Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

piątek, 8 maja 2015

Kolejna garść ciążowych rozmyślań

Dopadł mnie kaszel. 
Raz suchy, raz mokry.
Bolący i irytujący. 
Seba też kaszle, budzi się w nocy, ja się budzę razem z nim. 
Poza tym budzę się też co najmniej raz z powodu cisnącego pęcherza. 
W związku z tym w ostatnich dniach nie jestem specjalnie wyspana. 

Kaszel jest upierdliwy i nie działa na niego ani syrop z imbiru cytryny i miodu, ani mleko z miodem i czosnkiem (to działa za to rewelacyjnie na odchudzanie - wypijam szklankę i żeby nie zwymiotować, muszę się położyć) .... nie jestem najlepsza w leczeniu naturalnym, więc nie mam pojęcia co jeszcze wolno mi stosować. Coś mi się kiedyś obiło o uszy o tymianku jakimś, ale muszę zgłębić ten temat dokładniej. 
Drugi trymestr miał być energiczny i fajny, a póki co, znów mam spadek formy.
Wczoraj o 19:30 rozmawiałam z M. przez telefon, po czym zamknęłam na moment oczy, a gdy otworzyłam była już 21. 
Biedne moje dziecko, skazane na bajki i własną inwencję twórczą, zrobiło w tym czasie eksperyment z użyciem soli i wody mineralnej, czego efekty zbierałam oczywiście z całego pokoju :) 
Codziennie obiecuję sobie, że dzisiaj po pracy, będę się z nim bawić, ale jeśli tylko pogoda, lub moje zmęczenie nie pozwala nam wyjść z domu, to marna ta nasza zabawa.... 
Już mam wyrzuty sumienia i coraz większe obawy co będzie, kiedy pojawi się noworodek. 
Czy dam radę na tyle zebrać się w sobie i spiąć, aby moje dzieci były nie tylko dopilnowane, nakarmione i czyste, ale by nie brakło im rozrywki i rodzicielskiej uwagi ? 

Muszę w tym miejscu przyznać, że niestety i mnie depcze po piętach mit Perfekcyjnej Pani Domu. 
Złapałam się wyrzutach sumienia w momencie ułatwiania sobie życia.
Przez prawie 3 tygodnie jedliśmy obiady, które M. przynosił z pracy. 
W tym tygodniu M. ma popołudniówki, teoretycznie on mógłby jeść w pracy, Seba i tak je w przedszkolu, i zostałby mi do wykarmienia tylko własny żołądek. A że aktualnie mam fazę na szparagi, to niewiele miałabym roboty. 
No ale już wyrzuty tak mnie dręczyły, że zaparłam się i gotuję cały tydzień.
Nawet jeśli oznacza to stanie w kuchni do 23....a zwykle tak jest, bo energia wraca mi ok 21. 
Ponadto po gotowaniu staram się zostawić po sobie porządek, aby nie robić tego kolejnego dnia. 
Doszło już nawet do tego, że nawet podłogę zmyłam! 

Zastanawiałam się co jest przyczyną i doszłam do wniosków następujących:  1. Im więcej M. robi w domu, tym większe ja mam poczucie obowiązku, bo jak to tak, żeby facet robił, a baba leżała....w końcu brzuch aż taki wielki nie jest jeszcze. 
2. Nasze matki!
Nie nie, nie robią nam nalotów i kontroli. Ale one całe życie pracowały i dbały o domy. I w obu domach było posprzątane i ugotowane itd. Więc skoro one mając dwoje dzieci mogły, to dlaczego ja nie mogę? nie sądzę aby były jakieś powody, z których jestem bardziej zmęczona niż one. 
Mało tego....one nawet teraz, kiedy są w wieku, że mają prawo czuć się zmęczone życiem po prostu, zawsze znajdą jakieś słoiki, z których zawartości, oczywiście z radością korzystam.
3. Chora ambicja. Tak bardzo chcę być najlepszą na świecie miśkową żoną, że jak sobie wyobrażę, że kiedyś może powiedzieć, albo chociaż pomyśleć, że fajna ta jego dziewczyna, ale domu za bardzo nie ogarnia, to płakać mi się chce....

To ostatnie oczywiście z przymrużeniem oka, aczkolwiek chciałabym , żeby uważał, że jestem najlepsza, w kuchni, przy dzieciach, w rozmowach,w towarzystwie i w sypialni też :) 

Póki co jestem spokojna tylko o te dwa ostatnie :P 

A może to wszystko, to po prostu hormony? 
Zmęczona jestem, bo hormony.  Wyrzuty sumienia mam, bo hormony....bo przecież pewnie już obudził się instynkt wicia gniazda, tylko coś sił brak, żeby faktycznie to robić.
Hormony jak nic.
I tego będę się trzymać.

Hormonalnie też rozczulam się nad Synem moim.
Ten mały bystrzak zaskakuje mnie czymś niemal każdego dnia.
Zresztą już nie tylko mnie, nawet Panie w przedszkolu mówią, że nieraz nadziwić się nie mogą, przede wszystkim jego zaskakująco dobrej pamięci. 
Okazuje się również, że dziecko moje ma zdolności przywódcze  - Pani Marzenka stwierdziła, że one niedługo będą mogły siedzieć z nóżką na nóżkę, ponieważ Sebastian zarządza mycie rąk, jedzenie drugiego śniadania i udanie się na leżakowanie "zieby nas bziuśki nie bolały" 
Przy tym oczywiście, tak jak w domu, sam do poleceń wydawanych przez Panie, stosuje się tylko wówczas, gdy ma na to ochotę :P 
Oj mamy my z nim przeprawy, ale też i ile radości.
Parę dni temu , gdy gorzej się czułam zaproponował : "To mozie pójdzieś juś odeblać swoją dzidziusię z bziuśka, żeby Cię nie bolał "
A następnie ucięliśmy sobie pogawędkę o przyszłości, z czego większość wizji roztoczył właśnie Seba. Jak będziemy się dzidzią zajmować, jak on będzie pilnował "blaciśka albo siośćićki" i jak będą razem słuchali czytania  książeczki o dźwigu i śmieciarce :)
Wczoraj z kolei oglądaliśmy zapowiedź bajki, w której miała być mowa o przyjacielu. 
Zagaduję więc, czy on ma jakiegoś przyjaciela 
"Ja mam tatę-pyjaciela" usłyszałam w odpowiedzi.
I chyba fajniejszej nie mogłam sobie wyobrazić. 

Pewnie to wszystko to normalne rzeczy, większość dzieciaków w tym wieku to takie rezolutne bystrzaki.  Ale daje to tak wiele przyjemności i wywołuje tyle  uśmiechu.... a trwa w zasadzie tylko chwilkę. 
Dlatego miewam te wyrzuty sumienia, bo notoryczne zmęczenie powoduje, że część takich momentów zwyczajnie ulatuje. Przesypiam je, lub nie dostrzegam w pośpiechu. 
A tak bardzo chcę żyć na maxa wszystkim tym, co mam. 
Bo mam przecież wszystko, co najlepsze :)   

czwartek, 30 kwietnia 2015

Malusia-wielka Miłość

Zakochałam się. 
W czarno-białym obrazie. 
W dźwięku bicia maleńkiego serduszka W każdym słowie naszego doktora: 
-wyniki mamy idealne
-rozwój super
-przezierność karkowa bardzo dobra
-przepływowość żylna jak należy...

Kolejny raz poczułam ogromną ulgę, że jednak wciąż jest dobrze. 

I nawet nie byłam nadto rozczarowana, kiedy doktor stwierdził, że u niespełna siedmiocentymetrowego ludka ciężko się doszukiwać czegokolwiek między nóżkami i na kolejny miesiąc musimy uzbroić się w cierpliwość. 
Mamy zatem 4 tygodnie na zgadywanki.
Marzy nam sie córcia...chociaż z chłopcem byłoby ekonomiczniej...i coś mi z tyłu głowy podpowiada,że nie pisane mi kiteczki i mini-sukienusie ;)

Bardziej nieco zawiedziona byłam faktem, że aparat do USG przysłonił mi Miśka i nie widziałam jego min i reakcji na widok naszego bejbiczka. 
Mimo tego...
pamiętam jak będąc z Sebą w ciąży, na jedno z badań wybrałam się z przyjaciółką.
Chyba była to ta wizyta, na której właśnie dowiedziałam się płci. Byłam tak szczęśliwa, że mogę z kimś dzielić tę chwilę. A A. była tak zaangażowana, że miała łzy w oczach. To było niezwykle miłe. 
Ale wczoraj było jeszcze inaczej....
to zupełnie inna historia, nosić w sobie dziecko zaplanowane, którego pragniemy oboje. 
I aż metafizyczne, bo chociaż nie widziałam, czułam, że M. się uśmiecha, że poczucie dumy w nim rośnie i jednocześnie budzi się instynkt opiekuńczy. 
Tak bardzo kiedyś o tym marzyłam.  Pragnęłam z całego serca być jeszcze raz w ciąży i zobaczyć jak to jest, przeżywać te wszystkie magiczne chwile razem. 
Cudownie. 
Absolutnie wspaniale. 

Czuję się taka spełniona i szczęśliwa, że nawet nie wiem jak o tym pisać. 

P.S. Aby równowaga została zachowana i żeby nie było, że u nas to tylko różowo i bajkowo, właśnie nasza majówka, na którą bardzo czekaliśmy, przygotowaliśmy się i wydaliśmy niemało kasy, a w tym oszczędności, okazała się niewypałem. Nigdzie nie jedziemy, zostaliśmy bez planu, za to z zapasem 3 kilogramów karkówki i 3 kilogramów kiełbas w lodówce. Córka znajomych się rozchorowała, a nas samych nie stać , aby opłacić cały duży domek nad jeziorem. Zresztą pogoda ma być różna i wyjazd bez towarzystwa nie bardzo nam się widzi.  I tak to jest... mając dzieci, każdy wykonany plan powinniśmy świętować jako sukces!

wtorek, 28 kwietnia 2015

Hormony kontra męski punkt widzenia

Pierwszy trymestr za nami. 
Jutro USG, już nie mogę się doczekać, chociaż z tyłu głowy kilka strachów się czai. 
Ale staram się pozytywnie myśleć.  Przynajmniej tak mi się wydaje. 
A może tylko mi się wydaje...  

Miewam bowiem ataki czarnowidztwa.  Niekontrolowane w dodatku.   
Ot na przykład wczoraj. 
Wróciłam z pracy do domu, zjadłam obiad, który M. przyniósł (w pracy mają boską stołówkę) i zaległam.
Siły mi opadły totalnie. 
A tu Seba:
-mamoooo piciu ciem!
-mamo a mogę tableta?
-mamo a maś dla mnie jakiś ogurcik?

-mamoooo napiś mi "straziak siam"
-mamo siku ciałem, włąciś mi światełko?  
Ot gimnastyka. 
Co opadłam na łóżko, to zaraz syn nowe zadanie wymyślił. 
I z jednej strony myślę: "dziecko moje, matka po robocie, odpocząć by chciała"
z drugiej "do bani taka matka, co dziecku tablet do ręki daje, byle nie musieć się zajmować",
a z trzeciej...
a z trzeciej sobie myślę "Czyśmy zmysły postradali?"  

My mamy naturę Misia Koali.  Kochamy leżakować. 
Długo spać. 
Wylegiwać się. 
Gdybyśmy tylko mogli żuć liście eukaliptusa, zapewne też byśmy to robili.   

Ostatnio zbieraliśmy się do weekendowego sprzątania.  Zbudziliśmy się o 8. 
Z łóżka zwlekliśmy się o 10. 
Po śniadaniu byliśmy o 11. 
I tak się najedliśmy, że trzeba było odpocząć. 
Ciężko nam się było zebrać, więc mówię "kawę zrobię". 
Usiedliśmy z tą kawą i wafelkami... a tu kino familijne w TV. Wkręciliśmy się w film, więc już obejrzeliśmy do końca.  I tym sposobem sprzątanie rozpoczęło się po 14 :)   

No ale co...to nasz weekend.
Nasz wolny czas, nasz odpoczynek.  Dziecko jeść nie woła, a jak woła, to z radością kabanosa w rękę pochwyci i poczeka na ten obiad jeszcze godzinę czy dwie.
A jak nie poczeka, to zamówimy pizzę, albo coś chińskiego i zaraz będzie. 

Owszem potrafimy się spiąć i zrobić wszystko szybciej, zaplanować, wykonać i jeszcze dwudaniowy obiad w tym zmieścić.... ale lubimy te nasze "lazy sundays".
Pościelowe przedpołudnia i piżama party do samego obiadu.   
A jak jeszcze w taką naszą lazy sunday przyjdzie Dziadek i Sebka porwie na kilka godzin...ohoho...to dopiero jest frajda ;)  

No i właśnie w związku z tym naszym ukochaniem, widzę sobie czarno taki powiedzmy...listopad najbliższy. 

Pobudka...
o świcie!
...i to już nie pierwsza.
Jeszcze ciemno będzie na świecie.  Leżenie do południa w łóżku?  Jaaasne... starszemu trzeba będzie więcej czasu poświęcać, żeby nie czuł się pokrzywdzony. 
A młode takie pisklę, wiadomo jakie wymagające. 
Karmienie co kilka godzin.
W międzyczase wymiany pieluch/odzieży/poscieli...
A co jak jeszcze kolki będzie miało?  Seba nie miał, to nawet nie wiem z czym to się je...ale potrafię sobie wyobrazić. 
A jak spać nie będzie chciało? 
A jak lulać będzie trzeba i nosić cały czas? 
A kąpielowa logistyka? Nie mamy wanny, jak tą wanienkę do prysznica...?   
O losie...ile nowych zadań i wyzwań na głowach Misiów Koala....
bez eukaliptusa...!    

Ale to nie wszystko. 
Bo myślę sobie - ok - byłam sama i dałam radę. I pracowałam. I w nocy wstawałam, bo wracając do pracy jeszcze matką karmiącą byłam. Czyli można? 
Można. 
Damy radę jakoś....
ale zaraz sobie myślę... no właśnie...ale gdzie jeszcze w tym "MY". 
A co jak zabraknie nam siły na pielęgnację naszego związku? 
Jak zmęczenie wzbudzi frustrację i będziemy ją wyładowywać na sobie wzajemnie? 
Co z randkami i romantycznymi kolacjami? 
I wreszcie: jak to wszystko wpłynie na nasze życie intymne???
Bo to jednak wciąż jest TEN etap ;) 
I wcale bym nie chciała, żeby przestał być TYM, a zamienił się w smutny "tamten".     

Pewnego wieczora, kiedy tak sobie leżeliśmy w łożu rozmawiając, podzieliłam się tymi obawami z ukochanym mym. 
Wylałam wszystkie strachy, negatywne przypuszczenia, wizje czarnej przyszłości w biegu, w syfie, ryku nieszczęsliwych dzieci, okraszonej brakiem seksu i ze zmęczoną, szarą twarzą podwójnej Matki Polki w tle. 
 
A M. mój , spojrzał na mnie,objął mocniej i stwierdził rzecz prostą:
"Kochanie,przecież my się zdecydowaliśmy na to dziecko, żeby było tylko lepiej, żeby nas jeszcze mocniej scalić i tworzyć szczęśliwą, kochającą się rodzinę. Jesteśmy razem i razem sobie poradzimy. Uwielbiam to twoje 'pozytywne myślenie' "
   
Zawstydziłam się. 
No centralnie głupio mi się zrobiło.  Przecież ja ZAWSZE staram się przyciągać pozytywy.  
Ale co zrobić, kiedy hormony nieznośne opanują Twój mózg?  

Pogadać ze swoim facetem. 
Czasem im zazdroszczę tej prostoty myślenia :)     

czwartek, 23 kwietnia 2015

Piniondze to nie fszysko...ale fszysko bez piniendzy to....

kto oglądał, ten wie co ;) 
To hasełko pochodzi z jednego z moich ulubionych polskich filmów.
Cóż dodać...sama prawda. 
Tak jak i prawdą jest, że pieniądze szczęścia nie dają.
Dopiero zakupy :) 

I tą właśnie myślą kierowana, a także wrażeniem, iż coraz bardziej przypominam wyglądem Bukę z Muminków, spędziłam w ostatnim tygodniu kilka owocnych godzin na Allegro. 
O właśnie! 
Ja bym zmodyfikowała w ogóle tę myśl  o pieniądzach i zakupach...gdyż mnie największe zakupowe szczęście daje Allegro właśnie. 
Bo tylko dzięki temu wynalazkowi ubrałam się na następne 6 miesięcy za 250 zł :D 

To nieprawdopodobne jak odebranie paczki pełnej ciuchów, która  nie nadwyrężyła szczególnie stanu mojego konta, może poprawić humor. Jeszcze się nie ubrałam, a już się lepiej czuję! 

I wreszcie będzie wygodnie!

A tak na poważnie... od tych trzech tygodni, kiedy znów zaczęłam pracować, przebywać z ludźmi i mieć poczucie, że jestem w czymś niezła i do czegoś przydatna, czuję się o niebo lepiej! Poczucie własnej wartości na plus, poczucie sensu na plus i ogólnie samopoczucie na wielkim plusie. 

W styczniu potrzebowałam odpoczynku, ale widzę, że wystarczyły dwa miesiące w domu, żebym zaczęła gnuśnieć, Fakt, że akurat nałożyły się na to różne przykre zdarzenia. 
Jednak dochodzę do wniosku, że nie jestem stworzona do bycia boginią domowego ogniska. Zrozumiałam,że potrzebuję czegoś więcej, by czerpać z własnego życia satysfakcję. 




poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Zbrzydłam

Z natury nie jestem specjalnie przewrażliwiona na punkcie swojego wyglądu.
Nie oglądam się codziennie dokładnie, nie mierzę, nie poprawiam 10 razy w ciągu dnia.
Nie zawsze pamiętam, żeby brwi wyregulować, albo pomalować wreszcie paznokcie.
Wiadomo, że ma być schludnie, włosy umyte i makijaż w tygodniu obowiązkowo. I zwykle jest ok.

Oczywiście do figury swojej zastrzeżeń mam bez liku, ale to osobna historia.
Jeśli chodzi o resztę jest ok.

Tzn było.

Jakieś 3-4 tygodnie temu malując powieki cieniem, zauważyłam że skóra na oku jakaś taka....luźniejsza się zrobiła :-o
Szok!
To na pewno dlatego, że krem na powieki i pod oczy, który dostałam rok temu na urodziny, leży jeszcze zafoliowany!
Czym prędzej więc otworzyłam.
I wklepuję namiętnie.
Wieczorami.
A w weekendy nawet rano dodatkowo.
Nic się nie zmieniło, ale żeby chociaż to zwiotczenie (!!!) nie postępowało.

W zeszłym tygodniu, gdy pewnego popołudnia z nieopisaną ulgą wyplątywałam się z jeansów i biustonosza, przypomniało mi się, że przecież jestem w ciąży.
Ciąża = rozstępy.
W poprzedniej wyszły i zostały ze mną już na zawsze.
Może nie specjalnie wiele i nie nadmiernie głębokie, ale są.
Działać trzeba!
Przeciwdziałać!
Czym prędzej!
Zanim nowe wylezą! 
Wbiłam się więc z powrotem w jeansy i biustonosz i pognałam do Rossmana w celu zakupienia balsamu dla przyszłych mam.
Wklepuję namiętnie.
Też wieczorami.

Na udach widzę jakoś więcej naczynek, ale to ponoć się zdarza w tym stanie. Nie wklepuję nic, bo ileż można w łazience siedzieć wieczorami?

Pocieszam się, że biust jakiś taki pełniejszy chociaż.
Żeby jeszcze raźniej było, udałam się do koleżanki zza biurka na manicure hybrydowy.
Od razu lepiej!

Do czasu jednak....
do czasu, gdy w sobotę rano mój chłopak spojrzał na mnie zatroskany i spytał...."co Ty taka zmarnowana...i zółta jakaś pod oczami?"
"Może to od kremu mi się coś przebarwiło?" -pytam  nadzieją
"Eee nieeee...raczej nie od kremu"
Może spałam za długo?...
Patrzę w lustro
No faktycznie jakaś ziemista ta gęba. Krem BB nakładam.
Jest ciut lepiej...
Ale co tam.
Trzeba do Rossmana. Dobrze,że blisko mam.

Nowe mleczko micelarne i tonik do twarzy odświeżający mają sprawić, że moja skóra będzie zdrowa, świeża i pełna blasku.

Wieczorem po wyjściu gości, udaję się do łazienki, patrzę w lustro.
Makijaż robiłam o 18, więc pełny jeszcze.
Podkład, kredka, cień, tusz, poliki zdrowe, muśnięte kulkami brązująco-rozświetlającymi...
Ładna Mama :)

Ale pierwsza urodowa zasada mojego życia brzmi: "Zawsze zmyj makijaż" Zmywam specjalnym żelem, żeby nie było, że mydłem.
Osuszam!
Żeby nie było , że wycieram.
Patrzę w lustro....
Ok, przecież mam nowe mleczko i tonik...
Nie działają!
A miało być świeżo, młodo i błyszcząco...!!!!

Zgaszę światło.
Nie ma wyjścia.
Będę w ciemnościach egzystować.
Do końca ciąży.

Rano jeszcze z zamkniętymi oczami wędruję do toalety.
Myjąc ręce zerkam w lustro.... swoją drogą, co mi przyszło do głowy, żeby tyle tych luster w domu wieszać??? Nie zapalałam światła w toalecie.
Ale mimo półmroku co widzę?
Na brodzie pryszcz!
No syf normalnie.
I chyba drugi w fazie rozwoju na czole!

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
I co?
Że niby do Rossmana teraz po żel przeciwtrądzikowy?
Zamknięte w niedzielę o 7...
Poczekam aż otworzą....
korektor kupię, bo przecież nie ma żeli na trądzik 30+

Człapię zrezygnowana do łóżka.
Kładę się obrażona na cały Świat koło Miśka.
A ten w półśnie jeszcze, podsuwa mi bezczelnie koszulę do góry....
No jasne...żeby te rozstępy w świetle poranka jeszcze bardziej widać było! Nie reaguję, bo obrażona jestem.
Bo brzydka taka się zrobiłam.
Słonica no.
Sylwetka słonicy i skóra słoniowa.
A M. twarz zaspaną przytula do brzucha, cmoka delikatnie, gładzi....
No ślepy chyba.
W półśnie mamrocze niewyraźnie "Tak Cię kocham bardzo, wiesz?"

Słonicę kocha.
Ciężarną.
I jak ją głaszcze namiętnie....

Hmmm....

eeee....

Pierdzielę, nie idę do Rossmana. Podobno są skuteczniejsze metody na pryszcze...
I na hormonalno-ciążowe foszki poranne też.
;)

piątek, 17 kwietnia 2015

I feel good

Jedenasty tydzień.
Strasznie szybko to idzie.
Brzuch chyba rośnie trochę.
Byle nie za dużo,bo on ciążowy został od pierwszej ciąży jeszcze :P 

Coraz mniej wygodnie robi mi się w spodniach.
Stanik też mnie pije.
A wczoraj to nawet w majtkach było jakoś źle.
Już zaczęłam na Allegro oglądać ciuchy ciążowe.
I czasem zajrzę na  łóżeczka.
I na wózki jeszcze żurawia zapuszczę ;) A w Pepco widziałam takie miniaturowe bodziaczki z napisem "Lil Bro" I koszuleczkę z pudrowo-różowym nadrukiem "Daddy in my heart". Które kupimy?
Ciekawe, czy będzie możliwe dowiedzieć się tego na wizycie za półtora tygodnia?
Chyba jeszcze nie...

Dystans między nami a Fasoleczką zanika.
Trudno nie podchodzić emocjonalnie do maleńkiego cudu, którego pragnęliśmy przecież.
Tata Misiek głaszcze brzusia. Pamiętam jak przez 9 miesięcy z Sebą w brzuszku, marzyłam o tym właśnie. Cudowne.

Czuję się super.
Dolegliwości minęły.
Znów mogę oglądać mięso.
Szczególnie to z grilla :)

Znowu piorę, sprzątam i gotuję popołudniami, nie muszę już leżeć i walczyć z opadającymi powiekami.

I progres mieszkaniowy mamy - zamówiliśmy materac!
Ja już obstawiałam, że nigdy nie zaczniemy spać w naszej sypialni.
W tej alkowie wymarzonej, która jako jedyna została urządzona w 100% zgodnie z moimi wyobrażeniami, a jak do tej pory nie doczekała się dopieszczenia w postaci rzeczonego materaca oraz artykułów dekoracyjnych.
Robi za to dzielnie za suszarnię oraz galerię wędkarskich akcesoriów mojego chłopaka.
A jednak. Uda się!
I to może już od maja.

Majówkę spędzamy nad jeziorem. Zaklinam pogodę aby nam dopisała. Urlop dłuższy chyba w tym roku znów okaże się nierealny, więc jedyne, co nam pozostaje to korzystanie z przedłużonych weekendów.

Korzystając z mojego lepszego samopoczucia, zaprosiliśmy kilka zaprzyjaźnionych par na jutro, więc szykuje się wesoły wieczór.
Bosko tak powrócić do życia.
Pozwolić wiosennemu słońcu zaświecić w oczy i nie dostrzegać już smutków i strachów, które coraz bardziej się oddalają od nas.
Life's go on.
Sprawy jakoś się układają.

Mam dużo siły i ogrom miłości

środa, 8 kwietnia 2015

Idealnie

Mieliśmy piękne Święta.
Chociaż pogoda nie dopisała.
I pomimo tego, że psioczyłam na nadmiar roboty, na moje zmęczenie, na syndrom "śpiącej królewny".

Jednak wszystko jakoś się uspokoiło, było rodzinnie i przyjemnie.
W poniedziałek wręcz gwarnie przy naszym stole. 10 osób. Zawsze chciałam takich świątecznych spotkań.
Podobało mi się.

Jednak tak najbardziej idealnie było w niedzielę wieczorem.

Rozsiedliśmy się we trójkę na naszej kanapie.
Przykryliśmy się miękkim kocem.
Sebuś w środku.
Oglądaliśmy razem "Marley i ja"
Małe nasze zasnęło z głową na moich kolanach i małymi bosymi stópkami na kolanach Miśka.
Bez usypiania, bez wieczornego rytuału....tak po dziecięcemu poddał się sennej atmosferze.
Jednak zanim to...
objął nas oboje ciepłymi ramionkami i rozbrajająco wyznał:
"Kocham Waś , moi Psyjaciele"

A my się rozpłynęliśmy.
Szczególnie ja.
W takiej zwykłej-niezwykłej chwili.
I w tym przecudnym dziecięcym wyznaniu.
W atmosferze półmroku,
W leniwym świątecznym wieczorze.
W mikro-świecie, w którym tylko Ja, dwóch moich mężczyzn, mała Fasolka w brzuchu i psiur nasz.
W spełnionych marzeniach o Rodzinie i Miłości.
W tylko naszym czasie, który na ten moment prawie się zatrzymał.






piątek, 3 kwietnia 2015

Przedświątecznie

Bardzo chciałam dzisiaj coś napisać, ale zostałam pokonana przez przedświąteczne przygotowania.
A także przez huśtawkę nastrojów.
Oj hormony dają mi popalić.
Nie ma litości.
Czasem wydaje mi się, że w ogóle bywam nie-sobą.

Ponadto od wtorku zaczęłam kolejną pracę. I wstyd przyznać, ale jakoś nie do końca radzę sobie z ponownym wskoczeniem w ten tryb. Wszystko w biegu, popołudniami jestem zmęczona, a jeszcze tyyyle do zrobienia. Odzwyczaiłam się od tego.
Ale to nic, przywyknę.
Na razie nowa praca całkiem mi się podoba. W firmie jest sympatyczna atmosfera. I znowu pracuję z ludźmi. Naprawdę fajnie.
Szkoda, że dopiero teraz tam trafiłam.

Ehh...jakoś ciężko zbiera mi się myśli tuż przed północą.
Już o 19 moje serce rwało się w kierunku łóżka.
Ale zawzięłam się.
Zrobiłam barszcz biały, upiekłam roladę z mięsa mielonego, zamarynowałam karkówkę, doprawiłam kiełbasę, ugotowałam jajka, abyśmy rano mogli z Sebciem pomalować.
Przystroiłam trochę nasz duży pokój, uszykowałam koszyczek...
Jutro tylko upiekę mięsa oraz sernik i właściwie Święta mam gotowe. Resztę będę robiła na bieżąco.


Sama z siebie jestem dumna.

****

A przy okazji Świąt, jakoś mocniej zatęskniło mi się za Dziadkami.
I za Siostrą, bo daleko jest i jakoś rzadko ostatnio rozmawiamy. Trzeba to koniecznie zmienić.
Mama też daleko.
Staram się o tę atmosferę, bo lubię kiedy jest rodzinnie i sympatycznie, ale w głębi serca czuję, że to znów nie to samo.
I chyba także przez te myśli jestem jakoś tak bardziej drażliwa.

A już wisienką na torcie jest sypiący aktualnie śnieg.
Na Wigilię nie spadł nawet jeden płatek!

wtorek, 24 marca 2015

Fasoleczka

Jest.
Jest nasza Fasoleczka.
Prawie centymetrowa.
Piękna.
Ma zdrowe, mocne serduszko, które bije prawidłowo, a to bardzo dobry znak.
Możliwe, że łożysko ochroniło ją przed zarazą.
Siedziałam w gabinecie z duszą na ramieniu.
Język plątał mi się z nerwów.
Ale kiedy ją zobaczyliśmy i Pan Doktor wymierzył, stwierdził, że jest wszystko prawidłowo, to kamień spadł mi z serca.
Oczywiście nie ma 100% pewności, ale najprawdopodobniej już sama akcja serca wskazywałaby , że coś nie jest ok.
Zaczynam 7 tydzień, termin na 10.11.2015.

Szczęście.
Niespełna centymetrowe szczęście.

I ten błysk w oczach M.

:)

Będąc przy nadziei

Dziś nareszcie udamy się na wyczekaną wizytę u lekarza.
Mam wrażenie, że bardzo bardzo długo na nią czekam.
Jestem trochę wystraszona, ale wiosna za oknem i słońce tak dobrze mnie nastawiają, że wróciło pozytywne myślenie.
Niecierpliwie czekam co tam zobaczymy.
Czy tylko fasoleczkę, czy będzie coś więcej? Czy usłyszymy już serduszko?
Coraz ciężej jest mi powstrzymywać emocje.
Przyzwyczajam się do myśli, że mam w sobie małego lokatora, mam wrażenie, że moje podbrzusze stało się trochę twardsze. Poza tym - o zgrozo- mam różne ciążowe przypadłości. Piersi bolesne tak, że nawet rąk sobie na nich założyć nie mogę. I mdłości! W ciąży z Sebciem mdłości miałam może w sumie ze 3 razy. Teraz mam prawie codziennie :/
Oczywiście humorki, okazjonalne szlochy podczas oglądania reklamy NAN2, Coca Coli , nie wspominając już o scenach z filmów, gdzie rodzą się dzieci.
Moje ogólne samopoczucie, to istna sinusoida. Dwa dni mnie nosi, zmywam, ścieram, odkurzam, piorę, chcę na spacer, na zakupy, załatwić coś, a potem dwa dni nie mam mocy podnieść się z łóżka i urządzam sobie popołudniowe drzemki, które normalnie w ogóle nie są w moim stylu.

Tak...bez wątpliwości znajduję się w "Błogosławionym" stanie.

A nawet mam lepsze określenie, które w czasie studiów przypomniała kiedyś pani od retoryki

"Jestem przy nadziei".

Oj jak ja bardzo mocno jestem przy NADZIEI.

TAKIEJ WIELKIEJ !

środa, 18 marca 2015

Bez emocji

No i cóż....chorujemy
Nie mam natchnienia na pisanie.
Nie mam entuzjazmu, ani radości w sobie.
Pracę dostałam...nawet się nie cieszę.
Nie cieszę się też, że jestem w ciąży. Staram się w ogóle jak najmniej o niej myśleć, nie związywać się z nią emocjonalnie. Traktować, jakby była jakoś poza mną.
Przykre to jest.

M. tak samo... nawet za bardzo nie rozmawia ze mną o tym co się dzieje, co może się stać i co powinniśmy robić.

Radziłam się mojego Profesora z Łodzi.
Ale nawet on bezradny. Jedyne co wyciągnęłam z tej rozmowy, to że jednak chyba szanse powikłań większe są niż 2% . No i niestety nawet USG genetyczne nie da nam 100% pewności, że coś się stało, bądź nie.
Jeśli jednak to USG pokaże uszkodzenia płodu, będzie szansa na przerwanie ciąży po ludzku...nie w podziemiu jakimś. Aczkolwiek domyślam się, że i tak to nie jest taka prosta sprawa. Bo przecież to kraj, a nie ja, będzie decydował o losie mojej macicy, mojej rodziny i moim.
Ale to osobna historia.

Uczepiłam się kurczowo myśli, że fakt, iż łagodnie przechodzę, to dobry znak.
A jeżeli będzie coś nie tak, to pokażą to badania, abyśmy otrzymali jasne przesłanki.

Czarne chmury nad nami zawisły.
Wiem, że zawsze może być gorzej. Dużo gorzej.
Wierzę, że u nas nie dojdzie do dużo gorzej.
 Przeżyjemy do listopada w nerwach, w nieziemskim stresie przed każdym USG, a później przytulimy zdrowego dzidziusia i zaświeci z całej siły wielkie,jasne Słońce.

sobota, 14 marca 2015

Wysypało mnie

Pani doktor z zakaźnego kazała być mi być przygotowaną "na wszystko"... czytam fora na internecie i staram się pocieszać. Więcej tam rzeczowych informacji niż przez miniony tydzień uzyskałam od 4 lekarzy....
Ale ryzyko jest. I decyzję jakąś podjąć trzeba będzie.
Na razie jestem uziemiona.
A natura może sama znowu zadecyduje.

piątek, 13 marca 2015

A jednak...

Misiek już ma ospę.
Ja się czuję coraz gorzej, objawy mam te same, co on.

Leżę i płaczę.
Z tego raczej już nic dobrego nie będzie :(

czwartek, 12 marca 2015

Nie damy się!

Syn ma ostre zapalenie tchawicy i krtani
W domu złowroga cisza...
stracił głos, mówi szeptem.
Osłabiony, temp 35,8

M. łamie w kościach, bolą go nawet włosy.
Nie wiemy jaka temperatura, bo biedak musiał iść pracować.

Mnie bolą wszystkie mięśnie.
Znalazłam 2 podejrzane plamy. Jakby syfki. Jeden na ramieniu, drugi na udzie.
Ten na ramieniu bardziej podejrzany, nie dał się wycisnąć, zaczerwieniony. Ale nie swędzi.
Temp. 36, czyli też osłabienie.

Dzisiaj odwiedziliśmy tylko dwa ośrodki "zdrowia".
Poradnię chorób zakaźnych, gdzie klamek dotykałam koniuszkami dwóch palców i dostałam mdłości...raczej nie od ciąży, a ze strachu. Wokół mnie kilkanaście osób z WZW, boreliozami i innymi zarazami....brrrrrr
Krew pobrana, wyniki za 10 dni roboczych.

Zadałam dziś pytanie M. ....co zrobimy, jeśli jednak....
Ale chyba za bardzo boimy się o tym rozmawiać. Póki co wyparcie i jak Martuśka napisała - filozofia Scarlett O'hary.

No i u pediatry byliśmy, ale trochę bezradna była, bo antybiotyku na organizm bez odporności nie zapisze.... leczymy więc syropami, inhalacjami, imbirem i ciepłym mleczkiem.

Wtedy w listopadzie, kiedy straciliśmy Kropeczkę, też był szpital w domu.
Nie wierzę, że historia chciałaby aż tak się powtarzać.
To tylko taki złośliwy chichot Losu....żebyśmy później bardziej się cieszyli.
I żebyśmy sobie to przypominali, zawsze jak powiemy, że zaraz szlag nas z tą niesforną dwójką trafi :)
Przecież Babcia i Dziadziu nie pozwolą, żeby było inaczej.

środa, 11 marca 2015

Trzeba mieć zdrowie, aby chorować...

Miałam jeszcze nie pisać...nie chwalić się zawczasu, bądź też nie zapeszać.
Ale co tu można zapeszyć, skoro zmagać się tak trzeba, że nawet jeśli coś pójdzie nie tak, to na pewno nie dlatego, że się wygadałam.

A wygadać się muszę, czy też wypisać...bo nerwa mam strasznego i czuję, że jak czegoś z tym nie zrobię, to mnie rozniesie, w kosmos wystrzeli i rozerwie na strzępy.

Od 3 dni biegam po przychodniach i lekarzach. Z Sebkiem i ze sobą. Zrobiłam już samochodem 110km po mieście, z czego tylko dwie trasy prowadziły na rozmowy kwalifikacyjne. Reszta to ośrodki "zdrowia".

Sebastian kończy ospę, więc aby nie było różowo zaczął okropnie chrypieć. Trzeba więc było do pediatry.  Byliśmy wczoraj. Czy to wirus? Czy alergia? Nie wiadomo. 4 syropy....badań nie ma sensu robić, bo po ospie, to organizm rozregulowany.
Na dziś miał też od przeszło miesiąca umówione badanie słuchu. Kazano nam się zgłosić między 8 a 12. Byliśmy o 10. Spędziliśmy na poczekalni dwie godziny. Przed nami weszli wszyscy, którzy przyszli po nas. Bo byli umówieni z innych powodów na przykład. Dwie godziny z trzy i pół latkiem na korytarzu. Zabawiały go już nawet inne,czekające panie, bo każdemu tam było nas żal. Oprócz lekarzy i pielęgniarek oczywiście.
W końcu kiedy po dwóch godzinach badanie zostało zrobione, zapytałam laryngologa, czy może chociaż mniej-więcej powiedzieć jak wyszło. Usłyszałam : "Ja, proszę pani, mam taką zasadę, że jak do mnie kieruje inny lekarz, to ja jemu pozostawiam interpretację wyników. Do widzenia".
Pani doktor kierująca wolny termin ma za 3 tygodnie. Jedynie pielęgniarka coś przebąknęła, że z jednym uchem jest coś nie tak i na pewno do leczenia.
Ale co?
do jakiego leczenia?
Nikt nie powiedział.
I czekaj sobie kobieto 3 tygodnie... mamy Cię w dupie i Twoje nerwy też. Terefere kuku!

To tylko jedna rzecz.
Druga sprawa jest taka, że dość niespodziewanie właściwie, test ciążowy, który robiłam w weekend wyszedł pozytywny. Tydzień wcześniej nie było nawet śladu drugiej kreski...a dzień cyklu bliski 50...
No i wszystko fajnie, radość była....tyle, że krótka, bo przecież ja na ospę nie chorowałam.
Wizyta u ginekologa najwcześniej za 2 tygodnie. Prywatna.
Telefonicznie poradził, żebym udała się do szpitala, gdzie jest oddział chorób zakaźnych.
Zadzwoniłam do przyszpitalnej poradni . Odesłali na sam oddział.
Zadzwoniłam na oddział.
Immunoglobuliny nie ma, trzeba sprowadzać z Warszawy, ale to też trzeba przemyśleć, bo są różne skutki uboczne i ryzyko. Mogą wykonać badanie na obecność przeciwciał, ale muszę mieć skierowanie. A w ogóle, to w sumie i tak na wszystko za późno, bo czemu ja dopiero teraz dzwonię, jak dziecko już 8 dni temu ospę miało stwierdzoną.....
No kurde, ale ciążę mam stwierdzoną od przedwczoraj!
To ze skierowaniem jutro do godziny 10.
Skąd skierowanie o 13?
Na pewno nie ma szans.
Może łatwiej będzie prywatnie zrobić....

120zł...ale panie w laboratorium mają wątpliwości, czy to w ogóle będzie miarodajne. Bo nowe przeciwciała mogą jeszcze nie wyjść, a stare niekoniecznie muszą świadczyć o tym, że nie ma nowych....
"Może niech pani jednak spróbuje do szpitala, może oni tam dokładniej powiedzą....?"

Z laboratorium do przychodni zatem.

"Rejestracja do internistów już zamknięta dzisiaj. Chyba, że Pani bardzo zależy, to proszę spytać lekarza, czy przyjmie."
Wybieram tego z najmniejszą kolejkę. Zgadza się przyjąć. Wypisuje skierowanie.

Kolejny dzień (dziś). Jestem o 9 na oddziale chorób zakaźnych.
Miało być OD 10, a nie DO 10.
I nie na oddział.
Do poradni.
I skierowanie źle jest napisane, bo musi być skierowanie do poradni, a nie do szpitala.
"Z tym skierowaniem to nic nie zrobimy.
A z dobrym to i tak w drodze wyjątku wykonamy badanie, bo taka sytuacja, bo zasadniczo,to już do końca roku nie ma miejsc do poradni."

Kurwa, przecież jest marzec :-o

"Pani z Wałbrzycha jest, to niech Pani wróci do 12, to pobierzemy krew"....
"No tak, tylko to nie takie proste dostać się do internisty"
"A to my już nic nie poradzimy"

Kolejny raz moja przychodnia.
"Teraz rano,to już nie ma miejsca do internisty. Na 14:40 najwcześniej"

No trudno...niech będzie 14:40, badanie zrobię jutro.

I w końcu o 14:40 ostatnia wizyta u lekarza.
Pan doktor starszy, gaduła.... Wysunął piątą z kolei, jaką słyszę tezę....że gdybym miała się zarazić od syna, to już dawno bym kropki miała.
"Wczoraj słyszałam, że jeszcze nawet za dwa tygodnie mogą wyjść..."
"A gdzie tam! już by były"

No to nawet pocieszające....
"Wie Pani, jakby moja żona była w ciąży i dostała ospy, to bym jej kazał tę ciążę przerwać, za każde pieniądze. I bym nie patrzył na kościół, bo to pedały i pedofile, kasę tylko biorą. Wie Pani, że w Niemczech, to kościoły katolickie puste........"

Tak, wiem.

Też nie chadzam.

Może to i błąd...może spokój i zdrowie można sobie wymodlić w Świątyni tylko? Albo wykupić u proboszcza?


Jestem zmęczona, nie mam już głowy do niczego innego. Boli mnie podbrzusze, popołudniami nie mam siły zabrać się za najdrobniejsze prace w domu. Jak w ogóle załatwiłabym to wszystko, gdybym pracowała normalnie? A wypadałoby kiedyś zacząć znowu....

Obok budynku z oddziałem zakaźnym, jest budynek z psychiatrycznym oddziałem zamkniętym....oczami wyobraźni widzę się właśnie w oknie z kratami i bez klamki.... a to przecież jeszcze nie koniec....jutro bieganie może zacząć się od nowa....





sobota, 7 marca 2015

Droga przez ospę...

Szósty dzień we dwoje w domu. 
Seba czuje się już od co najmniej dwóch całkiem dobrze. 
To super. Naprawdę. 
Tylko... 
Chore dziecko, które czuje się dobrze, a nadal musi siedzieć w domu, można przyrównać do tornada, które ktoś zamknął w 4 ścianach. 
Albo do małpy w małej klatce. 
Moja inwencja twórcza w zakresie zabaw i wspólnych czynności dawno już się wyczerpała. 
W mojej głowie tłucze się bez przerwy tylko jedna piosenka 
"I nie wie co to strach!Strażak Sam..." Lalalallalalaala...........LAAAA aaaaaaaaa

Przerobiliśmy już nawet konkurs lotów narciarskich z ławy na łóżko. 
I ganianego na golasa. 
Dziwne konstrukcje z gumek i kabelków.

Aż wreszcie moje dziecko, które z natury jest zagorzałym domatorem, zapytało, czy może poszlibyśmy na plac zabaw. 

Oj Synu...jakże i mnie marzy się plac zabaw. Nawet na dwie godziny. I na trzy niech będzie. Mogłabym postawić 200 babek z piasku i tysiąc razy pchnąć huśtawkę i mogłabym nawet uczestniczyć w tych jakże pouczających dyskusjach toczących się wokół drabinek, piaskownicy  i na wszystkich ławkach ;) 


Nie no ok, nie mogę aż tak narzekać. 
M. mój kochany zwalnia mnie wieczorami. Wczoraj np. byłam na półtoragodzinnym treningu Ladies Latino. Uwielbiam te piątkowe zajęcia. Ladies Latino jest luźniejsze niż takie turniejowe łacińskie tańczenie. Bardziej miękkie, kobiece. Cudowne. Odnalazłam się w tym nie gorzej niż w tańcu brzucha.  Endorfiny poszybowały mi do nieba... Energia mnie roznosiła, na czym oczywiście M. również skorzystał po moim powrocie :) 


....

W przyszłym tygodniu mam 3 rozmowy o pracę. 
Tak się ruszyło! 

Tak, jak i Abby, postanowiłam sobie, że marzec musi być już ok i zamknie czarną serię. 
Wygląda na to, że tak właśnie będzie. 

Zaczyna się całkiem obiecująco :) 


wtorek, 3 marca 2015

Plaga

Kolejne przykre doświadczenie...
które to już z kolei w ostatnim czasie?

Becik ma ospę.
Ospa jak ospa...ponoć każdy musi odchorować...
oprócz mnie,Miśka i mojego taty. 
Przynajmniej póki co. 

Do tej pory kojarzyła mi się ze swędzącymi kropkami,które trzeba smarować i jakoś przetrwać bez drapania.
Od teraz będzie mi się kojarzyć z koszmarnymi dwiema nocami,kiedy Becik z bólu śpi, razem może ze 3 godziny, a resztę czasu płacze okropnie na cały głos i prosi mnie abym zabrała te śmieci z jego pupy, żeby ją zmoczyć wodą,że on już nie chce tego chorowania.
O 3 w nocy sama ryczałam już z bezsilności,nie wiedząc jak mu ulżyć choć odrobinkę.
Choróbsko  najmocniej zaatakowało mu miejsca intymne, sprawiając ból,jaki mogę sobie tylko wyobrazić. Sam widok tych ropnych ogniskowych zmian już boli.

Jeśli będę kiedykolwiek jeszcze miała dziecko, nawet przez pół minuty nie zawaham się czy szczepić je na ospę. 
Mam nadzieję, że uda nam się to szybko załagodzić i dziś w nocy będzie już spokojniej.
No i ciekawe, czy i my padniemy ofiarą złośliwej zarazy? 

czwartek, 26 lutego 2015

Żałoba

Nigdy wcześniej nie czułam takiego smutku, ani takiej tęsknoty.
Mając trzydzieści jeden lat zrozumiałam, czym naprawdę jest żałoba.
Życie wciąż mnie zaskakuje, niby to oczywiste, że czego się nie przeżyło, tego tak naprawdę zrozumieć nie można.
No ale przecież znałam już to, że ktoś odchodzi, znika, że się tęskni.
4 lata temu zmarła pierwsza moja Babcia.
Było mi smutno, w brzuszku mieszkał już Sebuś, żałowałam, że nie będzie miał jednej Prababci.
Jednak ta Babcia mieszkała daleko od nas, widywałyśmy się rzadziej. Kochałam ją, ale nie byłyśmy aż tak związane, jak z Dziadkami, którzy mieszkali tutaj.

Ponieważ aktualnie znów jestem bez pracy,a jestem też dziedziczką mieszkania po Dziadkach, zmusiłam się, aby wykorzystać wolny czas i posprzątać ich dom.
Codziennie, parkując pod ich blokiem, czuję jak w gardle rośnie mi wielka gula.
Pierwsze dni, okrasiłam morzem łez.
Każda rzecz, którą brałam do ręki, wiązała się z jakimś wspomnieniem.
Nawet artykuły spożywcze przypominały mi, że przecież jeszcze we wrześniu chodziłam co sobotę na zakupy z Dziadziem.
Wyrzucając wielkie wory różnych rzeczy, czułam się jakbym ich samych wyrzucała z tego domu.
Przecież to całe ich życie tam było.
Tak wiele "skarbów" znalazłam, różnych dokumentów, notatek, pamiątek.
Z bólem serca dokonywałam segregacji.
Dzisiaj właściwie mam to już skończone. To co jeszcze nadaje się do użytku, oddam jakiejś biednej rodzinie, co nieco przyjęło hospicjum, kartony książek zawieziemy do biblioteki, a kilka górniczych pamiątek Dziadka, zechciało przyjąć muzeum w Starej Kopalni. Cieszę się, że tam trafią.
Kiedyś zaprowadzę tam Sebcia i pokażę mu, że to jego Pradziadzia.
Bardzo mi zależy, aby podarować tym rzeczom "drugie życie". Tak bardzo nie chcę, aby pamięć po Dziadkach zaginęła.

Czuję się w tym wszystkim jak mała dziewczynka.
To mieszkanie, które praktycznie wcale się nie zmieniało, oglądałam 31 lat. Wiele rzeczy przez cały ten czas nie zmieniło swojego miejsca...i ten zapach. Każde mieszkanie ma swój zapach.
Kiedy Babcia zmarła, a do mieszkania wprowadziła się Pani Opiekunka, która zajmowała się Dziadkiem, wniosła swój zapach. Może głupio to zabrzmi, ale przeszkadzało mi to.
Podczas robienia tych porządków, zapach powrócił.
Codziennie wchodzę do tego mieszkania i witam się z moimi Dziadkami.
Wiara, że w jakiś sposób nadal tam są i czekają na mnie, jakoś dodaje mi sił.
Jednak ta pustka i cisza, które mi odpowiadają, są okropne.

Ciężko mi jest o tym pisać.
Ciężko jak nigdy dotąd. Brakuje mi słów, jestem niezadowolona z tych zdań, bo zupełnie nie oddają tego , co czuję.
Jest mi strasznie, strasznie smutno i mam wrażenie, że mój mózg wcale nie chce przyjąć do wiadomości, że już Dziadków nigdy nie zobaczę. Że do końca życia będę już bez nich.
Nie ma kogoś, kogo od początku życia miałam.
To jest niesamowicie przykre.

Dzisiaj przeglądając zapiski Babci znalazłam brudnopis z wierszem, który napisała i podarowała mi 10 lat temu

"Dla Mai"
Majeczko! Słoneczko! Jesteś już kobietą
nie chce mi się wierzyć w tą zmianę niestety.
Bo jeszcze nie tak dawno biegałaś wśród kwiatów,
pośród złotych kłosów, maków i bławatków.

Pamiętasz bajki, które Ci czytałam?
Pamiętasz jak w ramionach Cię kołysałam?
Jak śpiewałam piosenki, które uśpić Cię miały
a Twoje oczka zamknąć się nie chciały.

Jak to się stało, że jesteś już dorosła
że z dziecka uroczego  - kobieta wyrosła?
Pojąć nie mogę, że czas tak szybko mija...
ale Ty jest moja maleńka,a nie niczyja!

I wiesz już co to miłość i co cierpienie
I wiesz jak serce rozpala pragnienie
Majeczko! Słoneczko! zostaw coś dla "siebie
Choćby jedną maleńką gwiazdkę na niebie!

W miłości nie zatrać się nigdy kochana,
miłość nie może rzucić Cię na kolana
zawsze coś zostaw dla siebie, Majeczko
a dobrze w życiu z tym wyjdziesz, Słoneczko!

Niech radość i szczęście Cię nie omijają,
niech kwiaty miłości Ci rozkwitają,
Niech słońce blaskiem Cię opromieni
I niech to trwa do "Późnej Jesieni"!

Niech jasność poranka i pełna gwiazd nocy
w trudnych chwilach życia - dodadzą Ci mocy
a ukochany przez Ciebie mężczyzna
tuląc w objęciach - uczucie Ci wyzna

A kiedy już będę po "tamtej stronie"
Gdy czas Ci pozwoli - przyjdź czasem do mnie
Powiesz mi o swoim szczęściu, a także cierpieniach
Bo wiedz, że u mnie znajdziesz zrozumienie.



Majeczce - Babcia Irena "




Tak..."tam, u góry" mam wyjątkowe wsparcie. Wierzę w to całym sercem i mam nadzieję, że tak zostanie do końca.

Tylko na razie, tu na dole, wciąż jeszcze tak trudno jest mi pogodzić się z wielką stratą.

wtorek, 10 lutego 2015

Kieszeń na sercu




Do kremacji przygotował sobie mundur górniczy.
Przyszykował też paczkę, opisaną, iż zawiera osobiste pamiątki i ma zostać spalona z Jego ciałem.
W paczce różne dokumenty, listy, a także zdjęcia z kolegami, z Babcią, z moją Mamą i jej bratem.

W marynarce munduru

w wewnętrznej kieszeni

lewej

na sercu

dwa zdjęcia

mojej Siostry

i moje.



poniedziałek, 9 lutego 2015

Dziadziuś

Na tę śmierć byłam przygotowana.
Od 4 miesięcy czułam jak się skrada.
Powoli zabierała Dziadka. Najpierw fizycznie, później także psychicznie.

Wczoraj niewiele już miałam łez.
Wypłakiwałam ich ostatnio litry, po każdej wizycie w szpitalu, kiedy tak znikał.
Kiedy nie wiedział gdzie jest i co się dzieje.
Kiedy nie było z nim kontaktu.
I także w piątek, kiedy widziałam w jego oczach, że mnie rozpoznał, ale nie miał już nawet siły zareagować na moją obecność.
Złapałam go za trzęsącą się rękę. Zaczęła trząść się jeszcze bardziej, a po chwili zupełnie się uspokoiła.
Powtarzałam "Śpij już, Dziadziu"
W ostatnich miesiącach często mówił, że moja obecność wpływa na niego kojąco.

Modliłam się, żeby mógł już odejść, bo serce mi pękało od patrzenia na takie powolne odłączanie się od świata.

Śnił mi się w nocy z czwartku na piątek. Spotkaliśmy się na drodze. Szedł w różowym szlafroku z torbą podróżną w ręku. Mówił, że musi coś załatwić. Cofnęłam go, myśląc, że znowu coś mu się myli. Poprosiłam, żebyśmy wrócili do domu. Zgodził się "Dobrze, napijemy się herbatki malinowej".  I uśmiechnął się szelmowsko. Jakby wiedział, że ja myślę, że jemu się myli, a on doskonale wie, co robi, ale nie chce wyprowadzać mnie z błędu. Był taki jak kiedyś. Ładny i w dobrej formie. W domu była Babcia i miała niezadowoloną minę, że przyprowadziłam go z powrotem.

W piątek w południe pojechałam go odwiedzić w szpitalu.
Właściwie pojechałam się pożegnać. Ale miałam wrażenie, że jest lepiej niż było. Wyniki się poprawiały. Miałam nadzieję, że jednak jeszcze się zobaczymy.

Wieczorem w samochodzie, podobna sytuacja jak po śmierci babci. W radiowej czwórce piosenka zbudowana na starych samplach. W refrenie "Wpuśćcie pana Jana na salony".

Odbieram to wszystko jak znaki.
Dawała znać, że jest tuż tuż.
Byłam gotowa.
Telefon od mamy przyjęłam ze spokojem.
Dokończyłam Sebastianowi czytać bajki, poczekałam aż zaśnie.

Poszłam do kuchni, wypaliłam dwa papierosy.
Obudziłam Miśka i dopiero wtedy się popłakałam.

Teraz znowu płaczę.

Chciałabym jakoś inaczej napisać.
Mniej chaotycznie, może bardziej wspomnieniowo.
Mam tyle wspomnień.
Dziadek to właściwie 3/4 mojego dzieciństwa. To ta najlepsza część. Zawsze czułam , że wyjątkowo mocno mnie kochał. I ja go kochałam tak samo.
Bardzo długo dojrzewałam do tego, aby w ogóle pogodzić się ze świadomością, że kiedyś go zabraknie.
Teraz próbuję się pogodzić z tym, że właśnie się to stało.

Nie dam rady dzisiaj więcej.





poniedziałek, 26 stycznia 2015

Opowieść o moim debiucie w roli Pani Domu.Cz.3.

Całkiem dumna z siebie wprowadziłam rodziców do uszykowanego pokoju. Mamie bardzo spodobały się firany i zasłony.
Za moment Misiek przywiózł drugich rodziców.
Zasiedliśmy do stołu.
Aż samej mi się wierzyć nie chciało, ale odczuwałam lekkiego stresa.
Tak się poczułam w tym moim debiucie :)
"Teściowa" również skomplementowała firany.
Urosłam :D
Misiek też, widziałam :)

Drugi raz urosłam, gdy posypały się komplementy na temat żeberek.
I na pewno nie były li tylko grzecznościowe, bo z ponad dwukilogramowej porcji , zostały jedynie dwa małe kawałki.

Tak sobie siedzieliśmy kilka godzin razem. Kolacja zakrapiana, a że w naszych rodzinach nikt za kołnierz nie wylewa, to atmosfera szybko sie rozluźniła.
Mamuśki się zgadały na wspólny wyjazd nad jezioro.
Miśka mama wyznała , że już od początku naszej znajomości, podejrzewała, że Misiek się we mnie podkochuje. I jak najbardziej była za tym, chociaż on się zapierał, że tak nie jest.
No i chyba rzeczywiście nie było...chociaż wiecie jak to jest z Mamami. Czasem wiedzą nawet lepiej niż my :)
Później przypałętał się temat jego ślubu z O.
Okazało się, że "Teściowa" mocno przeżyła, co się stało i nawet popłakała się, gdy o tym rozmawialiśmy. Chcąc ją wesprzeć, wyznałam, że właściwie mi na tym ich ślubie też trochę ciężko było. Wzięła mnie w ramiona :
- Wiesz, że ja Ciebie zawsze traktowałam jak córkę. Nie nazywaj mnie już "panią", mów do mnie "mamo", proszę.
Ale fajnie :)
Mam dwie Mamy.

Na to wszystko wzruszył się Miśka ojczym.
Misiek pokrzepiająco go objął.
I tak staliśmy, bo to było w kuchni "na fajce" , w tym dymie, we łzach, w objęciach, w śmiechu, we wzruszeniu...

No takiego obrotu sprawy, to ja nie przewidziałam.
Ale "najlepsze" miało się dopiero wydarzyć.

Po uspokojeniu emocji, wróciliśmy do stołu.
A "Teściowa" rozpoczęła przemowę.
Że skoro my już tak od roku razem jesteśmy. I mieszkanie mamy razem i kredyt i wspólnie dziecko wychowujemy, to ona wnosi postulat o ustalenie daty ślubu.

Mało z krzesła nie spadłam.

Misiek się zakrztusił.

Po czym zaskoczył mnie pozytywnie, bo spokojnie, acz tonem nie znoszącym sprzeciwu. Wyjaśnił, że on już raz został przyciśnięty o tę samą sprawę i bardzo tego żałuje. I że tym razem, to on ma zamiar zrobić wszystko po swojemu, ma swój plan na zaręczyny i ślub i zrobi to właśnie wtedy, kiedy wszyscy będą się najmniej spodziewali. Taki był asertywny, że mama dość szybko odpuściła dyskusję.
A ja dumna byłam. Bo chociaż marzy mi się ten ślub, to chcę zostać zaskoczona zaręczynami. A jeszcze bardziej chciałabym, żeby on się oświadczył właśnie wtedy, kiedy sam będzie w 100% na to gotowy. A nie, że usiądziemy przy stole całą, połączoną już familią i z kalendarzem w ręku będziemy wybierać taką sobotę, żeby było R w nazwie miesiąca, a żeby nie wypadła przypadkiem trzynastego, i żeby broń boże nie kolidowała z planami ciotki z Zamościa i kuzyna z Półtuska.
I Misiek mój dobrze wie o co kaman. Temat został zamknięty i reszta wieczoru przebiegła już praktycznie bez większych przebojów.
Pomijając fakt, że po pożegnaniu rodziców, mój dzielny chłopak, postanowił jeszcze wyprowadzić psa. Pies niesiony euforią na myśl o nocnej przechadzce pociągnął pana swego tak silnie, że ten zaliczył glebę i następnego dnia odwiedziliśmy jeszcze pogotowie.
Misiu ma limo pod okiem i zajada same papki, bo gryźć nie może... szczęka stłuczona, na szczęście nie złamana, bo przed nami drugie obchody Miśkowej trzydziestki.
Za tydzień impreza dla znajomych.
Na całe szczęście, znaleźliśmy pub, który można w całości wynająć na tę okazję.

I to koniec hsitorii mojego debiutu :) Udało się.
Miło było, goście zadowoleni, gospodarze nie mniej.
W sumie to taka prozaiczna rzecz. Ale dla mnie, to naprawdę było wydarzenie warte tego długiego opisu. 
W całej mojej karierze, chyba tylko dwa razy zdarzyła się sytuacja, że przy jednym stole zasiadała rodzina moja i partnera.
Naprawdę się starałam.
A popołudnie następnego dnia przeleżałam jak skóra od byka na wersalce rodziców, najedzona pysznym obiadkiem mojej Mamusi :)

To nie jest łatwy kawałek chleba , być Perfekcyjną Panią Domu.
Oj niełatwy...

Na koniec wiadomość prywatna: Jestem przekonana, że właśnie teraz to czytasz, nasza droga Bree z "Rodzinki ZG". Po raz kolejny: jestem pełna podziwu dla wszystkiego, co i jak robisz. Jesteś moją Boginią Domowego Ogniska i składam Ci hołd. Długo jeszcze będę gonić niedościgniony ideał :)

Opowieść o moim debiucie w roli Pani Domu. Cz.2.

Ulga jaką poczułam w związku z  obaleniem 1/3 pysznego likieru oraz z tym, że sprzed moich oczu zniknęła jednak wizja smutnych stuzłotówek, a zamienił je widok całkiem przyzwoicie i elegancko wyglądających okien, sprawiła, że w środku nocy dostałam zastrzyku energii.
Zatem udało mi się jeszcze zamarynować żeberka. Tu obyło się bez przebojów.
W łóżku zlądowałam ok 1, a przede mną dzień Wielkiej Próby :)

Syn litości nie zna.
Po 7 rano w błogi mój sen, wdrał się uroczy dźwięk kłapiących w stronę naszego łóżka bosych stópek.
-Mamoooo mleko ciałem!

Na autopilocie wybrałam się do ciemnej jeszcze kuchni.
Lodówka.
Mleko.
Szklanka.
Mikrofala (wiem...wiem, że powinnam na gazie w garnuszku, ale mikrofalówka wygrywa w mojej wewnętrznej batalii...)
Kubek.
I już jestem w łóżku przy cieplutkim moim Synku.

Zamykam oczy.

-Mamooo siku ciałem! Włąciś mi światełko?
Drepczemy razem do toalety. Wracamy.
Przytulam ciepłe ciałko.
-Pośpij jeszcze chwilkę.
-Juś jeśtem wypany. Włąćiś mi baję? Włączam i zyskuję jeszcze 30 minut drzemki. Póżniej bajki zaczynają być nudne, ciekawsza zdaje się być konwersacja z zaspaną matką.
Na zegarku prawie 8. Wiem, że już muszę wstać na dobre. Zaraz Misiek wróci z nocki.
Wstajemy dość leniwie.
Wraca Misiek, padnięty jak koń po westernie. Układam go do snu w dziecięcym pokoju. Tam najciemniej i najciszej.
Seba głaszcze go po głowie i całuje w czoło.
-Doblanoc Tatusiu.
Jakie cudne to nasze Dziecię :) Takie widoki natychmiast ładują moje baterie na full.

Po śniadanku i prysznicu ubieramy siebie i psa i idziemy spacerkiem do Dziadków. Seba zostaje, a ja z psem idziemy po brakujące zakupy.
Po drodze przystaję koło ławki, gdzie przeszukuję całą zawartość torebki oraz wszystkich swoich kieszeni, w poszukiwaniu listy. Nigdzie jej nie ma. Postanawiam odstawić psa do domu i zabrać listę, gdyż najwyraźniej musiałam zapomnieć jej zabrać.
Guzik.
Wcale jej tam nie ma.
Psa zostawiam i idę do sklepu z nadzieją, że kupię wszystko.
O 17 okazało się, że zapomniałam kukurydzy :)

Calutki dzień spędziłam na przygotowaniach.
Pół dnia sprzątałam, drugie pół szykowałam to, co ma znaleźć się na stole. Żeberka zrobiły się same, ale z całą resztą było trochę babrania. Jedyne momenty, kiedy udało mi się usiąść to wyjścia do toalety.

Misiek wstał o 16. Wyspany i zadowolony.
Koniecznie chciał wykorzystać ten rzadki moment, że jesteśmy sami w domu. A że nocki miał przez cały poprzedni tydzień, niezbyt długo zajęło mu wyciągnięcie mnie z kuchni za gumkę od majtek ;)
W ten sposób mój czas na dokończenie przygotowań skrócił się w pięć minut o pół godziny ;)
Miałam napisać, że straciłam 30 minut, ale przecież nie mogę tego nazwać straconym czasem.
W każdym bądź razie nieco oszołomiona wróciłam do rozpoczętych sałatek, a lubego delikatnie zagoniłam do odkurzania i mycia podłóg.
Koniec końców, gdy o 18:30 rozległ się dźwięk domofonu, wszystko było na ażur, a na moich paznokciach właśnie dosychał lakier.

C.d.n

Opowieść o moim debiucie w roli Pani Domu. Cz.1.

Właściwie nie powinnam się przyznawać.
Bo to wstyd trochę.
I jakoś kiepsko świadczy o mnie... ale niech będzie.
Staram się być szczera na tym blogu, więc czuję się zobowiązana.

Wyznaję zatem, że przez 31 lat mojego życia, nigdy, ale to nigdy nie wydawałam rodzinnego przyjęcia, które bym od A do Z przygotowała sama.

Z jednej strony obciach.
Z drugiej właściwie, to szczęściara ze mnie ;)

Oczywiście to nie tak, że nie szykowałam żadnej imprezy, czy odświętnej kolacji.
Ale zawsze ktoś pomógł.
Zazwyczaj rodzice.

Przyszła jednak kryska na matyska.


Partnera - konkubenta mam?
Mam.
Mieszkanie nowe mamy?
Mamy.
Okazja w postaci 30-lecia wyżej wymienionego Konkubenta oraz nabycia wyżej wymienionego mieszkania jest?
Jest.

No to nie pozostało nic innego jak organizacja rodzinnej kolacji.

Pierwszy dreszczyk emocji miałam już w trakcie zapraszania.
Bo oto pierwszy raz zapraszam do siebie własnych rodziców.
Wierzcie, albo nie, ale od lat marzyłam o tym, aby zaprosić moją mamę na wieczór, przy którym ona nie będzie musiała robić niczego poza siedzeniem przy stole, braniem udziału w konwersacji i ładnym wyglądaniem.
W czasie imprez mama zawsze biega. Najpierw biegała z kuchni do pokoju przez dwa przedpokoje.
Później ułatwiła sobie sprawę i przerobiła jeden pokój na jadalnię, więc dystans jej się skrócił. Co nie zmieniło jednak faktu, że i tak raczej nie siedzi gdy ma gości.
Kiedy robilismy Wigilie u Dziadków- też biegała, żeby pomóc Babci.
Gdy odbywała się jakaś impreza u mnie, w Zielonej Górze - pomagała mi. Więc tym razem postawiłam sobie za punkt honoru, że mama będzie siedzieć. Zwłaszcza, że następnego dnia miały być też jej urodziny.

No tu muszę jeszcze wyznać, że tak na 100% nie obyło się bez jej nieocenionej pomocy, ponieważ w czwartek zrobiła za mnie zakupy :) Akurat ma chwilowo sporo wolnego czasu i sama zaproponowała tę formę pomocy....z której skwapliwie skorzystałam.
Aha... no jeszcze w sobotę, razem z Tatą wzięli do siebie Sebka na cały dzień...
Także ten...
...no cóż mogę powiedzieć? Bez rodziców, to jednak jak bez ręki i tyle w temacie :)  

Poza moimi rodzicami, zaprosiliśmy także rodziców Miśka.
Tutaj też wielki mój debiut.
No kurczę poważna sprawka. "Teściowie" na pierwszej kolacji.
Chyba wiecie co to za stres?

Mój szał zaczął się już w piątek.
Kiedy przystąpiliśmy do wieszania firan w dużym pokoju.
Jeśli jeszcze kiedyś wymyślę sobie firany z marszczeniami, na ponad 5 metrowy karnisz, mam nadzieję, że ktoś mi ten pomysł wybije z głowy i przypomni miniony piątek.
Prasowałam cholery z godzinę. Marszczyłam na tej przeklętej taśmie, chyba z drugą godzinę.
Zawiesiliśmy.
Coś nie gra.
Misiek przypomniał, że coś mu świta,iż jedna była zamówiona trochę szersza i to ona miała zasłaniać drzwi balkonowe.
Racja.
Przewiesiliśmy.

Na te firany wydaliśmy naprawdę dużo kasy. No po prostu jak dla mnie to jakaś niedorzeczna suma , ale tak bardzo chciałam żeby było pięknie...
I zawisło te moje kilkaset złotych.
A efektu wow brak.
Pomarszczyłam jakoś krzywo.
Przerwa między oknami miała być odsłonięta, abyśmy mogli powiesić tam nasze zdjęcia....wyglądało to  niechlujnie.
Porażka.
Dowiesiliśmy jedną zasłonę (20 minut prasowania). Okazało się, że za długa. Moja frustracja sięgnęła zenitu.
Ręce mi mdlały, miałam wyrzuty sumienia, bo tak długo trwało to wszystko, że nie poszłam na zajęcia z ladies dance, a wyglądało to zupełnie inaczej, niż sobie wymarzyłam.
Zamiast ślicznych kremowych firanek w delikatny mieniący się wzorek, widziałam po prostu smętnie zwisające z karnisza wymięte banknoty stuzłotowe.
Tyle zmarnowanych pieniędzy. Rany! Jak ja tego nienawidzę!
Padłam na łóżko twarzą w poduszkę i zawyłam żałośnie. Mój chłopak poklepał mnie krzepiąco po plecach ze słowami "no najwyżej jakoś je przerobimy" (tak, k***, nie dość, że wydaliśmy tyle kasy, czekaliśmy na nie miesiąc, to teraz oddamy do przerobienia!) i ekspresowo zmył się na nockę do pracy.

No i cóż było robić?
Udałam się do barku :)
Z kieliszkiem ulubionej podróby Baileysa, najpierw zadzwoniłam pożalić się mamie, następnie wyżaliłam się Anetce na WhatsAppie i po wysłuchaniu ich rad ponownie wdrapałam się na taboret. Pozmieniałam, porozciągałam , wyrównawałam, przykryłam przerwę, dowiesiłam drugą zasłonę.
Zeszłam z taboretu, stanęłam w drzwiach...
Alleluja! Udało się!

Było koło północy, a w lodówce wciąż czekały na mnie niezamarynowane żeberka...
c.d.n.

sobota, 24 stycznia 2015

Przydługi dyskurs w temacie Matki Polskiej Domowej

Na temat "Matki-Polki W Domu Siedzącej" napisano już chyba wszystko.
Połowa czytanych przeze mnie blogów parentingowych zawiera przynajmniej jednego posta, poruszającego tę problematykę.
I ja już chyba kiedyśtam cośtam wspominałam.
Dziś jednak wrócić muszę do tematu.
Zagotowana jestem nieco, bo na świeżo właśnie po przeczytaniu komentatorskiej burzy pod postem uwielbianej przeze mnie Mamy Dwóch Córek.

Różne mamy modele życia w naszym cudownym kraju.
I różne modele Matki-Polki.
Sama już przerobiłam ich kilka.

Pół roku siedziałam w domu na macierzyńskim.
Dwa lata byłam samotną matką pracującą.
Od kilku miesięcy jestem już nie samotną matką pracującą.
A od lutego najprawdopodobniej będę niesamotną matką, prowadzącą coś w stylu własnego biznesu.

I powiem tak - za każdym razem nie czuję się w pełni usatysfakcjonowana.

Pół roku macierzyńskiego.
Fajna sprawa.
Zwłaszcza,że przemieszkałam ten czas u rodziców. Oboje pracujący, wtedy jeszcze od rana do wieczora, ale i tak pomoc ogromna.
Po 4 pierwszych miesiącach stwierdziłam, że trochę nuda.
Po 2 miesiącach od porodu chodziłam już 4 razy w tygodniu na tańce i fitness.
Miesiąc później doszedł jeszcze cotygodniowy basen z niemowlakiem.
Na koniec jednak, cała szczęśliwa wróciłam do pracy i firmowych znajomych.
Łączyło się to z wyprowadzką od rodziców. Wyprowadzką 160km dalej, bo praca została właśnie tak daleko. Niewiele mogłam dla siebie zrobić. Czułam , że moje życie to głównie praca i bycie mamą. Starałam się w "wolnym czasie" być jak najbardziej aktywna. Robiliśmy sobie z Sebą wycieczki, chodziliśmy na basen, na salę zabaw, na imprezy, odwiedzaliśmy znajomych. Pamiętam jednak, iż czułam, że mało tego jest.
Pogodzenie pracy, macierzyństwa i KAŻDEGO jednego obowiązku związanego z prowadzeniem gospodarstwa domowego - od obiadu przez wyprowadzanie psa, po mycie podłóg ; od zaprowadzenia auta do mechanika po wymianę przepalonej żarówki - to jest jednak dużo jak na dwudziestoczterogodzinną dobę i jednego człowieka.
Wszystko było po łebkach. Sprzątnięte było z grubsza. Pieniędzy było "na styk"...ale najgorsze wyrzuty sumienia dręczyły mnie z powodu uczucia, że za mało czasu poświęcam synowi. Świadomość, że on tylko raz jest mały, wyrośnie szybko i przestanie mnie potrzebować tak mocno jak teraz, a ja właśnie teraz nie mogę być dla niego tak, jakbym chciała, zżerała wręcz moje serce. Poza tym notoryczne przemęczenie. Fizyczne, psychiczne. I poczucie, że utknęłam w miejscu.

Później nastąpił gwałtowny obrót spraw, kolejna zmiana modelu życia.
Tak do końca jeszcze się w niej nie odnalazłam...a już czeka mnie następna.
Jest lepiej.
Dużo lepiej.
Już jest nas - Rodziców - dwoje.
Dwie pensje, dwie pary rąk i dwie głowy do ogarnięcia chałupy, dwa serca dla Syna.
I Dziadkowie blisko.
Raj, zdawać by się mogło.
Ogólnie nie narzekam, ale wcale nie czuję, żeby było idealnie.
Wracam po pracy do domu ok 16:20. Do tej pory Syn jest albo w przedszkolu, albo od półtorej godziny u Dziadków. Zanim obiad, ogarnięcie chaty, robi się prawie 18. Zostaje 2,5 godziny na bycie Mamą. Jeśli akurat tego dnia nie ma dodatkowych zadań, zakupów, wizyt lekarskich itd itp. 2,5 wieczornej godziny, kiedy dziecko, budzone o 7:00 jest już zmęczone po całym dniu.
To też nie jest wcale to, czego tak naprawdę bym chciała.
No oprócz tego jestem przecież jeszcze ja - kobieta. Mam pomysł na swój samorozwój, znalazłabym nawet na niego czas, ale odbędzie się to znów trochę kosztem dziecka i wspólnych weekendów. A ono wciąż rośnie. W tempie zastraszającym. Jak długo jeszcze Mamusia będzie tak niezbędna w jego życiu?
Mam pomysł na inny typ pracy. Z jednej strony czuję potrzebę wcielenia go w życie.
Bo  docelowo więcej pieniędzy, a lubię czuć komfort w tej materii, bo to dla mnie krok do przodu, inwestycja w siebie i rodzaj sprawdzianu, a że jeszcze jakieś ambicje mam, to kusi trochę wizja.
Ale znów, czy aby nie obędzie się to kosztem dziecka?
Nowe obowiązki, stres, odpowiedzialność i brak stabilizacji jeśli chodzi o finanse. Zwłaszcza początkowo. Może być lepiej, ale może też być gorzej. Istnieje jakieś ryzyko. To wszystko znowu nie do końca to.

Do czego zmierzam?
Zostając matkami, podejmujemy jakieś wybory.
Czasem jesteśmy do nich zmuszone przez sytuację.
Czasem świadomie decydujemy się na ten, czy inny model.
Czasem mamy nawet możliwość zdecydować o tym wspólnie z partnerem.
Nie podpisujemy jednak cyrografu własną krwią.
Oświadczenia, że od tej pory, wchodząc w rolę matki pracującej/ matki biznesmenki/ korpo-matki/ pełnoetatowej piastunki domowego ogniska etc., zobowiązujemy się do nienarzekania, bycia wiecznie uśmiechniętą i radosną.
I całe szczęście!
Realia często okazują się być nieco inne niż nam się zdawało. 
A wyjść z roli bywa niezwykle trudno.
Wiem coś o tym. Bo każde moje wyjście z roli, to było postawienie naszego małego Świata na głowie. Masa wyrzeczeń z mojej strony i zmiana porządku, w którym Dziecko czuło się bezpiecznie. Doskonale zdaję sobie sprawę, że większość wychowawczych problemów, z jakimi ścieramy się w wychowaniu Syna, związana jest z roller coasterem, jaki mu funduję regularnie od 3,5 roku.
Taki minus.

Jaką mam konkluzję?
A taką, że nie ma Złotego Środka.
Chociaż wydaje mi się, że coś na krój idealnego stylu życia, odnalazłam u moich koleżanek, żyjących w innych krajach. Tam istnieje pomoc socjalna. Dla niemal każdego dziecka. Pomoc, która pozwala matce na dużo więcej. Na wykonywanie pracy w mniejszym wymiarze godzin (i ofert rzeczonej pracy nie brakuje), na spędzanie czasu z dzieckiem inaczej, niż tylko w domu - istnieją miejsca, gdzie za darmo odbywają się zajęcia dla rodziców z dziećmi. W dodatku rozwojowe dla obu stron. Od kilku lat mam wrażenie , że tak właśnie byłoby idealnie. I wilk syty i owca cała. I dziecko zaopiekowane i matka niezgnuśniała i dom ogarnięty i relacje partnerskie nadal pozostają partnerskie. Można? Można.
Ale pomoc państwa i jego organizacja, wydaje mi się, ma tutaj znaczącą rolę.
Niestety żyjemy, gdzie żyjemy.
W kraju, gdzie najpierw należy sobie przekalkulować co się w ogóle opłaca.
Bo mając dwoje dzieci, zwłaszcza zbliżonych wiekowo, często okazuje się, że większość zarobionych przez ich matkę pieniędzy, zostanie przeznaczonych na żłobek czy przedszkole. I czy te poranne łzy, nieraz odparzone pupy, miesiącami ciągnące się smary i kaszle, są tego warte?
Każdy musi sobie sam na to pytanie odpowiedzieć.
Moim subiektywnym zdaniem, kiedy Mama pracuje na cały etat, w domu nie jest już tak fajnie. Często nie pachnie mamusinym obiadem, częściej kończą się czyste skarpety, z dzieciństwa nie zostaje już tak dużo wspomnień o tym, jak się z mamą grało w planszówkę, asystowało przy garach, chodziło na spacery.
I zapach pieczonego ciasta zdarza się już tylko od większego święta.

Kobieta, która decyduje się zająć domem i dzieckiem /dziećmi, również nie ma łatwo.
Jej codzienność, to Dzień Świstaka.
Ponieważ nie zarabia, dużo się od niej oczekuje...ona sama zwykle bardzo dużo od siebie wymaga. Rezygnuje przy tym z własnego ego. I prawdopodobnie nie dlatego, że brak jej ambicji. Może dlatego,że właśnie ma ogromne poczucie obowiązku i świadomość, że musi być w pełnej gotowości 24h/d. W ten sposób "odpracowuje" zarabiającego męża.
I tak naprawdę, dla mnie nie jest to wielka różnica.
Równie dobrze można by zawiesić grafik na lodówce;
Od godziny 8 do 16 robota kucharki, sprzątaczki i niani, a po 16 bycie mamą. I byłoby prawie tak samo jak gdyby wyszła do biura, fabryki czy gdziekolwiek.  

I jeszcze na koniec parę słów na temat panów w całym tym bałaganie.
Zwykle to wszystko nie dzieje się poza nimi.
Oni też chcą mieć dziecko.
Przecież to nie jest tak, że wiedzione niepohamowanym,zwierzęcym instynktem macierzyńskim, dosiadamy w czasie owulacji wierzgającego jak dziki mustang, partnera, zaciskając mocno uda, by nie spaść i by, nie daj Boże, nie wystrzelił gdzieś w ścianę, zamiast prosto w nasz jajowód. Przeważnie dziecko powstaje, bo para tego pragnie.
I później w parze zostają podjęte pewne wybory i dalsza droga, jaką potoczą się losy rodziny, zostaje wspólnie obrana.
Totalnie nie rozumiem więc, skąd potem pretensje, wypominki, poczucie wyższości - bo on zarabia, a ona TYLKO w domu siedzi. Przecież to się samo nie zrobiło i nie postanowiło.
Nie generalizuję tutaj, bo znam facetów, którzy doceniają wartość szczęśliwych dzieci, wychowanych przy mamie i zaopiekowanego domu.
Mój M. sam ma w najbliższej rodzinie "kurę domową" i pełen jest podziwu do jej pracy.
No ale M. jest generalnie wspaniały, więc... ;)
Żartuję oczywiście - prawda taka, że jeszcze się okaże jak to z nami będzie i jak się dalej ułoży, co się zmieni, gdy kiedyś pojawi się drugie dzieciątko?
Na chwilę obecną jednak, cieszę się, że ma na to zdrowy ogląd, i że znam jeszcze inne przykłady mężczyzn, którzy też taki mają.

Ja osobiście wiem, że długo nie wytrzymałabym zupełnie nie pracując zawodowo, ale zdecydowanie chciałabym móc poświęcać więcej czasu mojej Rodzinie. 
Nie ma ideału.
Dlatego nie ma sensu oceniać przyjętego przez kogoś modelu.
Jeśli istnieją kobiety, którym udaje się wzorcowo i bezbłędnie funkcjonować w opisanych przeze mnie sytuacjach, to naprawdę szacun z mojej strony.
A tym, którym się nie udaje, które czują się nie do końca spełnione, mogę podać rękę.
I chociaż wierzę, że wiele zależy od nas samych i osobiście staram się tę zasadę wprowadzać w życie, to zdaję sobie również sprawę, że nie zawsze się da zmienić coś tak, aby było naprawdę dobrze.

 A jak to wszystko dodatkowo jeszcze zależy od pieniędzy, to już jest historia na osobny wywód.

 Amen.

środa, 21 stycznia 2015

Zwykłe sprawki

Realizowanie nowego planu mojego życia zawodowego - w toku. 
Pomału kształtuje się zarys i wygląda na to, że od pierwszego lutego, nie dosyć,że w ramach home office, to jeszcze sama sobie będę sterem, żeglarzem i okrętem. 
Trochę strach, trochę ekscytacja. 
Nie wiem czy podołam, ale spróbuję. 
W sumie i tak niewiele mam do stracenia.   
Na razie muszę plan poukładać do końca i wymyślić jak to wszystko ma dokładnie wyglądać.   

Trzymajcie za mnie kciuki :)   
Dawno nic się nie działo wywrotowego, prawda? :)     

W sprawach pozazawodowych - uroczo :) 
Rocznica związku wpłynęła na nas pobudzająco i właśnie przechodzimy kolejny już etap wzmożonej wzajemnej fascynacji...co oznacza, że gdyby nie obowiązki, to najchętniej nie wychodzilibyśmy z łóżka i rozmawiali tylko o tym jak nam razem dobrze i jak się kochamy.  
Planujemy teraz huczne obchody Miśka 30 urodzin, połączone z parapetówkami. Przed nami dwie imprezowe soboty...to tak na początek, bo mamy tyle znajomych, że na pewno będzie potrzeba więcej tych parapetówek.
Cieszę się, bo lubię organizować imprezy, chociaż roboty czeka mnie sporo.   

Wczoraj odebraliśmy nasze piękne, wyczekane miesiąc czasu firany i zasłony. I ja już oczywiście cała rozentuzjazmowana, w podskokach, z tymi firanami wkroczyłam do mieszkania z pieśnią na ustach "Wieszajmy już, wieszajmy..."(nie żeby istniała taka pieśń - sama stworzyłam na poczekaniu), a tu zonk. 
Ekscytację schłodził Mój Ukochany, słowami, że jak to już wieszajmy? Skoro on jeszcze wokół okien musi pomalować, bo tu coś odprysnęło, tu coś nierówno...to jeszcze popoprawiać trzeba. 
Gdyby życie miało podkład muzyczny, to w tym momencie rozbrzmiałoby takie smętne  "blę blę blęęęęęęęęęęęęęę" - takie jak w kreskówkach, kiedy coś się nie uda. Albo właśnie jak w tym teleturnieju z Zonkiem :)   
No i co Pan zrobisz?...nic Pan nie zrobisz.... Czekam nadal aż okna będą gotowe. Szczerze mówiąc, powinnam je przy okazji umyć od razu, ale przy temperaturze 0 stopni, moj zapał do mycia 5 okien i drzwi balkonowych jest właśnie równie gorący.   

I tak sobie płynie..drugi rok naszego rodzinnego życia.  Niby zwykła normalność...codzienna zwyczajność. A jednak dla mnie jest tak wyjątkowo. 
I uwielbiam nasze plany na przyszłość. Nawet jesli nie każdy uda się zrealizować, to przyjemnie jest snuć i próbować coś robić, aby wcielać je w życie.   

I wyszeptam na koniec, że wróciły rozmowy o drugim dziecku.
Od poronienia , ja owszem - tutaj otwierałam się w tym temacie, ale jakoś z M. praktycznie nie poruszaliśmy tego. Ale powiedziałam mu wszystko co czuję, własnie w naszą rocznicę.  I wczoraj na szafce znalazłam siateczkę z apteki...z kwasem foliowym. Dla nas obojga. :)   To tak na początek, żeby na spokojnie i pomału zacząć się przygotowywać od nowa.

Edit(po 2 h od publikacji posta): Misiek umyje okna.
No czy ja mogę nie wariować na Jego punkcie? <3

sobota, 17 stycznia 2015

Rocznica już jutro...

To tylko rok.
Jedyne 12 miesięcy.
365 dni.
365 wschodów i 365 zachodów słońca.
Kilkaset wspólnych śniadań, obiadów i kolacji.
I tyleż wspólnych nocy.
Wypitych razem kaw.
Kilkadziesiąt tysięcy pocałunków.
Godziny tulenia.
Kilkanaście wycieczek.
Popołudnia pełne wygłupów.
Kilka romantycznych posiłków przy świecach.
Parę spięć, które policzę na palcach obu rąk.
Parę gorszych momentów.
Trochę trudów razem zniesionych.

Bliskość...
pasja rozgrzana do czerwoności...
strzelająca iskrami wyjątkowa namiętność.

Tylko rok.

Dla mnie to AŻ rok.

Zostawiłam wszystko.
I dostałam wszystko.

365 dni Szczęścia o jakim marzyłam.

Codziennie patrzę na Niego i myślę "jest cudowny. I mój."

Jest moim Misiem - przytulasem. Najcieplejszym mężczyzną jakiego znam.
Silne jego ramię, czuję tuż tuż, w każdym momencie. Gotowe wesprzeć, gdy tylko się potknę.
Jest Tatusiem Syna. Wzorem w dziecięcych oczach.
Jest naszym niestrudzonym Bobem Budowniczym, który stworzył własnymi rękami piękne mieszkanko.
Jest Pracusiem ambitnym, upartym, silnym i odpowiedzialnym.

Jest powalająco seksowny w moich oczach... i nie wiem kiedy najbardziej....czy kiedy wierci wiertarą udarową...czy może kiedy myje podłogę...albo gdy miesza swój supersmaczny szpinak - pierwszą potrawę, którą ugotował specjalnie dla mnie?
Albo kiedy myje zęby....lub bierze prysznic i widać tylko zarys sylwetki zza szyb kabiny prysznicowej?
I w spodniach od piżamy. I w obcisłych dżinsach i w tej powalającej,czarnej podkoszulce.

Mój ukochany.
Bliski od lat.
Od roku najbliższy.
Jedyny.

Jestem zakochana po czubek głowy.
Zapatrzona, rozanielona, uszczęśliwiona.
Unoszę się 10 centymetrów ponad chodnikami.

Kocham jak nigdy dotąd.
I pragnę nigdy nie przestać.

Dziękuję za ten rok.
Proszę o więcej :)



środa, 14 stycznia 2015

Olśniło

Zdarza Wam się czasem moment "olśnienia" ? 

Nosisz się z czymś w tę i nazad...
kręcisz, jak przysłowiowe g***o po przerębli...
i nic. 
Wreszcie odpuszczasz myślenie o temacie, aż pewnego pięknego dnia
ni stąd ni zowąd, pojawia się myśl. 
O tak! To jest to! 

Znacie? 

Właśnie miałam ostatnio takie olśnienie. 
Zakreślił mi się w głowie, sam z siebie, mały plan. 
Plan na moją zawodową przyszłość. 

Od razu następnego dnia przystąpiłam do działania i orientowania się, czy to, co wymyśliłam, jestem w stanie zrealizować. 

Wygląda na to, że powinno się udać. 
Aczkolwiek trzeba będzie się zmobilizować i wziąć do roboty. 
I trochę zainwestować w siebie. 

Po pierwsze - szukam pracy w systemie home office. Od 8 miesięcy jestem właściwie samodzielnym spedytorem, więc nie muszę specjalnie jeździć do biura, aby robić to, co robię. A home office daje mi większe możliwości - mogę się zatrudniać w firmach z całego kraju. Ogłoszeń jest więcej, niż tu na miejscu. Mam za sobą już pierwsze rozmowy i myślę, że to może się udać. 

Po drugie - w tym roku biorę się ostro za swój taniec. A szczególnie za belly dance. Rozmawiałam już z moją instruktorką z ZG, jest w stanie znaleźć czas aby mnie doszkolić. 
Kiedy już dotrę do satysfak...satysfakt...satysfakcyjnu....no patrzcie to za słowo wymyśliłam.... Satysfakcjonującego (hell yeah!) mnie poziomu, wtedy zacznę prowadzić zajęcia w szkole tańca mojego sąsiada :D On sam mnie na to namawia, panie się pytają i tylko brak instruktorki. I tu właśnie będzie moje miejsce. 

No! 
Taka zadowolona z siebie jestem, że w ogóle jakiś plan wreszcie mam, że aż mnie moc roznosi od środka. 

A najbardziej mnie cieszy, że może się okazać, że wreszcie robię to, co lubię i jak lubię. 
Dodając, że mieszkam z trzema postaciami, które kocham ogromnie, mam szansę na zostanie w 100 procentach spełnioną kobietą roku 2015. 

Byle mi się tylko ten zapał nie ostudził. 

Ja - przeciwniczka postanowień Noworocznych, obietnic bez pokrycia, właśnie sobie coś obiecałam.... więc żeby nie było- nie traktuję tego jako postanowienie, a moją afirmację. Taniec brzucha umieściłam w poprzednim roku na Mapie Marzeń. Sporo rzeczy tam ujętych, mam już zrealizowanych, więc może teraz czas właśnie na to zadanie? Każde z nich, ma przecież swój czas. 

A na koniec, żeby było jeszcze przyjemniej w tym poście, kolejny tekst Syna mego - Sebastiana, który sprawił, że matka rozpłynęła się i odleciała 
Rzecz miejsce miała w momencie odbioru wyżej wymienionego ze "służby"u Dziadków
-Moja Mamusia!!! Tak długo na ciebie ciekałem! 

Bezcennym darem jest bycie miłością tego małego Życia, które jednocześnie jest Miłością mojego życia :)