tak bardzo chciałam żeby było pięknie...
I zawisło te moje kilkaset złotych.
A efektu wow brak.
Pomarszczyłam jakoś krzywo.
Przerwa między oknami miała być odsłonięta, abyśmy mogli powiesić tam nasze zdjęcia....wyglądało to  niechlujnie.
Porażka.
Dowiesiliśmy jedną zasłonę (20 minut prasowania). Okazało się, że za długa. Moja frustracja sięgnęła zenitu.
Ręce mi mdlały, miałam wyrzuty sumienia, bo tak długo trwało to wszystko, że nie poszłam na zajęcia z ladies dance, a wyglądało to zupełnie inaczej, niż sobie wymarzyłam.
Zamiast ślicznych kremowych firanek w delikatny mieniący się wzorek, widziałam po prostu smętnie zwisające z karnisza wymięte banknoty stuzłotowe.
Tyle zmarnowanych pieniędzy. Rany! Jak ja tego nienawidzę!
Padłam na łóżko twarzą w poduszkę i zawyłam żałośnie. Mój chłopak poklepał mnie krzepiąco po plecach ze słowami "no najwyżej jakoś je przerobimy" (tak, k***, nie dość, że wydaliśmy tyle kasy, czekaliśmy na nie miesiąc, to teraz oddamy do przerobienia!) i ekspresowo zmył się na nockę do pracy.

No i cóż było robić?
Udałam się do barku :)
Z kieliszkiem ulubionej podróby Baileysa, najpierw zadzwoniłam pożalić się mamie, następnie wyżaliłam się Anetce na WhatsAppie i po wysłuchaniu ich rad ponownie wdrapałam się na taboret. Pozmieniałam, porozciągałam , wyrównawałam, przykryłam przerwę, dowiesiłam drugą zasłonę.
Zeszłam z taboretu, stanęłam w drzwiach...
Alleluja! Udało się!

Było koło północy, a w lodówce wciąż czekały na mnie niezamarynowane żeberka...
c.d.n.

sobota, 24 stycznia 2015

Przydługi dyskurs w temacie Matki Polskiej Domowej

Na temat "Matki-Polki W Domu Siedzącej" napisano już chyba wszystko.
Połowa czytanych przeze mnie blogów parentingowych zawiera przynajmniej jednego posta, poruszającego tę problematykę.
I ja już chyba kiedyśtam cośtam wspominałam.
Dziś jednak wrócić muszę do tematu.
Zagotowana jestem nieco, bo na świeżo właśnie po przeczytaniu komentatorskiej burzy pod postem uwielbianej przeze mnie Mamy Dwóch Córek.

Różne mamy modele życia w naszym cudownym kraju.
I różne modele Matki-Polki.
Sama już przerobiłam ich kilka.

Pół roku siedziałam w domu na macierzyńskim.
Dwa lata byłam samotną matką pracującą.
Od kilku miesięcy jestem już nie samotną matką pracującą.
A od lutego najprawdopodobniej będę niesamotną matką, prowadzącą coś w stylu własnego biznesu.

I powiem tak - za każdym razem nie czuję się w pełni usatysfakcjonowana.

Pół roku macierzyńskiego.
Fajna sprawa.
Zwłaszcza,że przemieszkałam ten czas u rodziców. Oboje pracujący, wtedy jeszcze od rana do wieczora, ale i tak pomoc ogromna.
Po 4 pierwszych miesiącach stwierdziłam, że trochę nuda.
Po 2 miesiącach od porodu chodziłam już 4 razy w tygodniu na tańce i fitness.
Miesiąc później doszedł jeszcze cotygodniowy basen z niemowlakiem.
Na koniec jednak, cała szczęśliwa wróciłam do pracy i firmowych znajomych.
Łączyło się to z wyprowadzką od rodziców. Wyprowadzką 160km dalej, bo praca została właśnie tak daleko. Niewiele mogłam dla siebie zrobić. Czułam , że moje życie to głównie praca i bycie mamą. Starałam się w "wolnym czasie" być jak najbardziej aktywna. Robiliśmy sobie z Sebą wycieczki, chodziliśmy na basen, na salę zabaw, na imprezy, odwiedzaliśmy znajomych. Pamiętam jednak, iż czułam, że mało tego jest.
Pogodzenie pracy, macierzyństwa i KAŻDEGO jednego obowiązku związanego z prowadzeniem gospodarstwa domowego - od obiadu przez wyprowadzanie psa, po mycie podłóg ; od zaprowadzenia auta do mechanika po wymianę przepalonej żarówki - to jest jednak dużo jak na dwudziestoczterogodzinną dobę i jednego człowieka.
Wszystko było po łebkach. Sprzątnięte było z grubsza. Pieniędzy było "na styk"...ale najgorsze wyrzuty sumienia dręczyły mnie z powodu uczucia, że za mało czasu poświęcam synowi. Świadomość, że on tylko raz jest mały, wyrośnie szybko i przestanie mnie potrzebować tak mocno jak teraz, a ja właśnie teraz nie mogę być dla niego tak, jakbym chciała, zżerała wręcz moje serce. Poza tym notoryczne przemęczenie. Fizyczne, psychiczne. I poczucie, że utknęłam w miejscu.

Później nastąpił gwałtowny obrót spraw, kolejna zmiana modelu życia.
Tak do końca jeszcze się w niej nie odnalazłam...a już czeka mnie następna.
Jest lepiej.
Dużo lepiej.
Już jest nas - Rodziców - dwoje.
Dwie pensje, dwie pary rąk i dwie głowy do ogarnięcia chałupy, dwa serca dla Syna.
I Dziadkowie blisko.
Raj, zdawać by się mogło.
Ogólnie nie narzekam, ale wcale nie czuję, żeby było idealnie.
Wracam po pracy do domu ok 16:20. Do tej pory Syn jest albo w przedszkolu, albo od półtorej godziny u Dziadków. Zanim obiad, ogarnięcie chaty, robi się prawie 18. Zostaje 2,5 godziny na bycie Mamą. Jeśli akurat tego dnia nie ma dodatkowych zadań, zakupów, wizyt lekarskich itd itp. 2,5 wieczornej godziny, kiedy dziecko, budzone o 7:00 jest już zmęczone po całym dniu.
To też nie jest wcale to, czego tak naprawdę bym chciała.
No oprócz tego jestem przecież jeszcze ja - kobieta. Mam pomysł na swój samorozwój, znalazłabym nawet na niego czas, ale odbędzie się to znów trochę kosztem dziecka i wspólnych weekendów. A ono wciąż rośnie. W tempie zastraszającym. Jak długo jeszcze Mamusia będzie tak niezbędna w jego życiu?
Mam pomysł na inny typ pracy. Z jednej strony czuję potrzebę wcielenia go w życie.
Bo  docelowo więcej pieniędzy, a lubię czuć komfort w tej materii, bo to dla mnie krok do przodu, inwestycja w siebie i rodzaj sprawdzianu, a że jeszcze jakieś ambicje mam, to kusi trochę wizja.
Ale znów, czy aby nie obędzie się to kosztem dziecka?
Nowe obowiązki, stres, odpowiedzialność i brak stabilizacji jeśli chodzi o finanse. Zwłaszcza początkowo. Może być lepiej, ale może też być gorzej. Istnieje jakieś ryzyko. To wszystko znowu nie do końca to.

Do czego zmierzam?
Zostając matkami, podejmujemy jakieś wybory.
Czasem jesteśmy do nich zmuszone przez sytuację.
Czasem świadomie decydujemy się na ten, czy inny model.
Czasem mamy nawet możliwość zdecydować o tym wspólnie z partnerem.
Nie podpisujemy jednak cyrografu własną krwią.
Oświadczenia, że od tej pory, wchodząc w rolę matki pracującej/ matki biznesmenki/ korpo-matki/ pełnoetatowej piastunki domowego ogniska etc., zobowiązujemy się do nienarzekania, bycia wiecznie uśmiechniętą i radosną.
I całe szczęście!
Realia często okazują się być nieco inne niż nam się zdawało. 
A wyjść z roli bywa niezwykle trudno.
Wiem coś o tym. Bo każde moje wyjście z roli, to było postawienie naszego małego Świata na głowie. Masa wyrzeczeń z mojej strony i zmiana porządku, w którym Dziecko czuło się bezpiecznie. Doskonale zdaję sobie sprawę, że większość wychowawczych problemów, z jakimi ścieramy się w wychowaniu Syna, związana jest z roller coasterem, jaki mu funduję regularnie od 3,5 roku.
Taki minus.

Jaką mam konkluzję?
A taką, że nie ma Złotego Środka.
Chociaż wydaje mi się, że coś na krój idealnego stylu życia, odnalazłam u moich koleżanek, żyjących w innych krajach. Tam istnieje pomoc socjalna. Dla niemal każdego dziecka. Pomoc, która pozwala matce na dużo więcej. Na wykonywanie pracy w mniejszym wymiarze godzin (i ofert rzeczonej pracy nie brakuje), na spędzanie czasu z dzieckiem inaczej, niż tylko w domu - istnieją miejsca, gdzie za darmo odbywają się zajęcia dla rodziców z dziećmi. W dodatku rozwojowe dla obu stron. Od kilku lat mam wrażenie , że tak właśnie byłoby idealnie. I wilk syty i owca cała. I dziecko zaopiekowane i matka niezgnuśniała i dom ogarnięty i relacje partnerskie nadal pozostają partnerskie. Można? Można.
Ale pomoc państwa i jego organizacja, wydaje mi się, ma tutaj znaczącą rolę.
Niestety żyjemy, gdzie żyjemy.
W kraju, gdzie najpierw należy sobie przekalkulować co się w ogóle opłaca.
Bo mając dwoje dzieci, zwłaszcza zbliżonych wiekowo, często okazuje się, że większość zarobionych przez ich matkę pieniędzy, zostanie przeznaczonych na żłobek czy przedszkole. I czy te poranne łzy, nieraz odparzone pupy, miesiącami ciągnące się smary i kaszle, są tego warte?
Każdy musi sobie sam na to pytanie odpowiedzieć.
Moim subiektywnym zdaniem, kiedy Mama pracuje na cały etat, w domu nie jest już tak fajnie. Często nie pachnie mamusinym obiadem, częściej kończą się czyste skarpety, z dzieciństwa nie zostaje już tak dużo wspomnień o tym, jak się z mamą grało w planszówkę, asystowało przy garach, chodziło na spacery.
I zapach pieczonego ciasta zdarza się już tylko od większego święta.

Kobieta, która decyduje się zająć domem i dzieckiem /dziećmi, również nie ma łatwo.
Jej codzienność, to Dzień Świstaka.
Ponieważ nie zarabia, dużo się od niej oczekuje...ona sama zwykle bardzo dużo od siebie wymaga. Rezygnuje przy tym z własnego ego. I prawdopodobnie nie dlatego, że brak jej ambicji. Może dlatego,że właśnie ma ogromne poczucie obowiązku i świadomość, że musi być w pełnej gotowości 24h/d. W ten sposób "odpracowuje" zarabiającego męża.
I tak naprawdę, dla mnie nie jest to wielka różnica.
Równie dobrze można by zawiesić grafik na lodówce;
Od godziny 8 do 16 robota kucharki, sprzątaczki i niani, a po 16 bycie mamą. I byłoby prawie tak samo jak gdyby wyszła do biura, fabryki czy gdziekolwiek.  

I jeszcze na koniec parę słów na temat panów w całym tym bałaganie.
Zwykle to wszystko nie dzieje się poza nimi.
Oni też chcą mieć dziecko.
Przecież to nie jest tak, że wiedzione niepohamowanym,zwierzęcym instynktem macierzyńskim, dosiadamy w czasie owulacji wierzgającego jak dziki mustang, partnera, zaciskając mocno uda, by nie spaść i by, nie daj Boże, nie wystrzelił gdzieś w ścianę, zamiast prosto w nasz jajowód. Przeważnie dziecko powstaje, bo para tego pragnie.
I później w parze zostają podjęte pewne wybory i dalsza droga, jaką potoczą się losy rodziny, zostaje wspólnie obrana.
Totalnie nie rozumiem więc, skąd potem pretensje, wypominki, poczucie wyższości - bo on zarabia, a ona TYLKO w domu siedzi. Przecież to się samo nie zrobiło i nie postanowiło.
Nie generalizuję tutaj, bo znam facetów, którzy doceniają wartość szczęśliwych dzieci, wychowanych przy mamie i zaopiekowanego domu.
Mój M. sam ma w najbliższej rodzinie "kurę domową" i pełen jest podziwu do jej pracy.
No ale M. jest generalnie wspaniały, więc... ;)
Żartuję oczywiście - prawda taka, że jeszcze się okaże jak to z nami będzie i jak się dalej ułoży, co się zmieni, gdy kiedyś pojawi się drugie dzieciątko?
Na chwilę obecną jednak, cieszę się, że ma na to zdrowy ogląd, i że znam jeszcze inne przykłady mężczyzn, którzy też taki mają.

Ja osobiście wiem, że długo nie wytrzymałabym zupełnie nie pracując zawodowo, ale zdecydowanie chciałabym móc poświęcać więcej czasu mojej Rodzinie. 
Nie ma ideału.
Dlatego nie ma sensu oceniać przyjętego przez kogoś modelu.
Jeśli istnieją kobiety, którym udaje się wzorcowo i bezbłędnie funkcjonować w opisanych przeze mnie sytuacjach, to naprawdę szacun z mojej strony.
A tym, którym się nie udaje, które czują się nie do końca spełnione, mogę podać rękę.
I chociaż wierzę, że wiele zależy od nas samych i osobiście staram się tę zasadę wprowadzać w życie, to zdaję sobie również sprawę, że nie zawsze się da zmienić coś tak, aby było naprawdę dobrze.

 A jak to wszystko dodatkowo jeszcze zależy od pieniędzy, to już jest historia na osobny wywód.

 Amen.

środa, 21 stycznia 2015

Zwykłe sprawki

Realizowanie nowego planu mojego życia zawodowego - w toku. 
Pomału kształtuje się zarys i wygląda na to, że od pierwszego lutego, nie dosyć,że w ramach home office, to jeszcze sama sobie będę sterem, żeglarzem i okrętem. 
Trochę strach, trochę ekscytacja. 
Nie wiem czy podołam, ale spróbuję. 
W sumie i tak niewiele mam do stracenia.   
Na razie muszę plan poukładać do końca i wymyślić jak to wszystko ma dokładnie wyglądać.   

Trzymajcie za mnie kciuki :)   
Dawno nic się nie działo wywrotowego, prawda? :)     

W sprawach pozazawodowych - uroczo :) 
Rocznica związku wpłynęła na nas pobudzająco i właśnie przechodzimy kolejny już etap wzmożonej wzajemnej fascynacji...co oznacza, że gdyby nie obowiązki, to najchętniej nie wychodzilibyśmy z łóżka i rozmawiali tylko o tym jak nam razem dobrze i jak się kochamy.  
Planujemy teraz huczne obchody Miśka 30 urodzin, połączone z parapetówkami. Przed nami dwie imprezowe soboty...to tak na początek, bo mamy tyle znajomych, że na pewno będzie potrzeba więcej tych parapetówek.
Cieszę się, bo lubię organizować imprezy, chociaż roboty czeka mnie sporo.   

Wczoraj odebraliśmy nasze piękne, wyczekane miesiąc czasu firany i zasłony. I ja już oczywiście cała rozentuzjazmowana, w podskokach, z tymi firanami wkroczyłam do mieszkania z pieśnią na ustach "Wieszajmy już, wieszajmy..."(nie żeby istniała taka pieśń - sama stworzyłam na poczekaniu), a tu zonk. 
Ekscytację schłodził Mój Ukochany, słowami, że jak to już wieszajmy? Skoro on jeszcze wokół okien musi pomalować, bo tu coś odprysnęło, tu coś nierówno...to jeszcze popoprawiać trzeba. 
Gdyby życie miało podkład muzyczny, to w tym momencie rozbrzmiałoby takie smętne  "blę blę blęęęęęęęęęęęęęę" - takie jak w kreskówkach, kiedy coś się nie uda. Albo właśnie jak w tym teleturnieju z Zonkiem :)   
No i co Pan zrobisz?...nic Pan nie zrobisz.... Czekam nadal aż okna będą gotowe. Szczerze mówiąc, powinnam je przy okazji umyć od razu, ale przy temperaturze 0 stopni, moj zapał do mycia 5 okien i drzwi balkonowych jest właśnie równie gorący.   

I tak sobie płynie..drugi rok naszego rodzinnego życia.  Niby zwykła normalność...codzienna zwyczajność. A jednak dla mnie jest tak wyjątkowo. 
I uwielbiam nasze plany na przyszłość. Nawet jesli nie każdy uda się zrealizować, to przyjemnie jest snuć i próbować coś robić, aby wcielać je w życie.   

I wyszeptam na koniec, że wróciły rozmowy o drugim dziecku.
Od poronienia , ja owszem - tutaj otwierałam się w tym temacie, ale jakoś z M. praktycznie nie poruszaliśmy tego. Ale powiedziałam mu wszystko co czuję, własnie w naszą rocznicę.  I wczoraj na szafce znalazłam siateczkę z apteki...z kwasem foliowym. Dla nas obojga. :)   To tak na początek, żeby na spokojnie i pomału zacząć się przygotowywać od nowa.

Edit(po 2 h od publikacji posta): Misiek umyje okna.
No czy ja mogę nie wariować na Jego punkcie? <3

sobota, 17 stycznia 2015

Rocznica już jutro...

To tylko rok.
Jedyne 12 miesięcy.
365 dni.
365 wschodów i 365 zachodów słońca.
Kilkaset wspólnych śniadań, obiadów i kolacji.
I tyleż wspólnych nocy.
Wypitych razem kaw.
Kilkadziesiąt tysięcy pocałunków.
Godziny tulenia.
Kilkanaście wycieczek.
Popołudnia pełne wygłupów.
Kilka romantycznych posiłków przy świecach.
Parę spięć, które policzę na palcach obu rąk.
Parę gorszych momentów.
Trochę trudów razem zniesionych.

Bliskość...
pasja rozgrzana do czerwoności...
strzelająca iskrami wyjątkowa namiętność.

Tylko rok.

Dla mnie to AŻ rok.

Zostawiłam wszystko.
I dostałam wszystko.

365 dni Szczęścia o jakim marzyłam.

Codziennie patrzę na Niego i myślę "jest cudowny. I mój."

Jest moim Misiem - przytulasem. Najcieplejszym mężczyzną jakiego znam.
Silne jego ramię, czuję tuż tuż, w każdym momencie. Gotowe wesprzeć, gdy tylko się potknę.
Jest Tatusiem Syna. Wzorem w dziecięcych oczach.
Jest naszym niestrudzonym Bobem Budowniczym, który stworzył własnymi rękami piękne mieszkanko.
Jest Pracusiem ambitnym, upartym, silnym i odpowiedzialnym.

Jest powalająco seksowny w moich oczach... i nie wiem kiedy najbardziej....czy kiedy wierci wiertarą udarową...czy może kiedy myje podłogę...albo gdy miesza swój supersmaczny szpinak - pierwszą potrawę, którą ugotował specjalnie dla mnie?
Albo kiedy myje zęby....lub bierze prysznic i widać tylko zarys sylwetki zza szyb kabiny prysznicowej?
I w spodniach od piżamy. I w obcisłych dżinsach i w tej powalającej,czarnej podkoszulce.

Mój ukochany.
Bliski od lat.
Od roku najbliższy.
Jedyny.

Jestem zakochana po czubek głowy.
Zapatrzona, rozanielona, uszczęśliwiona.
Unoszę się 10 centymetrów ponad chodnikami.

Kocham jak nigdy dotąd.
I pragnę nigdy nie przestać.

Dziękuję za ten rok.
Proszę o więcej :)



środa, 14 stycznia 2015

Olśniło

Zdarza Wam się czasem moment "olśnienia" ? 

Nosisz się z czymś w tę i nazad...
kręcisz, jak przysłowiowe g***o po przerębli...
i nic. 
Wreszcie odpuszczasz myślenie o temacie, aż pewnego pięknego dnia
ni stąd ni zowąd, pojawia się myśl. 
O tak! To jest to! 

Znacie? 

Właśnie miałam ostatnio takie olśnienie. 
Zakreślił mi się w głowie, sam z siebie, mały plan. 
Plan na moją zawodową przyszłość. 

Od razu następnego dnia przystąpiłam do działania i orientowania się, czy to, co wymyśliłam, jestem w stanie zrealizować. 

Wygląda na to, że powinno się udać. 
Aczkolwiek trzeba będzie się zmobilizować i wziąć do roboty. 
I trochę zainwestować w siebie. 

Po pierwsze - szukam pracy w systemie home office. Od 8 miesięcy jestem właściwie samodzielnym spedytorem, więc nie muszę specjalnie jeździć do biura, aby robić to, co robię. A home office daje mi większe możliwości - mogę się zatrudniać w firmach z całego kraju. Ogłoszeń jest więcej, niż tu na miejscu. Mam za sobą już pierwsze rozmowy i myślę, że to może się udać. 

Po drugie - w tym roku biorę się ostro za swój taniec. A szczególnie za belly dance. Rozmawiałam już z moją instruktorką z ZG, jest w stanie znaleźć czas aby mnie doszkolić. 
Kiedy już dotrę do satysfak...satysfakt...satysfakcyjnu....no patrzcie to za słowo wymyśliłam.... Satysfakcjonującego (hell yeah!) mnie poziomu, wtedy zacznę prowadzić zajęcia w szkole tańca mojego sąsiada :D On sam mnie na to namawia, panie się pytają i tylko brak instruktorki. I tu właśnie będzie moje miejsce. 

No! 
Taka zadowolona z siebie jestem, że w ogóle jakiś plan wreszcie mam, że aż mnie moc roznosi od środka. 

A najbardziej mnie cieszy, że może się okazać, że wreszcie robię to, co lubię i jak lubię. 
Dodając, że mieszkam z trzema postaciami, które kocham ogromnie, mam szansę na zostanie w 100 procentach spełnioną kobietą roku 2015. 

Byle mi się tylko ten zapał nie ostudził. 

Ja - przeciwniczka postanowień Noworocznych, obietnic bez pokrycia, właśnie sobie coś obiecałam.... więc żeby nie było- nie traktuję tego jako postanowienie, a moją afirmację. Taniec brzucha umieściłam w poprzednim roku na Mapie Marzeń. Sporo rzeczy tam ujętych, mam już zrealizowanych, więc może teraz czas właśnie na to zadanie? Każde z nich, ma przecież swój czas. 

A na koniec, żeby było jeszcze przyjemniej w tym poście, kolejny tekst Syna mego - Sebastiana, który sprawił, że matka rozpłynęła się i odleciała 
Rzecz miejsce miała w momencie odbioru wyżej wymienionego ze "służby"u Dziadków
-Moja Mamusia!!! Tak długo na ciebie ciekałem! 

Bezcennym darem jest bycie miłością tego małego Życia, które jednocześnie jest Miłością mojego życia :) 

środa, 7 stycznia 2015

Gadu-gadu trzylatka

Mieszkanie pod jednym dachem z rozgadanym trzylatkiem dostarcza nam tyleż nerwów, co śmiechu. 
Syn nasz charakterny jest okrutnie.  Tupie nogami ilekroć coś mu się nie spodoba...a nie podoba mu się 90% rodzicielskich decyzji. 
Przyznam szczerze, że często mamy problem by do niego dotrzeć.
Ja, pomimo niezmierzonych pokładów cierpliwości, wielokrotnie kapituluję z bolesnym odczuciem poniesionej kolejnej porażki wychowawczej. 
M. cierpliwości ma dużo mniej niż ja, więc przynajmniej raz dziennie w naszym domu rozlega się ryknięcie króla naszego stada... ryknięcie od którego mi włosy na rękach stają dęba...i właściwie tylko mi, bo Syn przejmuje się dopiero gdy zostaje wyprowadzony na przemyślenia do swojego pokoju, postraszony obietnicą pozbawienia wszelkiego dostępu do słodyczy lub MiniMini+ . 
Nie jest lekko... Czasem po prostu nam się odechciewa, bo staramy się robić wszystko, aby nasze życie rodzinne było udane i wesołe, a Seba jak to dziecko...ma swoje humorki i choćbyśmy na rzęsach tańczyli, to i tak okazuje swoje niezadowolenie. 
I naturalnie mamy świadomość, że najprawdopodobniej to my gdzieś popełniamy błąd.  M. zamówił już,w akcie rozpaczy, jakiś poradnik na temat tego jak rozmawiać z dzieckiem. Jak przeczytamy i zaczniemy stosować, to dam znać, czy podziałało.   

Ale żeby nie było, że tylko tak strasznie jest... Gdy małe diablę znika z ramienia naszego Syna i przestaje mu podpowiadać te wszystkie złośliwości, mamy w domu słodkiego, kochanego przytulaska i całuśnika. W dodatku niezmiernie rezolutnego...i naprawdę aż żałuję, że jego najlepsze teksty nie nagrywają się same, bo umykają niestety, a pewnie za paręnaście lat byłoby się z czego pośmiać.   

Na drugi dzień Świąt byliśmy u brata Miśka. Seba widząc, że J. nalewa sobie piwo i w szklance tworzy się piana pyta:
-A ja mogę piankę?
J: A ty pijesz piwo? 
S. z powagą: Tak. I wino.   

Ja w żartach:
-Chciałam mieć córeczkę,a nie takiego rozbrykanego urwisa za synka
S:  No plosię...ale Ty musisz być moją mamą!   

Zaparkowaliśmy samochód pod domem, ale w radiu leci "Defto", więc chcę dosłuchać do końca i nie gaszę jeszcze auta
S.( patrząc na mnie z pogardą) : No chyba nie będziemy tu siedzieć i śpiewać?   

W samochodzie, w czasie oczekiwania na zmianę świateł M. zaczyna mnie całować
S: Psieśtańcie się liziać!   

M. ciągnie Sebka na sankach i próbuje go rozśmieszyć 
S. z pobłażaniem w głosie: Taatoo..weś się nie wygłupiaj....  

Kiedy kąpię S. rozkręcam w łazience grzejnik i wieszam na nim piżamkę małego, aby była ciepła do ubrania
S: Jaka cieplusia...dzięki mamo! jeśteś kochana, wieś?   
JA: Sebciu, pójdziesz się pobawić do Jagody, ale musisz zjeść obiadek, który da Ciocia, jasne? 
S: Jeśtem pewien!   

S: Mamooo, Kajka właziła na moje łóśko! Powiedz jej ukeciaj stąd! Ale tak głośno!     

Uwielbiam to! Z uśmiechem obserwuję moje rozgadane dziecko, słucham jego opowieści, które z taką pasją i zaangażowaniem nam przedstawia, że często ciężko zrozumieć, o co w nich tak naprawdę chodzi.  Jest to jednak tak zabawne i fascynujące, że sprawia nam sporą radość. A czasem i do zdziwienia nas doprowadza, bo człowiek sobie sprawy nie zdaje jak dobrymi obserwatorami bywają dzieciaki. Seba ma w dodatku taką pamięć, że naprawdę z wieloma rzeczami trzeba się już przy nim pilnować. Np. ostatnio pokazał mojej mamie - przeciwniczce jadania na mieście, że w tej właśnie pizzerii kupowaliśmy pizzę... no i nic nie ukryjesz :)   

poniedziałek, 5 stycznia 2015

A jednak reasumując...

Miało nie być podsumowania. 
Ale to przecież coroczna moja tradycja, więc jak to tak? 
Nie przemyśleć co się zdarzyło? 
Co było dobre? Co złe? Co zrobić, żeby było lepiej?  
No musi być.  Więc piszę. I streszczać się postaram na maxa, bo TAKIEGO roku, jak mój 2014, to nie było. 
Chyba nigdy.  

Poprzedni styczeń przyniósł tak spektakularną, nieoczekiwaną, choć przecież wymarzoną od dawna zmianę, jakiej się nie spodziewałam.  
Miłość przyniósł.  
Prawdziwą. Wspaniałą. 
Dorosłą, odpowiedzialną, z przyjaźni wieloletniej odkrytą nagle, trochę przypadkiem, trochę może pod wpływem sytuacji. 
Ale przyniósł mi tę Miłość w darze, na cały rok.  
I sprawdza się ona.  
Za 12 dni będziemy z Miśkiem moim obchodzić rocznicę. Aż się wierzyć nie chce! Nasza pierwsza rocznica :) Jestem taka szczęśliwa, że nam się udało, że całe ryzyko, jakie podjęliśmy okazało się słuszne i warte całej sprawy.  
Temperatura między nami wciąż gorąca, choć wiadomo, jak to w życiu bywa...róże trochę przyblakły, motylki aż tak nie trzepocą, że nawet jeść się nie chce. 
Ale nadal patrzę na Niego i dziękuję Losowi, że tak pokierował nami.    

Co dalej?  
Kolejne zmiany.  
Rozwód M.  
Wygrana moja sprawa z J. o uznanie ojcostwa i alimenty. Udało nam się dogadać - to sukces.  
Później przeprowadzka. Pożegnanie z miastem moim ukochanym. Nadal tęsknię i czuję, że to tam powinniśmy być.  
Pierwsza nowa praca. Pełna stresu, nerwów. Praca, w której wiele dowiedziałam się o sobie, swoich możliwościach i wytrzymałości. 
 W międzyczasie podpisanie naszego "paktu" - wspólny kredyt na 10 lat. Odważnie. Dzisiaj, z perspektywy kilku miesięcy, myślę, że wręcz bardzo odważnie :)  
No ale przecież znaleźliśmy mieszkanie - azyl nasz wymarzony. I kupiliśmy. I remontowaliśmy. Całe 4 miesiące...i nadal  kończymy ;) 
Póżniej kolejna nowa praca.  I wytchnienie. Bez nerwów, bez stresu. Z przyjemnością. Z poczuciem własnej wartości. W miłej atmosferze.  
Niestety nie na długo... bo koniec roku przyniósł następne zmiany i po raz kolejny pracy nowej poszukuję. Z żalem ogromnym, bo dobrze było.  

Przykre wydarzenia wręcz skumulowały się w końcówce roku.  
Choroby obojga Dziadków i śmierć Babci przyniosły ciężki czas.  

Poronienie.... im dalej od niego, tym ciężej jest mi się z nim pogodzić. Wydawało mi się, że czas zaleczy, ale to nie do końca tak działa. Myślałam, że w miarę lekko to przeżyłam  - nieprawda. Zazdroszczę koleżankom w ciąży. Tęsknię za moją kropeczką w brzuszku. Za tym wyjątkowym stanem. 
Za cudowną świadomością, że "tam" ktoś jest. 
Że powstał, bo bardzo bardzo kocham "ktosiowego" tatusia...
 Po ciążowej euforii pozostał strach, niepewność i poczucie zagubienia.

    Mimo wszystko, spędziliśmy niby całkiem zwyczajne, ale dla mnie wyjątkowe Święta. 
Święta we troje. 
Otoczeni sporym gronem dwóch rodzin. Takie Święta, o jakich marzyłam. Wypełnione Sebciowymi okrzykami "Tatusiuuuu, Mamusiuuu!" i pocałunkami nie tylko pod jemiołą. 
Rok temu o tym marzyłam, o to prosiłam właśnie...i otrzymałam.    

Kilka dni temu obchodzilam kolejne urodziny...już bez takiego przeżywania, bo przecież 3 z przodu od dwunastu miesięcy jest...i na szczęście jeszcze trochę ze mną zostanie ;) I wiecie co...po raz pierwszy miałam problem z tym, czego sama sobie życzę. 
Bo tak naprawdę pragnę przede wszystkim, aby zostało jak jest.  
W zdrowiu i w tej miłości, w naszych relacjach. 
 Marzę już tylko o stałej pracy. Takiej fajnej, jak ta, którą pozostawiłam w ZG.  

No i o tym, by nadszedł dobry czas na naszą dzidzię. Nie musi być w tym roku...poczekam cierpliwie. Niech tylko będzie dobry dla naszej trójki i dla Niej od początku do końca.  

Na 2015 rok...trochę więcej spokoju. Po tych wszystkich wywrotach przyda się odrobina wytchnienia, spokojnego układania tego, co z takim rozmachem rozpoczęliśmy. 
 Czasu sobie życzę na pisanie i na czytanie.  
Więcej silnej woli i motywacji. 
 Mniej rozczarowań...i mniej tęsknoty za Przyjaciółmi...bo doskwiera mocno.   

 A Wam?  
Tym, które czekają zmian - aby teraz do nich trafiło takie Szczęście, jakie mnie spotkało w 2014.   
Tym, które , jak ja dzisiaj , oczekują spokoju - właśnie tego.  
Wszystkim i sobie - zrowia. 
Abyśmy mogli podsumowując mijający rok, stwierdzić, że spełniły się marzenia.
 I tego, aby zawsze z tyłu głowy mieszkała sobie pamięć i wdzięczność za to wszystko, co dobre. 
Bo dobrego jest cała masa.
  I w dodatku wraca!   

środa, 17 grudnia 2014

Czego ja chcę?

Czas taki dziwny nastał, że wokół mnie wysyp ciąż. 
A precyzując dokładniej wysyp drugich ciąż. 
Tak na biegu jestem w stanie wymienic 7 koleżanek i znajomych, które w przyszłym roku uszczęśliwią rodziny drugim dzidziusiem. 
Też miałam być jedną z nich... 
I chciałam.   

A teraz?   
Od momentu poronienia nie mogę sobie poukładać w głowie własnych pragnień.  Czasem czuję ulgę, że jednak nie. 
Że jeszcze będziemy mieli trochę luzu oraz czasu by nacieszyć się, jakby nie patrzeć, dość świeżym naszym związkiem. 
Czasu by poświęcać jak najwięcej uwagi naszemu Synkowi, któremu przez wir ostatnich przykrych zdarzeń, trochę tej uwagi odebraliśmy. 
Spokoju w naszym nowym domu, ładu i wolnej przestrzeni - nie pokrytej łóżeczkami, wózkami, wanienką, pieluchami, zasypkami, butelkami, wkładkami laktacyjnymi i całą resztą bobo-atrybutów. 
Będziemy mieli jeszcze trochę leniwych niedzielnych poranków. 
Kilka szans na spontaniczne sobotnie wyjście, bo przecież Sebcio chętnie spędza wieczory z Dziadkami. 
Jeszcze możliwość wypicia paru drinków...   
Tak...mamy jeszcze szansę na delektowanie się i stosowanie hedonistycznej filozofii życia. 

No przynajmniej na tyle hedonistycznej, na ile jest to możliwe w naszych realiach.   

No i niby jest ok. 
Fajnie. 
Luzik, wolność. 
Nic się nie zmienia.
Plany mogą być nadal realizowane. 

  A jednak gdzieś w środku, w jakimś totalnie ukrytym punkcie mojego kobiecego mózgu, czasem odzywa się cichy głos, że to jednak nie tak. 
Że przecież chcę zajść w ciążę. Stworzyć wspólnie z Miłością mojego Życia taki mały cud. 
Przecież po to na tę Miłość czekałam tyle czasu. 
Chcę czuć jak rozwija się we mnie kolejne małe życie. 
Tulić je w ramionach i otaczać troską.  Pragnie tego mój instynkt, który mówi, że nie tylko my tego potrzebujemy.
Że to dla naszej Rodziny. 
Małe spoiwo. 
Dla Sebastiana, aby od dzieciństwa do starości, jeśli Los pozwoli, miał na Świecie bliskiego człowieka...najbliższego.Z jednej krwi.  Dla Miśka, dla którego Rodzina to najwyższa wartość i który, chociaż wiem, że czuje się Ojcem Sebcia, chciałby jeszcze mieć to drugie dzieciątko, które razem stworzymy.  Dla nas wszystkich.
Żebyśmy mogli być fajną rodzinką. Mamy tyle ciepła i miłości między sobą - żal nie obdarować tymi dobrociami jeszcze jednego małego człowieczka.   
I tak raz odzywa się głos wygody.  Raz głos instynktu. 
Nawet się nie kłócą...tak sobie współgrają we mnie. 
Tylko mi jakoś z nimi niewygodnie. Czuję mały dysonans...nie wiem czego tak naprawdę mi trzeba i o czym marzę. I nie wiem co robić, w którą stronę się kierować. 
Los pewnie pokaże...choć aby dać szansę Losowi, sami musimy jakąś decyzję podjąć przecież. 
A to trudne jest. 
Teraz dużo trudniejsze niż wcześniej.   

piątek, 28 listopada 2014

Wspomnienie

To post inny niż wszystkie.Pisany długopisem na papierze.Przepiszę go później.

Jest chłodny,listopadowy wieczór. Siedzę po turecku z tym notesem na kolanach,na łóżku mojej Babci. Dookoła mnie jej zeszyty i notatki.
Pożółkłe,prawie rozsypujące się kartki.
Pierwszy raz przeglądałyśmy je z mamą w dniu śmierci Babci.
Siedziałyśmy tu we dwie wieczorem,czekając aż rozemocjonowany tym,co właśnie się stało Dziadek,zapadnie w sen. Siedziałyśmy i przeglądałyśmy Babcine rzeczy.
Wiele z nich widziałam i dotykałam po raz pierwszy. Babcia nigdy nie pozwalała ruszać niczego w domu,ani przestawiać,ani nawet posprzątać.
Teraz,jedna po drugiej,otwieramy szafki i szuflady. I wyjmujemy.
Nuty sprzed wojny.
Zeszyty ze szkoły.
Harcerskie rozkazy.
Teksty piosenek.
Stare zdjęcia i wiersze.
Babcia pisała kiedyś. Dawno.
Niewiele z tej twórczości zachowała.
Jednak tamtego wieczora,kiedy przeglądałyśmy to razem z Mamą,natrafiłyśmy na złożoną na 4 kartkę. Nie pożółkłą. Trochę współcześniejszą. Może sprzed 15-20lat.
Na kartce wiersz z dedykacją "Mojemu mężowi i dzieciom".


"Samotnie siedzę i patrzę w niebo

i w sierp księżyca czysty jak łza 

Chciałabym dotknąć tego wszystkiego

i gdzieś w przestworzach zniknąć jak mgła. 

 

Nie jest mi dobrze tu, na tej ziemi 

I choć nie sama, to wciąż samotna

I bez nadziei, że coś się zmieni,

ja muszę wypić ten kielich do dna. 

 

Tęsknię do szczęścia i do miłości, 

lecz los nie dał mi tego w darze

I kazał cierpieć wciąż w samotności

I całe życie mija w tej karze. 

 

Chciałabym czasem zaszyć się w głuszy, 

posłuchać szumu wiatru i trzasku, 

posłuchać tęsknych pieśni Papuszy

i przy ogniska ogrzać się blasku

 

Oczy mam suche jak piasek pustyni

I tylko serce żałośnie płacze

nad latami już minionymi 

jest wprost już krzykiem, krzykiem rozpaczy

 

Muszę żyć w świecie, który stworzyłam

z książek i marzeń czerpiąc radości, 

w którym zapomnieć prawie zdążyłam, 

że to iluzja - że koniec młodości. 

 

Ten wiersz rodzinie mojej poświęcam

Jak epitafium brzmią jego słowa

Już uwagami was nie zadręczę, 

lecz pamięć Wasza niech mnie zachowa."

 

Napisane ręką Babci wersy sprawiły, ze moja mama po raz pierwszy tego dnia zapłakała. Do tego momentu trzymała sie twardo.  

Siedziałyśmy więc razem na kraju babcinego łóżka, tuliłam ją, jak i ona mnie wielokrotnie w trudnych chwilach i tak płakałyśmy obie. 

Nad losem, ludzką samotnością, nigdy niewypowiedzianym żalem. Nad kobiecym poczuciem obowiązku i poświęceniem. 

I nad stratą. 

Pustką, która tu pozostała. 

 

Kolejny już wieczór czekam aż Dziadek zapadnie w sen. Wszystko tu ciągle wygląda tak, jakby Babcia miała zaraz wrócić. 

Ale nie wróci przecież. 

Myślę, że tam, gdzie jest, jest szczęśliwsza. 

Tańczy do swojej ulubionej piosenki "Chabry z poligonów"

Skąd to wiem? 

Przedwczoraj, gdy o 22:20 wsiadłam do samochodu i włączyło się moje ulubine radio "Czwórka", w głośnikach rozbrzmiała właśnie ta piosenka. 

Kawałek tak retro, że nawet pojęcia nie miałam, że funkcjonuje na jakichś nagraniach. 

Wierzę, że to był znak. 

I jest mi z tym lepiej. 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Babcia

Dziękuję za niepowtarzalny smak groszku z marchewką.
Za "Chatkę Baby Jagi".
Za czas.
Za pierogi i uszka w każde Boże Narodzenie,póki miałaś siłę.
Za Maję i Majeczkę.
Za radość z narodzin Prawnuka.
Za kręcenie loków na papiloty.
Za pudełko z guzikami.
Za moją Mamę.
Za wszystko.
Za to,że byłaś 83 lata,a ja miałam Ciebie prawie 31 lat.

Nie zapomnę nigdy.

wtorek, 18 listopada 2014

Oswajanie

Gdy byłam mała, a później i trochę większa, chodziliśmy na dłuuuugie spacery. 
Czasem zachodziliśmy do restauracji na herbatę. 
Czasem siedzieliśmy w uzdrowisku na ławeczce. 
Nauczył mnie jak kijanki przekształcają się w żaby. Codziennie chodziliśmy nad staw, a one codziennie były trochę inne. Aż wreszcie wcale ich nie było, a małe żabki przecinały ścieżkę, którą chodziliśmy. 
Latem braliśmy koc i robiliśmy piknik na polanie. 
Lub zachodziliśmy do Jego znajomego na działkę, gdzie mogłam "gotować zupę" ze wszystkich tych skarbów, które można było tam znaleźć. 
Na śniadanie robił najlepszy omlet "a'la Colombo z serem". 
Zbieraliśmy dzikie jabłka, a później karmiliśmy nimi krowy na pastwisku. 
Nauczył mnie francuskich piosenek i wyliczanek, które dziś powtarzam Sebciowi.
Gdy nie potrafił odpowiedzieć na jakieś moje pytanie, wyciągał francuską encyklopedię Laroussea, czytał i tłumaczył definicję. 
Gdy chodziłam do szkoły miał anielską cierpliwość do tłumaczenia mi ułamków, geometrii i innych matematycznych zawiłości. 
Gdy jeszcze nie było telefonów komórkowych, był przekonany, że wkrótce będzie można bez kabla rozmawiać z kimś, kto jest daleko i widzieć go przez telefon. Było to dla mnie niepojęte, ponieważ byłam przekonana, że wszyscy, z którymi rozmawiam przez telefon zmniejszają się i siedzą w tym czasie w aparacie. 
Na majowych pochodach szłam razem z nim za rękę. Wydawał się taki najważniejszy w galowym mundurze górniczym z białym pióropuszem. 
Nigdy się nie nudził graniem w planszówki, warcaby, szachy, zabawą w pocztę, w restaurację, w sklep, w dom i w wesołe miasteczko. 
W kółko czytał mi tą samą książkę ze 100 wierszami Jana Brzechwy. Sporo z nich do dziś z nam na pamięć. 

Mam takich obrazów setki, jeśli nie tysiące. 

Dziadek - przez całe lata najważniejszy, najbardziej idealny, najcierpliwszy....nigdy nie krzyczał, nie dał klapsa, nie powiedział, że nie ma dla mnie czasu, nie odmówił pomocy. Gdy dorastałam, dojrzewałam i gdy już byłam całkiem dorosła nigdy nie skomentował i nie skrytykował moich poczynań, decyzji i wyborów. 
Jeszcze do niedawna, gdy tylko przypominałam sobie, że przecież kiedyś będzie musiał odejść, od razu łzy stawały mi w oczach. 

Od niedawna codziennie oswajam się z tą myślą, że jednak będzie musiał. 

Dzisiaj to ja karmię Go zupą. 
Ja tłumaczę trzeci raz, że jest dziewiąta wieczorem, a nie rano. 
Ja Go trzymam pod rękę, aby mógł przejść kilka kroków.

Ja widzę w Jego oczach jak bardzo Mu wstyd, że tak odwróciły się nasze role. 

Nie chcę tu pisać wszystkich tych frazesów, które chodzą mi ostatnio po głowie. 
Ciężki czas dla nas nastał i staram się radzić sobie z tym jak mogę. 
Dlatego tylko zacytuję moją Babcię,od lat powtarzającą pewną prawdę, której sens w całości dotarł do mnie w ostatnim czasie:
"Starość się Panu Bogu nie udała". 
 




niedziela, 9 listopada 2014

Wsparcie

Pisanie przyniosło mi ulgę.
Wciąż jednak wraca do mnie ta chwila przed świtem, kiedy ją znalazłam. Widzę to co najmniej kilka razy dziennie.
Wtedy byłam w szoku...dopiero teraz jakoś dotarło to do mnie. I teraz nie chce się wymazać  z głowy, zejść sprzed oczu.
Bolą mnie te flashbacki.
Czekam aż miną. Bo chyba miną z czasem. Przynajmniej ich częstotliwość powinna się zmienić.


Dziękuję za wszystkie komentarze pod dwoma poprzednimi wpisami. Wybaczcie, ale nie odpowiem na każdy z osobna.
Żałuję, że tyle Anonimowych, niepodpisanych. Nawet nie wiem komu mogę być wdzięczna za troskę i objęcie jakąś ciepłą myślą.

Tyle wsparcia otrzymałam w tych dniach.
Masę dobrych słów, życzeń, a czasem po prostu milczącego bycia obok, które również ma wielką moc.

Świat kręci się dalej...aż momentami ze zdziwieniem na to patrzę.
Dziwne, że jednak się nie zatrzymał.
Ani nawet nie zwolnił.

sobota, 8 listopada 2014

Kropeczka

17.10.
Data spodziewanej miesiączki.
33 dzień cyklu.
Objawy: ból piersi, rozpierający lekki ból podbrzusza, delikatne mdłości.

18.10.
Brak miesiączki.
Notoryczne uczucie zmęczenia.
Zasypiam Miśkowi na kolanach.

20.10.
36 dzień cyklu.
Brak miesiączki, ból piersi.

Pierwszy test ciążowy wykonałam zaraz po przebudzeniu, o 7 rano. Pokazał dwie kreski. Druga blada, ale widoczna.
O wyniku powiedziałam Mamie oraz napisałam do A. Obie były podekscytowane. Ja przez cały dzień byłam poddenerwowana, aż rozpalona. Nie spodziewałam się, że tak prędko zobaczymy te dwie kreseczki.
Drugi test zrobiłam po powrocie z pracy. Wynik ten sam.
Po obiedzie zapakowałam oba testy w ozdobną torebeczkę i razem z Sebastianem poszliśmy do mieszkania, gdzie Misiek robił remont.
Po wejściu wzięłam go za rękę, poprowadziłam na kanapę, poprosiłam by usiadł i podałam mu testy.
Był bardzo zaskoczony. Chyba do końca nie wierzył.
Siedzieliśmy tam chyba godzinę czasu, prawie nic nie mówiąc.
Tuliliśmy się i całowaliśmy.
Ja płakałam. Pełna jednocześnie radości, lęku, ekscytacji, szczęścia i obaw.
W radiu leciała wtedy piosenka E. Bartosiewicz "Skłamałam".

21.10.
Byliśmy na wizycie u lekarza. Niestety USG nie znalazło Kropeczki.
Musimy uzbroić się w cierpliwość do 3.11.

22.10.
Sebastianowi mówimy,że mama ma w brzuszku dzidziusia.
Częściowo rozumie co to znaczy, jednak w zależności od dnia albo się cieszy, albo mówi "nie! nie chcę!"

23.10.
Mój żołądek chce strawić sam siebie!
Niemiłosiernie burczy mi w brzuchu i jestem bardzo głodna. Po raz pierwszy TAK bardzo.

24.10.
40 dzień cyklu.
Brak miesiączki, ból piersi, nadwrażliwość na zapachy, drażliwość, zły nastrój.
Przez telefon mówię o ciąży K. Cieszy się i gratuluje. Jedziemy do ZG do A. i T.
Odpoczywamy, rozmawiamy i oglądamy smutny film.
Znów zasypiam Miśkowi na kolanach.

25.10.
Trzydziestka D.
Bawimy się w klubie. Dużo jem i piję. Soków oraz wody oczywiście :)
Tańczę do 2 w nocy. Po imprezie odwożę towarzystwo do domu.
Mina M. na nasze nowiny - :-O , aczkolwiek to pozytywne zaskoczenie.
Czuję się cudownie wśród moich Przyjaciół.

26.10.
Ostatni dzień w ZG. D i M. przywożą mi wielką siatkę owoców.
Z K. i S. idziemy na spacer po lesie.
Odpoczywam, czuję się spokojna i szczęśliwa.
Mam wrażenie, że moje ciało stało się małą świątynią.
Czuję, że kocham Miśka niesamowicie mocno.
On pół soboty czytał książkę A. "W oczekiwaniu na dziecko". Zachwyca mnie jego zaangażowanie!
Zabieramy z ZG wanienkę dla Kropeczki. To pierwsza rzecz dla niej :)

27.10.
Zmęczenie!
Do godziny 17 pracuję. Jestem zmęczona i zła, bo nie wiem czy to poświęcenie ma sens.
Wyżywam się oczywiście na biednym Miśku.

Kupuję ciepłe legginsy - rozciągliwe, aby mieścił się w nie rosnący brzusio. Chociaż brzuch mój sam w sobie jest spory i bez ciąży :P

Wczoraj, gdy wróciliśmy z ZG , Seba zapytał "A gdzie jest Dzidziusia?". Myślał, że już ją przywieziemy.

30.10.
Misiu zbudził nas o poranku pocałunkiem w brzuch i słowami "Dzień dobry, Kropeczko".

Reszta dnia oraz wieczór minęły nam jednak kiepsko.
Trawiło nas paskudne choróbsko. Wymioty, dreszcze i ból wszystkiego. Misiu również się pochorował, a i Dziadków wirus okrutny nie ominął. Całe szczęście, że trwało to wszystko tylko jeden dzień.

31.10.
Nie dokarmiam Cię, Kropeczko, za bardzo.
W tej ciąży jest jakoś inaczej... liczę, że to znak, który wróży nam Kropeczkę - Córeczkę.

3.11.
Jesteś!
Widzieliśmy na USG.
Mała Kropeczka. Prawdopodobnie masz dopiero 4 tygodnie! Z miesiączki wynika, że 7.
Moje wyniki nie są za dobre. Mam niedoczynność tarczycy i ślady białka w moczu. Muszę zrobić dodatkowe badania.
A żołądek ciągle mi dokucza.

Byliśmy powiedzieć o Tobie drugim Dziadkom - rodzicom Miśka. Ucieszyli się, wyściskali nas. Było bardzo miło.

4.11.
Dostałam plamienia.
Boję się o Ciebie.
Bądź bardzo silna, Nasza Kropeczko, teraz byłoby nam bardzo smutno, gdyby Cię nie było.

5.11.
Biorę leki na podtrzymanie ciąży.

Krwawienie.
Czarne skrzepy.
Czuję, że Cię tracimy.
Płakałam wczoraj długo.
Tatuś Twój był silny i dzielny. Wspierał mnie jak potrafił, choć wiem, że także jest mu ciężko.
Tak się cieszył, gdy się o Tobie dowiedzieliśmy. Dumny był.

Trudno mi się z tym pogodzić, że to już koniec.
Że jednak Cię nie będzie.
Że nie mogłam podarować naszej Rodzinie tego szczęścia.
Rano znalazłam w śniadaniu liścik od Tatusia: "Kocham Cię Kruszyno moja i cokolwiek by się nie działo, zawsze będę przy Tobie."
Tatuś jest cudowny. Tak samo jak Twój starszy Brat. Przykro mi się, że nie zdążycie się poznać.

6.11.
O 5:30 obudziłam się pełna niepokoju.
Znalazłam Cię na bieliźnie.
Pożegnałyśmy się.
Była to dla mnie ogromna trauma.
M.przez półtorej godziny leżał ze mną i w milczeniu głaskał uspokajająco moje włosy.
Z rozpaczy nie wiedziałam co robić. Przed 8 pojechałam normalnie do pracy.
O 10 zadzwoniłam do swojego lekarza. Kazał natychmiast jechać do szpitala.
W pracy powiedziałam tylko o krwotoku.
Usłyszałam, że jeśli będę musiała iść na zwolnienie to "tak nie bardzo...".
Pracuję na umowę zlecenie od miesiąca, w tą umowę dałam się trochę wrobić...."zapomniano" mi o niej wspomnieć podczas rozmów.
W tej chwili jest mi już jednak wszystko jedno.

Po dwóch godzinach w poczekalni na Izbie Przyjęć trafiam na oddział.  Z nerwów mam ciśnienie wysokie jak nigdy.
Wywiad, badanie, a na koniec USG. Byłam na to gotowa, jednak widok ciemnej pustej plamy, w miejscu, w którym ostatnio była Kropeczka złamał moje serce.

Cały dzień, aż do późnej nocy trawię swój ból. Trzecią dobę tłumaczę sobie co i dlaczego się stało. Jadę na emocjonalnym rollercoasterze.
W jednej godzinie zarzekam się, że już nigdy w życiu nie chcę być w ciąży.
Za dwie godziny obwiniam się, że jestem okropną egoistką, od jakiegoś czasu skupioną wyłącznie na sobie, swoich emocjach i potrzebach.
Tuż przed zaśnięciem składam samej sobie oraz M. obietnicę, że kolejnego dnia, po zabiegu, zamknę w swojej głowie wszystko co się wydarzyło.

7.11.
Wyskrobali ze mnie to, co zostało po Kropeczce.
Zabieg w znieczuleniu ogólnym...chociaż tyle komfortu można otrzymać w całej tej dramatycznej sytuacji.
Czuję pustkę w środku.
Staram się skierować swoje myśli z powrotem na tory "sprzed".
Wrócić do pomysłów i planów, które mieliśmy wcześniej.
Czas pewnie zabliźni rany.

Ale wiem, że do końca życia będę to pamiętała.
Straciłam ciążę. Tą, która powstała z wielkiej Miłości. Oczekiwaną. Powitaną z radością.

Ale nie złamiesz mnie, przewrotny Losie.
Kiedyś na pewno przestanę się bać.

piątek, 31 października 2014

Poligon

Przebyliśmy rodzinne jelitówkę.
Taką fest.
Obustronną.
Z temperaturą 35 z osłabienia.
Z rozpalonymi policzkami,a zimnymi jak lód stopami w dwóch parach skarpetek.
Z dreszczami i telepaniem pod kołdrą i dwoma kocami.
Z sucharkami na śniadanie,obiad i kolację.

I ze zdrowym Sebciem,który wielce był znudzony poległą całą rodziną,więc cudował,wymyślał,szalał,skakał po nas, jęczał,krzyczał,marudził,ciągle czegoś chciał...

Czuję się jakbym wróciła ze szkoły przetrwania.

Na szczęście dużo snu podziałało zbawiennie zarówno na ciało jak i ducha mego, więc dziś jestem już niemal jak nowonarodzona. I cieszę się,że choróbsko trwało tylko jeden dzień,bo przez takie coś,to naprawdę nie pamiętam, czy kiedyś przeszłam i wąrpię by dało się to dłużej wytrzymać.

A z drugiej strony nie pamiętam też,kiedy ostatnio mogliśmy tyle czasu leżeć bezkarnie razem w łóżku i oglądać powtórki The Voice of Poland :p
Chociaż taka zaleta całej sytuacji,której nawet wrogowi nie życzę...o ile jakiegoś mam;)

wtorek, 28 października 2014

Fatality

Wykończy mnie remont.
Dobije to oczekiwanie.
Zajedzie mnie sprzątanie.
Lecz,czy w ogóle dotrwam do sprzątania,skoro niedługo oszaleję przez to życie we 3 w jednym pokoju?
Przez dobytek upchany w 120litrowych worach,wrzuconych po sam sufit do kabiny prysznicowej.
Zdążyłam zapomnieć jakie mam ciuchy,poza tymi,które w kółko nosze od ponad 7 miesięcy.
Cierpliwość ma do mieszkania z rodzicami właśnie zwisa marnie na ostatniej niteczce.

Jestem zła,zniecierpliwiona,chce mi sie płakać,czuje sie bezsilna. Jednocześnie żal mi M.a z drugiej strony,uważam,że przez głupi jego upór ciągnie się to to jak rozgotowany paskudny makaron.

Nienawidzę remontu i nie wiem po co go wymyśliłam!
I obrzydliwie zazdroszczę wszystkim moim Przyjaciołom ich wspaniałej wolności w dopieszczonych mieszkankach.

Tyle mam do powiedzenia.
P.s. Bloga nie piszę,bo nie mam grama prywatności w swoim życiu. Ani wolnego czasu.

wtorek, 21 października 2014

Krótko i treściwie

Tęsknię za moim blogiem i za czytaniem innych blogów.
Czekam z niecierpliwością, aż trochę zwolnimy, chociaż obawiam się, że my już po prostu mamy takie tempo i bez niego nie będziemy potrafili żyć.

Jeszcze trochę i przeprowadzimy się do naszego mieszkania. Myślę, że potrzeba nam około miesiąca. Niby niewiele miało być tego remontu, ale każda rzecz trwa.
Jednak już powoli cel majaczy na horyzoncie...jesteśmy bliżej mety, niż dalej.

Do końca roku pozostało niecałe dwa i pół miesiąca.
Myślę, że powinnam już pomału zacząć pisać podsumowanie...obawiam się, że jeden post, to za mało, aby je w nim zmieścić.
A to przecież jeszcze nie koniec... :)

Teraz jest dobry czas.
Spełniona jestem, spokojna i zadowolona.
Chyba wszyscy jesteśmy w takim fajnym stanie.

A dzisiaj pewnie wygram 7 milionów w lotto, bo przecież moje marzenia są na fali spełniania się, więc dlaczego by i nie to?
A nawet nie będę samolubna - niech i jeszcze ktoś wygra. 3,5 też mnie ucieszy :P

poniedziałek, 13 października 2014

Mlecyk

-Śnalaśłem łanego kiatka! 

Wykrzyknął i pełen entuzjazmu wbiegł na łąkę. 
Przykucnął przy pojedynczym żółciutkim mleczu. 
Zerwał ostrożnie, wrócił do mnie i powiedział : 
- Plośię, to dla Ciebie, Mamusiu 

Tak po prostu sam z siebie
<3 

czwartek, 9 października 2014

Pracuje się

Dzień drugi.
Lepszy niż pierwszy, pełna jestem wiary i nadziei we własne siły.
I nawet czuję, że po raz pierwszy od pół roku, mam jutro ochotę iść do pracy.
Pomału przyzwyczajam się do powrotu w pracowniczy tryb życia.

Ciężki okres teraz mamy.
Misiek mój cały tydzień chodzi na nocki. Wraca o 6:20, śpi do 14, wstaje, je obiad, idzie remontować mieszkanie, wraca, je kolację i idzie do pracy.
Prawie w ogóle się nie widzimy.
Dlatego dzisiaj postanowiliśmy zrobić sobie wolne, bo już i my za sobą tęsknimy i Seba za tatą stęskniony mocno.
Podjechaliśmy nad najbliższą wodę, którą tu mamy.
Pospacerowaliśmy, a gdy ostatnie promienie słońca schowały się za drzewami i wzgórzami, wstąpiliśmy do mojej ulubionej knajpy na kawę.
Ze zdziwieniem odkryłam w niej kolejne zmiany, którymi jestem wręcz zachwycona.
Od dawna upodobałam sobie to miejsce, o uroczym położeniu i niepowtarzalnej atmosferze. Obecnie wcześniej tam panujący, oryginalny "klimat", pomału staje się już stylem, co działa na niesamowitą korzyść lokalu.
Siedzieliśmy tam chyba 2 godziny i czuliśmy się jak w domu.
Nawiasem mówiąc, wystrój jednej z sal, jest właśnie takim, jaki chciałabym stworzyć w naszej przyszłej sypialni. Chłonęłam więc dzisiaj kolory, dodatki, drobiazgi , żeby móc się wkrótce inspirować.

Dobrze nam zrobiła ta mała wycieczka-ucieczka.
Podziękowaliśmy z Becim Miśkowi, za ten kawałek wykradzionego czasu.
Tak się teraz czujemy - że musimy wykradać wręcz chwile na najzwyczajniejsze bycie ze sobą. Wciąż jednak trzymamy się myśli, że teraz tak jest, bo pracujemy nad tym, aby w gotowym naszym miejscu, poukładać już wszystko od początku do końca, i móc wreszcie delektować się tym BYCIEM.

Mam nadzieję, że osiągnięcie tego, nie będzie musiało być moim Noworocznym życzeniem :) Aczkolwiek jeśli nie, to czego ja jeszcze w ogóle mogę sobie życzyć? Poza odrobiną stagnacji czasami?

poniedziałek, 6 października 2014

Dobre wieści

I znowu ta mieszanina uczuć.
Towarzyszy mi przy każdej zmianie.
W tym roku jest czymś, do czego powoli się przyzwyczajam.
Taki wewnętrzny przekombinowany drink:
50ml radości
30ml strachu
10ml ekscytacji
5ml dumy
5ml zaciekawienia
2ml żalu

Szejkujemy energicznie, przelewamy do szklanki typu long. Cytrynka, rureczka, parasolka i "włala" :)

Oto drink o nazwie "New work" :)

Tak oficjalnie to bezrobotna jestem od soboty, bo wtedy właśnie zakończył się mój okres wypowiedzenia.
I w stanie tym pozostanę do pojutrza.

:)

Przeszłam rekrutację w firmie, w której jako pierwszej byłam na rozmowie kwalifikacyjnej. Pokonałam w drugim etapie 4 osoby,a w pierwszym chyba kilkanaście ;)
Muszę tylko podreperować umiejętności językowe, bo opuściłam się strasznie. I cieszę się, że taki warunek mi postawiono, bo już dawno nosiłam się z tym zamiarem. A teraz mam kopa i silną motywację.
Strach jest, bo przeskoczę z FTL na busy i wszystko będzie nowe i inne...ale oczywiście, wierzę, że będzie w porządku i że dam radę.
Cieszę się, bo będę pracować w trzyosobowej grupie. Mam nadzieję, że stworzymy fajny zespół.

Żal mi trochę znowu tego czasu Mamy i Synka. Tak było fajnie przez ostatnie dwa tygodnie. Tyle się go naobserwowałam, tyle razy pozytywnie mnie zaskoczył, tyle w nim nowych umiejętności dostrzegłam. Wielką radość mi to sprawiało i teraz ze świadomością, że w środę znów mamy minus 9 godzin, jest mi trochę smutno.

Ale z drugiej strony kamień spadł mi z serca i zniknęły ekspresem wyrzuty sumienia, że Misiek musi na nas pracować. I kieszeń moja odetchnęła z ulgą, że jednak nie będzie musiała być uzupełniana ze środków na czarną godzinę.
I będziemy mogli kupić takie jedne meble do przedpokoju, które nam się ostatnio spodobały :)