Razem Lepiej!
środa, 18 marca 2015
Bez emocji
Nie mam natchnienia na pisanie.
Nie mam entuzjazmu, ani radości w sobie.
Pracę dostałam...nawet się nie cieszę.
Nie cieszę się też, że jestem w ciąży. Staram się w ogóle jak najmniej o niej myśleć, nie związywać się z nią emocjonalnie. Traktować, jakby była jakoś poza mną.
Przykre to jest.
M. tak samo... nawet za bardzo nie rozmawia ze mną o tym co się dzieje, co może się stać i co powinniśmy robić.
Radziłam się mojego Profesora z Łodzi.
Ale nawet on bezradny. Jedyne co wyciągnęłam z tej rozmowy, to że jednak chyba szanse powikłań większe są niż 2% . No i niestety nawet USG genetyczne nie da nam 100% pewności, że coś się stało, bądź nie.
Jeśli jednak to USG pokaże uszkodzenia płodu, będzie szansa na przerwanie ciąży po ludzku...nie w podziemiu jakimś. Aczkolwiek domyślam się, że i tak to nie jest taka prosta sprawa. Bo przecież to kraj, a nie ja, będzie decydował o losie mojej macicy, mojej rodziny i moim.
Ale to osobna historia.
Uczepiłam się kurczowo myśli, że fakt, iż łagodnie przechodzę, to dobry znak.
A jeżeli będzie coś nie tak, to pokażą to badania, abyśmy otrzymali jasne przesłanki.
Czarne chmury nad nami zawisły.
Wiem, że zawsze może być gorzej. Dużo gorzej.
Wierzę, że u nas nie dojdzie do dużo gorzej.
Przeżyjemy do listopada w nerwach, w nieziemskim stresie przed każdym USG, a później przytulimy zdrowego dzidziusia i zaświeci z całej siły wielkie,jasne Słońce.
sobota, 14 marca 2015
Wysypało mnie
Ale ryzyko jest. I decyzję jakąś podjąć trzeba będzie.
Na razie jestem uziemiona.
A natura może sama znowu zadecyduje.
piątek, 13 marca 2015
A jednak...
Ja się czuję coraz gorzej, objawy mam te same, co on.
Leżę i płaczę.
Z tego raczej już nic dobrego nie będzie :(
czwartek, 12 marca 2015
Nie damy się!
W domu złowroga cisza...
stracił głos, mówi szeptem.
Osłabiony, temp 35,8
M. łamie w kościach, bolą go nawet włosy.
Nie wiemy jaka temperatura, bo biedak musiał iść pracować.
Mnie bolą wszystkie mięśnie.
Znalazłam 2 podejrzane plamy. Jakby syfki. Jeden na ramieniu, drugi na udzie.
Ten na ramieniu bardziej podejrzany, nie dał się wycisnąć, zaczerwieniony. Ale nie swędzi.
Temp. 36, czyli też osłabienie.
Dzisiaj odwiedziliśmy tylko dwa ośrodki "zdrowia".
Poradnię chorób zakaźnych, gdzie klamek dotykałam koniuszkami dwóch palców i dostałam mdłości...raczej nie od ciąży, a ze strachu. Wokół mnie kilkanaście osób z WZW, boreliozami i innymi zarazami....brrrrrr
Krew pobrana, wyniki za 10 dni roboczych.
Zadałam dziś pytanie M. ....co zrobimy, jeśli jednak....
Ale chyba za bardzo boimy się o tym rozmawiać. Póki co wyparcie i jak Martuśka napisała - filozofia Scarlett O'hary.
No i u pediatry byliśmy, ale trochę bezradna była, bo antybiotyku na organizm bez odporności nie zapisze.... leczymy więc syropami, inhalacjami, imbirem i ciepłym mleczkiem.
Wtedy w listopadzie, kiedy straciliśmy Kropeczkę, też był szpital w domu.
Nie wierzę, że historia chciałaby aż tak się powtarzać.
To tylko taki złośliwy chichot Losu....żebyśmy później bardziej się cieszyli.
I żebyśmy sobie to przypominali, zawsze jak powiemy, że zaraz szlag nas z tą niesforną dwójką trafi :)
Przecież Babcia i Dziadziu nie pozwolą, żeby było inaczej.
środa, 11 marca 2015
Trzeba mieć zdrowie, aby chorować...
Ale co tu można zapeszyć, skoro zmagać się tak trzeba, że nawet jeśli coś pójdzie nie tak, to na pewno nie dlatego, że się wygadałam.
A wygadać się muszę, czy też wypisać...bo nerwa mam strasznego i czuję, że jak czegoś z tym nie zrobię, to mnie rozniesie, w kosmos wystrzeli i rozerwie na strzępy.
Od 3 dni biegam po przychodniach i lekarzach. Z Sebkiem i ze sobą. Zrobiłam już samochodem 110km po mieście, z czego tylko dwie trasy prowadziły na rozmowy kwalifikacyjne. Reszta to ośrodki "zdrowia".
Sebastian kończy ospę, więc aby nie było różowo zaczął okropnie chrypieć. Trzeba więc było do pediatry. Byliśmy wczoraj. Czy to wirus? Czy alergia? Nie wiadomo. 4 syropy....badań nie ma sensu robić, bo po ospie, to organizm rozregulowany.
Na dziś miał też od przeszło miesiąca umówione badanie słuchu. Kazano nam się zgłosić między 8 a 12. Byliśmy o 10. Spędziliśmy na poczekalni dwie godziny. Przed nami weszli wszyscy, którzy przyszli po nas. Bo byli umówieni z innych powodów na przykład. Dwie godziny z trzy i pół latkiem na korytarzu. Zabawiały go już nawet inne,czekające panie, bo każdemu tam było nas żal. Oprócz lekarzy i pielęgniarek oczywiście.
W końcu kiedy po dwóch godzinach badanie zostało zrobione, zapytałam laryngologa, czy może chociaż mniej-więcej powiedzieć jak wyszło. Usłyszałam : "Ja, proszę pani, mam taką zasadę, że jak do mnie kieruje inny lekarz, to ja jemu pozostawiam interpretację wyników. Do widzenia".
Pani doktor kierująca wolny termin ma za 3 tygodnie. Jedynie pielęgniarka coś przebąknęła, że z jednym uchem jest coś nie tak i na pewno do leczenia.
Ale co?
do jakiego leczenia?
Nikt nie powiedział.
I czekaj sobie kobieto 3 tygodnie... mamy Cię w dupie i Twoje nerwy też. Terefere kuku!
To tylko jedna rzecz.
Druga sprawa jest taka, że dość niespodziewanie właściwie, test ciążowy, który robiłam w weekend wyszedł pozytywny. Tydzień wcześniej nie było nawet śladu drugiej kreski...a dzień cyklu bliski 50...
No i wszystko fajnie, radość była....tyle, że krótka, bo przecież ja na ospę nie chorowałam.
Wizyta u ginekologa najwcześniej za 2 tygodnie. Prywatna.
Telefonicznie poradził, żebym udała się do szpitala, gdzie jest oddział chorób zakaźnych.
Zadzwoniłam do przyszpitalnej poradni . Odesłali na sam oddział.
Zadzwoniłam na oddział.
Immunoglobuliny nie ma, trzeba sprowadzać z Warszawy, ale to też trzeba przemyśleć, bo są różne skutki uboczne i ryzyko. Mogą wykonać badanie na obecność przeciwciał, ale muszę mieć skierowanie. A w ogóle, to w sumie i tak na wszystko za późno, bo czemu ja dopiero teraz dzwonię, jak dziecko już 8 dni temu ospę miało stwierdzoną.....
No kurde, ale ciążę mam stwierdzoną od przedwczoraj!
To ze skierowaniem jutro do godziny 10.
Skąd skierowanie o 13?
Na pewno nie ma szans.
Może łatwiej będzie prywatnie zrobić....
120zł...ale panie w laboratorium mają wątpliwości, czy to w ogóle będzie miarodajne. Bo nowe przeciwciała mogą jeszcze nie wyjść, a stare niekoniecznie muszą świadczyć o tym, że nie ma nowych....
"Może niech pani jednak spróbuje do szpitala, może oni tam dokładniej powiedzą....?"
Z laboratorium do przychodni zatem.
"Rejestracja do internistów już zamknięta dzisiaj. Chyba, że Pani bardzo zależy, to proszę spytać lekarza, czy przyjmie."
Wybieram tego z najmniejszą kolejkę. Zgadza się przyjąć. Wypisuje skierowanie.
Kolejny dzień (dziś). Jestem o 9 na oddziale chorób zakaźnych.
Miało być OD 10, a nie DO 10.
I nie na oddział.
Do poradni.
I skierowanie źle jest napisane, bo musi być skierowanie do poradni, a nie do szpitala.
"Z tym skierowaniem to nic nie zrobimy.
A z dobrym to i tak w drodze wyjątku wykonamy badanie, bo taka sytuacja, bo zasadniczo,to już do końca roku nie ma miejsc do poradni."
Kurwa, przecież jest marzec :-o
"Pani z Wałbrzycha jest, to niech Pani wróci do 12, to pobierzemy krew"....
"No tak, tylko to nie takie proste dostać się do internisty"
"A to my już nic nie poradzimy"
Kolejny raz moja przychodnia.
"Teraz rano,to już nie ma miejsca do internisty. Na 14:40 najwcześniej"
No trudno...niech będzie 14:40, badanie zrobię jutro.
I w końcu o 14:40 ostatnia wizyta u lekarza.
Pan doktor starszy, gaduła.... Wysunął piątą z kolei, jaką słyszę tezę....że gdybym miała się zarazić od syna, to już dawno bym kropki miała.
"Wczoraj słyszałam, że jeszcze nawet za dwa tygodnie mogą wyjść..."
"A gdzie tam! już by były"
No to nawet pocieszające....
"Wie Pani, jakby moja żona była w ciąży i dostała ospy, to bym jej kazał tę ciążę przerwać, za każde pieniądze. I bym nie patrzył na kościół, bo to pedały i pedofile, kasę tylko biorą. Wie Pani, że w Niemczech, to kościoły katolickie puste........"
Tak, wiem.
Też nie chadzam.
Może to i błąd...może spokój i zdrowie można sobie wymodlić w Świątyni tylko? Albo wykupić u proboszcza?
Jestem zmęczona, nie mam już głowy do niczego innego. Boli mnie podbrzusze, popołudniami nie mam siły zabrać się za najdrobniejsze prace w domu. Jak w ogóle załatwiłabym to wszystko, gdybym pracowała normalnie? A wypadałoby kiedyś zacząć znowu....
Obok budynku z oddziałem zakaźnym, jest budynek z psychiatrycznym oddziałem zamkniętym....oczami wyobraźni widzę się właśnie w oknie z kratami i bez klamki.... a to przecież jeszcze nie koniec....jutro bieganie może zacząć się od nowa....
sobota, 7 marca 2015
Droga przez ospę...
wtorek, 3 marca 2015
Plaga
które to już z kolei w ostatnim czasie?
Ospa jak ospa...ponoć każdy musi odchorować...
Do tej pory kojarzyła mi się ze swędzącymi kropkami,które trzeba smarować i jakoś przetrwać bez drapania.
O 3 w nocy sama ryczałam już z bezsilności,nie wiedząc jak mu ulżyć choć odrobinkę.
Choróbsko najmocniej zaatakowało mu miejsca intymne, sprawiając ból,jaki mogę sobie tylko wyobrazić. Sam widok tych ropnych ogniskowych zmian już boli.
czwartek, 26 lutego 2015
Żałoba
Mając trzydzieści jeden lat zrozumiałam, czym naprawdę jest żałoba.
Życie wciąż mnie zaskakuje, niby to oczywiste, że czego się nie przeżyło, tego tak naprawdę zrozumieć nie można.
No ale przecież znałam już to, że ktoś odchodzi, znika, że się tęskni.
4 lata temu zmarła pierwsza moja Babcia.
Było mi smutno, w brzuszku mieszkał już Sebuś, żałowałam, że nie będzie miał jednej Prababci.
Jednak ta Babcia mieszkała daleko od nas, widywałyśmy się rzadziej. Kochałam ją, ale nie byłyśmy aż tak związane, jak z Dziadkami, którzy mieszkali tutaj.
Ponieważ aktualnie znów jestem bez pracy,a jestem też dziedziczką mieszkania po Dziadkach, zmusiłam się, aby wykorzystać wolny czas i posprzątać ich dom.
Codziennie, parkując pod ich blokiem, czuję jak w gardle rośnie mi wielka gula.
Pierwsze dni, okrasiłam morzem łez.
Każda rzecz, którą brałam do ręki, wiązała się z jakimś wspomnieniem.
Nawet artykuły spożywcze przypominały mi, że przecież jeszcze we wrześniu chodziłam co sobotę na zakupy z Dziadziem.
Wyrzucając wielkie wory różnych rzeczy, czułam się jakbym ich samych wyrzucała z tego domu.
Przecież to całe ich życie tam było.
Tak wiele "skarbów" znalazłam, różnych dokumentów, notatek, pamiątek.
Z bólem serca dokonywałam segregacji.
Dzisiaj właściwie mam to już skończone. To co jeszcze nadaje się do użytku, oddam jakiejś biednej rodzinie, co nieco przyjęło hospicjum, kartony książek zawieziemy do biblioteki, a kilka górniczych pamiątek Dziadka, zechciało przyjąć muzeum w Starej Kopalni. Cieszę się, że tam trafią.
Kiedyś zaprowadzę tam Sebcia i pokażę mu, że to jego Pradziadzia.
Bardzo mi zależy, aby podarować tym rzeczom "drugie życie". Tak bardzo nie chcę, aby pamięć po Dziadkach zaginęła.
Czuję się w tym wszystkim jak mała dziewczynka.
To mieszkanie, które praktycznie wcale się nie zmieniało, oglądałam 31 lat. Wiele rzeczy przez cały ten czas nie zmieniło swojego miejsca...i ten zapach. Każde mieszkanie ma swój zapach.
Kiedy Babcia zmarła, a do mieszkania wprowadziła się Pani Opiekunka, która zajmowała się Dziadkiem, wniosła swój zapach. Może głupio to zabrzmi, ale przeszkadzało mi to.
Podczas robienia tych porządków, zapach powrócił.
Codziennie wchodzę do tego mieszkania i witam się z moimi Dziadkami.
Wiara, że w jakiś sposób nadal tam są i czekają na mnie, jakoś dodaje mi sił.
Jednak ta pustka i cisza, które mi odpowiadają, są okropne.
Ciężko mi jest o tym pisać.
Ciężko jak nigdy dotąd. Brakuje mi słów, jestem niezadowolona z tych zdań, bo zupełnie nie oddają tego , co czuję.
Jest mi strasznie, strasznie smutno i mam wrażenie, że mój mózg wcale nie chce przyjąć do wiadomości, że już Dziadków nigdy nie zobaczę. Że do końca życia będę już bez nich.
Nie ma kogoś, kogo od początku życia miałam.
To jest niesamowicie przykre.
Dzisiaj przeglądając zapiski Babci znalazłam brudnopis z wierszem, który napisała i podarowała mi 10 lat temu
"Dla Mai"
Majeczko! Słoneczko! Jesteś już kobietą
nie chce mi się wierzyć w tą zmianę niestety.
Bo jeszcze nie tak dawno biegałaś wśród kwiatów,
pośród złotych kłosów, maków i bławatków.
Pamiętasz bajki, które Ci czytałam?
Pamiętasz jak w ramionach Cię kołysałam?
Jak śpiewałam piosenki, które uśpić Cię miały
a Twoje oczka zamknąć się nie chciały.
Jak to się stało, że jesteś już dorosła
że z dziecka uroczego - kobieta wyrosła?
Pojąć nie mogę, że czas tak szybko mija...
ale Ty jest moja maleńka,a nie niczyja!
I wiesz już co to miłość i co cierpienie
I wiesz jak serce rozpala pragnienie
Majeczko! Słoneczko! zostaw coś dla "siebie
Choćby jedną maleńką gwiazdkę na niebie!
W miłości nie zatrać się nigdy kochana,
miłość nie może rzucić Cię na kolana
zawsze coś zostaw dla siebie, Majeczko
a dobrze w życiu z tym wyjdziesz, Słoneczko!
Niech radość i szczęście Cię nie omijają,
niech kwiaty miłości Ci rozkwitają,
Niech słońce blaskiem Cię opromieni
I niech to trwa do "Późnej Jesieni"!
Niech jasność poranka i pełna gwiazd nocy
w trudnych chwilach życia - dodadzą Ci mocy
a ukochany przez Ciebie mężczyzna
tuląc w objęciach - uczucie Ci wyzna
A kiedy już będę po "tamtej stronie"
Gdy czas Ci pozwoli - przyjdź czasem do mnie
Powiesz mi o swoim szczęściu, a także cierpieniach
Bo wiedz, że u mnie znajdziesz zrozumienie.
Majeczce - Babcia Irena "
Tak..."tam, u góry" mam wyjątkowe wsparcie. Wierzę w to całym sercem i mam nadzieję, że tak zostanie do końca.
Tylko na razie, tu na dole, wciąż jeszcze tak trudno jest mi pogodzić się z wielką stratą.
wtorek, 10 lutego 2015
Kieszeń na sercu
Do kremacji przygotował sobie mundur górniczy.
Przyszykował też paczkę, opisaną, iż zawiera osobiste pamiątki i ma zostać spalona z Jego ciałem.
W paczce różne dokumenty, listy, a także zdjęcia z kolegami, z Babcią, z moją Mamą i jej bratem.
W marynarce munduru
w wewnętrznej kieszeni
lewej
na sercu
dwa zdjęcia
mojej Siostry
i moje.
poniedziałek, 9 lutego 2015
Dziadziuś
Od 4 miesięcy czułam jak się skrada.
Powoli zabierała Dziadka. Najpierw fizycznie, później także psychicznie.
Wczoraj niewiele już miałam łez.
Wypłakiwałam ich ostatnio litry, po każdej wizycie w szpitalu, kiedy tak znikał.
Kiedy nie wiedział gdzie jest i co się dzieje.
Kiedy nie było z nim kontaktu.
I także w piątek, kiedy widziałam w jego oczach, że mnie rozpoznał, ale nie miał już nawet siły zareagować na moją obecność.
Złapałam go za trzęsącą się rękę. Zaczęła trząść się jeszcze bardziej, a po chwili zupełnie się uspokoiła.
Powtarzałam "Śpij już, Dziadziu"
W ostatnich miesiącach często mówił, że moja obecność wpływa na niego kojąco.
Modliłam się, żeby mógł już odejść, bo serce mi pękało od patrzenia na takie powolne odłączanie się od świata.
Śnił mi się w nocy z czwartku na piątek. Spotkaliśmy się na drodze. Szedł w różowym szlafroku z torbą podróżną w ręku. Mówił, że musi coś załatwić. Cofnęłam go, myśląc, że znowu coś mu się myli. Poprosiłam, żebyśmy wrócili do domu. Zgodził się "Dobrze, napijemy się herbatki malinowej". I uśmiechnął się szelmowsko. Jakby wiedział, że ja myślę, że jemu się myli, a on doskonale wie, co robi, ale nie chce wyprowadzać mnie z błędu. Był taki jak kiedyś. Ładny i w dobrej formie. W domu była Babcia i miała niezadowoloną minę, że przyprowadziłam go z powrotem.
W piątek w południe pojechałam go odwiedzić w szpitalu.
Właściwie pojechałam się pożegnać. Ale miałam wrażenie, że jest lepiej niż było. Wyniki się poprawiały. Miałam nadzieję, że jednak jeszcze się zobaczymy.
Wieczorem w samochodzie, podobna sytuacja jak po śmierci babci. W radiowej czwórce piosenka zbudowana na starych samplach. W refrenie "Wpuśćcie pana Jana na salony".
Odbieram to wszystko jak znaki.
Dawała znać, że jest tuż tuż.
Byłam gotowa.
Telefon od mamy przyjęłam ze spokojem.
Dokończyłam Sebastianowi czytać bajki, poczekałam aż zaśnie.
Poszłam do kuchni, wypaliłam dwa papierosy.
Obudziłam Miśka i dopiero wtedy się popłakałam.
Teraz znowu płaczę.
Chciałabym jakoś inaczej napisać.
Mniej chaotycznie, może bardziej wspomnieniowo.
Mam tyle wspomnień.
Dziadek to właściwie 3/4 mojego dzieciństwa. To ta najlepsza część. Zawsze czułam , że wyjątkowo mocno mnie kochał. I ja go kochałam tak samo.
Bardzo długo dojrzewałam do tego, aby w ogóle pogodzić się ze świadomością, że kiedyś go zabraknie.
Teraz próbuję się pogodzić z tym, że właśnie się to stało.
Nie dam rady dzisiaj więcej.
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Opowieść o moim debiucie w roli Pani Domu.Cz.3.
Całkiem dumna z siebie wprowadziłam rodziców do uszykowanego pokoju. Mamie bardzo spodobały się firany i zasłony.
Za moment Misiek przywiózł drugich rodziców.
Zasiedliśmy do stołu.
Aż samej mi się wierzyć nie chciało, ale odczuwałam lekkiego stresa.
Tak się poczułam w tym moim debiucie :)
"Teściowa" również skomplementowała firany.
Urosłam :D
Misiek też, widziałam :)
Drugi raz urosłam, gdy posypały się komplementy na temat żeberek.
I na pewno nie były li tylko grzecznościowe, bo z ponad dwukilogramowej porcji , zostały jedynie dwa małe kawałki.
Tak sobie siedzieliśmy kilka godzin razem. Kolacja zakrapiana, a że w naszych rodzinach nikt za kołnierz nie wylewa, to atmosfera szybko sie rozluźniła.
Mamuśki się zgadały na wspólny wyjazd nad jezioro.
Miśka mama wyznała , że już od początku naszej znajomości, podejrzewała, że Misiek się we mnie podkochuje. I jak najbardziej była za tym, chociaż on się zapierał, że tak nie jest.
No i chyba rzeczywiście nie było...chociaż wiecie jak to jest z Mamami. Czasem wiedzą nawet lepiej niż my :)
Później przypałętał się temat jego ślubu z O.
Okazało się, że "Teściowa" mocno przeżyła, co się stało i nawet popłakała się, gdy o tym rozmawialiśmy. Chcąc ją wesprzeć, wyznałam, że właściwie mi na tym ich ślubie też trochę ciężko było. Wzięła mnie w ramiona :
- Wiesz, że ja Ciebie zawsze traktowałam jak córkę. Nie nazywaj mnie już "panią", mów do mnie "mamo", proszę.
Ale fajnie :)
Mam dwie Mamy.
Na to wszystko wzruszył się Miśka ojczym.
Misiek pokrzepiająco go objął.
I tak staliśmy, bo to było w kuchni "na fajce" , w tym dymie, we łzach, w objęciach, w śmiechu, we wzruszeniu...
No takiego obrotu sprawy, to ja nie przewidziałam.
Ale "najlepsze" miało się dopiero wydarzyć.
Po uspokojeniu emocji, wróciliśmy do stołu.
A "Teściowa" rozpoczęła przemowę.
Że skoro my już tak od roku razem jesteśmy. I mieszkanie mamy razem i kredyt i wspólnie dziecko wychowujemy, to ona wnosi postulat o ustalenie daty ślubu.
Mało z krzesła nie spadłam.
Misiek się zakrztusił.
Po czym zaskoczył mnie pozytywnie, bo spokojnie, acz tonem nie znoszącym sprzeciwu. Wyjaśnił, że on już raz został przyciśnięty o tę samą sprawę i bardzo tego żałuje. I że tym razem, to on ma zamiar zrobić wszystko po swojemu, ma swój plan na zaręczyny i ślub i zrobi to właśnie wtedy, kiedy wszyscy będą się najmniej spodziewali. Taki był asertywny, że mama dość szybko odpuściła dyskusję.
A ja dumna byłam. Bo chociaż marzy mi się ten ślub, to chcę zostać zaskoczona zaręczynami. A jeszcze bardziej chciałabym, żeby on się oświadczył właśnie wtedy, kiedy sam będzie w 100% na to gotowy. A nie, że usiądziemy przy stole całą, połączoną już familią i z kalendarzem w ręku będziemy wybierać taką sobotę, żeby było R w nazwie miesiąca, a żeby nie wypadła przypadkiem trzynastego, i żeby broń boże nie kolidowała z planami ciotki z Zamościa i kuzyna z Półtuska.
I Misiek mój dobrze wie o co kaman. Temat został zamknięty i reszta wieczoru przebiegła już praktycznie bez większych przebojów.
Pomijając fakt, że po pożegnaniu rodziców, mój dzielny chłopak, postanowił jeszcze wyprowadzić psa. Pies niesiony euforią na myśl o nocnej przechadzce pociągnął pana swego tak silnie, że ten zaliczył glebę i następnego dnia odwiedziliśmy jeszcze pogotowie.
Misiu ma limo pod okiem i zajada same papki, bo gryźć nie może... szczęka stłuczona, na szczęście nie złamana, bo przed nami drugie obchody Miśkowej trzydziestki.
Za tydzień impreza dla znajomych.
Na całe szczęście, znaleźliśmy pub, który można w całości wynająć na tę okazję.
I to koniec hsitorii mojego debiutu :) Udało się.
Miło było, goście zadowoleni, gospodarze nie mniej.
W sumie to taka prozaiczna rzecz. Ale dla mnie, to naprawdę było wydarzenie warte tego długiego opisu.
W całej mojej karierze, chyba tylko dwa razy zdarzyła się sytuacja, że przy jednym stole zasiadała rodzina moja i partnera.
Naprawdę się starałam.
A popołudnie następnego dnia przeleżałam jak skóra od byka na wersalce rodziców, najedzona pysznym obiadkiem mojej Mamusi :)
To nie jest łatwy kawałek chleba , być Perfekcyjną Panią Domu.
Oj niełatwy...
Na koniec wiadomość prywatna: Jestem przekonana, że właśnie teraz to czytasz, nasza droga Bree z "Rodzinki ZG". Po raz kolejny: jestem pełna podziwu dla wszystkiego, co i jak robisz. Jesteś moją Boginią Domowego Ogniska i składam Ci hołd. Długo jeszcze będę gonić niedościgniony ideał :)
Opowieść o moim debiucie w roli Pani Domu. Cz.2.
Ulga jaką poczułam w związku z obaleniem 1/3 pysznego likieru oraz z tym, że sprzed moich oczu zniknęła jednak wizja smutnych stuzłotówek, a zamienił je widok całkiem przyzwoicie i elegancko wyglądających okien, sprawiła, że w środku nocy dostałam zastrzyku energii.
Zatem udało mi się jeszcze zamarynować żeberka. Tu obyło się bez przebojów.
W łóżku zlądowałam ok 1, a przede mną dzień Wielkiej Próby :)
Syn litości nie zna.
Po 7 rano w błogi mój sen, wdrał się uroczy dźwięk kłapiących w stronę naszego łóżka bosych stópek.
-Mamoooo mleko ciałem!
Na autopilocie wybrałam się do ciemnej jeszcze kuchni.
Lodówka.
Mleko.
Szklanka.
Mikrofala (wiem...wiem, że powinnam na gazie w garnuszku, ale mikrofalówka wygrywa w mojej wewnętrznej batalii...)
Kubek.
I już jestem w łóżku przy cieplutkim moim Synku.
Zamykam oczy.
-Mamooo siku ciałem! Włąciś mi światełko?
Drepczemy razem do toalety. Wracamy.
Przytulam ciepłe ciałko.
-Pośpij jeszcze chwilkę.
-Juś jeśtem wypany. Włąćiś mi baję? Włączam i zyskuję jeszcze 30 minut drzemki. Póżniej bajki zaczynają być nudne, ciekawsza zdaje się być konwersacja z zaspaną matką.
Na zegarku prawie 8. Wiem, że już muszę wstać na dobre. Zaraz Misiek wróci z nocki.
Wstajemy dość leniwie.
Wraca Misiek, padnięty jak koń po westernie. Układam go do snu w dziecięcym pokoju. Tam najciemniej i najciszej.
Seba głaszcze go po głowie i całuje w czoło.
-Doblanoc Tatusiu.
Jakie cudne to nasze Dziecię :) Takie widoki natychmiast ładują moje baterie na full.
Po śniadanku i prysznicu ubieramy siebie i psa i idziemy spacerkiem do Dziadków. Seba zostaje, a ja z psem idziemy po brakujące zakupy.
Po drodze przystaję koło ławki, gdzie przeszukuję całą zawartość torebki oraz wszystkich swoich kieszeni, w poszukiwaniu listy. Nigdzie jej nie ma. Postanawiam odstawić psa do domu i zabrać listę, gdyż najwyraźniej musiałam zapomnieć jej zabrać.
Guzik.
Wcale jej tam nie ma.
Psa zostawiam i idę do sklepu z nadzieją, że kupię wszystko.
O 17 okazało się, że zapomniałam kukurydzy :)
Calutki dzień spędziłam na przygotowaniach.
Pół dnia sprzątałam, drugie pół szykowałam to, co ma znaleźć się na stole. Żeberka zrobiły się same, ale z całą resztą było trochę babrania. Jedyne momenty, kiedy udało mi się usiąść to wyjścia do toalety.
Misiek wstał o 16. Wyspany i zadowolony.
Koniecznie chciał wykorzystać ten rzadki moment, że jesteśmy sami w domu. A że nocki miał przez cały poprzedni tydzień, niezbyt długo zajęło mu wyciągnięcie mnie z kuchni za gumkę od majtek ;)
W ten sposób mój czas na dokończenie przygotowań skrócił się w pięć minut o pół godziny ;)
Miałam napisać, że straciłam 30 minut, ale przecież nie mogę tego nazwać straconym czasem.
W każdym bądź razie nieco oszołomiona wróciłam do rozpoczętych sałatek, a lubego delikatnie zagoniłam do odkurzania i mycia podłóg.
Koniec końców, gdy o 18:30 rozległ się dźwięk domofonu, wszystko było na ażur, a na moich paznokciach właśnie dosychał lakier.
C.d.n
Opowieść o moim debiucie w roli Pani Domu. Cz.1.
Właściwie nie powinnam się przyznawać.
Bo to wstyd trochę.
I jakoś kiepsko świadczy o mnie... ale niech będzie.
Staram się być szczera na tym blogu, więc czuję się zobowiązana.
Wyznaję zatem, że przez 31 lat mojego życia, nigdy, ale to nigdy nie wydawałam rodzinnego przyjęcia, które bym od A do Z przygotowała sama.
Z jednej strony obciach.
Z drugiej właściwie, to szczęściara ze mnie ;)
Oczywiście to nie tak, że nie szykowałam żadnej imprezy, czy odświętnej kolacji.
Ale zawsze ktoś pomógł.
Zazwyczaj rodzice.
Przyszła jednak kryska na matyska.
Partnera - konkubenta mam?
Mam.
Mieszkanie nowe mamy?
Mamy.
Okazja w postaci 30-lecia wyżej wymienionego Konkubenta oraz nabycia wyżej wymienionego mieszkania jest?
Jest.
No to nie pozostało nic innego jak organizacja rodzinnej kolacji.
Pierwszy dreszczyk emocji miałam już w trakcie zapraszania.
Bo oto pierwszy raz zapraszam do siebie własnych rodziców.
Wierzcie, albo nie, ale od lat marzyłam o tym, aby zaprosić moją mamę na wieczór, przy którym ona nie będzie musiała robić niczego poza siedzeniem przy stole, braniem udziału w konwersacji i ładnym wyglądaniem.
W czasie imprez mama zawsze biega. Najpierw biegała z kuchni do pokoju przez dwa przedpokoje.
Później ułatwiła sobie sprawę i przerobiła jeden pokój na jadalnię, więc dystans jej się skrócił. Co nie zmieniło jednak faktu, że i tak raczej nie siedzi gdy ma gości.
Kiedy robilismy Wigilie u Dziadków- też biegała, żeby pomóc Babci.
Gdy odbywała się jakaś impreza u mnie, w Zielonej Górze - pomagała mi. Więc tym razem postawiłam sobie za punkt honoru, że mama będzie siedzieć. Zwłaszcza, że następnego dnia miały być też jej urodziny.
No tu muszę jeszcze wyznać, że tak na 100% nie obyło się bez jej nieocenionej pomocy, ponieważ w czwartek zrobiła za mnie zakupy :) Akurat ma chwilowo sporo wolnego czasu i sama zaproponowała tę formę pomocy....z której skwapliwie skorzystałam.
Aha... no jeszcze w sobotę, razem z Tatą wzięli do siebie Sebka na cały dzień...
Także ten...
...no cóż mogę powiedzieć? Bez rodziców, to jednak jak bez ręki i tyle w temacie :)
Poza moimi rodzicami, zaprosiliśmy także rodziców Miśka.
Tutaj też wielki mój debiut.
No kurczę poważna sprawka. "Teściowie" na pierwszej kolacji.
Chyba wiecie co to za stres?
Mój szał zaczął się już w piątek.
Kiedy przystąpiliśmy do wieszania firan w dużym pokoju.
Jeśli jeszcze kiedyś wymyślę sobie firany z marszczeniami, na ponad 5 metrowy karnisz, mam nadzieję, że ktoś mi ten pomysł wybije z głowy i przypomni miniony piątek.
Prasowałam cholery z godzinę. Marszczyłam na tej przeklętej taśmie, chyba z drugą godzinę.
Zawiesiliśmy.
Coś nie gra.
Misiek przypomniał, że coś mu świta,iż jedna była zamówiona trochę szersza i to ona miała zasłaniać drzwi balkonowe.
Racja.
Przewiesiliśmy.
Na te firany wydaliśmy naprawdę dużo kasy. No po prostu jak dla mnie to jakaś niedorzeczna suma , ale tak bardzo chciałam żeby było pięknie...
I zawisło te moje kilkaset złotych.
A efektu wow brak.
Pomarszczyłam jakoś krzywo.
Przerwa między oknami miała być odsłonięta, abyśmy mogli powiesić tam nasze zdjęcia....wyglądało to niechlujnie.
Porażka.
Dowiesiliśmy jedną zasłonę (20 minut prasowania). Okazało się, że za długa. Moja frustracja sięgnęła zenitu.
Ręce mi mdlały, miałam wyrzuty sumienia, bo tak długo trwało to wszystko, że nie poszłam na zajęcia z ladies dance, a wyglądało to zupełnie inaczej, niż sobie wymarzyłam.
Zamiast ślicznych kremowych firanek w delikatny mieniący się wzorek, widziałam po prostu smętnie zwisające z karnisza wymięte banknoty stuzłotowe.
Tyle zmarnowanych pieniędzy. Rany! Jak ja tego nienawidzę!
Padłam na łóżko twarzą w poduszkę i zawyłam żałośnie. Mój chłopak poklepał mnie krzepiąco po plecach ze słowami "no najwyżej jakoś je przerobimy" (tak, k***, nie dość, że wydaliśmy tyle kasy, czekaliśmy na nie miesiąc, to teraz oddamy do przerobienia!) i ekspresowo zmył się na nockę do pracy.
No i cóż było robić?
Udałam się do barku :)
Z kieliszkiem ulubionej podróby Baileysa, najpierw zadzwoniłam pożalić się mamie, następnie wyżaliłam się Anetce na WhatsAppie i po wysłuchaniu ich rad ponownie wdrapałam się na taboret. Pozmieniałam, porozciągałam , wyrównawałam, przykryłam przerwę, dowiesiłam drugą zasłonę.
Zeszłam z taboretu, stanęłam w drzwiach...
Alleluja! Udało się!
Było koło północy, a w lodówce wciąż czekały na mnie niezamarynowane żeberka...
c.d.n.
sobota, 24 stycznia 2015
Przydługi dyskurs w temacie Matki Polskiej Domowej
Połowa czytanych przeze mnie blogów parentingowych zawiera przynajmniej jednego posta, poruszającego tę problematykę.
I ja już chyba kiedyśtam cośtam wspominałam.
Dziś jednak wrócić muszę do tematu.
Zagotowana jestem nieco, bo na świeżo właśnie po przeczytaniu komentatorskiej burzy pod postem uwielbianej przeze mnie Mamy Dwóch Córek.
Różne mamy modele życia w naszym cudownym kraju.
I różne modele Matki-Polki.
Sama już przerobiłam ich kilka.
Pół roku siedziałam w domu na macierzyńskim.
Dwa lata byłam samotną matką pracującą.
Od kilku miesięcy jestem już nie samotną matką pracującą.
A od lutego najprawdopodobniej będę niesamotną matką, prowadzącą coś w stylu własnego biznesu.
I powiem tak - za każdym razem nie czuję się w pełni usatysfakcjonowana.
Pół roku macierzyńskiego.
Fajna sprawa.
Zwłaszcza,że przemieszkałam ten czas u rodziców. Oboje pracujący, wtedy jeszcze od rana do wieczora, ale i tak pomoc ogromna.
Po 4 pierwszych miesiącach stwierdziłam, że trochę nuda.
Po 2 miesiącach od porodu chodziłam już 4 razy w tygodniu na tańce i fitness.
Miesiąc później doszedł jeszcze cotygodniowy basen z niemowlakiem.
Na koniec jednak, cała szczęśliwa wróciłam do pracy i firmowych znajomych.
Łączyło się to z wyprowadzką od rodziców. Wyprowadzką 160km dalej, bo praca została właśnie tak daleko. Niewiele mogłam dla siebie zrobić. Czułam , że moje życie to głównie praca i bycie mamą. Starałam się w "wolnym czasie" być jak najbardziej aktywna. Robiliśmy sobie z Sebą wycieczki, chodziliśmy na basen, na salę zabaw, na imprezy, odwiedzaliśmy znajomych. Pamiętam jednak, iż czułam, że mało tego jest.
Pogodzenie pracy, macierzyństwa i KAŻDEGO jednego obowiązku związanego z prowadzeniem gospodarstwa domowego - od obiadu przez wyprowadzanie psa, po mycie podłóg ; od zaprowadzenia auta do mechanika po wymianę przepalonej żarówki - to jest jednak dużo jak na dwudziestoczterogodzinną dobę i jednego człowieka.
Wszystko było po łebkach. Sprzątnięte było z grubsza. Pieniędzy było "na styk"...ale najgorsze wyrzuty sumienia dręczyły mnie z powodu uczucia, że za mało czasu poświęcam synowi. Świadomość, że on tylko raz jest mały, wyrośnie szybko i przestanie mnie potrzebować tak mocno jak teraz, a ja właśnie teraz nie mogę być dla niego tak, jakbym chciała, zżerała wręcz moje serce. Poza tym notoryczne przemęczenie. Fizyczne, psychiczne. I poczucie, że utknęłam w miejscu.
Później nastąpił gwałtowny obrót spraw, kolejna zmiana modelu życia.
Tak do końca jeszcze się w niej nie odnalazłam...a już czeka mnie następna.
Jest lepiej.
Dużo lepiej.
Już jest nas - Rodziców - dwoje.
Dwie pensje, dwie pary rąk i dwie głowy do ogarnięcia chałupy, dwa serca dla Syna.
I Dziadkowie blisko.
Raj, zdawać by się mogło.
Ogólnie nie narzekam, ale wcale nie czuję, żeby było idealnie.
Wracam po pracy do domu ok 16:20. Do tej pory Syn jest albo w przedszkolu, albo od półtorej godziny u Dziadków. Zanim obiad, ogarnięcie chaty, robi się prawie 18. Zostaje 2,5 godziny na bycie Mamą. Jeśli akurat tego dnia nie ma dodatkowych zadań, zakupów, wizyt lekarskich itd itp. 2,5 wieczornej godziny, kiedy dziecko, budzone o 7:00 jest już zmęczone po całym dniu.
To też nie jest wcale to, czego tak naprawdę bym chciała.
No oprócz tego jestem przecież jeszcze ja - kobieta. Mam pomysł na swój samorozwój, znalazłabym nawet na niego czas, ale odbędzie się to znów trochę kosztem dziecka i wspólnych weekendów. A ono wciąż rośnie. W tempie zastraszającym. Jak długo jeszcze Mamusia będzie tak niezbędna w jego życiu?
Mam pomysł na inny typ pracy. Z jednej strony czuję potrzebę wcielenia go w życie.
Bo docelowo więcej pieniędzy, a lubię czuć komfort w tej materii, bo to dla mnie krok do przodu, inwestycja w siebie i rodzaj sprawdzianu, a że jeszcze jakieś ambicje mam, to kusi trochę wizja.
Ale znów, czy aby nie obędzie się to kosztem dziecka?
Nowe obowiązki, stres, odpowiedzialność i brak stabilizacji jeśli chodzi o finanse. Zwłaszcza początkowo. Może być lepiej, ale może też być gorzej. Istnieje jakieś ryzyko. To wszystko znowu nie do końca to.
Do czego zmierzam?
Zostając matkami, podejmujemy jakieś wybory.
Czasem jesteśmy do nich zmuszone przez sytuację.
Czasem świadomie decydujemy się na ten, czy inny model.
Czasem mamy nawet możliwość zdecydować o tym wspólnie z partnerem.
Nie podpisujemy jednak cyrografu własną krwią.
Oświadczenia, że od tej pory, wchodząc w rolę matki pracującej/ matki biznesmenki/ korpo-matki/ pełnoetatowej piastunki domowego ogniska etc., zobowiązujemy się do nienarzekania, bycia wiecznie uśmiechniętą i radosną.
I całe szczęście!
Realia często okazują się być nieco inne niż nam się zdawało.
A wyjść z roli bywa niezwykle trudno.
Wiem coś o tym. Bo każde moje wyjście z roli, to było postawienie naszego małego Świata na głowie. Masa wyrzeczeń z mojej strony i zmiana porządku, w którym Dziecko czuło się bezpiecznie. Doskonale zdaję sobie sprawę, że większość wychowawczych problemów, z jakimi ścieramy się w wychowaniu Syna, związana jest z roller coasterem, jaki mu funduję regularnie od 3,5 roku.
Taki minus.
Jaką mam konkluzję?
A taką, że nie ma Złotego Środka.
Chociaż wydaje mi się, że coś na krój idealnego stylu życia, odnalazłam u moich koleżanek, żyjących w innych krajach. Tam istnieje pomoc socjalna. Dla niemal każdego dziecka. Pomoc, która pozwala matce na dużo więcej. Na wykonywanie pracy w mniejszym wymiarze godzin (i ofert rzeczonej pracy nie brakuje), na spędzanie czasu z dzieckiem inaczej, niż tylko w domu - istnieją miejsca, gdzie za darmo odbywają się zajęcia dla rodziców z dziećmi. W dodatku rozwojowe dla obu stron. Od kilku lat mam wrażenie , że tak właśnie byłoby idealnie. I wilk syty i owca cała. I dziecko zaopiekowane i matka niezgnuśniała i dom ogarnięty i relacje partnerskie nadal pozostają partnerskie. Można? Można.
Ale pomoc państwa i jego organizacja, wydaje mi się, ma tutaj znaczącą rolę.
Niestety żyjemy, gdzie żyjemy.
W kraju, gdzie najpierw należy sobie przekalkulować co się w ogóle opłaca.
Bo mając dwoje dzieci, zwłaszcza zbliżonych wiekowo, często okazuje się, że większość zarobionych przez ich matkę pieniędzy, zostanie przeznaczonych na żłobek czy przedszkole. I czy te poranne łzy, nieraz odparzone pupy, miesiącami ciągnące się smary i kaszle, są tego warte?
Każdy musi sobie sam na to pytanie odpowiedzieć.
Moim subiektywnym zdaniem, kiedy Mama pracuje na cały etat, w domu nie jest już tak fajnie. Często nie pachnie mamusinym obiadem, częściej kończą się czyste skarpety, z dzieciństwa nie zostaje już tak dużo wspomnień o tym, jak się z mamą grało w planszówkę, asystowało przy garach, chodziło na spacery.
I zapach pieczonego ciasta zdarza się już tylko od większego święta.
Kobieta, która decyduje się zająć domem i dzieckiem /dziećmi, również nie ma łatwo.
Jej codzienność, to Dzień Świstaka.
Ponieważ nie zarabia, dużo się od niej oczekuje...ona sama zwykle bardzo dużo od siebie wymaga. Rezygnuje przy tym z własnego ego. I prawdopodobnie nie dlatego, że brak jej ambicji. Może dlatego,że właśnie ma ogromne poczucie obowiązku i świadomość, że musi być w pełnej gotowości 24h/d. W ten sposób "odpracowuje" zarabiającego męża.
I tak naprawdę, dla mnie nie jest to wielka różnica.
Równie dobrze można by zawiesić grafik na lodówce;
Od godziny 8 do 16 robota kucharki, sprzątaczki i niani, a po 16 bycie mamą. I byłoby prawie tak samo jak gdyby wyszła do biura, fabryki czy gdziekolwiek.
I jeszcze na koniec parę słów na temat panów w całym tym bałaganie.
Zwykle to wszystko nie dzieje się poza nimi.
Oni też chcą mieć dziecko.
Przecież to nie jest tak, że wiedzione niepohamowanym,zwierzęcym instynktem macierzyńskim, dosiadamy w czasie owulacji wierzgającego jak dziki mustang, partnera, zaciskając mocno uda, by nie spaść i by, nie daj Boże, nie wystrzelił gdzieś w ścianę, zamiast prosto w nasz jajowód. Przeważnie dziecko powstaje, bo para tego pragnie.
I później w parze zostają podjęte pewne wybory i dalsza droga, jaką potoczą się losy rodziny, zostaje wspólnie obrana.
Totalnie nie rozumiem więc, skąd potem pretensje, wypominki, poczucie wyższości - bo on zarabia, a ona TYLKO w domu siedzi. Przecież to się samo nie zrobiło i nie postanowiło.
Nie generalizuję tutaj, bo znam facetów, którzy doceniają wartość szczęśliwych dzieci, wychowanych przy mamie i zaopiekowanego domu.
Mój M. sam ma w najbliższej rodzinie "kurę domową" i pełen jest podziwu do jej pracy.
No ale M. jest generalnie wspaniały, więc... ;)
Żartuję oczywiście - prawda taka, że jeszcze się okaże jak to z nami będzie i jak się dalej ułoży, co się zmieni, gdy kiedyś pojawi się drugie dzieciątko?
Na chwilę obecną jednak, cieszę się, że ma na to zdrowy ogląd, i że znam jeszcze inne przykłady mężczyzn, którzy też taki mają.
Ja osobiście wiem, że długo nie wytrzymałabym zupełnie nie pracując zawodowo, ale zdecydowanie chciałabym móc poświęcać więcej czasu mojej Rodzinie.
Nie ma ideału.
Dlatego nie ma sensu oceniać przyjętego przez kogoś modelu.
Jeśli istnieją kobiety, którym udaje się wzorcowo i bezbłędnie funkcjonować w opisanych przeze mnie sytuacjach, to naprawdę szacun z mojej strony.
A tym, którym się nie udaje, które czują się nie do końca spełnione, mogę podać rękę.
I chociaż wierzę, że wiele zależy od nas samych i osobiście staram się tę zasadę wprowadzać w życie, to zdaję sobie również sprawę, że nie zawsze się da zmienić coś tak, aby było naprawdę dobrze.
A jak to wszystko dodatkowo jeszcze zależy od pieniędzy, to już jest historia na osobny wywód.
Amen.
środa, 21 stycznia 2015
Zwykłe sprawki
Realizowanie nowego planu mojego życia zawodowego - w toku.
Pomału kształtuje się zarys i wygląda na to, że od pierwszego lutego, nie dosyć,że w ramach home office, to jeszcze sama sobie będę sterem, żeglarzem i okrętem.
Trochę strach, trochę ekscytacja.
Nie wiem czy podołam, ale spróbuję.
W sumie i tak niewiele mam do stracenia.
Na razie muszę plan poukładać do końca i wymyślić jak to wszystko ma dokładnie wyglądać.
Trzymajcie za mnie kciuki :)
Dawno nic się nie działo wywrotowego, prawda? :)
W sprawach pozazawodowych - uroczo :)
Rocznica związku wpłynęła na nas pobudzająco i właśnie przechodzimy kolejny już etap wzmożonej wzajemnej fascynacji...co oznacza, że gdyby nie obowiązki, to najchętniej nie wychodzilibyśmy z łóżka i rozmawiali tylko o tym jak nam razem dobrze i jak się kochamy.
Planujemy teraz huczne obchody Miśka 30 urodzin, połączone z parapetówkami. Przed nami dwie imprezowe soboty...to tak na początek, bo mamy tyle znajomych, że na pewno będzie potrzeba więcej tych parapetówek.
Cieszę się, bo lubię organizować imprezy, chociaż roboty czeka mnie sporo.
Wczoraj odebraliśmy nasze piękne, wyczekane miesiąc czasu firany i zasłony. I ja już oczywiście cała rozentuzjazmowana, w podskokach, z tymi firanami wkroczyłam do mieszkania z pieśnią na ustach "Wieszajmy już, wieszajmy..."(nie żeby istniała taka pieśń - sama stworzyłam na poczekaniu), a tu zonk.
Ekscytację schłodził Mój Ukochany, słowami, że jak to już wieszajmy? Skoro on jeszcze wokół okien musi pomalować, bo tu coś odprysnęło, tu coś nierówno...to jeszcze popoprawiać trzeba.
Gdyby życie miało podkład muzyczny, to w tym momencie rozbrzmiałoby takie smętne "blę blę blęęęęęęęęęęęęęę" - takie jak w kreskówkach, kiedy coś się nie uda. Albo właśnie jak w tym teleturnieju z Zonkiem :)
No i co Pan zrobisz?...nic Pan nie zrobisz.... Czekam nadal aż okna będą gotowe. Szczerze mówiąc, powinnam je przy okazji umyć od razu, ale przy temperaturze 0 stopni, moj zapał do mycia 5 okien i drzwi balkonowych jest właśnie równie gorący.
I tak sobie płynie..drugi rok naszego rodzinnego życia. Niby zwykła normalność...codzienna zwyczajność. A jednak dla mnie jest tak wyjątkowo.
I uwielbiam nasze plany na przyszłość. Nawet jesli nie każdy uda się zrealizować, to przyjemnie jest snuć i próbować coś robić, aby wcielać je w życie.
I wyszeptam na koniec, że wróciły rozmowy o drugim dziecku.
Od poronienia , ja owszem - tutaj otwierałam się w tym temacie, ale jakoś z M. praktycznie nie poruszaliśmy tego. Ale powiedziałam mu wszystko co czuję, własnie w naszą rocznicę. I wczoraj na szafce znalazłam siateczkę z apteki...z kwasem foliowym. Dla nas obojga. :) To tak na początek, żeby na spokojnie i pomału zacząć się przygotowywać od nowa.
Edit(po 2 h od publikacji posta): Misiek umyje okna.
No czy ja mogę nie wariować na Jego punkcie? <3
sobota, 17 stycznia 2015
Rocznica już jutro...
Jedyne 12 miesięcy.
365 dni.
365 wschodów i 365 zachodów słońca.
Kilkaset wspólnych śniadań, obiadów i kolacji.
I tyleż wspólnych nocy.
Wypitych razem kaw.
Kilkadziesiąt tysięcy pocałunków.
Godziny tulenia.
Kilkanaście wycieczek.
Popołudnia pełne wygłupów.
Kilka romantycznych posiłków przy świecach.
Parę spięć, które policzę na palcach obu rąk.
Parę gorszych momentów.
Trochę trudów razem zniesionych.
Bliskość...
pasja rozgrzana do czerwoności...
strzelająca iskrami wyjątkowa namiętność.
Tylko rok.
Dla mnie to AŻ rok.
Zostawiłam wszystko.
I dostałam wszystko.
365 dni Szczęścia o jakim marzyłam.
Codziennie patrzę na Niego i myślę "jest cudowny. I mój."
Jest moim Misiem - przytulasem. Najcieplejszym mężczyzną jakiego znam.
Silne jego ramię, czuję tuż tuż, w każdym momencie. Gotowe wesprzeć, gdy tylko się potknę.
Jest Tatusiem Syna. Wzorem w dziecięcych oczach.
Jest naszym niestrudzonym Bobem Budowniczym, który stworzył własnymi rękami piękne mieszkanko.
Jest Pracusiem ambitnym, upartym, silnym i odpowiedzialnym.
Jest powalająco seksowny w moich oczach... i nie wiem kiedy najbardziej....czy kiedy wierci wiertarą udarową...czy może kiedy myje podłogę...albo gdy miesza swój supersmaczny szpinak - pierwszą potrawę, którą ugotował specjalnie dla mnie?
Albo kiedy myje zęby....lub bierze prysznic i widać tylko zarys sylwetki zza szyb kabiny prysznicowej?
I w spodniach od piżamy. I w obcisłych dżinsach i w tej powalającej,czarnej podkoszulce.
Mój ukochany.
Bliski od lat.
Od roku najbliższy.
Jedyny.
Jestem zakochana po czubek głowy.
Zapatrzona, rozanielona, uszczęśliwiona.
Unoszę się 10 centymetrów ponad chodnikami.
Kocham jak nigdy dotąd.
I pragnę nigdy nie przestać.
Dziękuję za ten rok.
Proszę o więcej :)
środa, 14 stycznia 2015
Olśniło
środa, 7 stycznia 2015
Gadu-gadu trzylatka
Mieszkanie pod jednym dachem z rozgadanym trzylatkiem dostarcza nam tyleż nerwów, co śmiechu.
Syn nasz charakterny jest okrutnie. Tupie nogami ilekroć coś mu się nie spodoba...a nie podoba mu się 90% rodzicielskich decyzji.
Przyznam szczerze, że często mamy problem by do niego dotrzeć.
Ja, pomimo niezmierzonych pokładów cierpliwości, wielokrotnie kapituluję z bolesnym odczuciem poniesionej kolejnej porażki wychowawczej.
M. cierpliwości ma dużo mniej niż ja, więc przynajmniej raz dziennie w naszym domu rozlega się ryknięcie króla naszego stada... ryknięcie od którego mi włosy na rękach stają dęba...i właściwie tylko mi, bo Syn przejmuje się dopiero gdy zostaje wyprowadzony na przemyślenia do swojego pokoju, postraszony obietnicą pozbawienia wszelkiego dostępu do słodyczy lub MiniMini+ .
Nie jest lekko... Czasem po prostu nam się odechciewa, bo staramy się robić wszystko, aby nasze życie rodzinne było udane i wesołe, a Seba jak to dziecko...ma swoje humorki i choćbyśmy na rzęsach tańczyli, to i tak okazuje swoje niezadowolenie.
I naturalnie mamy świadomość, że najprawdopodobniej to my gdzieś popełniamy błąd. M. zamówił już,w akcie rozpaczy, jakiś poradnik na temat tego jak rozmawiać z dzieckiem. Jak przeczytamy i zaczniemy stosować, to dam znać, czy podziałało.
Ale żeby nie było, że tylko tak strasznie jest... Gdy małe diablę znika z ramienia naszego Syna i przestaje mu podpowiadać te wszystkie złośliwości, mamy w domu słodkiego, kochanego przytulaska i całuśnika. W dodatku niezmiernie rezolutnego...i naprawdę aż żałuję, że jego najlepsze teksty nie nagrywają się same, bo umykają niestety, a pewnie za paręnaście lat byłoby się z czego pośmiać.
Na drugi dzień Świąt byliśmy u brata Miśka. Seba widząc, że J. nalewa sobie piwo i w szklance tworzy się piana pyta:
-A ja mogę piankę?
J: A ty pijesz piwo?
S. z powagą: Tak. I wino.
Ja w żartach:
-Chciałam mieć córeczkę,a nie takiego rozbrykanego urwisa za synka
S: No plosię...ale Ty musisz być moją mamą!
Zaparkowaliśmy samochód pod domem, ale w radiu leci "Defto", więc chcę dosłuchać do końca i nie gaszę jeszcze auta
S.( patrząc na mnie z pogardą) : No chyba nie będziemy tu siedzieć i śpiewać?
W samochodzie, w czasie oczekiwania na zmianę świateł M. zaczyna mnie całować
S: Psieśtańcie się liziać!
M. ciągnie Sebka na sankach i próbuje go rozśmieszyć
S. z pobłażaniem w głosie: Taatoo..weś się nie wygłupiaj....
Kiedy kąpię S. rozkręcam w łazience grzejnik i wieszam na nim piżamkę małego, aby była ciepła do ubrania
S: Jaka cieplusia...dzięki mamo! jeśteś kochana, wieś?
JA: Sebciu, pójdziesz się pobawić do Jagody, ale musisz zjeść obiadek, który da Ciocia, jasne?
S: Jeśtem pewien!
S: Mamooo, Kajka właziła na moje łóśko! Powiedz jej ukeciaj stąd! Ale tak głośno!
Uwielbiam to! Z uśmiechem obserwuję moje rozgadane dziecko, słucham jego opowieści, które z taką pasją i zaangażowaniem nam przedstawia, że często ciężko zrozumieć, o co w nich tak naprawdę chodzi. Jest to jednak tak zabawne i fascynujące, że sprawia nam sporą radość. A czasem i do zdziwienia nas doprowadza, bo człowiek sobie sprawy nie zdaje jak dobrymi obserwatorami bywają dzieciaki. Seba ma w dodatku taką pamięć, że naprawdę z wieloma rzeczami trzeba się już przy nim pilnować. Np. ostatnio pokazał mojej mamie - przeciwniczce jadania na mieście, że w tej właśnie pizzerii kupowaliśmy pizzę... no i nic nie ukryjesz :)
poniedziałek, 5 stycznia 2015
A jednak reasumując...
środa, 17 grudnia 2014
Czego ja chcę?
Czas taki dziwny nastał, że wokół mnie wysyp ciąż.
A precyzując dokładniej wysyp drugich ciąż.
Tak na biegu jestem w stanie wymienic 7 koleżanek i znajomych, które w przyszłym roku uszczęśliwią rodziny drugim dzidziusiem.
Też miałam być jedną z nich...
I chciałam.
A teraz?
Od momentu poronienia nie mogę sobie poukładać w głowie własnych pragnień. Czasem czuję ulgę, że jednak nie.
Że jeszcze będziemy mieli trochę luzu oraz czasu by nacieszyć się, jakby nie patrzeć, dość świeżym naszym związkiem.
Czasu by poświęcać jak najwięcej uwagi naszemu Synkowi, któremu przez wir ostatnich przykrych zdarzeń, trochę tej uwagi odebraliśmy.
Spokoju w naszym nowym domu, ładu i wolnej przestrzeni - nie pokrytej łóżeczkami, wózkami, wanienką, pieluchami, zasypkami, butelkami, wkładkami laktacyjnymi i całą resztą bobo-atrybutów.
Będziemy mieli jeszcze trochę leniwych niedzielnych poranków.
Kilka szans na spontaniczne sobotnie wyjście, bo przecież Sebcio chętnie spędza wieczory z Dziadkami.
Jeszcze możliwość wypicia paru drinków...
Tak...mamy jeszcze szansę na delektowanie się i stosowanie hedonistycznej filozofii życia.
No przynajmniej na tyle hedonistycznej, na ile jest to możliwe w naszych realiach.
No i niby jest ok.
Fajnie.
Luzik, wolność.
Nic się nie zmienia.
Plany mogą być nadal realizowane.
A jednak gdzieś w środku, w jakimś totalnie ukrytym punkcie mojego kobiecego mózgu, czasem odzywa się cichy głos, że to jednak nie tak.
Że przecież chcę zajść w ciążę. Stworzyć wspólnie z Miłością mojego Życia taki mały cud.
Przecież po to na tę Miłość czekałam tyle czasu.
Chcę czuć jak rozwija się we mnie kolejne małe życie.
Tulić je w ramionach i otaczać troską. Pragnie tego mój instynkt, który mówi, że nie tylko my tego potrzebujemy.
Że to dla naszej Rodziny.
Małe spoiwo.
Dla Sebastiana, aby od dzieciństwa do starości, jeśli Los pozwoli, miał na Świecie bliskiego człowieka...najbliższego.Z jednej krwi. Dla Miśka, dla którego Rodzina to najwyższa wartość i który, chociaż wiem, że czuje się Ojcem Sebcia, chciałby jeszcze mieć to drugie dzieciątko, które razem stworzymy. Dla nas wszystkich.
Żebyśmy mogli być fajną rodzinką. Mamy tyle ciepła i miłości między sobą - żal nie obdarować tymi dobrociami jeszcze jednego małego człowieczka.
I tak raz odzywa się głos wygody. Raz głos instynktu.
Nawet się nie kłócą...tak sobie współgrają we mnie.
Tylko mi jakoś z nimi niewygodnie. Czuję mały dysonans...nie wiem czego tak naprawdę mi trzeba i o czym marzę. I nie wiem co robić, w którą stronę się kierować.
Los pewnie pokaże...choć aby dać szansę Losowi, sami musimy jakąś decyzję podjąć przecież.
A to trudne jest.
Teraz dużo trudniejsze niż wcześniej.
piątek, 28 listopada 2014
Wspomnienie
To post inny niż wszystkie.Pisany długopisem na papierze.Przepiszę go później.
Jest chłodny,listopadowy wieczór. Siedzę po turecku z tym notesem na kolanach,na łóżku mojej Babci. Dookoła mnie jej zeszyty i notatki.
Pożółkłe,prawie rozsypujące się kartki.
Pierwszy raz przeglądałyśmy je z mamą w dniu śmierci Babci.
Siedziałyśmy tu we dwie wieczorem,czekając aż rozemocjonowany tym,co właśnie się stało Dziadek,zapadnie w sen. Siedziałyśmy i przeglądałyśmy Babcine rzeczy.
Wiele z nich widziałam i dotykałam po raz pierwszy. Babcia nigdy nie pozwalała ruszać niczego w domu,ani przestawiać,ani nawet posprzątać.
Teraz,jedna po drugiej,otwieramy szafki i szuflady. I wyjmujemy.
Nuty sprzed wojny.
Zeszyty ze szkoły.
Harcerskie rozkazy.
Teksty piosenek.
Stare zdjęcia i wiersze.
Babcia pisała kiedyś. Dawno.
Niewiele z tej twórczości zachowała.
Jednak tamtego wieczora,kiedy przeglądałyśmy to razem z Mamą,natrafiłyśmy na złożoną na 4 kartkę. Nie pożółkłą. Trochę współcześniejszą. Może sprzed 15-20lat.
Na kartce wiersz z dedykacją "Mojemu mężowi i dzieciom".
"Samotnie siedzę i patrzę w niebo
i w sierp księżyca czysty jak łza
Chciałabym dotknąć tego wszystkiego
i gdzieś w przestworzach zniknąć jak mgła.
Nie jest mi dobrze tu, na tej ziemi
I choć nie sama, to wciąż samotna
I bez nadziei, że coś się zmieni,
ja muszę wypić ten kielich do dna.
Tęsknię do szczęścia i do miłości,
lecz los nie dał mi tego w darze
I kazał cierpieć wciąż w samotności
I całe życie mija w tej karze.
Chciałabym czasem zaszyć się w głuszy,
posłuchać szumu wiatru i trzasku,
posłuchać tęsknych pieśni Papuszy
i przy ogniska ogrzać się blasku
Oczy mam suche jak piasek pustyni
I tylko serce żałośnie płacze
nad latami już minionymi
jest wprost już krzykiem, krzykiem rozpaczy
Muszę żyć w świecie, który stworzyłam
z książek i marzeń czerpiąc radości,
w którym zapomnieć prawie zdążyłam,
że to iluzja - że koniec młodości.
Ten wiersz rodzinie mojej poświęcam
Jak epitafium brzmią jego słowa
Już uwagami was nie zadręczę,
lecz pamięć Wasza niech mnie zachowa."
Napisane ręką Babci wersy sprawiły, ze moja mama po raz pierwszy tego dnia zapłakała. Do tego momentu trzymała sie twardo.
Siedziałyśmy więc razem na kraju babcinego łóżka, tuliłam ją, jak i ona mnie wielokrotnie w trudnych chwilach i tak płakałyśmy obie.
Nad losem, ludzką samotnością, nigdy niewypowiedzianym żalem. Nad kobiecym poczuciem obowiązku i poświęceniem.
I nad stratą.
Pustką, która tu pozostała.
Kolejny już wieczór czekam aż Dziadek zapadnie w sen. Wszystko tu ciągle wygląda tak, jakby Babcia miała zaraz wrócić.
Ale nie wróci przecież.
Myślę, że tam, gdzie jest, jest szczęśliwsza.
Tańczy do swojej ulubionej piosenki "Chabry z poligonów"
Skąd to wiem?
Przedwczoraj, gdy o 22:20 wsiadłam do samochodu i włączyło się moje ulubine radio "Czwórka", w głośnikach rozbrzmiała właśnie ta piosenka.
Kawałek tak retro, że nawet pojęcia nie miałam, że funkcjonuje na jakichś nagraniach.
Wierzę, że to był znak.
I jest mi z tym lepiej.
poniedziałek, 24 listopada 2014
Babcia
Dziękuję za niepowtarzalny smak groszku z marchewką.
Za "Chatkę Baby Jagi".
Za czas.
Za pierogi i uszka w każde Boże Narodzenie,póki miałaś siłę.
Za Maję i Majeczkę.
Za radość z narodzin Prawnuka.
Za kręcenie loków na papiloty.
Za pudełko z guzikami.
Za moją Mamę.
Za wszystko.
Za to,że byłaś 83 lata,a ja miałam Ciebie prawie 31 lat.
Nie zapomnę nigdy.
wtorek, 18 listopada 2014
Oswajanie
niedziela, 9 listopada 2014
Wsparcie
Wciąż jednak wraca do mnie ta chwila przed świtem, kiedy ją znalazłam. Widzę to co najmniej kilka razy dziennie.
Wtedy byłam w szoku...dopiero teraz jakoś dotarło to do mnie. I teraz nie chce się wymazać z głowy, zejść sprzed oczu.
Bolą mnie te flashbacki.
Czekam aż miną. Bo chyba miną z czasem. Przynajmniej ich częstotliwość powinna się zmienić.
Dziękuję za wszystkie komentarze pod dwoma poprzednimi wpisami. Wybaczcie, ale nie odpowiem na każdy z osobna.
Żałuję, że tyle Anonimowych, niepodpisanych. Nawet nie wiem komu mogę być wdzięczna za troskę i objęcie jakąś ciepłą myślą.
Tyle wsparcia otrzymałam w tych dniach.
Masę dobrych słów, życzeń, a czasem po prostu milczącego bycia obok, które również ma wielką moc.
Świat kręci się dalej...aż momentami ze zdziwieniem na to patrzę.
Dziwne, że jednak się nie zatrzymał.
Ani nawet nie zwolnił.
sobota, 8 listopada 2014
Kropeczka
Data spodziewanej miesiączki.
33 dzień cyklu.
Objawy: ból piersi, rozpierający lekki ból podbrzusza, delikatne mdłości.
18.10.
Brak miesiączki.
Notoryczne uczucie zmęczenia.
Zasypiam Miśkowi na kolanach.
20.10.
36 dzień cyklu.
Brak miesiączki, ból piersi.
Pierwszy test ciążowy wykonałam zaraz po przebudzeniu, o 7 rano. Pokazał dwie kreski. Druga blada, ale widoczna.
O wyniku powiedziałam Mamie oraz napisałam do A. Obie były podekscytowane. Ja przez cały dzień byłam poddenerwowana, aż rozpalona. Nie spodziewałam się, że tak prędko zobaczymy te dwie kreseczki.
Drugi test zrobiłam po powrocie z pracy. Wynik ten sam.
Po obiedzie zapakowałam oba testy w ozdobną torebeczkę i razem z Sebastianem poszliśmy do mieszkania, gdzie Misiek robił remont.
Po wejściu wzięłam go za rękę, poprowadziłam na kanapę, poprosiłam by usiadł i podałam mu testy.
Był bardzo zaskoczony. Chyba do końca nie wierzył.
Siedzieliśmy tam chyba godzinę czasu, prawie nic nie mówiąc.
Tuliliśmy się i całowaliśmy.
Ja płakałam. Pełna jednocześnie radości, lęku, ekscytacji, szczęścia i obaw.
W radiu leciała wtedy piosenka E. Bartosiewicz "Skłamałam".
21.10.
Byliśmy na wizycie u lekarza. Niestety USG nie znalazło Kropeczki.
Musimy uzbroić się w cierpliwość do 3.11.
22.10.
Sebastianowi mówimy,że mama ma w brzuszku dzidziusia.
Częściowo rozumie co to znaczy, jednak w zależności od dnia albo się cieszy, albo mówi "nie! nie chcę!"
23.10.
Mój żołądek chce strawić sam siebie!
Niemiłosiernie burczy mi w brzuchu i jestem bardzo głodna. Po raz pierwszy TAK bardzo.
24.10.
40 dzień cyklu.
Brak miesiączki, ból piersi, nadwrażliwość na zapachy, drażliwość, zły nastrój.
Przez telefon mówię o ciąży K. Cieszy się i gratuluje. Jedziemy do ZG do A. i T.
Odpoczywamy, rozmawiamy i oglądamy smutny film.
Znów zasypiam Miśkowi na kolanach.
25.10.
Trzydziestka D.
Bawimy się w klubie. Dużo jem i piję. Soków oraz wody oczywiście :)
Tańczę do 2 w nocy. Po imprezie odwożę towarzystwo do domu.
Mina M. na nasze nowiny - :-O , aczkolwiek to pozytywne zaskoczenie.
Czuję się cudownie wśród moich Przyjaciół.
26.10.
Ostatni dzień w ZG. D i M. przywożą mi wielką siatkę owoców.
Z K. i S. idziemy na spacer po lesie.
Odpoczywam, czuję się spokojna i szczęśliwa.
Mam wrażenie, że moje ciało stało się małą świątynią.
Czuję, że kocham Miśka niesamowicie mocno.
On pół soboty czytał książkę A. "W oczekiwaniu na dziecko". Zachwyca mnie jego zaangażowanie!
Zabieramy z ZG wanienkę dla Kropeczki. To pierwsza rzecz dla niej :)
27.10.
Zmęczenie!
Do godziny 17 pracuję. Jestem zmęczona i zła, bo nie wiem czy to poświęcenie ma sens.
Wyżywam się oczywiście na biednym Miśku.
Kupuję ciepłe legginsy - rozciągliwe, aby mieścił się w nie rosnący brzusio. Chociaż brzuch mój sam w sobie jest spory i bez ciąży :P
Wczoraj, gdy wróciliśmy z ZG , Seba zapytał "A gdzie jest Dzidziusia?". Myślał, że już ją przywieziemy.
30.10.
Misiu zbudził nas o poranku pocałunkiem w brzuch i słowami "Dzień dobry, Kropeczko".
Reszta dnia oraz wieczór minęły nam jednak kiepsko.
Trawiło nas paskudne choróbsko. Wymioty, dreszcze i ból wszystkiego. Misiu również się pochorował, a i Dziadków wirus okrutny nie ominął. Całe szczęście, że trwało to wszystko tylko jeden dzień.
31.10.
Nie dokarmiam Cię, Kropeczko, za bardzo.
W tej ciąży jest jakoś inaczej... liczę, że to znak, który wróży nam Kropeczkę - Córeczkę.
3.11.
Jesteś!
Widzieliśmy na USG.
Mała Kropeczka. Prawdopodobnie masz dopiero 4 tygodnie! Z miesiączki wynika, że 7.
Moje wyniki nie są za dobre. Mam niedoczynność tarczycy i ślady białka w moczu. Muszę zrobić dodatkowe badania.
A żołądek ciągle mi dokucza.
Byliśmy powiedzieć o Tobie drugim Dziadkom - rodzicom Miśka. Ucieszyli się, wyściskali nas. Było bardzo miło.
4.11.
Dostałam plamienia.
Boję się o Ciebie.
Bądź bardzo silna, Nasza Kropeczko, teraz byłoby nam bardzo smutno, gdyby Cię nie było.
5.11.
Biorę leki na podtrzymanie ciąży.
Krwawienie.
Czarne skrzepy.
Czuję, że Cię tracimy.
Płakałam wczoraj długo.
Tatuś Twój był silny i dzielny. Wspierał mnie jak potrafił, choć wiem, że także jest mu ciężko.
Tak się cieszył, gdy się o Tobie dowiedzieliśmy. Dumny był.
Trudno mi się z tym pogodzić, że to już koniec.
Że jednak Cię nie będzie.
Że nie mogłam podarować naszej Rodzinie tego szczęścia.
Rano znalazłam w śniadaniu liścik od Tatusia: "Kocham Cię Kruszyno moja i cokolwiek by się nie działo, zawsze będę przy Tobie."
Tatuś jest cudowny. Tak samo jak Twój starszy Brat. Przykro mi się, że nie zdążycie się poznać.
6.11.
O 5:30 obudziłam się pełna niepokoju.
Znalazłam Cię na bieliźnie.
Pożegnałyśmy się.
Była to dla mnie ogromna trauma.
M.przez półtorej godziny leżał ze mną i w milczeniu głaskał uspokajająco moje włosy.
Z rozpaczy nie wiedziałam co robić. Przed 8 pojechałam normalnie do pracy.
O 10 zadzwoniłam do swojego lekarza. Kazał natychmiast jechać do szpitala.
W pracy powiedziałam tylko o krwotoku.
Usłyszałam, że jeśli będę musiała iść na zwolnienie to "tak nie bardzo...".
Pracuję na umowę zlecenie od miesiąca, w tą umowę dałam się trochę wrobić...."zapomniano" mi o niej wspomnieć podczas rozmów.
W tej chwili jest mi już jednak wszystko jedno.
Po dwóch godzinach w poczekalni na Izbie Przyjęć trafiam na oddział. Z nerwów mam ciśnienie wysokie jak nigdy.
Wywiad, badanie, a na koniec USG. Byłam na to gotowa, jednak widok ciemnej pustej plamy, w miejscu, w którym ostatnio była Kropeczka złamał moje serce.
Cały dzień, aż do późnej nocy trawię swój ból. Trzecią dobę tłumaczę sobie co i dlaczego się stało. Jadę na emocjonalnym rollercoasterze.
W jednej godzinie zarzekam się, że już nigdy w życiu nie chcę być w ciąży.
Za dwie godziny obwiniam się, że jestem okropną egoistką, od jakiegoś czasu skupioną wyłącznie na sobie, swoich emocjach i potrzebach.
Tuż przed zaśnięciem składam samej sobie oraz M. obietnicę, że kolejnego dnia, po zabiegu, zamknę w swojej głowie wszystko co się wydarzyło.
7.11.
Wyskrobali ze mnie to, co zostało po Kropeczce.
Zabieg w znieczuleniu ogólnym...chociaż tyle komfortu można otrzymać w całej tej dramatycznej sytuacji.
Czuję pustkę w środku.
Staram się skierować swoje myśli z powrotem na tory "sprzed".
Wrócić do pomysłów i planów, które mieliśmy wcześniej.
Czas pewnie zabliźni rany.
Ale wiem, że do końca życia będę to pamiętała.
Straciłam ciążę. Tą, która powstała z wielkiej Miłości. Oczekiwaną. Powitaną z radością.
Ale nie złamiesz mnie, przewrotny Losie.
Kiedyś na pewno przestanę się bać.