Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

piątek, 4 kwietnia 2014

Raport z placu boju.

Huragan przycichł. 
Wyszliśmy cało z oka cyklonu w postaci: pakowania , wybierania tego, co najpotrzebniejsze i przewożenia, rozpoczynania nowej pracy, rozpoczynania kariery przedszkolaka, poznawania nowego trybu dnia, początków mieszkania w starym-nowym miejscu z nowym współlokatorem. 
Tak wiele i jeszcze więcej wydarzyło się w przeciągu minionego tygodnia. 
Udało nam się praktycznie przygotować mieszkanie do przeprowadzki. Wszystko elegancko poskładane w worki i kartony. 
Mam wrażenie, że połowę z tego przewieźliśmy do W-cha...i żałuję, że nie zrobiliśmy zdjęcia, kiedy wynieśliśmy te rzeczy pod windy....nikt by nam nie uwierzył, że wszystko zmieściliśmy w jednej osobówce...oczywiście już beze mnie, Sebcia i psa - my sobie pojechaliśmy drugą :) 
W ramach kary za opuszczenie ukochanego miasta, w połowie drogi do W-cha utknęliśmy w naprawdę ogromnym korku...po pół godziny zawracaliśmy i jechaliśmy inną trasą. Przez co pobiłam rekord długości przejazdu na trasie ZG-W-ch. 
Półtora dnia zajęło wypakowywanie tego na miejscu i umieszczanie w jednym pokoju, który udostępniła nam mama. 
No ale przecież jedna ze złotych zasad spedytora brzmi:"Wszystko się zmieści!" 
no i się zmieściło :)

Odbyliśmy trzy debiuty: 
Ja - tak naprawdę kierownik działu transportu. Mam własny, elegancki gabinet, fajnego laptopa...tonę odpowiedzialności, miliard kwestii do przemyślenia, wybrania i załatwienia. Będę miała masę obowiązków. Na szczęście na niektóre rzeczy muszę czekać, więc póki co , mam jeszcze też trochę wolnego czasu - na przykład teraz na pisanie. 

Seba - debiutujący w roli przedszkolaka. Poradził sobie lepiej, niż się spodziewałam. Wraca zadowolony. Po pierwszym dniu zauważyłam u niego szybszy rozwój mowy niż w przeciągu ostatnich 2 tygodni. Dwa pierwsze dni rano popłakiwał, dzisiaj bez problemu poszedł z Panią do dzieci. Mam wrażenie, że to najodpowiedniejsze miejsce dla niego i dobrze zrobi mu uczęszczanie tam. I jestem z niego dumna. Dzielny jest chłopak. Chociaż wcale już nie musimy być aż tacy dzielni...bo przecież jest przy nas trzeci debiutant....

Misiek - adept sztuki bycia "mężo-ojcem". Obawiam się, że to najbardziej obciążająca i odpowiedzialna rola. W moim odczuciu radzi sobie świetnie. Chociaż zdaje mi się, że przez moment poczuł się przytłoczony nadmiarem nowości. W związku z tym, wczoraj,dziś i jutro został oddelegowany na realizację męskich sprawek z kolegami. 
Aczkolwiek nie odmówię sobie zapisania ku pamięci, jego pierwszego trudnego dnia.
Po pracy (od 6 rano do 14), pojechał odebrać dziecię nasze z przedszkola.  Dowiedział się, jak syn spędził dzień, że ładnie zjadł, grzecznie spał i bawił się. 
Wrócił z nim do domu, zabrali psa i poszli na spacer. 
W związku z tym, że Sebastian lubi organizować bunty w miejscach publicznych, Misiu poszedł lekko na łatwiznę i oddał dziecku kluczyki do samochodu ( o te kluczyki to u nas cała batalia... ja jestem winna, bo przyzwyczaiłam Sebę, że może się nimi bawić i w ostatnich dniach już 3 razy szukaliśmy zaginionych). 
Po spacerze wysadził syna na nocnik, doprawił przygotowanego przeze mnie wcześniej łososia, wstawił go do piekarnika oraz zaczął gotować makaron. 
W międzyczasie biegał po mieszkaniu, ponieważ albo dziecko coś majstrowało, albo było podejrzanie cicho, albo wydawało się, że okna gdzieś mogą być otwarte, a Seba oczywiście wspina się pasjami. 
Podał sobie i synowi zupę, którą zaczęli razem jeść. Nawet ciepłą ;) 
No i tutaj Seba chyba stwierdził, że skoro Wuja tak dobrze sobie radzi, to czas sprawdzić, czy równie dobrze podoła levelowi hard expert....w tym momencie padło zaklęcie:
"Wuja! kupa!"

Taaaak....szczerze, gdy o tym usłyszałam, zrobiło mi się żal tego mojego chłopaka. Nie miał okazji nabrać wcześniej doświadczenia z dziecięcą kupą. Nie czekał na nią 9 miesięcy, nie poznawał jej od początków, w postaci smółki, przez bezwonne żółte kupki po matczynym mleku, pierwsze poważniejsze po stałym pokarmie.... Nie! 
On od razu dostał za zadanie ogarnąć to, co w nocniku stworzył dwu i pół latek o niemałym apetycie i smaku na WSZYSTKO. 
Padłam ze śmiechu słuchając, jak obiegł ponad 80m2 mieszkania w poszukiwaniu nawilżonych chusteczek, które stały na komodzie, za jego plecami. 
No ale i dumna też jestem, bo dał radę. 
Nie uciekł. 
Nie zemdlał. 
Nie zwymiotował. 
I co najważniejsze - nie zamknął tego nocnika, razem z zawartością oraz dzieckiem, w łazience, z postanowieniem , że będzie najlepiej gdy poczekają na mnie. 
Mało tego. 
Po całej akcji, chłopcy dokończyli jedzenie. 
A gdy wróciłam z pracy, czekali na mnie zadowoleni, uśmiechnięci, z talerzem ciepłej strawy. 
Po prostu bajka! 

I mimo, że akurat miałam tego dnia paskudną migrenę, poczułam się cudownie.
Pochwaliłam Miśka mojego, choć nie omieszkałam wspomnieć, że akurat to tylko próbka dnia z mojego życia ;) 

Dzięki temu, że wszystko było gotowe przed moim powrotem, mieliśmy jeszcze kawał popołudnia, który spędziliśmy na działce...a i wieczór na małe "małżeńskie" przyjemności nam pozostał :) 

Fakt, faktem - opisany przeze mnie dzień, to była środa. 
A wczoraj - czyli w czwartek rozstaliśmy się przed świtem i do tej pory (piątek po południu) jeszcze nie widzieliśmy ;P 
No ale tak, jak mówiłam - po tym wszystkim- począwszy od pakowania, przeprowadzki po dzień debiutów, należał się chłopakowi dzień wytchnienia. 
Dzisiaj znów odbiera Becia z przedszkola. 
Całkiem mi się to wszystko podoba. 
Troskliwy "mąż", szczęśliwy synek i ja - trochę zmęczona, trochę zakręcona, lecz pełna przeświadczenia, że jest dobrze. Jest tak, jak chciałam, aby było :) 





środa, 26 marca 2014

Ostatnie dni tutaj...

Codziennie rano, przemierzając tę samą drogę do pracy myślę sobie... to już koniec.
To ostatnie dni.
W piątek ostatni raz zawiozę Sebastiana "do Mai".
Ostatni raz postoję na światłach na Działkowej.
Ostatni raz zaparkuję pod firmą.
Ostatni raz wejdę po schodach na 1 piętro.
Po raz ostatni przywitam się ze wszystkimi w biurze.
Zrobimy w kuchni ostatnią poranną kawę rozmawiając o tym, co ciekawego się wydarzyło...

Jeżdżę i chodzę po Zielonej Górze jakbym robiła to po raz pierwszy.
Chłonę to miasto, zachwycam się od nowa.
Czystymi budynkami, zielenią, spokojem, otwartością mieszkańców.
Możecie mi nie wierzyć, ale tutaj naprawdę mentalność ludzi jest inna.

Chłonę mój przepiękny widok z balkonu. Zapamiętuję wschody słońca. Tylko raz zrobiłam zdjęcie takiego wschodu...szkoda :( Teraz już budzę się, kiedy słońce jest wysoko.
Najpiękniejsze wschody zawsze są zimą, a wtedy nie mam odwagi wyjść o świcie na balkon aby cykać fotki.











Zachodzę do ulubionych knajpek na kawę i czekoladę, do Czerwonej Budki na zapiekankę, w weekend muszę zjeść obowiązkowo najpyszniejszą kaczkę od "chińczyka" spod sądu. To był pierwszy obiad jaki zjadłam w tym mieście. Musi więc być również jednym z ostatnich...

Nie jest tak, że doceniam to dopiero teraz, w obliczu pożegnania.

Polubiłam Zieloną Górę od samego początku.
Chociaż pierwsze dni tutaj, były dla mnie trudne. Byłam sama na stancji, poruszałam się z mapą i bałam się jak to będzie...
Przeżyłam tu 11 najciekawszych lat mojego życia.
Poznałam masę cudownych ludzi, nawiązałam przyjaźnie na całe życie - wiem to.
Zdałam tutaj swoje życiowe egzaminy: kwalifikacyjne na studia (sztuk 5), magisterski, na prawo jazdy...egzamin z samodzielnego macierzyństwa również tutaj zdałam.
Zawaliłam kilka spraw...
kilka osób potraktowałam nieładnie.

Polubiłam Winobranie, choć stali mieszkańcy często się zżymają, że tyle zamieszania i nuda i co rok to samo. A mi się podobało. Zawsze przyjeżdża moja ulubiona karuzela :) I wino grzane, ściemnione takie, że w domu robię lepsze...jednak mimo wszystko, to winobraniowe wyjątkowo przyjemnie rozgrzewa w chłodną wrześniową noc.

Kręciłam obcasem niemal w każdym klubie :)

Odkryłam, że w klubach lubię też być po drugiej stronie baru.

Kilka lat pod rząd pracowałam z przyjaciółką przy zawodach kartingowych.

Nigdy nie byłam na meczu żużlowym (wstyd się przyznać!)

Czasem gdy wieczorami coś mnie męczyło, chodziłam z psem po wzgórzu, na którym stoi Palmiarnia. Siadałam na jednej z ławek i podziwiałam piękno panoramy miasta.
Kiedyś pisałam już o tym - bywa taka pora w roku, kiedy wieczory pachną tutaj wyjątkowo. Wspomnieniami i nadzieją na lepsze...

Nauczyłam się tutaj być silną i samodzielną. Radzić sobie. Poznałam samą siebie lepiej, odkryłam czego szukam, czego pragnę, co jest mi potrzebne. Zrozumiałam na ile mnie stać.

Chciałabym bardzo wyliczyć wszystko to, co robiłam i gdzie  byłam, żyjąc tutaj. Kogo spotkałam, kogo poznałam, kogo pokochałam. Co widziałam, co mi się przytrafiło. Co było śmieszne, a co smutne.
Ale nie da rady w jednym poście zamknąć 11 lat.
Poza tym nie lubię pożegnań.
Nie chcę się żegnać.
Chcę tu wracać.

Tak jak Wałbrzych był, jest i będzie "mój", tak i Zielona Góra, to zawsze będzie "Moje Miasto".
Będę tutaj wracać "do siebie".
Bo zostawiam tu kawałek swojego serducha :)


wtorek, 25 marca 2014

Rewolucja w toku

Pakowanie mieszkania idzie jak po grudzie.
Nie wiem czy uda mi się to zrobić do poniedziałku.
Wczoraj spędziłam 2 godziny przed szafą.
Wyrzuciłam 3 worki papierów, spakowałam 3 kartony, a opróżniła się w sumie jedna półka w szafie i 2 w innych szafkach.
Przy okazji zauważyłam, że jakoś totalnie nie mam systemu na przechowywanie swoich rzeczy. W kolejnym mieszkaniu będę musiała jakoś inaczej to rozplanować.
Staram się pozbyć jak największej ilości zbędnych przedmiotów, ale przez to każdy muszę wziąć do ręki, pomyśleć i rozciąga się to w czasie niemiłosiernie...
A czas ten pomniejsza mi się jeszcze o czwartkowe popołudnie, gdyż niespodziewanie zaprosiło mi się 5 gości...Chyba zacznę zarywać nocki...
Potrzebowałabym pomocy. Misiek będzie dopiero od piątku w nocy...nie będzie to relaksacyjny weekend...
Im bliżej to wszystko, tym bardziej się stresuję.
I terminami, i pójściem do nowej pracy i posłaniem Sebastiana do przedszkola...
Myślę jak go przygotować na tę zmianę...?
Przy okazji zastanawiam się, czy sama na własną zmianę jestem przygotowana.
Czy po prostu zrobimy skok na głęboką wodę i trzeba będzie jakoś na powierzchnię wypłynąć?

Zastanawiam się też, czy ja w ogóle jestem normalna, że taką rewolucję urządziłam? :P
Sama sobie zafundowałam wszystkie te atrakcje, a teraz drżę, czy mnie to nie przerośnie...

Kończy się dopiero pierwszy kwartał tego roku, a ja już wiem, że zaliczę go do jednego z najbardziej wywrotowych w moim trzydziestoletnim życiu.
Nie żeby mi było smutno z tego powodu, lubię jak się dzieje... ale tutaj bieg zdarzeń nabrał takiego tempa, że zadyszki dostaję.

Na szczęście mam motywację i mój zastrzyk energii...wiem po co to robię i że nie będę żałowała.
I damy radę! ...przecież zawsze dajemy :)

A jak już się to wszystko skończy...
kiedy wszystko będzie popakowane
kiedy sprzedam mieszkanie
kiedy wybierzemy nowe, wspólne...
i przewieziemy te kartony i meble
i wprowadzimy się do nowego
które wcześniej wyremontujemy
i kiedy już urządzimy wszystko, tak jak będziemy chcieli...

Wtedy sobie usiądę w fotelu i będę w spokoju, z kubkiem pachnącej herbaty w ręce, delektowała się takim widokiem:



I zacznę się zastanawiać...co by tu nowego wymyślić do roboty, żeby nie było nudno  :]

Jestem pewna, że wszystko to ma sens.

Kocham jak nigdy dotąd!

piątek, 21 marca 2014

Po rozprawie

Jestem wykończona jak, kolokwialnie mówiąc, koń po westernie.

Nawet się nie spodziewałam, że będzie mnie to kosztować tyle stresu i emocji.

Nie mam siły opisywać ze szczegółami. Zresztą nie ma po co.
2 godziny zeznań, powrotu do przeszłość, pytań o każde współżycie, każdy wydatek, przeliczanie pieniędzy, daty, terminy...
Coś, co było dla mnie jakimś wspomnieniem o pewnej relacji, z której powstał Synek mój najkochańszy, zostało brutalnie odarte z jakichkolwiek emocji... stało się suchym faktem, otoczonym datami i kwotami...

W sądzie byłam jednak z "obstawą".
Czekali na mnie na korytarzu.
Ostatecznie wyszło to na dobre, gdyż okazało się, że potrzebne będą zeznania mamy.

Ojciec nie spojrzał na syna ani razu. Odwracał głowę.

Syn zapatrzony w Miśka, uśmiechnięty, rozradowany, rozbawiony.

Po rozprawie J. chciał chyba coś zagadać, zaczął, przerwała mu moja pani prawnik. Zaczęliśmy ustalać we 3 kwestie kolejnej rozprawy. Niestety musi odbyć się druga, ponieważ potrzebne są zeznania kolejnych świadków. Prywatnie zrobione testy DNA są dla sądu niemiarodajne.
Na koniec spojrzał mi w oczy: "Widzimy się w maju, trzymaj się"
Jak zwykle nic w tych oczach nie wyczytałam.

Na sali tylko naszła mnie myśl, że strasznie byłam ślepa wtedy...
wielu rzeczy nie chciałam widzieć.

Dobrze, że mam to już za sobą. Druga sprawa będzie już łatwiejsza.

W pracy chyba fatalnie wyglądałam.... koledzy dostarczyli mi Nerwosol i NeoSpazminę Extra... tak naprawdę dopiero teraz czuję, że stres mi puszcza, a z sali rozpraw wyszłam 5 godzin temu.

Głowa mi pęka.
Chcę jechać nad wodę.
Wyciszyć się.
Wtulić Miśka i Sebcia.
Taki plan na dzisiejsze popołudnie.





czwartek, 20 marca 2014

Zbliża się godzina 0

Czas szybko zleciał.
Jutro 21 marca.
Pierwszy dzień wiosny.

Dzień rozprawy w sądzie.

Czuję w żołądku mały węzełek na samą myśl.

A z drugiej strony myślę sobie, że może ta data to dobry znak?
Może okaże się, że potrafimy się dogadać, załatwić to szybko, bezboleśnie i wreszcie zamknąć tę kwestię raz na zawsze.
Negocjacje idą nam nienajgorzej. Jeszcze wersja ostateczna nie ustalona, ale i tak nieźle...może uda się zamknąć wszystko na tej jednej rozprawie.

W całym przerażeniu, które dopadło mnie na wieść, iż J. będzie w ZG już od środy, poprosiłam mamę i Miśka, żeby przyjechali do mnie.
Bałam się,że J. zaskoczy mnie w domu, przyjdzie z nienacka przekonywać mnie do swoich racji.
Póki co na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Jeszcze.
Jednak wsparcie w pogotowiu.
Misiek przyjedzie dzisiaj, mama już jest... No właśnie... jest i ma najwyraźniej nieprzepartą ochotę towarzyszyć mi w sądzie...razem z Sebastianem.
Nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy pomysł.
Jak znam swoją impulsywną Mamuśkę, to gotowa narobić jakiegoś zbędnego zamieszania...
Czy Sebastianowi to spotkanie jest potrzebne też nie wiem.
Prawdopodobnie i tak tego nie zapamięta... i co miałabym mu powiedzieć?
"To Twój Tata"?
Teraz, w momencie kiedy Misiek raz bywa "wują" a raz "tatą"?

Z drugiej strony Szef mój mówi, że może lepiej,żeby poznał ojca. Że kiedyś w przyszłości prawdopodobnie i tak będzie go szukał.

Trudna decyzja...zaplanowałam sobie, że po prostu pójdę tam z Panią Adwokat, powiemy na co się dogadaliśmy,wyjdę z sądu i wrócę do pracy.

Ale może jednak powinnam pozwolić na to spotkanie? Chociażby po to, aby Sebastian nie miał do mnie pretensji, że nie zrobiłam wszystkiego, co mogłam, aby się poznali...

Wielka rozterka, a czasu coraz mniej...

środa, 19 marca 2014

Na nowo...:)

Zmieniłam wygląd bloga i tytuł oraz opis :)
Oto moje nowe miejsce - harmonijne i spokojne.
Ciepłe.

Takie, jakie będzie teraz nasze życie i nasz nowy, wspólny dom :)

Zapraszam...rozgośćcie się :)


poniedziałek, 17 marca 2014

Sprawozdanie ze Szczęścia

Biedny mój blog...opuszczony taki.
Zawsze łatwiej było mi pisać w stanie jakieś melancholii.
A kiedy jestem szczęśliwa, to wszystkie myśli jakieś takie banalne się zdają.
Poza tym tak wiele działo się w ostatnim czasie,że chyba nawet nie jestem w stanie nadrobić zaległości.

Przez tydzień byliśmy w Wałbrzychu, Zdążyłam 3 dni pochodzić na próbę do pracy.
Próba przekonała mnie o tym, że to kompletnie nie dla mnie. Począwszy od brudnego biura, w którym nawet papier toaletowy trzeba było mieć własny (?!), skończywszy na fakcie, że pierwszego dnia zostały mi rzucone jakieś papiery na biurko do zrobienia, zostałam pobieżnie wprowadzona w to,czym się firma zajmuje...a dalej? Radź sobie sama! Kiedy zaczęłam wnikać o co chodzi, okazało się, że tak naprawdę wiedziały to tylko 2 osoby, które nie pracują już w firmie.
Gdy zabrałam się za to, co faktycznie miało być tam "moją działką", okazało się, że kompletnie nic nie jest gotowe...licencje, ubezpieczenia... bałagan totalny!
Na szczęście umówiona byłam na jeszcze 2 rozmowy.
Dzisiaj, aby już nie przedłużać, powiem tylko tyle, że byłam na najdziwniejszej swojej rozmowie o pracę. Poczynając od tego, że odbywała się o 17:30,a w domu byłam po 20 wieczorem, poprzez to, że nie dotarł na nią człowiek, z którym się umawiałam, skończywszy na fakcie, że pomknęłam sama z obcym facetem, drogim mercedesem gdzieś pod Wrocław....
Ojjj sporo zaryzykowałam tamtego dnia.
Ale warto było!
Od kwietnia zaczynam pracę w dobrze rozwiniętej firmie, będę miała sympatycznych szefów, sporo lepszą wypłatę...no i w zasadzie będę kierownikiem transportu :D
Radosne podekscytowanie miesza się z lekką tremą... jednak ogólnie, bardzo się cieszę.
Kolejna rzecz, która w tym roku ułożyła się po mojej myśli.

Teraz przed nami wyprowadzka z Zielonej Góry.
Jestem chora na samą myśl o pakowaniu mieszkania. Kurczę, przecież dopiero co byłam w 8 miesiącu ciąży i szykowałam się do przeprowadzki na to mieszkanie, w którym obecnie mieszkamy!
Tym razem chyba pójdę na łatwiznę i wyrzucę jak najwięcej się da :P

W piątek mamy rozprawę w sądzie. J. będzie w ZG już od środy. Słabo mi się zrobiło na tą informację.
Jednak będę miała wsparcie w postaci obecności mamy i Miśka, więc cokolwiek się nie wydarzy, nie będę sama.
Boję się stanąć z nim twarzą w twarz.
I nie ze względu na sentymenty, nie przez to, że mamy wspólne dziecko, bo dziecko bardziej już jest Miśkowe niż jego.
Obawiam się,że po raz pierwszy w życiu mogę stracić panowanie nad sobą.

Przed rozprawą jesteśmy umówieni jeszcze na spotkanie u Pani Mecenas, postaramy się dogadać jak najwięcej rzeczy, aby skrócić maxymalnie czas trwania procesu. J. teraz nagle jest skłonny do pewnych kompromisów, mi również nie zależy na tym, aby prowadzić długotrwałą wojnę. Mam nadzieję, że ten ostatni raz uda nam się dojść do porozumienia.

Z wydarzeń minionego tygodnia jeszcze: Misiu kupił auto. Sportowo-rodzinne :)
Czasem jeszcze nie wierzę, że on tak dorośle do tego wszystkiego podchodzi...i że naprawdę tak mu zależy na nas. I na tym, żebyśmy tę rodzinę stworzyli. Mógł sobie kupić jakąś fajną małą brykę, w sam raz dla kawalera z odzysku.
A wybrał takie z wielkim bagażnikiem, żebyśmy się ze wszystkim zmieścili..nawet gdyby miało nas być więcej niż obecnie.

Czasem leżymy zaplecieni nogami i przyklejeni do siebie nosami i nie wierzymy jeszcze do końca. A jutro już dwa miesiące miną od kiedy postanowiliśmy spróbować.
Dzisiaj wiem, że sporo mieliśmy do stracenia. Ale jeszcze więcej zyskaliśmy.
Obawy zniknęły. Pozostały plany i to uczucie, które zdaje mi się z dnia na dzień, być coraz mocniejszym.

A co u mojego małego Synka?
Właściwie "naszego" :)
Kocha Miśka. Z wzajemnością. Naśladuje go, uwielbia się z nim bawić. Czasem myli i powie na niego "tata". Czasem też Misiek sam tak mówi na siebie.
Spełnione marzenie.

Od kwietnia Seba będzie przedszkolakiem!  Trudno mi w to uwierzyć, że mam już takie duże dziecko. Wybrałam przedszkole, byliśmy we trójkę je obejrzeć i wypełnić potrzebne dokumenty. Sebkowi się podobało, nam również, myślimy że sporo skorzysta na tej zmianie.

Ze spraw organizacyjnych pozostało nam sprzedać mieszkanie, wyprowadzić się z niego no i znaleźć jakieś nowe. Przedszkole trochę rozwiązało nam kwestię dzielnicy, w której będziemy szukać. To nawet dobrze, bo wybór zawężony...a jest w czym wybierać.

Póki co, odwiedziło mnie 3 potencjalnych kupujących. Mam nadzieję, że to dobry znak i ktoś się zdecyduje.
W sumie nie może przecież być inaczej... płyniemy na fali dobrych zdarzeń.

Nudna będę, jeśli znów napiszę, że jestem szczęśliwa.
Ale jestem.
Bardzo.

Patrzę na Syna i na Mojego Męża Przyszłego (nie było żadnych oświadczyn - spokojnie! Ale sam nas tak nazywa, jakby to było całkiem oczywiste ;) ) i czuję, że kocham obu do szaleństwa. I że już niewiele lepszego może się wydarzyć.
Bardzo pragnę robić wszystko, aby pozostało tak dobrze jak jest. Będę z całą mocą nad tym pracować.
Kolejny raz dostałam od Losu wielki Dar.

DZIĘKUJĘ!

Jestem Szczęściarą!
:)

poniedziałek, 3 marca 2014

Śmiech przez łzy

Sebastian ma jeden wyjątkowy rodzaj płaczu. 
Kiedy jest mu tak naprawdę, bardzo smutno, płacze zupełnie inaczej, niż kiedy jest zły, uderzy się, albo coś mu nie pasuje. 
Ten inny rodzaj płaczu, jest niezwykle przejmujący i serce mi się kraja, kiedy go słyszę. 
Dzisiaj wieczorem wjeżdżaliśmy windą na nasze 8 piętro i on płakał w ten właśnie sposób. 
A ja razem z nim. 

Chwilę wcześniej pożegnaliśmy się z Miśkiem, który po weekendzie spędzonym z nami, wyruszył w trasę do domu. 

To zaskakujące jak szybko można się przyzwyczaić do Szczęścia. 
I do drugiego człowieka. 
Nie spodziewałam się ani po sobie, ani po Becim takich łez. 
Ja, jak jakaś małolata, a przecież już taka twarda byłam...wszystkie łzy nauczyłam się powstrzymywać. 
A tych dzisiaj nie miałam siły. 
M. powiedział: "kiedyś nawet się nad tym nie zastanawiałem, dzisiaj jadąc samochodem, ciągle myślę, że muszę być ostrożny, bo nie może mi się nic stać, przecież nie mogę Was zostawić..." 
Wtedy popłynęły pierwsze. 
Czy to naprawdę ten sam Misiek, którego poznałam lata temu? 
Dzisiaj taki dorosły i odpowiedzialny...

I stara się. 
Na każdym kroku widzę jak się stara, żeby to wszystko się udało. 
I ja się staram. 
Więc musi się udać. 
Myślę, że to jest ostatni raz, kiedy zaczynam układać puzzle. Jeśli te nie wyjdą, to znaczy, że już po prostu są nie do ułożenia. 
Ale w głębi czuję, że ułożę je w piękny obraz. 
Z każdym dniem, jestem coraz bardziej pewna, że to ON. 
Że to na niego czekałam i jego szukałam...chociaż wciąż był tak blisko. 
Najbliżej. 

Usiłuję sobie przypomnieć, czy czułam to wszystko już kiedyś? 
Czy teraz znajduję się w stanie euforycznego zauroczenia i to wszystko minie i gdy dopadnie nas szara codzienność i rutyna, to nagle okaże się, że się myliłam? 
Czy kiedykolwiek już czułam, że bardzo pragnę być czyjąś żoną?
I być z kimś już na zawsze?
Urodzić jego dziecko. 
Być ze sobą każdego dnia, cokolwiek się w życiu nie zdarzy?
Czy byłam już kiedykolwiek tak mocno tego wszystkiego pewna, jak jestem teraz?

Nie przypominam sobie. 

I sama siebie nie poznaję...pozwalam  dać się ponieść emocjom. Puściłam ster i unoszę się na fali...płynę z prądem. 
Czuję się z tym dobrze. 

"Kocham Cię kochać"  - tak sobie czasem mawiamy.

Tak...uwielbiam kochać!
Nawet gdy jest mi trochę smutno, tak jak teraz - bo pusto zrobiło się bez Niego w domu, bo już tęsknię za jego dotykiem...
to i tak czuję się szczęśliwa. 


piątek, 28 lutego 2014

Na koniec ciężkiego tygodnia

Niełatwy to był tydzień.
Chociaż mama była u nas, więc obiadki gotowe...i śniadanka. I porządek w domu.
Ale Mini codziennie zmęczony po żłobku...jęczący, marudny, zbuntowany... "nie cie mamy! nie cie dziadzi! nie cie baci! nie cie kai!" "Kopaka puci! Kopaka włuńć!" (tłum.:"Nie chcę mamy, nie chcę dziadzi, nie chcę babci, nie chcę Kai. Puść mi koparkę! Włącz mi koparkę!"-na YT - przyp.red.)

Do tego urywający się telefon oraz codzienne wizyty agentów nieruchomości. Nie spodziewałam się, że tak to będzie wyglądać. W kółko odpowiedzi na te same pytania, w kółko negocjacje...Agenci potrafią siedzieć godzinę, a nawet półtorej. Dziś i w poniedziałek mam jeszcze umówione dwa spotkania i nie zgadzam się na współpracę z żadną więcej agencją, bo jak na razie bardziej mnie to męczy niż pomaga. Ale mam nadzieję,że ostatecznie się przyda...

No i oczywiście cały tydzień tęsknota.
Nie rozumiem własnego umysłu...ani serca. Ok, tęskniłam kiedyś za Miśkiem. Na początku naszej znajomości, kiedy zaczęłam wyjeżdżać do ZG. Czekałam wtedy na weekendy i powrót do domu, żebyśmy całą ekipą poszli na jakąś imprezę.
Ale potem, z biegiem lat przywykłam, że widujemy się coraz rzadziej...zaledwie kilka razy w roku.
A teraz?
W dzień rozstania chce mi się płakać. Po 3 dniach jest mi smutno, po 5 mam kryzys, po 9 jestem bliska depresji...Chodzę jak z krzyża zdjęta, nie mam na nic ochoty, mało co mnie cieszy, lub bawi... W głowie masa obrazów z różnych wspólnych momentów.
Łóżko straszy pustką. Śpię z Sebciem, żeby nie było tak zimno i samotnie.
Poranki są ciężkie bez pocałunków na dzień dobry.
Herbata nie smakuje tak samo.

Zamieniam się w kłębuszek tęsknoty.

Tęskni głowa...za rozmową
Tęsknią oczy... za Jego widokiem
Tęsknią uszy... za miękkim głosem
Tęsknią usta... za Jego ustami
Tęsknią dłonie...bo chcą się w Jego dłonie wsunąć
Palce tęsknią za głaskaniem włosów o długości 0,3mm. I za obrysowywaniem kształtu bicepsa...zaciskaniem się na nim...
Za tym bicepsem tęskni całe ciało...tylko w Jego ramionach jest tak bezpiecznie...
Skóra moja całą powierzchnią tęskni za Jego skórą...za ciepłem, które wytwarza się, gdy jedna przylega do drugiej.

Tęsknię za pieprzykiem nad prawą brwią.
Za bliznami na czole.
Za śladem po operacji barku
Za wargą, która z jednej strony zmieniła nieco kształt po stłuczce na rowerze...
Za słowami "Moja Maja", tęsknię również...

I nagle w tej tęsknocie...i w nastawieniu, że jeszcze 6 samotnych wieczorów przede mną, odbieram od Niego telefon.
"Chciałem Ci zrobić niespodziankę, ale nie zrobię...tzn powiem Ci, żeby już od teraz było miło: przyjadę do Ciebie w sobotę"

I nagle wszystko zaczyna tęsknić jeszcze bardziej...tak szalenie, że aż się trzęsie...to melancholia zamienia się w radosną ekscytację.

Jak dobrze pójdzie, to jeszcze dziś w nocy usnę wtulona w Niego.
Jeśli gorzej, to jutro zjemy wspólnie późne śniadanko.
Ale tak, czy tak, to chociaż półtora dnia razem.
Po raz pierwszy sami w domu z Sebciem. Od początku do końca tylko we troje.

Tak bardzo się cieszę!

wtorek, 25 lutego 2014

Szukałem Ciebie....

Na FB trwa zabawa w wyznaczanie sobie wierszy.
Z radością zauważyłam, że Misiu mój również w tej zabawie bierze udział.
Nie żebym była jakąś niepoprawną romantyczką, ale imponuje mi otwartość umysłu.
Wczuł się nawet mocno i 2 dni mówił, że musi odpowiedni utwór znaleźć.
Dzisiaj rano przeczytałam efekt jego poszukiwań, który sam opatrzył komentarzem, że "powiało trochę romantyzmem, ale cóż...taki na czasie".

Ja nawet nie będę komentować...wzruszyłam się po prostu:

Szukałem Ciebie pośród kobiet roju,
czekałem Ciebie o każdej godzinie
i pełen byłem trwóg i niepokoju,
że zanim przyjdziesz, życie moje minie.
Bo nie wątpiłem, że jesteś, że moje
oczekiwanie nie jest czczym złudzeniem,
że niedaleko gdzieś od ciebie stoję
z moją tęsknotą, nadzieją, pragnieniem.

Od lat już całych niewidzialnym cieniem
byłem przy Tobie, szukając daremnie
w kobietach Ciebie, coś istniała we mnie.
Ciebie poczułem przed dawnymi laty,
gdy głos w noc cichą zabrzniał mi nad głową,
a mnie się zdało, że się sypią kwiaty,
że kwiatem pada na mnie każde słowo...

Lata tęskniłem za taką rozmową
i latam czekał, aż się znów powtórzy...
Przyszła - przebrzmiała, jak więdnie liść róży
z kochanej ręki, który barwą bladą
długo swój dawny szkarłat przypomina,
z którym się kończy dzień i dzień zaczyna,
i z którym wreszcie na sercu w grób kładą.


K.Przerwa - Tetmajer. 



I jak Go nie kochać? :)

środa, 19 lutego 2014

Krok za krokiem...

Wrzuciłam na otodom ogłoszenie o sprzedaży mieszkania.
Serce mi pęka.
Nasze  mieszkanko...
widok na las
wschody słońca
śpiew ptaków o świcie
śmiesznie kolorowe ściany - pozostałość po poprzednich właścicielach
balkon, który malowałyśmy wspólnie z Siostrą i na którym odbiłyśmy nasze i Sebka dłonie
ulubieni sąsiedzi
...
wspomnienia...niby tylko z 2 lat, ale to prawie całe Sebastianowe życie
...
i samotność w tym mieszkaniu, kiedy dziecię wcześnie usnęło...

Jesteśmy tu wciąż razem - ja i Seba...ale to jednak nie jest taki prawdziwy, wymarzony DOM - pełen życia, rodzinnych wygłupów i zabaw, wspólnych posiłków, wieczorów filmowo-książkowych...
Ten DOM postaramy się zbudować w Wałbrzychu.
We troje...

Coś kosztem czegoś...
Porzucam całe swoje dotychczasowe życie.
Pracę, którą lubię za niepowtarzalną atmosferę.
Miasto.... zielone, otoczone pięknymi jeziorami i lasami. Miasto, w którym tak dużo przeżyłam w najfajniejszym okresie swojego życia.
Przyjaciół wieloletnich...nikt nigdzie mi ich nie zastąpi. Rodzinka.zg. to jest coś, co się więcej nie powtórzy...nawet nie chcę o tym myśleć, bo od razu zbiera mi się do płaczu.

Coraz mocniej do mnie dociera co robię.
Co zdecydowałam.

Wszystko z myślą o tym, żeby było nam lepiej.
Żebyśmy byli naprawdę szczęśliwi.

Mam nadzieję, że się nie pomyliłam.



Walentynki

Od rana byłam rozemocjonowana jak nastolatka przed pierwszą randką.
Wytrzymać 8h w pracy, odebrać Sebcia i w drogę do W-cha.
Czas dłużył się niemiłosiernie, lecz wybiła w końcu godzina oznaczająca koniec tygodnia. Wyruszyliśmy.
Ojj musiałam się pilnować, żeby pedału gazu nie wciskać zbyt mocno. Stęskniona i zaciekawiona co mnie czeka, kolejny raz przemierzałam znaną od lat trasę.
Po 2,5 godzinach zaparkowałam pod domem rodziców.
Dałam znać M. że jestem, On mi , że jeszcze daleko jest z przygotowaniami.
Szykowałam więc się na spokojnie.
Kąpiel, make up, strój trochę bardziej odświętny niż na co dzień.
Moje ulubione wieczorowe perfumy...takie z nutą czegoś, co niespodziewane.
Walentynkowy buziak dla Sebcia i Mamy.

O 20:30 stanęłam pod Jego drzwiami.
Z torbą z rzeczami na noc i kolejny dzień oraz prezentem w wymiarze 50x70cm.
Otworzył uśmiechnięty od ucha do ucha. Ale pierwsze co do mnie dotarło, to smakowity zapach unoszący się z kuchni.
Gorące powitanie. Serce wali jak szalone, mięśnie drżą.
"Boże...znam Go przecież 12 lat, skąd takie reakcje???"

Pokój oświetlony małymi lampkami i świecami.
Ciepło.
Na stole wino, dwa kieliszki i przepiękna róża. Wręcza mi ją po raz pierwszy jako wyłącznie MÓJ "chłopak".
Podaje kolację. Nie wierzę własnym oczom. Pracował nad nią pół dnia.
Na talerzu zapieczony pod kołderką z sera i prażonych migdałów łosoś oraz czosnkowo-serowy szpinak w towarzystwie pomidorków koktajlowych z bazylią oraz serc, własnoręcznie wyciętych i sklejonych z placków tortilli.

Nigdy w życiu nikt tak bardzo się dla mnie nie postarał. Wszystko wygląda przepięknie.

Toast.
Kosztujemy kolacji. Smakuje obłędnie.
Rozmawiamy, tulimy się.
Dziękuję. Doceniam.
"Ale nie przyzwyczajaj się, bo to chyba już szczyt moich możliwości".

Chyba naprawdę mu zależy...

Wręcza mi małą torebeczkę. A w niej M&M'sy w pudełku - sercu.
I małe pudełeczko...takie od pierścionków.
Otwieram.
Na szczęście - naprawdę na szczęście, bo chyba już bym tego nie przeżyła - nie jest złoty ani z brylantem. I nie jest zaręczynowy.
Jest za to srebrny, o oryginalnym kształcie z wygrawerowanym malutkim napisem "M&M's" :)
Pasuje jak ulał i wygląda pięknie.

Podaję mu swój prezent. Otwiera, uśmiech rozjaśnia mu twarz. Jest to plakat dedykowany, zaprojektowany specjalnie przez moją koleżankę, na moje zlecenie. Na plakacie napis "Kiss the Rain". To tytuł naszej piosenki. Cieszy się. Szuka miejsca gdzie go powiesić.

Kończymy kolację. Przytulamy się, rozmawiamy, dopijamy wino. Dziękuję mu sto razy za ten wieczór. Naprawdę doceniam wysiłek jaki włożył w jego przygotowanie.

Czuję, że muszę się rozluźnić, bo nadmiar emocji wywołał we mnie jakieś nieoczekiwane spięcie.
Dostaję T-shirt do przebrania i nakaz usadowienia się na rozłożonym łóżku.
Ostatni prezent tego wieczoru - boski masaż, wywołujący przyjemne uczucie zrelaksowania przy jednoczesnym deszczu dreszczy.

Druga butelka wina pomału się opróżnia.
Jest cudnie.
Ciepło, miło, bezpiecznie, namiętnie.
Piękne Walentynki. Wyjątkowe.
Żartujemy, że to może już ostatnie takie, bo w obu rodzinach zdarzały się bliźnięta, więc pewnie będziemy mieć czworaczki,a przy 5 dzieci nie będziemy mieli już czasu na takie przyjemności.


Wieczór kończy się późno. Dosłownie tracę przytomność, zapadając w bardzo mocny, głęboki sen, kiedy M. jest w łazience.
Budzę się zdziwiona o 6:45.
Jest jasno.
On tuli mnie mocno.
Na stole kieliszki.
To nie był sen.
Naprawdę przeżyliśmy takie cudne, romantyczne Walentynki. Tym bardziej wyjątkowe, że to pierwszy nasz wspólny wieczór, kiedy On formalnie jest wolny.

Jest pięknie, a to dopiero początek.
Jeszcze tyle boskich dni i nocy przed nami.

Na rozmowę o pracę jadę szczęśliwa i spokojna. W takim stanie nie może się nie udać.


poniedziałek, 17 lutego 2014

Czas odkryć karty...

Jutro mnie miesiąc od kiedy moje życie wywróciło się do góry nogami.
Chyba czas podzielić się tutaj całą tą historią.

Prawdę mówiąc, powinnam to zrobić, a później zakończyć pisanie tego bloga.
Nie jestem już samodzielną mamą.
Nie muszę już układać tych niepasujących puzzli.
Ten "on" bez którego dawaliśmy sobie radę, nie ma dziś żadnego znaczenia.
Dzisiaj wszystko jest inaczej.

A było to tak...

Prawie 12 lat temu, w czasie wakacji między liceum a studiami, siedziałam z nogą w gipsie u koleżanki w domu. Miałyśmy zrobić tam małą imprezkę.
Zaprosiła swoich kolegów z klasy. Chodziliśmy do liceum sportowego, oni trenowali lekką atletykę.
Weszli we 3: N. G. i M.
W białych sportowych koszulkach z odkrytymi ramionami robili naprawdę niezłe wrażenie. Zwłaszcza M.
Impreza się rozkręciła, poznawaliśmy się wzajemnie. Po tej imprezie, była jeszcze jedna, i kolejna i następna... a potem właściwie miesiące i dalej lata wspólnego imprezowania.
Jednak wtedy, na początku tej znajomości coś wyjątkowego połączyło mnie z G.
Zakochałam się, on chyba też. Byliśmy ze sobą kilka miesięcy. Było naprawdę bosko, zaangażowałam się. Jednak różne komplikacje sprawiły, że rozstaliśmy się.
Rozstanie to przeżyłam bardzo. Nie mogłam posklejać złamanego serca. Trwało to kilka miesięcy. Przez cały ten czas był przy mnie M.
Nie pamiętam już jak to się stało, że właśnie On. Ale od tamtej pory staliśmy się przyjaciółmi. Właściwie zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w czasie, kiedy trwał mój związek z G. Zawsze przychodzili do mnie we dwóch lub trzech. Spędzaliśmy tak całe noce, spaliśmy w jednym pokoju, słuchaliśmy muzy i gadaliśmy.
Później spędzaliśmy takie nocki z M. we dwójkę.
Pewnego razu leżąc tak z winnym szumem w głowach zaczęliśmy się całować. Sytuacja robiła się gorąca, jednak coś mnie wtedy tknęło.
Powiedziałam do M. "Wiesz, że jeśli to się stanie to wszystko się między nami zmieni. Już nigdy nie będzie tak jak teraz".
Przerwaliśmy.
I od tamtej pory nazywaliśmy się Bratem i Siostrą.
Ten, kto czyta tego bloga, może już skojarzył.
Relacja z "Bratem" była opisana TUTAJ

Nie będę więc już się powtarzała kim on dla mnie jest i jakie łączyły i łączą nas relacje.
Niedawno przypomniał mi, że kiedyś w trakcie jakiejś imprezy, z pewnością nieźle już porobiona, powiedziałam do niego: "Byłeś moim przyjacielem, mogłeś być moim kochankiem, a zostałeś moim bratem". Nie pamiętałam tego, jemu utkwiło to w głowie.
Żadne z nas jednak nie przypuszczało, że cała ta historia zakończyć się może ślubem :)

W ciągu tych 12 lat znajomości każde z nas wchodziło w różne związki. Nawet krzyżowaliśmy się trochę, bo ja kiedyś wyswatałam M. z moją kuzynką B. Rozstali się po dwóch latach, a po kilku następnych B. wyszła za mąż za G.

Kiedy ja związałam się na 4 lata z W. a M. na 6 lat z O., siłą rzeczy nasze kontakty osłabiły się. On mieszkał w W-chu, ja w ZG. Widywaliśmy się góra kilka razy do roku. Praktycznie zawsze obowiązkowo w Wigilię.
Jednak znajomość utrzymaliśmy. M. towarzyszył mi na weselu mojej przyjaciółki, gdzie byłam świadkową. Razem z O. odwiedzili mnie w szpitalu na drugi dzień po porodzie. Zawsze pamiętaliśmy o ważnych datach i składaniu sobie życzeń.

1.06.2013 uczestniczyłam w ich Ślubie.
O tym też pisałam.
Na początku, gdy M. przedstawił mi O. nie byłam zupełnie do niej przekonana. Ale przez 6 lat, polubiłam ją...w końcu to dziewczyna mojego Przyjaciela. W dniu Ślubu trochę żal mi było, że Brata oddaję. Trochę zazdrościłam O. że będzie miała takiego fajnego męża. Ale cieszyłam się, że M. szczęśliwy.

Pół roku po Ślubie, zgodnie z "tradycją" przyszli do nas w Wigilię. Przebąkiwali coś na temat kryzysu, który tak naprawdę zaczął się jeszcze zanim się pobrali .
Po 3 dniach wpadli ponownie z okazji moich urodzin i na temat kryzysu poważnego, mówili już otwarcie. Wspominali o rozstaniu.
M. o braku zaufania.
O. nie potrafiła jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie ,czy Go w ogóle kocha.

Z dnia na dzień było coraz gorzej. M. starał się ratować małżeństwo, nie rozumiał dlaczego muszą się rozstać, skoro niby się kochają.
Wszystko wyjaśniło się w drugim tygodniu stycznia.
O. po wyprowadzeniu się z domu, wyznała w końcu, że od ponad 2 lat prowadzi podwójne życie. Oprócz M. jest jeszcze z innym facetem. Kocha obu.
Swój romans próbowała przerwać, ale zabrakło jej siły. W międzyczasie przyjęła oświadczyny, zorganizowała wesele i w kościele przysięgała miłość i wierność...a jeszcze tego samego dnia rano wymieniała smsy z tym drugim...

Omawialiśmy tą sytuację na wszystkie możliwe sposoby.
Nigdy nie zrozumiem dlaczego to zrobiła. Po co wzięła ten Ślub? Nawet Sędzia, podczas rozwodu była zaskoczona.

M. twierdzi, że w dniu, w którym poznał prawdę, cała miłość przerodziła się w nienawiść.
Tego chyba też nie potrafię do końca zrozumieć...ale nie pozostaje mi nic innego, jak w to wierzyć.

18 stycznia, M. miał być u mnie w ZG. Zaprosiłam go, żeby zmienił trochę otoczenie, oderwał się, przetrawił na spokojnie sytuację. Nie mógł jednak przyjechać, więc ja pojechałam do W-cha.
Spotkaliśmy się we 3: ja, M. i T. Piliśmy, gadaliśmy, wspominaliśmy dawne czasy. T. zmył się około 2 w nocy. M. zapytał, czy zostanę.
Zostałam...chciałam go wesprzeć tak, jak on to robił, gdy leczyłam złamane serce po G.
Położyłam się w łóżku, on usiadł na krześle obok. Wziął mnie za rękę, zaczęliśmy rozmawiać. Nie potrafię dziś już przytoczyć tej rozmowy. Gdzieś z oddali wracają do mnie słowa
"Zawsze mówiliśmy, że kochamy się jak rodzeństwo, ale to chyba nie do końca tak jest"
"Żadne z nas, nie jest i nie będzie gotowe na poznanie kogoś nowego, obdarzenie go zaufaniem, wprowadzenie go do swojego życia,a siebie już tak dobrze znamy..."
"Może powinniśmy spróbować razem? Tyle lat znajomości za nami, tyle wspólnych wspomnień, tak wiele nas łączy..."
Nie spaliśmy tamtej nocy wcale.
Postanowiliśmy spróbować.
Byliśmy jednocześnie szczęśliwi, sami zaskoczeni tym pomysłem i pełni obaw. Obaw o to, że możemy wcale nie sprawdzić się jako partnerzy.
Do rana leżeliśmy w łóżku, wtuleni w siebie, całując się i rozmawiając o tym co nas czeka, co może nam się udać, a co nie.
Pierwszy raz w życiu odbyłam tak szczerą i otwartą rozmowę na temat uczuć. Bez stresu, wstydu, jakichś niepotrzebnych zahamowań, bez udawania.

Co było dalej?
To już właściwie na bieżąco opisywałam.
Każdy dzień razem spędzony, utwierdzał i utwierdza nas nadal w przekonaniu, że podjęliśmy dobrą decyzję.

Na dzień dzisiejszy: jestem umówiona na próbny tydzień pracy w pewnej firmie. Jeśli się sprawdzę, myślę, że do maja uda mi się wrócić z Sebciem do Wałbrzycha.
Chcemy kupić razem mieszkanie i zamieszkać w nim we trójkę.
Chcemy mieć też jeszcze jedno, wspólne dziecko...i to chyba całkiem niedługo.
Rozmawiamy o Ślubie, który najprawdopodobniej weźmiemy.
Mamy masę planów, których jesteśmy pewni.

Uwielbiamy być ze sobą. Wiecznie nie możemy się nagadać, tak wiele wciąż mamy tematów.
Spędzamy czas rodzinnie i obojgu nam sprawia to satysfakcję.

Kochamy się.
Jesteśmy szczęśliwi.


Chciałam o tym wszystkim napisać jakoś piękniej, ale ta historia sama w sobie jest tak dziwna, że już chyba nawet nie ma potrzeby jej ulepszać w żaden sposób.
Poza tym od miesiąca mój Świat stoi na głowie, a ja staram się jakoś utrzymać w nim pion,co zdecydowanie nie sprzyja pisarskiej wenie.

W ciągu tego miesiąca przeżyłam tyle wspaniałych, wyjątkowych chwil, które powinnam na bieżąco opisywać, aby pozostał gdzieś po nich ślad... Wątpię, że uda mi się to jeszcze nadrobić.

Otrzymaliśmy również od całego naszego otoczenia,naszych Rodzin, przyjaciół, znajomych, tak wiele wsparcia, że sami jesteśmy zaskoczeni. Wszyscy zareagowali na tę sytuację niezwykle pozytywnie! Bliscy nam kibicują, cieszą się razem z nami... Jest to dla nas szalenie ważne,dodaje siły i wiary w to, że robimy dobrze.

Po 12 latach spotkaliśmy się na jakimś rozstaju dróg. Ja przyszłam z jednej strony, on przywędrował może nawet z tej samej, ale do tej pory szedł równoległą trasą.
Złapaliśmy się za ręce, wzięliśmy ze sobą Sebastiana i teraz idziemy już dalej razem. W jednym kierunku, jedną drogą.
Spełniają się nasze marzenia, rodzą się w nas kolejne - wspólne.
Jest naprawdę pięknie.

Jestem szczęśliwsza niż kiedykolwiek. Każdego dnia dziękuję za to Losowi.
Życie jednak przygotowało dla nas wspaniały scenariusz.
Musieliśmy tylko oboje do niego dojrzeć, wiele doświadczyć,aby nauczyć się go doceniać... i poczekać cierpliwie aby zaczął się realizować.



Taka z nas Rodzinka: Mio&Maja&Seb , czyli w skrócie M&M'S :)


czwartek, 13 lutego 2014

poniedziałek, 10 lutego 2014

Mały smuteczek

Niedzielny wieczór.
w pokoju półmrok, oglądamy z Becim Minimini+.
Kończą się bajki i Rybka Minimini idzie spać.
Tulę Maluszka mojego, leżymy na kanapie pod kocem. Jest ciepło, miło i sennie...ale jego buzia robi się nagle bardzo smutna.
"Dlaczego tak posmutniałeś,Synku?"

Ustka wyginają się pomału w coraz większą podkówkę...

Nie widziałam jeszcze nigdy swojego dziecka tak smutnego.

Nagle wybucha płaczem, łezki ciurkiem płyną po policzkach.

"Heeej, Kochanie! Co się stało dlaczego płaczesz?Boli Cię coś?"
Tulę, głaszczę, całuję...
"Baba, Dziadzia..."-łka przez łzy....

Tęskni.
Mój mały Synek tęskni aż do łez.
Popłakałam się razem z nim.

Czas wracać.

Naprawdę już czas na nas.

niedziela, 9 lutego 2014

Miłość

Bolesne kilka dni osobno przed nami.
Miniony tydzien to bajka. Najpiękniejsza.
Poczułam,że zaczynamy tworzyć coś wyjątkowego...
Rodzinę.
Coś, o czym wszyscy troje marzymy (myślę, że Beciemu potrzebne to najmocniej,choć może in sam nie wie,że o tym marzy).

Wczoraj rano M. zaspany wyszeptał:
"Wiem,że może za szybko to powiem,ale...Kocham Cię"

Wyznanie postawione na fundamencie naszej dwunastoletniej przyjaźni.
Słowa tak pewne i tak świadome...
Uczucia sprawdzone.
Dwa wyrazy zawierające w sobie wzajemny szacunek, zaufanie, zrozumienie...ale też tak wiele nowych emocji, których wcześniej między nami nie było.
Nie boimy się już niczego.
Jest Miłość.

Kocha mnie.
Ja kocham Go.

Tyle lat czekałam...

Warto było.

Tęsknię dzisiaj.
Ale w głowie dźwięczy mi wciąż to wyznanie.
Piękniejsze,prawdziwsze i dojrzalsze niż kiedykolwiek wcześniej.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Troche luzu

Siedzimy w W-chu. Tydzien zwolnienia, bo Miniu zaziębiony.
W wolnym czasie, pławimy sie w morzu Miłości i "rodzinnego"życia.
Nie mam komputera, więc szczegóły po powrocie do rzeczywistości....chociaż jak dla mnie,mogłoby to nigdy nie nastąpić.
<3

czwartek, 30 stycznia 2014

Machina w ruch

Żeby nie było za różowo...
Wczoraj wieczorem odebrałam telefon od Ojca mojego Dziecka.
Pierwszy od kilku miesięcy.
Co skłania J. do odezwania się do mnie?
Odebranie pozwu.
To już dobra wiadomość. Pozew doręczony, więc sprawa ruszy na 100%. Jednocześnie jest to też potwierdzenie adresu.

Oczywiście, ten idiota próbował najpierw prośbą, potem groźbą zmusić mnie do wycofania się z sądu.
Obiecał podpisać umowę notarialną, dogadać się, przylecieć.

O nie! nie! Już ze mną te numery nie przejdą.
3 lata czekałam.
3 lata dawałam mu szansę, żeby zrobił to dobrowolnie, wysyłałam pisma, prosiłam, dzwoniłam. I nic.
Powiedziałam, że nie wierzę już w ani jedno jego słowo. Że dawno stracił moje zaufanie i nie mam najmniejszej podstawy, aby teraz wierzyć w jego obietnice.

Wściekł się.
W takim razie on będzie mi utrudniał. Weźmie adwokata, sprawa będzie się ciągnęła latami, będzie walczył o prawa do dziecka?

O jakie, k***a prawa???
Jakie prawa może mieć ktoś, kto nigdy dziecka na oczy nie widział, nigdy o nie nie zapytał i gdybym go nie używała, nawet nie znałby imienia własnego syna.
O jakich mówimy prawach?

Poczuł, że nie ustąpię i że już nie ma na mnie takiego wpływu jak kiedyś.
Wściekł się jeszcze bardziej.
I padło zdanie na które czekałam "skąd ja mam wiedzieć, że to w ogóle moje dziecko?"
Fuck....gdyby stał na przeciwko mnie, nie powstrzymałabym się.
Oczami wyobraźni widziałam własną pięść lądującą z całą siłą na tej fałszywej twarzy...

"Jeśli masz wątpliwości, możesz wykonać test DNA, który sam opłacisz. Nie ma sprawy"

Mnie samą zaskoczył własny spokój.
"Przykro mi , ale nie dogadamy się. Nie wycofam pozwu. Musisz zrozumieć, dla mnie to jest zabezpieczenie. Więc przyjedź na rozprawę i załatwmy to raz na zawsze. Rozejdźmy się w spokoju i nie chcę Cię więcej widzieć, poza Twoim nazwiskiem przy wpłatach na konto"

Dalej jednak uważa, że mnie przekona.
W takim razie wyśle jakiegoś maila, do notariusza pójdzie, do konsulatu....

A tyle czasu o to prosiłam.
Proponowałam, żebyśmy to zrobili, kiedy będę w Anglii.

"Nic z tego - możesz przyjechać, spotkamy się u mojego adwokata, możemy negocjować jedynie wysokość alimentów"
"Nie przyjadę! Biorę prawnika!"
"W porządku, jak wolisz."

Z jednej strony czułam rosnące ciśnienie i palącą twarz.
Z drugiej wewnętrzny spokój.

"Nie jestem sama. Mam wsparcie. Zamkniemy to i mogę budować nowy rozdział mojego życia. Nie jestem sama."

Nie pamiętam nawet z tych emocji na czym stanęło.
Chyba on na swoim, ja na swoim.

Ja dumna z tego jak przeprowadziłam tą rozmowę.
Dumna z woli walki.
Dumna, że jestem Matką - Fighterką, że odrzucam sentymenty, że poświęcę wszystko w imię dobra mojego Dziecka.
Nie dałam się wyprowadzić z równowagi, przekonać, zastraszyć.
Twardo stoję przy swoim.
Mam obok wsparcie.
Rodziny, przyjaciół, Jego.

Czuję się gotowa i silna na każdą walkę.

wtorek, 28 stycznia 2014

Szaleństwo Panny M.

Proszę o wybaczenie!
Obiecuję poprawę.
Wiem, że zaniedbałam blogowanie.
I pisanie i czytanie i komentowanie.
Tak wiele się ostatnio wydarzyło, że kompletnie nie miałam nawet spokojnej chwili, aby usiąść, przemyśleć wszystko i opisać.
Teraz siedzę sobie w fotelu, w kubku paruje herbata z sokiem różanym, Moje Chłopaki (!!!) są  w Wałbrzychu, a ja mam wreszcie moment tylko dla siebie.

Niestety, muszę rozczarować od razu wszystkich ciekawych - w dalszym ciągu nie zdradzę tajemnicy. Myślę, że uda mi się to zrobić do końca lutego.

Mogę natomiast zdradzić jak się czuję....
Jest takie modne ostatnio określenie: Rzygam tęczą!
To o mnie! :)

Jestem szczęśliwa. 

Ale to tak niesamowicie, że czasem zastanawiam się, czy to wszystko dzieje się naprawdę.
Historia jest niezwykle skomplikowana, długa, dziwna...niemożliwa do uwierzenia.
Jest też pełna obaw...
strachu, że za wcześnie
za szybko
zbyt mocno.

Walczymy z tym, ale jakoś bezskutecznie.
Wszystko dzieje się jakby poza nami, strach i napięcie powoli ustępują, niepewność zamienia się w przekonanie, że jednak się nie mylimy. Że to wszystko idzie w takim kierunku, w jakim powinno.

Schudłam 3kg...zapominam jeść z tej euforii...i ciągle coś mi "lata" w brzuchu. 

Źrenice mam okrągłe i błyszczące, jakbym codziennie rano częstowała się porcyjką kokainy.

I głupawo uśmiecham się do siebie pod nosem na różne, krążące mi po głowie myśli.

Oczy zachodzą mi łzami, a serce topnieje kiedy patrzę jak Sebcio wsuwa małą rączkę, w Jego dużą i tak sobie idą razem. Jak On poprawia małą czapkę, jak sznuruje małe buciki. Jak ciągnie sanki, ogląda z Becim koparki na YT...Jak wspólnie ucinają sobie poobiednią drzemkę.
Patrzyłam na to przez ostatnie dni i czułam, jakby jedno za drugim, spełniały się moje marzenia.

Przeżyłam swój wyśniony poranek, kiedy razem z Nim leżeliśmy w łożku przytuleni, ledwo przebudzeni, a do sypialni wpadł Beci, również świeżo wybudzony, rozczochrany...i z takim uroczym poranno-dziecięcym uśmiechem wskoczył do łóżka, wpakował się pomiędzy nas, a później we trójkę się wygłupialiśmy, zaśmiewając się do rozpuku.
I Jego słowa wtedy "Tak fajnie, rodzinnie jest!"

Naprawdę jest pięknie.
Tak cudnie, że nawet jeśli to jest tylko na chwilę, jeśli coś się zmieni, nie uda się, jeśli jednak to był tylko akt desperacji, lizanie ran, strach przed samotnością...to jednak warto.
Warto to wszystko teraz przeżywać.
I doceniać...a po tylu latach, gdy tego wszystkiego tak mocno mi brakowało, doceniam naprawdę, całym sercem wszystko, co aktualnie Nas spotyka.

I wierzę, że jednak dalej tak będzie. Że spotkaliśmy się na jakimś skrzyżowaniu, czy rozstajach po to,abyśmy dalej mogli sobie razem iść w tą samą stronę.

W poniedziałek miałam rozmowę kwalifikacyjną.
Do końca tygodnia mam otrzymać odpowiedź co dalej.
Jeśli dostanę tę pracę, będziemy musieli wyprowadzić się z ZG w ciągu miesiąca.
A CV wysłałam z przypadku. Przeglądając z ciekawości ogłoszenia, natknęłam się na to jedno. Uznałam - a co mi szkodzi wysłać....pierwszy raz w życiu oddzwoniono do mnie po dwóch godzinach, z zaproszeniem na rozmowę za 4 dni.
Nie jestem w 100% zadowolona z jej przebiegu, natomiast wierzę w swoje umiejętności i doświadczenie i mam nadzieję, że udało mi się to przekazać.
Chociaż tak w głębi sama nie wiem, czy jestem już na to gotowa.
To wszystko tak nagle...

Choć jeśli spojrzeć na to z drugiej strony, to wcale nie aż tak nagle... Ale o tym powiem w lutym i wtedy wszystko stanie się jaśniejsze.

Teraz wszystko w rękach Losu.

I jeszcze wiele nieodkrytego przed nami, co bardzo nas ekscytuje i cieszy.

Wiedziałam, że nadejdzie moment przełomu w moim życiu.
Ale czegoś tak niesamowitego, w najśmielszych marzeniach sobie nie wyobrażałam.
Cokolwiek o tym zadecydowało - jestem wdzięczna.

Szczęśliwa M.

wtorek, 21 stycznia 2014

Moje przyjaciółki - blogerki :)

Haha Kobity moje... rozbawiły mnie Wasze komentarze :)
I rozczuliły w ogóle...urocze jesteście wszystkie :* :* :*
Obiecuję Wam, że wszystko napiszę i opowiem!
Ale w swoim czasie.
Nie mogę na razie.
Bo to wszystko tajemnica.
W dodatku w powijakach.
Dajmy się rozwinąć sytuacji.
Jedno Wam zdradzę, tak jak niektóre z Was się domyśliły - chodzi o Miłość.
Zupełnie niespodziewaną.
Ale jak już będę mogła się dzielić, kiedy już będziemy pewni, że się nie pomyliliśmy.
To Wam obiecuję, że dostaniecie historię na miarę dobrego filmu ;)
Musi Wam to wystarczyć, póki co.

Dziękuję za Waszą obecność. Naprawdę z każdym komentarzem pod poprzednim postem miód płynął na moje zdziwione, skołatane serce :)

niedziela, 19 stycznia 2014

:-)


To był bardzo dziwny weekend.
I chyba nic już nie bedzie takie samo.
Po raz drugi w życiu wypełnia mnie mieszanina zdziwienia, szczęścia i strachu jednocześnie...
I nie-tym razem to nie jest ciąża z zaskoczenia :-)
Teraz trzeba czasu...  i woli walki.
I chyba będzie dobrze.
Może tak dobrze,że nigdy bym nie przypuszczała :-)
Nie do wiary....

piątek, 17 stycznia 2014

O tym jak Matka sprzęt kupowała...

Matka sprawiła sobie prezent.
Jak na możliwości domowego budżetu, prezent dość kosztowny.
Z pewnością znalazłoby się wiele bardziej potrzebnych rzeczy, niż on.
Więc radosne podekscytowanie towarzyszące matce przez dzień cały, przed udaniem się do sklepu, zamieniło się w gryzący wyrzut sumienia.
Bo okazało się, że do zakupu potrzebna torba jeszcze.
A przy małym fanie elektroniki, jakim niezaprzeczalnie jest Sebastian (obawiam się, że jest wręcz uzależniony i naprawdę nie wiem co znowu zrobiłam źle), dobrze by było wykupić dodatkową gwarancję z ubezpieczeniem.
Wszystko to razem, opiewało już na taką sumkę, którą z wielkim bólem serca należałoby jednorazowo wyłożyć, więc się matka zdecydowała na raty.
Pierwszy i ostatni raz.
Na sam koniec, tzn już przy podpisywaniu umowy kredytowej, okazało się, że raty, to może i owszem są 0%, ale zabezpieczenie kredytu, jest obowiązkowe i kosztuje.
Na każdym kroku nabijanie klienta w butelkę!
Pani od rat oczywiście pominęła ten drobny szczegół, kiedy Matka o warunki wypytywała.
Na temat Pani, osobny akapit.
W każdym bądź razie, Matka nauczkę ma.
Skoro kasa na koncie oszczędnościowym była na ten cel, to należało z nią przyjść do sklepu i tyle.
Ostatecznie i tak spłacić trzeba będzie wcześniej, bo inaczej się nie kalkuluje zupełnie ten interes.

I tak to własnie z radosnego zakupu zrobił się wyrzut sumienia.
Wyrzut nieco się przytłumił, kiedy wreszcie matka w domu zasiadła i cacuszko swoje wyjęła z pudełka.
Prezent ten, uznajmy że urodzinowy spóźniony, ode mnie dla siebie, to nowy aparat fotograficzny.
Nic specjalnego właściwie. Żadna lustrzanka. Taki sobie cyfrowy kompaktowy, może z nieco wyższej półki.
Miał być urodzinowy wyjazd, ale nie wypalił.
Miał być nowy tatuaż, ale ostatnimi czasy pałam niechęcią do ciała własnego, więc ochota na tatuaże przeszła.
Postanowiłam więc, że nowy aparat, to jest to, co sprawi mi przyjemność.
I póki Mini jest mały i ładny, to chcę robić mu zdjęcia.
Uwielbiam wieczorem sobie usiąść i przeglądać pliki, albo albumy. I wielką radość mi sprawia, kiedy okazuje się, że fotkę udało się zrobić naprawdę ładnie.
Tak więc teraz trochę treningu i myślę, że już wkrótce będę mogła powrzucać tutaj coś przyjemnego dla oka :)

Wracając jednak do samych zakupów...
Wiem, że obciach być w sklepie "klientem-turystą", ale postanawiam , że własnie takim klientem będę od dziś!
Od dawna robię większość zakupów przez internet, jednak w pracy tak mnie jakoś nastawili, że sprzęt,to w sklepie lepiej, bo wytłumaczą, pokażą, bo gwarancja i raty, bo odsyłać nie trzeba w razie problemów...
Udałam się więc do sieci z Euro w nazwie.
Jakieś 10 minut trwało, zanim ktoś zauważył, że stoję przed tym jednym aparatem i oglądam. Aparaty do prądu podłączone nie są, więc ile czasu można się przyglądać obudowie??
Ale ok...czasem oglądam i nie chcę kupić, a wtedy się stresuję, kiedy w minutę pojawia się przy mnie sprzedawca i muszę mu wytłumaczyć, że na razie tylko się orientuję.
Pan chyba w aparatach niewiele mocniej zorientowany niż ja. Na szczęście wybór swój skonsultowałam i omówiłam szeroko na FB, więc wiedziałam co chcę i dlaczego.
Pan zaproponował torbę. Ok, musi być, o sprzęt trzeba dbać. Torba 99zł...o nie, mój drogi...za 99zł, to ja dla siebie torebek nie kupuję nawet.
Pan znalazł jeszcze za 79.
Ostatecznie sama sobie znalazłam za 50...

Następnie musiałam udać się do Pani od rat.
Pani młodsza ode mnie.
Pytania spod nosa zadaje... muszę się wysilić żeby zrozumieć.
Ale Sebastianowi daje kartkę i pisaki, żeby się zajął... on jednak za chwilę dostrzegł laptopy na ekspozycji i to zajęło go do tego stopnia, że w ogóle ze sklepu nie chciał wyjść.
Tak jak wspominałam, Pani "zapomniała" uprzedzić mnie o zabezpieczeniu kredytu.
Na większość moich pytań odpowiadała jednym zdaniem: "tutaj daję Pani wszystko,to sobie Pani doczyta".
Doczytałam w domu, i owszem....i zadowolona nie jestem do końca!
Ale to wszystko to nic.
Bo najbardziej rażące w tym wszystkim, były Pani komentarze.
Pani komentowała pod nosem i Pana , który mnie obsługiwał: "Jezu! Jaki on jest zakręcony"; "Dobra, idź mi stąd!", jak i pozostałych klientów: "No przecież widzą, że rozmawiam z klientką o ratach"; "Skoro się spieszysz, to po co przychodzisz do sklepu?" (??!!); "Boże! Co za upierdliwa baba!...eee nie mówię o Pani, oczywiście".
"No fajnie, teraz o mnie nie mówisz, ale równie dobrze, ja mogłam stać tam i chcieć za swój sprzęt zapłacić szybko gotówką"
To sobie oczywiście pomyślałam, bo już w tym całym zamieszaniu nie miałam siły w dyskusję się wdawać. Zawsze się waleczna robię, jak już mi emocje opadną i na chłodno przemyślę sytuację...
Tak na marginesie , to chyba coś tu jest nie tak, że klienci płacący gotówką muszą czekać cierpliwie i się nie odzywać i o nic nie pytać, bo dwoje kasjerów zajmuje się klientami ratalnymi....
Ze sklepu wyszłam z ulgą, że to już koniec...i z bardzo nieprzyjemnymi wrażeniami.

Czytałam ostatnio w Newsweeku artykuł poruszający kwestię "showroomingu" - czyli chodzenia do sklepu w celu pooglądania.
Niech się właściciele sieci zżymają na to, ale jeśli zapewniają kupującemu obsługę na takim poziomie, to nie ma czemu się dziwić.
Przez internet taniej i przyjemniej.
I naprawdę, wiem dobrze jak to jest pracować w bezpośredniej obsłudze...ludzie faktycznie bywają upierdliwi niejednokrotnie...Znam te myśli, że tak gówniane pieniądze nie są warte silenia się na bycie uprzejmym i znoszenia czyichś fochów.
Ale takie komentowanie wszystkich do klienta, to już naprawdę jest chamstwo.

I w ten własnie sposób, radość moja została przyćmiona kiepskimi odczuciami wspomaganymi dodatkowo wyrzutami sumienia, że taka rozrzutna jestem.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że udane zdjęcia i frajda z ich robienia, wszystko zrekompensują i okażą się warte tych przeżyć oraz wydanej egoistycznie, na przyjemność własną, kasy ;)

czwartek, 9 stycznia 2014

Dzień jak co dzień...

Popołudnie jakich wiele... nawet nie zawsze chce mi się je opisywać. Ale wierzcie mi, że to wcale nic bardzo wyjątkowego...

15:30 wychodzę z pracy na pocztę

15:40 robię ekspresowe zakupy

15:50 jadę do żłobka po Sebcia

16:05 usiłuję zaparkować pod żłobkiem. Nie ma miejsca. Ustawiam się pod rozdzielnią na kopercie...przecież tylko na 3 minutki - już wysiadam, a w moją stronę jedzie auto pogotowia energetycznego. Na pewno pod rozdzielnię! Odjeżdżam na drugi koniec ulicy i staję na parkingu. Przechodzę koło rozdzielni...wcale tam nie stanęli. Pojechali dalej.

16:15 dzwoni telefon, właśnie kiedy usiłuję zapakować Sebę do auta. To Tato pogadać o ofercie z T-mobile. Oddzwonię, jak będę mogła gadać.

16:35 parkuję pod bankiem, muszę dopytać o zmiany na koncie firmowym. Seba usnął w aucie. Niosę go...lekki nie jest. Wybudza się w banku

16:40 - 17:00 rozmawiamy z Panią z Banku. Całe szczęście, że to "Wyższa kultura bankowości" i Pani jest wyrozumiała, ponieważ po 5 minutach Seba jest już znudzony kostką edukacyjną, po 10 kostką i drobiazgami z biurka Pani, po 15 moim portfelem...usiłując uciszyć jego jęki i płacze, wyłapuję tylko co drugą informację na temat kont...obiecuję Pani, że przemyślę i wrócę. Wszytko w akompaniamencie dzwoniącego jeszcze 3 razy Taty.  Zabieram ulotki, zbieram Seby bałagan i nagle słyszę...

17:00 "Mama sisi!" "Eeee od kiedy on woła sisi poza domem i bez przypominania...?"....ano od wtedy, gdy ma krzywo ubraną pieluchę i całe sisi pozostawia ją totalnie suchą, zamaczając tym samym body, rajstopki i spodnie po same kostki.

17:05 dobiegam do auta z Sebą na rękach - przecież zmarznąć nie może. Siłuję się z nim podczas zapinania w foteliku...trudno mu się dziwić, skoro go zmuszam do siadania w totalnie mokrych ciuchach. Znów słyszę dzwonek telefonu...na szczęście rozładowuje się bateria.

17:15 wysiadamy z samochodu. Wypuszczam Sebę, stawiam na trawniku, sięgam po torbę z zakupami i torebkę. Beci wściekły dostrzega kałużę, nim zdążam zareagować, stoi w niej po same kolana. Na dnie jest miękkie błoto, nogi mu się zapadają, traci równowagę....i siada.

17:15:30 Zastanawiam się, czy mogę uciec na koniec świata?

W domu rozbieram go z mokrych: butów, rajstop, spodni, bodziaków i kurtki. Suchą ma za to pieluszkę....

Porzucam to wszystko na środku przedpokoju, szybko wycieram dziecię i ubieram, żeby nie zmarzło...
"Mama leluś! Mamaaaa leluuuśś! Maaaaamaaaaaa!!!!!!!!!"
Serek chce.
Ok! Przekładam serek do kubeczka, Głodomor w tym czasie wybiera sobie łyżeczkę, wysypując zawartość z jego kuchennymi akcesoriami na środek podłogi w kuchni.  Sadzam go w foteliku. Wsuwa "leluś". Chwila spokoju.
Grzeję szybko zupę dla siebie.
Siadam, oddycham głęboko, wiosłuję w tempie barszcz (Mamusiu! dziękuję za słoiki!!!To moje zbawienie!) .
Pukanie do drzwi!
Ja j****!
To sąsiad...skory do żartów, więc pytanie, czy mam pożyczyć foremki do muffinek zadaje mi przez około 1,5 minuty...aż wreszcie jego żona zniecierpliwiona sama zagląda o to zapytać.
Ogarnia pełnym politowania wzrokiem moją minę, ubrudzonego "lelusiem" Sebę, niedojedzoną zupę, oraz pokrywającą podłogę, mieszaninę mokrych ciuchów oraz dziecięcych plastikowych łyżeczek.
Opowiadam jej przebieg zdarzeń, gorączkowo poszukując we wszystkich szafkach tych foremek. Na pewno schowałam je przed Sebą...tylko gdzie? No są...tam, gdzie sprawdzałam na samym początku oczywiście.
Sąsiadka zabiera foremki... i Sebastiana też zabiera..."dojedz obiad i przyjdź".

Wdzięczność moja nie zna granic.

Potem było już lepiej....pomijając fakt, że muffinki były tak pachnące i apetyczne, że skusiłam się na jedną! A przecież na diecie jestem... ;)

środa, 8 stycznia 2014

Wsparcie

Muszę wesprzeć Przyjaciela.
W mega trudnej sytuacji.
W takiej emocjonalnej kaszanie, że aż brak słów, żeby to nazwać.
I nie wiem jak?...
Pierwszy raz czuję się jakbym stąpała w tej kwestii po kruchym lodzie.
Strasznie chcę pomóc, a nawet nie wiem jakie dobierać słowa!

A poza tym, to wszystko jest nie fair!
Nie tak miało być!
I przeczucia miały mnie mylić. A nie myliły...dziwne, że jakoś wobec samej siebie zawsze mam mylne przeczucia.

A może gdybyśmy wtedy....
...może by się to nie wydarzyło?
ani tamto?

Dziwne, że ekspresowe decyzje mogą mocno zaważyć na naszym życiu.
I to, co kilka lat temu wydawało się najlepszym wyjściem i wydawało się, że klamka zapadła i jest ok, dzisiaj można by poddać wątpliwości. Bo może by nas to uchroniło od późniejszych cierpień?
Dziwny ten Świat...

Zamieniam się więc w zdalne pogotowie ratunkowe. Bo póki co, muszę wspierać zdalnie.
A za półtora tygodnia na głowie stanę, żeby pomóc wyprostować...jeśli nie całą sytuację, to chociaż sposób jej postrzegania.
Winna to jestem, za miesiące służenia rękawem do ocierania łez nad własnym złamanym sercem.


wtorek, 7 stycznia 2014

Felicytologia po raz kolejny.

Muszę przyznać, że zaskoczyły mnie komentarze pod poprzednimi postami.
Okazało się, że jestem niemożliwą optymistką...w dodatku jeszcze zarażającą innych pozytywnym myśleniem!
Aż wierzyć mi się nie chce, że ktoś może mnie tak odbierać... ale cieszy mnie to niezmiernie.
Zwłaszcza, że przyznam szczerze - taka postawa, to efekt ciężkiej pracy nad sobą.
Tak tak - można zmienić własne myślenie.
Mało tego...okazuje się, że łatwiej zmienić swoje myślenie i przeobrazić się z chodzącej depresji w uśmiechniętą wyznawczynię holistycznej filozofii szczęścia...niż z wiecznej pyzy w kobietę normalnej budowy...żeby już nie mówić o jakiejś szczupłości :P
Chociaż akurat w moim przypadku jest tak, że Szczęście = Jedzenie, więc siłą rzeczy nie mogłam przejść obu przemian.
Coś za coś :P

Człowiek jest wstanie nauczyć się podchodzić do życia w inny sposób.
Żałuję tylko,że nie mogę zapisać tutaj nikomu recepty, jak do tego dojść.

W liceum byłam strasznym smutasem.
Już to kiedyś pisałam... wiecznie nieszczęśliwa. Bo zawsze nieszczęśliwie zakochana.
Słuchałam dołujących piosenek Smashing Pumpkins i pisałam baaardzo smutne pamiętniki. Miałam miliard kompleksów, kłopoty z nauką w najlepszym LO w mieście...zawsze czułam się gorsza od innych.
Zmiana szkoły trochę pomogła.
Potem studia, na których mi nie wyszło... ale wtedy miałam już większą pewność siebie.
Na drugich studiach, a dokładniej na egzaminach wstępnych, poznałam M.
Tą M.z którą spędziłam właśnie Sylwestra tydzień temu :)
Zaprzyjaźniłyśmy się od razu.
Wiele nas łączyło, chociaż i wiele dzieliło. Ale przemieszkałyśmy razem 5 lat.
I w tym czasie bardzo dużo nauczyłyśmy się od siebie wzajemnie.
Między innymi nowego podejścia do życia:
ona dzięki mnie, zrozumiała, że nie można wszystkiego traktować zbyt lekko (to tak ogólnikowo rzecz ujmując).
Ja dzięki niej, że nie trzeba do wszystkiego nastawiać się negatywnie.

Największy przewrót nastąpił w dniu pierwszego egzaminu.
Uczyłyśmy się razem, umiałyśmy tak samo mało - egzamin był z filozofii i za nic nam to nie chciało do głów wejść...poza tym miałyśmy ważniejsze sprawy - gdzie iść na imprezę na przykład :)
M. poszła na egzamin z myślą , że się uda i zda.
Ja, że na bank nie zdam.
Zgadniecie jakie wyniki?
Każda miała dokładnie to, na co się nastawiła.
Ja w lutym zakuwałam na poprawkę.
A M. latała po baletach :P
Wytłumaczyła mi wtedy, że to wszystko wina mojego nastawienia. Że ona wierzy w to, iż kiedy się myśli pozytywnie, to przyciąga się dobre zdarzenia. A kiedy ja non stop sobie powtarzam, że coś nie wypali...to tak się własnie dzieje.
Nie pozostało mi wtedy nic innego, jak spróbować jej filozofii.
Sprawdziła się.
Na poprawce.
Na innych egzaminach.
W związkach z facetami.
W sprawach rodzinnych.
Raz nawet w odchudzaniu się sprawdziła - ale wtedy M. była również moją trenerką i motywatorem.... efekty były takie, że ostatnio koleżanka z pracy, którą znam od 2 lat nie poznała mnie na zdjęciach z tamtego okresu (ale obciach tak btw!). Takie cuda razem z M. zrobiłyśmy! Naszą wiarą, dobrym podejściem i pozytywnym myśleniem.
W tym roku podarowałam M. kalendarz Ewy Chodakowskiej...z dedykacją, że dla mnie Chodakowska, jej nie przebije nigdy :) Była pierwszą osobą, którą znałam z taką pasją do sportu i zarażaniem pozytywnym myśleniem.

Nie zawsze było łatwo utrzymywać w sobie przekonanie, że będzie dobrze.
Często sytuacja mnie przerastała.
Czasem nie miałam już siły sama siebie przekonywać.
Wierzyłam, że będzie ok, a było źle.
Jednak zawsze ostatecznie dochodziłam do wniosku, że przecież nastawianie się na najgorsze i negatywne podejście, mogą zmienić wszystko na jeszcze gorsze.
Że taka zrezygnowana i smutna, czuję się ze wszystkim już zupełnie fatalnie.
I że tak naprawdę, nic mi już nie pozostaje poza wiarą i nadzieją, że przyjdą lepsze dni.
I zawsze przychodzą.

Teraz, kiedy chandra mnie dopada, pozwalam sobie na dni...a nawet tygodnie (niestety) spędzone w smętach,bo przyznać muszę, że im problemy poważniejsze, tym trudniej myśleć dobrze. Ale jak już się wysmucę, wypłaczę i wymarudzę, przypominam sobie podejście M. Czasem wracam też do książki "Sekret" i nastawiam się na zmianę myślenia.
Lubię mieć kontrolę nad własnym umysłem.
Tak samo, jak lubię się cieszyć, uśmiechać, chichotać do łez i bólu brzucha, lubię czuć się szczęśliwa. Kocham rozejrzeć się dookoła i pomyśleć "Ale jest ZAJEBIŚCIE!".
Dużo lepiej się z tym czuję, niż z każdym innym spojrzeniem na Świat.
I niesamowicie cieszy mnie świadomość, że to widać :D

piątek, 3 stycznia 2014

Co to był za rok?

Zawsze robiłam podsumowania.
W tym roku trochę się bałam.
Bo to nie tylko zwykły sobie Koniec Roku.
To jeszcze koniec jakiegoś etapu w moim życiu.
Etapu trzydziestoletniego.

Nie, nie obawiajcie się - nie będę podsumowywać minionych 30 lat :) Zwłaszcza, że nadmiarem sukcesów pochwalić się nie mogę.
Dziełem mojego życia...choć przypadkowym poniekąd, jest oczywiście Sebastian. Moja duma, mój sens, moje szczęście. Jest najważniejszy i jego pojawienie się przysłoniło resztę Świata.

Oprócz tego mam też: kochającą Rodzinę, zdrowie, wspaniałych przyjaciół, tytuł naukowy ze szkoły wyższej, o której niektórzy nadal nigdy nie słyszeli, prawo jazdy, niewychowanego psa, mieszkanie dzięki rodzicom i dziadkom.
I właściwie to chyba wszystko.
Niby niewiele, a jednak tak dużo! Wiem, że nie brakuje ludzi, którzy marzą o 1/4 z tych rzeczy.

Doceniam.
Każdego dnia doceniam i dziękuję.
Czasem zapominam, czasem jestem zbyt smutna, aby się tym cieszyć, ale tak naprawę w głębi duszy rozpiera mnie szczęście, ponieważ w ciągu tych 30 lat, własnie to wszystko otrzymałam w darze od Życia, Losu oraz ludzi, których kocham.


Miniony Rok, w mojej wewnętrznej ocenie uznałam za:
po pierwsze ekspresowy
po drugie niespecjalnie atrakcyjny.
W sensie takim, że nie zapewnił żadnych wybitnych emocji i wzruszeń. Może to i lepiej - wolę tak, niż żeby były to przykre emocje i wzruszenia niewynikające z nadmiaru Szczęścia.

Był to rok pełnej organizacji. Wypracowałam kilka rodzajów trybów dnia, które stosuję, w zależności od sytuacji, jaka akurat panuje w naszym domu. To chyba one sprawiają, że dzień za dniem płynie, a potem tydzień za tygodniem i miesiąc za miesiącem.
Ten skrupulatnie opracowany schemat, przerywany był kilkoma wyjazdami, które warto pamiętać.
Spędziłam więc weekend spa z Przyjaciółką w marcu.
Udane i wyjątkowo pogodne wczasy nad morzem w Pogorzelicy z Mamą i Sebciem.
W sierpniu kilka cudnych dni u A. nad jeziorem.
We wrześniu wycieczka firmowa do Dźwirzyna.
W listopadzie - wyjazdowa babska 30-tka koleżanki ze studiów.
Najważniejszy wyjazd roku - to listopadowy lot do Siostry. Próba sił, z której wyszliśmy jako zwycięzcy. Dowód na to, że damy sobie z Sebciem zawsze radę!
Przy okazji spędziliśmy weekend z A. w Poznaniu.
No i na sam koniec - Urodziny i Sylwester w Gryfinie u M.

W 2013 roku moje Koleżanki rodziły zdrowe dzieciaczki - przywitaliśmy z radością na świecie: Addison, Radzia, Malwinkę i Kalinkę.

Pożegnaliśmy jedynie naszą króliczkę - Zuzię. I przyznam szczerze, że jednak trochę brak mi "klatkowego" zwierzaczka. Zawsze jakiś w naszym domu mieszkał.

Towarzysko było dość spokojnie. Tylko jedna dzika impreza, z której wróciłam w fatalnym stanie. Poza tym raczej spokojne posiadówki.
Tylko jedno wesele - Brata mego - Miśka.
I jedne Chrzciny.
Jedna 40tka
I jedna 30tka - moja...która nie wypaliła. No ale w zamian spędziłam ją z M.i A. i to mnie cieszy, zwłaszcza, że udało nam się w tym roku spotkać dwa razy i wreszcie poznali Sebcia, który miał w tym momencie już prawie 2 latka.
Po kilkunastu latach udało nam się spotkać z A. i także dwa razy!
Zakumplowałam się z sąsiadami.
Odnowiłam też kontakty z koleżankami ze studiów, co bardzo mnie cieszy.

Sprawy sercowe....
no jakby nie patrzeć, były przynajmniej jakieś zarodki.
Klapa z Włochem.
Totalna klapa z W.
"Nawrót depresji gangstera", czyli powrót mojego bzika na punkcie P. Na szczęście bzik został w porę uśpiony, mam nadzieję, że na dłużej.
No i wisienką na torcie był romansik z T.
Przyjemny, lecz niestety krótkotrwały.

Definitywnie porzuciłam wszelkie złudzenia i nadzieje, związane z J. Złożyłam pozew do sądu. Termin rozprawy został wyznaczony na marzec 2014.
Z tym wiąże się jedno z życzeń Noworocznych, jakie sama sobie złożyłam - oby ta sprawa zdążyła zakończyć się w 2014 roku, pomyślnym dla mnie i Sebcia wyrokiem. Oraz bez, idących za tym wszystkim, przykrych konsekwencji.

Rok zakończyłam zmianą kodu.
Szczycę się swoją trójka z przodu ;]
Strasznie to przeżywałam, do momentu, w którym "Brat" określił mnie jako "Gorącą Trzydziestkę".
Od tej pory zaczęłam myśleć o sobie własnie w ten sposób i bardzo dobrze się z tym czuję :D


Ahhhh no i oczywiście zapomniałam o czymś istotnym.
W styczniu 2013 zaczęłam pisać tego bloga :)
I pokochałam to! Po raz pierwszy tworzę bloga, z którego jestem naprawdę zadowolona. Ze zdziwieniem przyglądam się statystykom, z radością czytam wspaniałe komentarze. I jestem dumna z siebie - bo wygląda na to, że się w blogowaniu realizuję :)
Nawiązałam tu kilka interesujących znajomości, które - mam nadzieję - uda się przenieść wkrótce do "reala".

Wszystko to, nie działoby się, gdyby nie mój Kochany dwulatek. Który bardzo się zmienił przez miniony rok - wydoroślał, usamodzielnił się, aktywnie komunikuje się ze wszystkimi.
W obecnym roku czekają go dwie ważne sprawy - obowiązkowe pożegnanie z pampersami oraz debiut w przedszkolu.

Co mnie czeka? Poza procesem sądowym?
Tego nie wiem.
Więcej postanowień - poza tymi dotyczącymi własnego samopoczucia, nie podejmuję.
"Niech się dzieje wola Nieba..."

Witaj Nowy Roku!
Bądź dla nas łaskawy, proszę :)

czwartek, 2 stycznia 2014

Świętowanie

Czuję się jak słonica!!!!
Koniec!
Naprawdę koniec chociaż na kilka tygodni: z alkoholem oraz życiem dla jedzenia.
Czas zacząć jeść, żeby żyć, pić herbatkę z pokrzywy i wrócić do wchodzenia po schodach na 8 piętro.
Więcej ambitnych postanowień nie czynię, bo i tak z tymi dwoma będzie ciężko :P
Ale one w sumie postanowiły się same. Po prostu naprawdę czuję się we własnym ciele fatalnie. I nie chodzi o to , co w lustrze widzę, bo tam nigdy szału nie było.
Jest mi ciężko jak nigdy w życiu i po raz pierwszy naprawdę nie mam nawet ochoty na żadne jedzenie.
To znaczy, że jest naprawdę źle :P

Mimo tego, czas świąteczno-urodzinowo-noworoczny oceniam jako całkiem udany. Wyłączając kilka kłótni z mamą, kilka smutków i tęsknot oraz kilka rozczarowań.
Ogólnie jednak pozytywnie.
Spędzaliśmy czas z towarzystwem, które lubimy.
Były rozmowy poważne i mniej poważne.
Były rozgrywki w "Kolejkę" (dostałam w prezencie urodzinowym - polecam!) i czas na jakąś formę odpoczynku....chociaż nie powiem, żebym się czuła wielce wypoczęta ;)

Sebastian wreszcie nauczył się nazywać samego siebie.
To skomplikowane imię, jakie mu wybrałam, zdrobnił sobie do "Beci", co momentalnie się przyjęło i weszło w użycie.
Oprócz tego, tak jak pisałam wcześniej, przykleił się do mnie do tego stopnia, że gdy wyjeżdżałam z W-cha w niedzielę, zostawiając go tam, miałam obawy, czy nie będę musiała po niego zawrócić.
Na szczęście zniósł to dzielniej, niż się spodziewaliśmy wszyscy.
Rodzice wprowadzili mu unormowany tryb dnia, dbają o to , aby załatwiał się na nocnik (albo na toalecie, na którą zakupili mu specjalną nakładkę) i nawet widać postępy w tej materii.
Oprócz tego napatrzył się na wiecznie znerwicowaną moją mamuśkę, która co najmniej kilka razy dziennie wydziera się na mojego biednego ojca... no i dziecię zaczęło mi pyskować! :P Ma szczęście, że po swojemu, bo nic nie rozumiem, co takiego ma mi do wykrzyczenia :P
Sylwestra spędził z Dziadkami i ciotkami. Przespał północ, za to o 1:30 pojawił się niespodziewanie w drzwiach salonu, wykrzykując radośnie "Cieeeeść!". Udało się go jednak przekonać, że musi pospać trochę dłużej.
Jutro po niego jadę i bardzo mnie to cieszy, bo już stęskniona ze mnie Mama :) Chociaż wyjeżdżałam z ulgą, że chwilę od siebie odpoczniemy  :P Ale ta chwila już za długa się robi :)
A wiele się działo od wyjazdu mojego.

Spontanicznie odbyła się mała parapetówka u A. i T. Mają piękne, nowe, wielkie mieszkanie, które będzie prześlicznie urządzone i aż nie da się im nie zazdrościć.
W pracy dostałam różowy bukiet różnych, pachnących kwiatów z takimi życzeniami od Szefa, że aż nie zacytuję :P
Urodzinowy wieczór spędzałam już z M.i A. oraz Mamy M., z którą w Sylwestra przeszłyśmy na "Ty".
Zabrali mnie na przepyszną urodzinową kolację do Szczecina do knajpki z tradycyjnym ukraińskim jedzeniem. Bajka!
I tort był - ten, którego zdjęcie wczoraj wrzuciłam. Dmuchając świeczki nie mogłam się zdecydować na życzenie...i w końcu pomyślałam chyba o co najmiej 3 :P Ale w końcu to 30 urodziny, to mogłyby się wszystkie spełnić.
W domu czekała na mnie wielka torba prezentów - wszystko, co chciałam dostać: nowa płyta 30 seconds to mars i zestaw do Sushi oraz kilka pamiątkowych drobiazgów.
Wieczór przedłużył się, jak zawsze do po 3....a kolejny dzień, to Sylwester.
Do południa gadu-gadu w piżamach. Oczywiście w akompaniamencie, wygrzebanej z barku wujkowej naleweczki.
A potem jak zawsze- ogarnianie imprezy na biegu. No istna powtórka z czasów studenckich.
I nawet jak to było właśnie w tamtych czasach - będąc na zakupach spontanicznie zaopatrzyłyśmy się w piwko, które obaliłyśmy na ławce na boisku przy szkole, pod karcącym wzrokiem pana ochroniarza :P Na szczęście chyba tak go zaskoczył nasz wiek, że uznał, że to po prostu wybryk podstarzałych koleżanek, więc poprosił abyśmy tylko wyrzuciły butelki do kosza :P
Powiedziałam M. , że im jestem "wiekowo posunięta", tym większą mam chęć robienia głupot jakichś :P
To chyba działa mechanizm wyparcia :)

W związku z faktem, iż co chwilę coś popijałyśmy, przed północą musiałam walczyć sama ze sobą, żeby nie przespać najważniejszego.
Sylwester był spokojny, ale całkiem wesoły. Do naszej 4 dołączyła P. oraz przyjaciel mamy M., a wiadomo - im więcej ludzi, tym weselej.
Nawet zatańczyliśmy trochę po dwunastej. I graliśmy w "Zgadnij kim jesteś".  Oprócz porannej naleweczki, popołudniowego piwka oraz obowiązkowego szampana...a nawet dwóch, wlaliśmy w siebie też wódkę oraz drinki z whisky. Zerwało dachóweczki - nie ma co :P
Po imprezie do 3:30 leżałyśmy we dwie na łóżku i wykładałam M. zalety płynące z macierzyństwa...skrzętnie skrywając wszelkie niedogodności z tym związane :P Wiem - jest moją Przyjaciółką i nie powinnam jej oszukiwać, ale ona sama siebie próbuje do tego przekonać, więc kierowałam się chęcią pomocy w podjęciu decyzji ;]

Nowy Rok niestety był już dniem rozstania. M.i A. wracali do Szwajcarii, ja do ZG. Ja i M. oczywiście czułyśmy się fatalnie - nie dość, że kac męczył, to jeszcze smutki, że znowu przez kilka miesięcy się nie zobaczymy. Tak więc noworoczny poranek okraszony został potokiem łez...moich, M. i mamy M. też.
Mama M. zaopatrzyła nas wszystkich w zapas jedzenia (ehhhh) na jakieś dwa tygodnie :)
Po dotarciu do ZG, co kosztowało mnie niemało wysiłku :P Spędziłam jeszcze popołudnie z Sąsiadami, i wieczór z rodzinką J. I tu i tu otrzymałam urodzinowe prezenty i życzenia.
I w ten sposób, chyba zakończyłam te moje Urodziny, które tak naprawdę trwały od 28go :P Tak to jeszcze nie było.
Były to jedne z najmilszych Urodzin, jakie dane mi było przeżyć :) Tylu życzeń i prezentów chyba nigdy nie dostałam, nawet na 18 :P
WSZYSTKIM jestem wdzięczna...bo okazało się, że ten fakt, który mnie napawał lekkim przerażeniem, okazał się ostatecznie całkiem przyjemny.
Jest dobrze!
A będzie jeszcze lepiej!!!
Buziaczki!

środa, 1 stycznia 2014

Czas się ogarnąć

Mam wrażenie,że moje urodziny zaczęły się w sobotę,a skończyły dzisiaj. Codziennie ktoś przynosi mi jeszcze spóźnione prezenty i składa życzenia.
To takie miłe!!!
Ale też i takie pochłaniające.
Dlatego dziś znowu nie będzie porządnego posta. Mam nadzieję,że od jutra życie wróci na jakiś mniej pokręcony tor i będę mogła na spokojnie poukładać wszystkie przyjemności, w jakich się ostatnimi czasy pławiłam.
Kurczę!
Skończyłam te 30 lat!
I 2013 rok się skończył.
A mi się to wszystko nawet podoba :-)
Mam przeczucie, że od teraz będzie lepiej
Tej myśli będę się trzymać i tego życzę sobie, Wam i Światu !
Zwykle nie czynię noworocznych postanowień, ale tym razem chyba muszę, bo trochę mnie poniosło ostatnimi czasy.
Od jutra odpoczynek od alkoholu, ciężkiego jedzenia i niewyspania. 
Nastała pora na regenerację..
cóż...w tym wieku należy trochę zadbać o własny organizm ;]

niedziela, 29 grudnia 2013

Czasem lepiej nie wiedzieć

Nie znoszę stawać się posiadaczką wiedzy, której wcale nie chciałam.
To mnie rozwala.
Żyjesz sobie spokojnie, w pełnej nieświadomości, z pewnym obrazem tej, czy innej sprawy...a tu nagle bum! Nie dość, że Twoje przekonania okazują się jakąś śmieszną, naiwną mrzonką, to jeszcze musisz postanowić, co z tą wiedzą począć.
Musisz przypatrzeć się złu i określić ktore jest "lepsze" , a które "gorsze".
Stajesz przed wyborem między lojalnością i lojalnością,  a jeszcze trzecią lojalnością.

Nie cierpię tego....zdarza mi się to nie pierwszy raz i za każdym razem czuję się z tym fatalnie.
O ile łatwiej byłoby nie wiedzieć.

Kolejny raz otwieram ze zdumieniem oczy, patrzę na świat zakłamany i chcę,żeby ktoś przyszedł i powiedział, że to kiepski żart.
Chyba nadal nie wyzbyłam sie wyobrażeń zbudowanych na bajkach dla małych dziewczynek. Naiwnie wierząc,że taki właśnie jest porządek na Ziemi,a to co nie jest w nim dobre, to kwestia złego przypadku.
Lecz jednak...
"Są bajki bardzo prawdziwe...
i prawdy bardzo bajeczne."