Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

środa, 26 marca 2014

Ostatnie dni tutaj...

Codziennie rano, przemierzając tę samą drogę do pracy myślę sobie... to już koniec.
To ostatnie dni.
W piątek ostatni raz zawiozę Sebastiana "do Mai".
Ostatni raz postoję na światłach na Działkowej.
Ostatni raz zaparkuję pod firmą.
Ostatni raz wejdę po schodach na 1 piętro.
Po raz ostatni przywitam się ze wszystkimi w biurze.
Zrobimy w kuchni ostatnią poranną kawę rozmawiając o tym, co ciekawego się wydarzyło...

Jeżdżę i chodzę po Zielonej Górze jakbym robiła to po raz pierwszy.
Chłonę to miasto, zachwycam się od nowa.
Czystymi budynkami, zielenią, spokojem, otwartością mieszkańców.
Możecie mi nie wierzyć, ale tutaj naprawdę mentalność ludzi jest inna.

Chłonę mój przepiękny widok z balkonu. Zapamiętuję wschody słońca. Tylko raz zrobiłam zdjęcie takiego wschodu...szkoda :( Teraz już budzę się, kiedy słońce jest wysoko.
Najpiękniejsze wschody zawsze są zimą, a wtedy nie mam odwagi wyjść o świcie na balkon aby cykać fotki.











Zachodzę do ulubionych knajpek na kawę i czekoladę, do Czerwonej Budki na zapiekankę, w weekend muszę zjeść obowiązkowo najpyszniejszą kaczkę od "chińczyka" spod sądu. To był pierwszy obiad jaki zjadłam w tym mieście. Musi więc być również jednym z ostatnich...

Nie jest tak, że doceniam to dopiero teraz, w obliczu pożegnania.

Polubiłam Zieloną Górę od samego początku.
Chociaż pierwsze dni tutaj, były dla mnie trudne. Byłam sama na stancji, poruszałam się z mapą i bałam się jak to będzie...
Przeżyłam tu 11 najciekawszych lat mojego życia.
Poznałam masę cudownych ludzi, nawiązałam przyjaźnie na całe życie - wiem to.
Zdałam tutaj swoje życiowe egzaminy: kwalifikacyjne na studia (sztuk 5), magisterski, na prawo jazdy...egzamin z samodzielnego macierzyństwa również tutaj zdałam.
Zawaliłam kilka spraw...
kilka osób potraktowałam nieładnie.

Polubiłam Winobranie, choć stali mieszkańcy często się zżymają, że tyle zamieszania i nuda i co rok to samo. A mi się podobało. Zawsze przyjeżdża moja ulubiona karuzela :) I wino grzane, ściemnione takie, że w domu robię lepsze...jednak mimo wszystko, to winobraniowe wyjątkowo przyjemnie rozgrzewa w chłodną wrześniową noc.

Kręciłam obcasem niemal w każdym klubie :)

Odkryłam, że w klubach lubię też być po drugiej stronie baru.

Kilka lat pod rząd pracowałam z przyjaciółką przy zawodach kartingowych.

Nigdy nie byłam na meczu żużlowym (wstyd się przyznać!)

Czasem gdy wieczorami coś mnie męczyło, chodziłam z psem po wzgórzu, na którym stoi Palmiarnia. Siadałam na jednej z ławek i podziwiałam piękno panoramy miasta.
Kiedyś pisałam już o tym - bywa taka pora w roku, kiedy wieczory pachną tutaj wyjątkowo. Wspomnieniami i nadzieją na lepsze...

Nauczyłam się tutaj być silną i samodzielną. Radzić sobie. Poznałam samą siebie lepiej, odkryłam czego szukam, czego pragnę, co jest mi potrzebne. Zrozumiałam na ile mnie stać.

Chciałabym bardzo wyliczyć wszystko to, co robiłam i gdzie  byłam, żyjąc tutaj. Kogo spotkałam, kogo poznałam, kogo pokochałam. Co widziałam, co mi się przytrafiło. Co było śmieszne, a co smutne.
Ale nie da rady w jednym poście zamknąć 11 lat.
Poza tym nie lubię pożegnań.
Nie chcę się żegnać.
Chcę tu wracać.

Tak jak Wałbrzych był, jest i będzie "mój", tak i Zielona Góra, to zawsze będzie "Moje Miasto".
Będę tutaj wracać "do siebie".
Bo zostawiam tu kawałek swojego serducha :)


wtorek, 25 marca 2014

Rewolucja w toku

Pakowanie mieszkania idzie jak po grudzie.
Nie wiem czy uda mi się to zrobić do poniedziałku.
Wczoraj spędziłam 2 godziny przed szafą.
Wyrzuciłam 3 worki papierów, spakowałam 3 kartony, a opróżniła się w sumie jedna półka w szafie i 2 w innych szafkach.
Przy okazji zauważyłam, że jakoś totalnie nie mam systemu na przechowywanie swoich rzeczy. W kolejnym mieszkaniu będę musiała jakoś inaczej to rozplanować.
Staram się pozbyć jak największej ilości zbędnych przedmiotów, ale przez to każdy muszę wziąć do ręki, pomyśleć i rozciąga się to w czasie niemiłosiernie...
A czas ten pomniejsza mi się jeszcze o czwartkowe popołudnie, gdyż niespodziewanie zaprosiło mi się 5 gości...Chyba zacznę zarywać nocki...
Potrzebowałabym pomocy. Misiek będzie dopiero od piątku w nocy...nie będzie to relaksacyjny weekend...
Im bliżej to wszystko, tym bardziej się stresuję.
I terminami, i pójściem do nowej pracy i posłaniem Sebastiana do przedszkola...
Myślę jak go przygotować na tę zmianę...?
Przy okazji zastanawiam się, czy sama na własną zmianę jestem przygotowana.
Czy po prostu zrobimy skok na głęboką wodę i trzeba będzie jakoś na powierzchnię wypłynąć?

Zastanawiam się też, czy ja w ogóle jestem normalna, że taką rewolucję urządziłam? :P
Sama sobie zafundowałam wszystkie te atrakcje, a teraz drżę, czy mnie to nie przerośnie...

Kończy się dopiero pierwszy kwartał tego roku, a ja już wiem, że zaliczę go do jednego z najbardziej wywrotowych w moim trzydziestoletnim życiu.
Nie żeby mi było smutno z tego powodu, lubię jak się dzieje... ale tutaj bieg zdarzeń nabrał takiego tempa, że zadyszki dostaję.

Na szczęście mam motywację i mój zastrzyk energii...wiem po co to robię i że nie będę żałowała.
I damy radę! ...przecież zawsze dajemy :)

A jak już się to wszystko skończy...
kiedy wszystko będzie popakowane
kiedy sprzedam mieszkanie
kiedy wybierzemy nowe, wspólne...
i przewieziemy te kartony i meble
i wprowadzimy się do nowego
które wcześniej wyremontujemy
i kiedy już urządzimy wszystko, tak jak będziemy chcieli...

Wtedy sobie usiądę w fotelu i będę w spokoju, z kubkiem pachnącej herbaty w ręce, delektowała się takim widokiem:



I zacznę się zastanawiać...co by tu nowego wymyślić do roboty, żeby nie było nudno  :]

Jestem pewna, że wszystko to ma sens.

Kocham jak nigdy dotąd!

piątek, 21 marca 2014

Po rozprawie

Jestem wykończona jak, kolokwialnie mówiąc, koń po westernie.

Nawet się nie spodziewałam, że będzie mnie to kosztować tyle stresu i emocji.

Nie mam siły opisywać ze szczegółami. Zresztą nie ma po co.
2 godziny zeznań, powrotu do przeszłość, pytań o każde współżycie, każdy wydatek, przeliczanie pieniędzy, daty, terminy...
Coś, co było dla mnie jakimś wspomnieniem o pewnej relacji, z której powstał Synek mój najkochańszy, zostało brutalnie odarte z jakichkolwiek emocji... stało się suchym faktem, otoczonym datami i kwotami...

W sądzie byłam jednak z "obstawą".
Czekali na mnie na korytarzu.
Ostatecznie wyszło to na dobre, gdyż okazało się, że potrzebne będą zeznania mamy.

Ojciec nie spojrzał na syna ani razu. Odwracał głowę.

Syn zapatrzony w Miśka, uśmiechnięty, rozradowany, rozbawiony.

Po rozprawie J. chciał chyba coś zagadać, zaczął, przerwała mu moja pani prawnik. Zaczęliśmy ustalać we 3 kwestie kolejnej rozprawy. Niestety musi odbyć się druga, ponieważ potrzebne są zeznania kolejnych świadków. Prywatnie zrobione testy DNA są dla sądu niemiarodajne.
Na koniec spojrzał mi w oczy: "Widzimy się w maju, trzymaj się"
Jak zwykle nic w tych oczach nie wyczytałam.

Na sali tylko naszła mnie myśl, że strasznie byłam ślepa wtedy...
wielu rzeczy nie chciałam widzieć.

Dobrze, że mam to już za sobą. Druga sprawa będzie już łatwiejsza.

W pracy chyba fatalnie wyglądałam.... koledzy dostarczyli mi Nerwosol i NeoSpazminę Extra... tak naprawdę dopiero teraz czuję, że stres mi puszcza, a z sali rozpraw wyszłam 5 godzin temu.

Głowa mi pęka.
Chcę jechać nad wodę.
Wyciszyć się.
Wtulić Miśka i Sebcia.
Taki plan na dzisiejsze popołudnie.





czwartek, 20 marca 2014

Zbliża się godzina 0

Czas szybko zleciał.
Jutro 21 marca.
Pierwszy dzień wiosny.

Dzień rozprawy w sądzie.

Czuję w żołądku mały węzełek na samą myśl.

A z drugiej strony myślę sobie, że może ta data to dobry znak?
Może okaże się, że potrafimy się dogadać, załatwić to szybko, bezboleśnie i wreszcie zamknąć tę kwestię raz na zawsze.
Negocjacje idą nam nienajgorzej. Jeszcze wersja ostateczna nie ustalona, ale i tak nieźle...może uda się zamknąć wszystko na tej jednej rozprawie.

W całym przerażeniu, które dopadło mnie na wieść, iż J. będzie w ZG już od środy, poprosiłam mamę i Miśka, żeby przyjechali do mnie.
Bałam się,że J. zaskoczy mnie w domu, przyjdzie z nienacka przekonywać mnie do swoich racji.
Póki co na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Jeszcze.
Jednak wsparcie w pogotowiu.
Misiek przyjedzie dzisiaj, mama już jest... No właśnie... jest i ma najwyraźniej nieprzepartą ochotę towarzyszyć mi w sądzie...razem z Sebastianem.
Nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy pomysł.
Jak znam swoją impulsywną Mamuśkę, to gotowa narobić jakiegoś zbędnego zamieszania...
Czy Sebastianowi to spotkanie jest potrzebne też nie wiem.
Prawdopodobnie i tak tego nie zapamięta... i co miałabym mu powiedzieć?
"To Twój Tata"?
Teraz, w momencie kiedy Misiek raz bywa "wują" a raz "tatą"?

Z drugiej strony Szef mój mówi, że może lepiej,żeby poznał ojca. Że kiedyś w przyszłości prawdopodobnie i tak będzie go szukał.

Trudna decyzja...zaplanowałam sobie, że po prostu pójdę tam z Panią Adwokat, powiemy na co się dogadaliśmy,wyjdę z sądu i wrócę do pracy.

Ale może jednak powinnam pozwolić na to spotkanie? Chociażby po to, aby Sebastian nie miał do mnie pretensji, że nie zrobiłam wszystkiego, co mogłam, aby się poznali...

Wielka rozterka, a czasu coraz mniej...

środa, 19 marca 2014

Na nowo...:)

Zmieniłam wygląd bloga i tytuł oraz opis :)
Oto moje nowe miejsce - harmonijne i spokojne.
Ciepłe.

Takie, jakie będzie teraz nasze życie i nasz nowy, wspólny dom :)

Zapraszam...rozgośćcie się :)


poniedziałek, 17 marca 2014

Sprawozdanie ze Szczęścia

Biedny mój blog...opuszczony taki.
Zawsze łatwiej było mi pisać w stanie jakieś melancholii.
A kiedy jestem szczęśliwa, to wszystkie myśli jakieś takie banalne się zdają.
Poza tym tak wiele działo się w ostatnim czasie,że chyba nawet nie jestem w stanie nadrobić zaległości.

Przez tydzień byliśmy w Wałbrzychu, Zdążyłam 3 dni pochodzić na próbę do pracy.
Próba przekonała mnie o tym, że to kompletnie nie dla mnie. Począwszy od brudnego biura, w którym nawet papier toaletowy trzeba było mieć własny (?!), skończywszy na fakcie, że pierwszego dnia zostały mi rzucone jakieś papiery na biurko do zrobienia, zostałam pobieżnie wprowadzona w to,czym się firma zajmuje...a dalej? Radź sobie sama! Kiedy zaczęłam wnikać o co chodzi, okazało się, że tak naprawdę wiedziały to tylko 2 osoby, które nie pracują już w firmie.
Gdy zabrałam się za to, co faktycznie miało być tam "moją działką", okazało się, że kompletnie nic nie jest gotowe...licencje, ubezpieczenia... bałagan totalny!
Na szczęście umówiona byłam na jeszcze 2 rozmowy.
Dzisiaj, aby już nie przedłużać, powiem tylko tyle, że byłam na najdziwniejszej swojej rozmowie o pracę. Poczynając od tego, że odbywała się o 17:30,a w domu byłam po 20 wieczorem, poprzez to, że nie dotarł na nią człowiek, z którym się umawiałam, skończywszy na fakcie, że pomknęłam sama z obcym facetem, drogim mercedesem gdzieś pod Wrocław....
Ojjj sporo zaryzykowałam tamtego dnia.
Ale warto było!
Od kwietnia zaczynam pracę w dobrze rozwiniętej firmie, będę miała sympatycznych szefów, sporo lepszą wypłatę...no i w zasadzie będę kierownikiem transportu :D
Radosne podekscytowanie miesza się z lekką tremą... jednak ogólnie, bardzo się cieszę.
Kolejna rzecz, która w tym roku ułożyła się po mojej myśli.

Teraz przed nami wyprowadzka z Zielonej Góry.
Jestem chora na samą myśl o pakowaniu mieszkania. Kurczę, przecież dopiero co byłam w 8 miesiącu ciąży i szykowałam się do przeprowadzki na to mieszkanie, w którym obecnie mieszkamy!
Tym razem chyba pójdę na łatwiznę i wyrzucę jak najwięcej się da :P

W piątek mamy rozprawę w sądzie. J. będzie w ZG już od środy. Słabo mi się zrobiło na tą informację.
Jednak będę miała wsparcie w postaci obecności mamy i Miśka, więc cokolwiek się nie wydarzy, nie będę sama.
Boję się stanąć z nim twarzą w twarz.
I nie ze względu na sentymenty, nie przez to, że mamy wspólne dziecko, bo dziecko bardziej już jest Miśkowe niż jego.
Obawiam się,że po raz pierwszy w życiu mogę stracić panowanie nad sobą.

Przed rozprawą jesteśmy umówieni jeszcze na spotkanie u Pani Mecenas, postaramy się dogadać jak najwięcej rzeczy, aby skrócić maxymalnie czas trwania procesu. J. teraz nagle jest skłonny do pewnych kompromisów, mi również nie zależy na tym, aby prowadzić długotrwałą wojnę. Mam nadzieję, że ten ostatni raz uda nam się dojść do porozumienia.

Z wydarzeń minionego tygodnia jeszcze: Misiu kupił auto. Sportowo-rodzinne :)
Czasem jeszcze nie wierzę, że on tak dorośle do tego wszystkiego podchodzi...i że naprawdę tak mu zależy na nas. I na tym, żebyśmy tę rodzinę stworzyli. Mógł sobie kupić jakąś fajną małą brykę, w sam raz dla kawalera z odzysku.
A wybrał takie z wielkim bagażnikiem, żebyśmy się ze wszystkim zmieścili..nawet gdyby miało nas być więcej niż obecnie.

Czasem leżymy zaplecieni nogami i przyklejeni do siebie nosami i nie wierzymy jeszcze do końca. A jutro już dwa miesiące miną od kiedy postanowiliśmy spróbować.
Dzisiaj wiem, że sporo mieliśmy do stracenia. Ale jeszcze więcej zyskaliśmy.
Obawy zniknęły. Pozostały plany i to uczucie, które zdaje mi się z dnia na dzień, być coraz mocniejszym.

A co u mojego małego Synka?
Właściwie "naszego" :)
Kocha Miśka. Z wzajemnością. Naśladuje go, uwielbia się z nim bawić. Czasem myli i powie na niego "tata". Czasem też Misiek sam tak mówi na siebie.
Spełnione marzenie.

Od kwietnia Seba będzie przedszkolakiem!  Trudno mi w to uwierzyć, że mam już takie duże dziecko. Wybrałam przedszkole, byliśmy we trójkę je obejrzeć i wypełnić potrzebne dokumenty. Sebkowi się podobało, nam również, myślimy że sporo skorzysta na tej zmianie.

Ze spraw organizacyjnych pozostało nam sprzedać mieszkanie, wyprowadzić się z niego no i znaleźć jakieś nowe. Przedszkole trochę rozwiązało nam kwestię dzielnicy, w której będziemy szukać. To nawet dobrze, bo wybór zawężony...a jest w czym wybierać.

Póki co, odwiedziło mnie 3 potencjalnych kupujących. Mam nadzieję, że to dobry znak i ktoś się zdecyduje.
W sumie nie może przecież być inaczej... płyniemy na fali dobrych zdarzeń.

Nudna będę, jeśli znów napiszę, że jestem szczęśliwa.
Ale jestem.
Bardzo.

Patrzę na Syna i na Mojego Męża Przyszłego (nie było żadnych oświadczyn - spokojnie! Ale sam nas tak nazywa, jakby to było całkiem oczywiste ;) ) i czuję, że kocham obu do szaleństwa. I że już niewiele lepszego może się wydarzyć.
Bardzo pragnę robić wszystko, aby pozostało tak dobrze jak jest. Będę z całą mocą nad tym pracować.
Kolejny raz dostałam od Losu wielki Dar.

DZIĘKUJĘ!

Jestem Szczęściarą!
:)

poniedziałek, 3 marca 2014

Śmiech przez łzy

Sebastian ma jeden wyjątkowy rodzaj płaczu. 
Kiedy jest mu tak naprawdę, bardzo smutno, płacze zupełnie inaczej, niż kiedy jest zły, uderzy się, albo coś mu nie pasuje. 
Ten inny rodzaj płaczu, jest niezwykle przejmujący i serce mi się kraja, kiedy go słyszę. 
Dzisiaj wieczorem wjeżdżaliśmy windą na nasze 8 piętro i on płakał w ten właśnie sposób. 
A ja razem z nim. 

Chwilę wcześniej pożegnaliśmy się z Miśkiem, który po weekendzie spędzonym z nami, wyruszył w trasę do domu. 

To zaskakujące jak szybko można się przyzwyczaić do Szczęścia. 
I do drugiego człowieka. 
Nie spodziewałam się ani po sobie, ani po Becim takich łez. 
Ja, jak jakaś małolata, a przecież już taka twarda byłam...wszystkie łzy nauczyłam się powstrzymywać. 
A tych dzisiaj nie miałam siły. 
M. powiedział: "kiedyś nawet się nad tym nie zastanawiałem, dzisiaj jadąc samochodem, ciągle myślę, że muszę być ostrożny, bo nie może mi się nic stać, przecież nie mogę Was zostawić..." 
Wtedy popłynęły pierwsze. 
Czy to naprawdę ten sam Misiek, którego poznałam lata temu? 
Dzisiaj taki dorosły i odpowiedzialny...

I stara się. 
Na każdym kroku widzę jak się stara, żeby to wszystko się udało. 
I ja się staram. 
Więc musi się udać. 
Myślę, że to jest ostatni raz, kiedy zaczynam układać puzzle. Jeśli te nie wyjdą, to znaczy, że już po prostu są nie do ułożenia. 
Ale w głębi czuję, że ułożę je w piękny obraz. 
Z każdym dniem, jestem coraz bardziej pewna, że to ON. 
Że to na niego czekałam i jego szukałam...chociaż wciąż był tak blisko. 
Najbliżej. 

Usiłuję sobie przypomnieć, czy czułam to wszystko już kiedyś? 
Czy teraz znajduję się w stanie euforycznego zauroczenia i to wszystko minie i gdy dopadnie nas szara codzienność i rutyna, to nagle okaże się, że się myliłam? 
Czy kiedykolwiek już czułam, że bardzo pragnę być czyjąś żoną?
I być z kimś już na zawsze?
Urodzić jego dziecko. 
Być ze sobą każdego dnia, cokolwiek się w życiu nie zdarzy?
Czy byłam już kiedykolwiek tak mocno tego wszystkiego pewna, jak jestem teraz?

Nie przypominam sobie. 

I sama siebie nie poznaję...pozwalam  dać się ponieść emocjom. Puściłam ster i unoszę się na fali...płynę z prądem. 
Czuję się z tym dobrze. 

"Kocham Cię kochać"  - tak sobie czasem mawiamy.

Tak...uwielbiam kochać!
Nawet gdy jest mi trochę smutno, tak jak teraz - bo pusto zrobiło się bez Niego w domu, bo już tęsknię za jego dotykiem...
to i tak czuję się szczęśliwa. 


piątek, 28 lutego 2014

Na koniec ciężkiego tygodnia

Niełatwy to był tydzień.
Chociaż mama była u nas, więc obiadki gotowe...i śniadanka. I porządek w domu.
Ale Mini codziennie zmęczony po żłobku...jęczący, marudny, zbuntowany... "nie cie mamy! nie cie dziadzi! nie cie baci! nie cie kai!" "Kopaka puci! Kopaka włuńć!" (tłum.:"Nie chcę mamy, nie chcę dziadzi, nie chcę babci, nie chcę Kai. Puść mi koparkę! Włącz mi koparkę!"-na YT - przyp.red.)

Do tego urywający się telefon oraz codzienne wizyty agentów nieruchomości. Nie spodziewałam się, że tak to będzie wyglądać. W kółko odpowiedzi na te same pytania, w kółko negocjacje...Agenci potrafią siedzieć godzinę, a nawet półtorej. Dziś i w poniedziałek mam jeszcze umówione dwa spotkania i nie zgadzam się na współpracę z żadną więcej agencją, bo jak na razie bardziej mnie to męczy niż pomaga. Ale mam nadzieję,że ostatecznie się przyda...

No i oczywiście cały tydzień tęsknota.
Nie rozumiem własnego umysłu...ani serca. Ok, tęskniłam kiedyś za Miśkiem. Na początku naszej znajomości, kiedy zaczęłam wyjeżdżać do ZG. Czekałam wtedy na weekendy i powrót do domu, żebyśmy całą ekipą poszli na jakąś imprezę.
Ale potem, z biegiem lat przywykłam, że widujemy się coraz rzadziej...zaledwie kilka razy w roku.
A teraz?
W dzień rozstania chce mi się płakać. Po 3 dniach jest mi smutno, po 5 mam kryzys, po 9 jestem bliska depresji...Chodzę jak z krzyża zdjęta, nie mam na nic ochoty, mało co mnie cieszy, lub bawi... W głowie masa obrazów z różnych wspólnych momentów.
Łóżko straszy pustką. Śpię z Sebciem, żeby nie było tak zimno i samotnie.
Poranki są ciężkie bez pocałunków na dzień dobry.
Herbata nie smakuje tak samo.

Zamieniam się w kłębuszek tęsknoty.

Tęskni głowa...za rozmową
Tęsknią oczy... za Jego widokiem
Tęsknią uszy... za miękkim głosem
Tęsknią usta... za Jego ustami
Tęsknią dłonie...bo chcą się w Jego dłonie wsunąć
Palce tęsknią za głaskaniem włosów o długości 0,3mm. I za obrysowywaniem kształtu bicepsa...zaciskaniem się na nim...
Za tym bicepsem tęskni całe ciało...tylko w Jego ramionach jest tak bezpiecznie...
Skóra moja całą powierzchnią tęskni za Jego skórą...za ciepłem, które wytwarza się, gdy jedna przylega do drugiej.

Tęsknię za pieprzykiem nad prawą brwią.
Za bliznami na czole.
Za śladem po operacji barku
Za wargą, która z jednej strony zmieniła nieco kształt po stłuczce na rowerze...
Za słowami "Moja Maja", tęsknię również...

I nagle w tej tęsknocie...i w nastawieniu, że jeszcze 6 samotnych wieczorów przede mną, odbieram od Niego telefon.
"Chciałem Ci zrobić niespodziankę, ale nie zrobię...tzn powiem Ci, żeby już od teraz było miło: przyjadę do Ciebie w sobotę"

I nagle wszystko zaczyna tęsknić jeszcze bardziej...tak szalenie, że aż się trzęsie...to melancholia zamienia się w radosną ekscytację.

Jak dobrze pójdzie, to jeszcze dziś w nocy usnę wtulona w Niego.
Jeśli gorzej, to jutro zjemy wspólnie późne śniadanko.
Ale tak, czy tak, to chociaż półtora dnia razem.
Po raz pierwszy sami w domu z Sebciem. Od początku do końca tylko we troje.

Tak bardzo się cieszę!

wtorek, 25 lutego 2014

Szukałem Ciebie....

Na FB trwa zabawa w wyznaczanie sobie wierszy.
Z radością zauważyłam, że Misiu mój również w tej zabawie bierze udział.
Nie żebym była jakąś niepoprawną romantyczką, ale imponuje mi otwartość umysłu.
Wczuł się nawet mocno i 2 dni mówił, że musi odpowiedni utwór znaleźć.
Dzisiaj rano przeczytałam efekt jego poszukiwań, który sam opatrzył komentarzem, że "powiało trochę romantyzmem, ale cóż...taki na czasie".

Ja nawet nie będę komentować...wzruszyłam się po prostu:

Szukałem Ciebie pośród kobiet roju,
czekałem Ciebie o każdej godzinie
i pełen byłem trwóg i niepokoju,
że zanim przyjdziesz, życie moje minie.
Bo nie wątpiłem, że jesteś, że moje
oczekiwanie nie jest czczym złudzeniem,
że niedaleko gdzieś od ciebie stoję
z moją tęsknotą, nadzieją, pragnieniem.

Od lat już całych niewidzialnym cieniem
byłem przy Tobie, szukając daremnie
w kobietach Ciebie, coś istniała we mnie.
Ciebie poczułem przed dawnymi laty,
gdy głos w noc cichą zabrzniał mi nad głową,
a mnie się zdało, że się sypią kwiaty,
że kwiatem pada na mnie każde słowo...

Lata tęskniłem za taką rozmową
i latam czekał, aż się znów powtórzy...
Przyszła - przebrzmiała, jak więdnie liść róży
z kochanej ręki, który barwą bladą
długo swój dawny szkarłat przypomina,
z którym się kończy dzień i dzień zaczyna,
i z którym wreszcie na sercu w grób kładą.


K.Przerwa - Tetmajer. 



I jak Go nie kochać? :)

środa, 19 lutego 2014

Krok za krokiem...

Wrzuciłam na otodom ogłoszenie o sprzedaży mieszkania.
Serce mi pęka.
Nasze  mieszkanko...
widok na las
wschody słońca
śpiew ptaków o świcie
śmiesznie kolorowe ściany - pozostałość po poprzednich właścicielach
balkon, który malowałyśmy wspólnie z Siostrą i na którym odbiłyśmy nasze i Sebka dłonie
ulubieni sąsiedzi
...
wspomnienia...niby tylko z 2 lat, ale to prawie całe Sebastianowe życie
...
i samotność w tym mieszkaniu, kiedy dziecię wcześnie usnęło...

Jesteśmy tu wciąż razem - ja i Seba...ale to jednak nie jest taki prawdziwy, wymarzony DOM - pełen życia, rodzinnych wygłupów i zabaw, wspólnych posiłków, wieczorów filmowo-książkowych...
Ten DOM postaramy się zbudować w Wałbrzychu.
We troje...

Coś kosztem czegoś...
Porzucam całe swoje dotychczasowe życie.
Pracę, którą lubię za niepowtarzalną atmosferę.
Miasto.... zielone, otoczone pięknymi jeziorami i lasami. Miasto, w którym tak dużo przeżyłam w najfajniejszym okresie swojego życia.
Przyjaciół wieloletnich...nikt nigdzie mi ich nie zastąpi. Rodzinka.zg. to jest coś, co się więcej nie powtórzy...nawet nie chcę o tym myśleć, bo od razu zbiera mi się do płaczu.

Coraz mocniej do mnie dociera co robię.
Co zdecydowałam.

Wszystko z myślą o tym, żeby było nam lepiej.
Żebyśmy byli naprawdę szczęśliwi.

Mam nadzieję, że się nie pomyliłam.



Walentynki

Od rana byłam rozemocjonowana jak nastolatka przed pierwszą randką.
Wytrzymać 8h w pracy, odebrać Sebcia i w drogę do W-cha.
Czas dłużył się niemiłosiernie, lecz wybiła w końcu godzina oznaczająca koniec tygodnia. Wyruszyliśmy.
Ojj musiałam się pilnować, żeby pedału gazu nie wciskać zbyt mocno. Stęskniona i zaciekawiona co mnie czeka, kolejny raz przemierzałam znaną od lat trasę.
Po 2,5 godzinach zaparkowałam pod domem rodziców.
Dałam znać M. że jestem, On mi , że jeszcze daleko jest z przygotowaniami.
Szykowałam więc się na spokojnie.
Kąpiel, make up, strój trochę bardziej odświętny niż na co dzień.
Moje ulubione wieczorowe perfumy...takie z nutą czegoś, co niespodziewane.
Walentynkowy buziak dla Sebcia i Mamy.

O 20:30 stanęłam pod Jego drzwiami.
Z torbą z rzeczami na noc i kolejny dzień oraz prezentem w wymiarze 50x70cm.
Otworzył uśmiechnięty od ucha do ucha. Ale pierwsze co do mnie dotarło, to smakowity zapach unoszący się z kuchni.
Gorące powitanie. Serce wali jak szalone, mięśnie drżą.
"Boże...znam Go przecież 12 lat, skąd takie reakcje???"

Pokój oświetlony małymi lampkami i świecami.
Ciepło.
Na stole wino, dwa kieliszki i przepiękna róża. Wręcza mi ją po raz pierwszy jako wyłącznie MÓJ "chłopak".
Podaje kolację. Nie wierzę własnym oczom. Pracował nad nią pół dnia.
Na talerzu zapieczony pod kołderką z sera i prażonych migdałów łosoś oraz czosnkowo-serowy szpinak w towarzystwie pomidorków koktajlowych z bazylią oraz serc, własnoręcznie wyciętych i sklejonych z placków tortilli.

Nigdy w życiu nikt tak bardzo się dla mnie nie postarał. Wszystko wygląda przepięknie.

Toast.
Kosztujemy kolacji. Smakuje obłędnie.
Rozmawiamy, tulimy się.
Dziękuję. Doceniam.
"Ale nie przyzwyczajaj się, bo to chyba już szczyt moich możliwości".

Chyba naprawdę mu zależy...

Wręcza mi małą torebeczkę. A w niej M&M'sy w pudełku - sercu.
I małe pudełeczko...takie od pierścionków.
Otwieram.
Na szczęście - naprawdę na szczęście, bo chyba już bym tego nie przeżyła - nie jest złoty ani z brylantem. I nie jest zaręczynowy.
Jest za to srebrny, o oryginalnym kształcie z wygrawerowanym malutkim napisem "M&M's" :)
Pasuje jak ulał i wygląda pięknie.

Podaję mu swój prezent. Otwiera, uśmiech rozjaśnia mu twarz. Jest to plakat dedykowany, zaprojektowany specjalnie przez moją koleżankę, na moje zlecenie. Na plakacie napis "Kiss the Rain". To tytuł naszej piosenki. Cieszy się. Szuka miejsca gdzie go powiesić.

Kończymy kolację. Przytulamy się, rozmawiamy, dopijamy wino. Dziękuję mu sto razy za ten wieczór. Naprawdę doceniam wysiłek jaki włożył w jego przygotowanie.

Czuję, że muszę się rozluźnić, bo nadmiar emocji wywołał we mnie jakieś nieoczekiwane spięcie.
Dostaję T-shirt do przebrania i nakaz usadowienia się na rozłożonym łóżku.
Ostatni prezent tego wieczoru - boski masaż, wywołujący przyjemne uczucie zrelaksowania przy jednoczesnym deszczu dreszczy.

Druga butelka wina pomału się opróżnia.
Jest cudnie.
Ciepło, miło, bezpiecznie, namiętnie.
Piękne Walentynki. Wyjątkowe.
Żartujemy, że to może już ostatnie takie, bo w obu rodzinach zdarzały się bliźnięta, więc pewnie będziemy mieć czworaczki,a przy 5 dzieci nie będziemy mieli już czasu na takie przyjemności.


Wieczór kończy się późno. Dosłownie tracę przytomność, zapadając w bardzo mocny, głęboki sen, kiedy M. jest w łazience.
Budzę się zdziwiona o 6:45.
Jest jasno.
On tuli mnie mocno.
Na stole kieliszki.
To nie był sen.
Naprawdę przeżyliśmy takie cudne, romantyczne Walentynki. Tym bardziej wyjątkowe, że to pierwszy nasz wspólny wieczór, kiedy On formalnie jest wolny.

Jest pięknie, a to dopiero początek.
Jeszcze tyle boskich dni i nocy przed nami.

Na rozmowę o pracę jadę szczęśliwa i spokojna. W takim stanie nie może się nie udać.


poniedziałek, 17 lutego 2014

Czas odkryć karty...

Jutro mnie miesiąc od kiedy moje życie wywróciło się do góry nogami.
Chyba czas podzielić się tutaj całą tą historią.

Prawdę mówiąc, powinnam to zrobić, a później zakończyć pisanie tego bloga.
Nie jestem już samodzielną mamą.
Nie muszę już układać tych niepasujących puzzli.
Ten "on" bez którego dawaliśmy sobie radę, nie ma dziś żadnego znaczenia.
Dzisiaj wszystko jest inaczej.

A było to tak...

Prawie 12 lat temu, w czasie wakacji między liceum a studiami, siedziałam z nogą w gipsie u koleżanki w domu. Miałyśmy zrobić tam małą imprezkę.
Zaprosiła swoich kolegów z klasy. Chodziliśmy do liceum sportowego, oni trenowali lekką atletykę.
Weszli we 3: N. G. i M.
W białych sportowych koszulkach z odkrytymi ramionami robili naprawdę niezłe wrażenie. Zwłaszcza M.
Impreza się rozkręciła, poznawaliśmy się wzajemnie. Po tej imprezie, była jeszcze jedna, i kolejna i następna... a potem właściwie miesiące i dalej lata wspólnego imprezowania.
Jednak wtedy, na początku tej znajomości coś wyjątkowego połączyło mnie z G.
Zakochałam się, on chyba też. Byliśmy ze sobą kilka miesięcy. Było naprawdę bosko, zaangażowałam się. Jednak różne komplikacje sprawiły, że rozstaliśmy się.
Rozstanie to przeżyłam bardzo. Nie mogłam posklejać złamanego serca. Trwało to kilka miesięcy. Przez cały ten czas był przy mnie M.
Nie pamiętam już jak to się stało, że właśnie On. Ale od tamtej pory staliśmy się przyjaciółmi. Właściwie zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w czasie, kiedy trwał mój związek z G. Zawsze przychodzili do mnie we dwóch lub trzech. Spędzaliśmy tak całe noce, spaliśmy w jednym pokoju, słuchaliśmy muzy i gadaliśmy.
Później spędzaliśmy takie nocki z M. we dwójkę.
Pewnego razu leżąc tak z winnym szumem w głowach zaczęliśmy się całować. Sytuacja robiła się gorąca, jednak coś mnie wtedy tknęło.
Powiedziałam do M. "Wiesz, że jeśli to się stanie to wszystko się między nami zmieni. Już nigdy nie będzie tak jak teraz".
Przerwaliśmy.
I od tamtej pory nazywaliśmy się Bratem i Siostrą.
Ten, kto czyta tego bloga, może już skojarzył.
Relacja z "Bratem" była opisana TUTAJ

Nie będę więc już się powtarzała kim on dla mnie jest i jakie łączyły i łączą nas relacje.
Niedawno przypomniał mi, że kiedyś w trakcie jakiejś imprezy, z pewnością nieźle już porobiona, powiedziałam do niego: "Byłeś moim przyjacielem, mogłeś być moim kochankiem, a zostałeś moim bratem". Nie pamiętałam tego, jemu utkwiło to w głowie.
Żadne z nas jednak nie przypuszczało, że cała ta historia zakończyć się może ślubem :)

W ciągu tych 12 lat znajomości każde z nas wchodziło w różne związki. Nawet krzyżowaliśmy się trochę, bo ja kiedyś wyswatałam M. z moją kuzynką B. Rozstali się po dwóch latach, a po kilku następnych B. wyszła za mąż za G.

Kiedy ja związałam się na 4 lata z W. a M. na 6 lat z O., siłą rzeczy nasze kontakty osłabiły się. On mieszkał w W-chu, ja w ZG. Widywaliśmy się góra kilka razy do roku. Praktycznie zawsze obowiązkowo w Wigilię.
Jednak znajomość utrzymaliśmy. M. towarzyszył mi na weselu mojej przyjaciółki, gdzie byłam świadkową. Razem z O. odwiedzili mnie w szpitalu na drugi dzień po porodzie. Zawsze pamiętaliśmy o ważnych datach i składaniu sobie życzeń.

1.06.2013 uczestniczyłam w ich Ślubie.
O tym też pisałam.
Na początku, gdy M. przedstawił mi O. nie byłam zupełnie do niej przekonana. Ale przez 6 lat, polubiłam ją...w końcu to dziewczyna mojego Przyjaciela. W dniu Ślubu trochę żal mi było, że Brata oddaję. Trochę zazdrościłam O. że będzie miała takiego fajnego męża. Ale cieszyłam się, że M. szczęśliwy.

Pół roku po Ślubie, zgodnie z "tradycją" przyszli do nas w Wigilię. Przebąkiwali coś na temat kryzysu, który tak naprawdę zaczął się jeszcze zanim się pobrali .
Po 3 dniach wpadli ponownie z okazji moich urodzin i na temat kryzysu poważnego, mówili już otwarcie. Wspominali o rozstaniu.
M. o braku zaufania.
O. nie potrafiła jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie ,czy Go w ogóle kocha.

Z dnia na dzień było coraz gorzej. M. starał się ratować małżeństwo, nie rozumiał dlaczego muszą się rozstać, skoro niby się kochają.
Wszystko wyjaśniło się w drugim tygodniu stycznia.
O. po wyprowadzeniu się z domu, wyznała w końcu, że od ponad 2 lat prowadzi podwójne życie. Oprócz M. jest jeszcze z innym facetem. Kocha obu.
Swój romans próbowała przerwać, ale zabrakło jej siły. W międzyczasie przyjęła oświadczyny, zorganizowała wesele i w kościele przysięgała miłość i wierność...a jeszcze tego samego dnia rano wymieniała smsy z tym drugim...

Omawialiśmy tą sytuację na wszystkie możliwe sposoby.
Nigdy nie zrozumiem dlaczego to zrobiła. Po co wzięła ten Ślub? Nawet Sędzia, podczas rozwodu była zaskoczona.

M. twierdzi, że w dniu, w którym poznał prawdę, cała miłość przerodziła się w nienawiść.
Tego chyba też nie potrafię do końca zrozumieć...ale nie pozostaje mi nic innego, jak w to wierzyć.

18 stycznia, M. miał być u mnie w ZG. Zaprosiłam go, żeby zmienił trochę otoczenie, oderwał się, przetrawił na spokojnie sytuację. Nie mógł jednak przyjechać, więc ja pojechałam do W-cha.
Spotkaliśmy się we 3: ja, M. i T. Piliśmy, gadaliśmy, wspominaliśmy dawne czasy. T. zmył się około 2 w nocy. M. zapytał, czy zostanę.
Zostałam...chciałam go wesprzeć tak, jak on to robił, gdy leczyłam złamane serce po G.
Położyłam się w łóżku, on usiadł na krześle obok. Wziął mnie za rękę, zaczęliśmy rozmawiać. Nie potrafię dziś już przytoczyć tej rozmowy. Gdzieś z oddali wracają do mnie słowa
"Zawsze mówiliśmy, że kochamy się jak rodzeństwo, ale to chyba nie do końca tak jest"
"Żadne z nas, nie jest i nie będzie gotowe na poznanie kogoś nowego, obdarzenie go zaufaniem, wprowadzenie go do swojego życia,a siebie już tak dobrze znamy..."
"Może powinniśmy spróbować razem? Tyle lat znajomości za nami, tyle wspólnych wspomnień, tak wiele nas łączy..."
Nie spaliśmy tamtej nocy wcale.
Postanowiliśmy spróbować.
Byliśmy jednocześnie szczęśliwi, sami zaskoczeni tym pomysłem i pełni obaw. Obaw o to, że możemy wcale nie sprawdzić się jako partnerzy.
Do rana leżeliśmy w łóżku, wtuleni w siebie, całując się i rozmawiając o tym co nas czeka, co może nam się udać, a co nie.
Pierwszy raz w życiu odbyłam tak szczerą i otwartą rozmowę na temat uczuć. Bez stresu, wstydu, jakichś niepotrzebnych zahamowań, bez udawania.

Co było dalej?
To już właściwie na bieżąco opisywałam.
Każdy dzień razem spędzony, utwierdzał i utwierdza nas nadal w przekonaniu, że podjęliśmy dobrą decyzję.

Na dzień dzisiejszy: jestem umówiona na próbny tydzień pracy w pewnej firmie. Jeśli się sprawdzę, myślę, że do maja uda mi się wrócić z Sebciem do Wałbrzycha.
Chcemy kupić razem mieszkanie i zamieszkać w nim we trójkę.
Chcemy mieć też jeszcze jedno, wspólne dziecko...i to chyba całkiem niedługo.
Rozmawiamy o Ślubie, który najprawdopodobniej weźmiemy.
Mamy masę planów, których jesteśmy pewni.

Uwielbiamy być ze sobą. Wiecznie nie możemy się nagadać, tak wiele wciąż mamy tematów.
Spędzamy czas rodzinnie i obojgu nam sprawia to satysfakcję.

Kochamy się.
Jesteśmy szczęśliwi.


Chciałam o tym wszystkim napisać jakoś piękniej, ale ta historia sama w sobie jest tak dziwna, że już chyba nawet nie ma potrzeby jej ulepszać w żaden sposób.
Poza tym od miesiąca mój Świat stoi na głowie, a ja staram się jakoś utrzymać w nim pion,co zdecydowanie nie sprzyja pisarskiej wenie.

W ciągu tego miesiąca przeżyłam tyle wspaniałych, wyjątkowych chwil, które powinnam na bieżąco opisywać, aby pozostał gdzieś po nich ślad... Wątpię, że uda mi się to jeszcze nadrobić.

Otrzymaliśmy również od całego naszego otoczenia,naszych Rodzin, przyjaciół, znajomych, tak wiele wsparcia, że sami jesteśmy zaskoczeni. Wszyscy zareagowali na tę sytuację niezwykle pozytywnie! Bliscy nam kibicują, cieszą się razem z nami... Jest to dla nas szalenie ważne,dodaje siły i wiary w to, że robimy dobrze.

Po 12 latach spotkaliśmy się na jakimś rozstaju dróg. Ja przyszłam z jednej strony, on przywędrował może nawet z tej samej, ale do tej pory szedł równoległą trasą.
Złapaliśmy się za ręce, wzięliśmy ze sobą Sebastiana i teraz idziemy już dalej razem. W jednym kierunku, jedną drogą.
Spełniają się nasze marzenia, rodzą się w nas kolejne - wspólne.
Jest naprawdę pięknie.

Jestem szczęśliwsza niż kiedykolwiek. Każdego dnia dziękuję za to Losowi.
Życie jednak przygotowało dla nas wspaniały scenariusz.
Musieliśmy tylko oboje do niego dojrzeć, wiele doświadczyć,aby nauczyć się go doceniać... i poczekać cierpliwie aby zaczął się realizować.



Taka z nas Rodzinka: Mio&Maja&Seb , czyli w skrócie M&M'S :)


czwartek, 13 lutego 2014

poniedziałek, 10 lutego 2014

Mały smuteczek

Niedzielny wieczór.
w pokoju półmrok, oglądamy z Becim Minimini+.
Kończą się bajki i Rybka Minimini idzie spać.
Tulę Maluszka mojego, leżymy na kanapie pod kocem. Jest ciepło, miło i sennie...ale jego buzia robi się nagle bardzo smutna.
"Dlaczego tak posmutniałeś,Synku?"

Ustka wyginają się pomału w coraz większą podkówkę...

Nie widziałam jeszcze nigdy swojego dziecka tak smutnego.

Nagle wybucha płaczem, łezki ciurkiem płyną po policzkach.

"Heeej, Kochanie! Co się stało dlaczego płaczesz?Boli Cię coś?"
Tulę, głaszczę, całuję...
"Baba, Dziadzia..."-łka przez łzy....

Tęskni.
Mój mały Synek tęskni aż do łez.
Popłakałam się razem z nim.

Czas wracać.

Naprawdę już czas na nas.

niedziela, 9 lutego 2014

Miłość

Bolesne kilka dni osobno przed nami.
Miniony tydzien to bajka. Najpiękniejsza.
Poczułam,że zaczynamy tworzyć coś wyjątkowego...
Rodzinę.
Coś, o czym wszyscy troje marzymy (myślę, że Beciemu potrzebne to najmocniej,choć może in sam nie wie,że o tym marzy).

Wczoraj rano M. zaspany wyszeptał:
"Wiem,że może za szybko to powiem,ale...Kocham Cię"

Wyznanie postawione na fundamencie naszej dwunastoletniej przyjaźni.
Słowa tak pewne i tak świadome...
Uczucia sprawdzone.
Dwa wyrazy zawierające w sobie wzajemny szacunek, zaufanie, zrozumienie...ale też tak wiele nowych emocji, których wcześniej między nami nie było.
Nie boimy się już niczego.
Jest Miłość.

Kocha mnie.
Ja kocham Go.

Tyle lat czekałam...

Warto było.

Tęsknię dzisiaj.
Ale w głowie dźwięczy mi wciąż to wyznanie.
Piękniejsze,prawdziwsze i dojrzalsze niż kiedykolwiek wcześniej.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Troche luzu

Siedzimy w W-chu. Tydzien zwolnienia, bo Miniu zaziębiony.
W wolnym czasie, pławimy sie w morzu Miłości i "rodzinnego"życia.
Nie mam komputera, więc szczegóły po powrocie do rzeczywistości....chociaż jak dla mnie,mogłoby to nigdy nie nastąpić.
<3

czwartek, 30 stycznia 2014

Machina w ruch

Żeby nie było za różowo...
Wczoraj wieczorem odebrałam telefon od Ojca mojego Dziecka.
Pierwszy od kilku miesięcy.
Co skłania J. do odezwania się do mnie?
Odebranie pozwu.
To już dobra wiadomość. Pozew doręczony, więc sprawa ruszy na 100%. Jednocześnie jest to też potwierdzenie adresu.

Oczywiście, ten idiota próbował najpierw prośbą, potem groźbą zmusić mnie do wycofania się z sądu.
Obiecał podpisać umowę notarialną, dogadać się, przylecieć.

O nie! nie! Już ze mną te numery nie przejdą.
3 lata czekałam.
3 lata dawałam mu szansę, żeby zrobił to dobrowolnie, wysyłałam pisma, prosiłam, dzwoniłam. I nic.
Powiedziałam, że nie wierzę już w ani jedno jego słowo. Że dawno stracił moje zaufanie i nie mam najmniejszej podstawy, aby teraz wierzyć w jego obietnice.

Wściekł się.
W takim razie on będzie mi utrudniał. Weźmie adwokata, sprawa będzie się ciągnęła latami, będzie walczył o prawa do dziecka?

O jakie, k***a prawa???
Jakie prawa może mieć ktoś, kto nigdy dziecka na oczy nie widział, nigdy o nie nie zapytał i gdybym go nie używała, nawet nie znałby imienia własnego syna.
O jakich mówimy prawach?

Poczuł, że nie ustąpię i że już nie ma na mnie takiego wpływu jak kiedyś.
Wściekł się jeszcze bardziej.
I padło zdanie na które czekałam "skąd ja mam wiedzieć, że to w ogóle moje dziecko?"
Fuck....gdyby stał na przeciwko mnie, nie powstrzymałabym się.
Oczami wyobraźni widziałam własną pięść lądującą z całą siłą na tej fałszywej twarzy...

"Jeśli masz wątpliwości, możesz wykonać test DNA, który sam opłacisz. Nie ma sprawy"

Mnie samą zaskoczył własny spokój.
"Przykro mi , ale nie dogadamy się. Nie wycofam pozwu. Musisz zrozumieć, dla mnie to jest zabezpieczenie. Więc przyjedź na rozprawę i załatwmy to raz na zawsze. Rozejdźmy się w spokoju i nie chcę Cię więcej widzieć, poza Twoim nazwiskiem przy wpłatach na konto"

Dalej jednak uważa, że mnie przekona.
W takim razie wyśle jakiegoś maila, do notariusza pójdzie, do konsulatu....

A tyle czasu o to prosiłam.
Proponowałam, żebyśmy to zrobili, kiedy będę w Anglii.

"Nic z tego - możesz przyjechać, spotkamy się u mojego adwokata, możemy negocjować jedynie wysokość alimentów"
"Nie przyjadę! Biorę prawnika!"
"W porządku, jak wolisz."

Z jednej strony czułam rosnące ciśnienie i palącą twarz.
Z drugiej wewnętrzny spokój.

"Nie jestem sama. Mam wsparcie. Zamkniemy to i mogę budować nowy rozdział mojego życia. Nie jestem sama."

Nie pamiętam nawet z tych emocji na czym stanęło.
Chyba on na swoim, ja na swoim.

Ja dumna z tego jak przeprowadziłam tą rozmowę.
Dumna z woli walki.
Dumna, że jestem Matką - Fighterką, że odrzucam sentymenty, że poświęcę wszystko w imię dobra mojego Dziecka.
Nie dałam się wyprowadzić z równowagi, przekonać, zastraszyć.
Twardo stoję przy swoim.
Mam obok wsparcie.
Rodziny, przyjaciół, Jego.

Czuję się gotowa i silna na każdą walkę.

wtorek, 28 stycznia 2014

Szaleństwo Panny M.

Proszę o wybaczenie!
Obiecuję poprawę.
Wiem, że zaniedbałam blogowanie.
I pisanie i czytanie i komentowanie.
Tak wiele się ostatnio wydarzyło, że kompletnie nie miałam nawet spokojnej chwili, aby usiąść, przemyśleć wszystko i opisać.
Teraz siedzę sobie w fotelu, w kubku paruje herbata z sokiem różanym, Moje Chłopaki (!!!) są  w Wałbrzychu, a ja mam wreszcie moment tylko dla siebie.

Niestety, muszę rozczarować od razu wszystkich ciekawych - w dalszym ciągu nie zdradzę tajemnicy. Myślę, że uda mi się to zrobić do końca lutego.

Mogę natomiast zdradzić jak się czuję....
Jest takie modne ostatnio określenie: Rzygam tęczą!
To o mnie! :)

Jestem szczęśliwa. 

Ale to tak niesamowicie, że czasem zastanawiam się, czy to wszystko dzieje się naprawdę.
Historia jest niezwykle skomplikowana, długa, dziwna...niemożliwa do uwierzenia.
Jest też pełna obaw...
strachu, że za wcześnie
za szybko
zbyt mocno.

Walczymy z tym, ale jakoś bezskutecznie.
Wszystko dzieje się jakby poza nami, strach i napięcie powoli ustępują, niepewność zamienia się w przekonanie, że jednak się nie mylimy. Że to wszystko idzie w takim kierunku, w jakim powinno.

Schudłam 3kg...zapominam jeść z tej euforii...i ciągle coś mi "lata" w brzuchu. 

Źrenice mam okrągłe i błyszczące, jakbym codziennie rano częstowała się porcyjką kokainy.

I głupawo uśmiecham się do siebie pod nosem na różne, krążące mi po głowie myśli.

Oczy zachodzą mi łzami, a serce topnieje kiedy patrzę jak Sebcio wsuwa małą rączkę, w Jego dużą i tak sobie idą razem. Jak On poprawia małą czapkę, jak sznuruje małe buciki. Jak ciągnie sanki, ogląda z Becim koparki na YT...Jak wspólnie ucinają sobie poobiednią drzemkę.
Patrzyłam na to przez ostatnie dni i czułam, jakby jedno za drugim, spełniały się moje marzenia.

Przeżyłam swój wyśniony poranek, kiedy razem z Nim leżeliśmy w łożku przytuleni, ledwo przebudzeni, a do sypialni wpadł Beci, również świeżo wybudzony, rozczochrany...i z takim uroczym poranno-dziecięcym uśmiechem wskoczył do łóżka, wpakował się pomiędzy nas, a później we trójkę się wygłupialiśmy, zaśmiewając się do rozpuku.
I Jego słowa wtedy "Tak fajnie, rodzinnie jest!"

Naprawdę jest pięknie.
Tak cudnie, że nawet jeśli to jest tylko na chwilę, jeśli coś się zmieni, nie uda się, jeśli jednak to był tylko akt desperacji, lizanie ran, strach przed samotnością...to jednak warto.
Warto to wszystko teraz przeżywać.
I doceniać...a po tylu latach, gdy tego wszystkiego tak mocno mi brakowało, doceniam naprawdę, całym sercem wszystko, co aktualnie Nas spotyka.

I wierzę, że jednak dalej tak będzie. Że spotkaliśmy się na jakimś skrzyżowaniu, czy rozstajach po to,abyśmy dalej mogli sobie razem iść w tą samą stronę.

W poniedziałek miałam rozmowę kwalifikacyjną.
Do końca tygodnia mam otrzymać odpowiedź co dalej.
Jeśli dostanę tę pracę, będziemy musieli wyprowadzić się z ZG w ciągu miesiąca.
A CV wysłałam z przypadku. Przeglądając z ciekawości ogłoszenia, natknęłam się na to jedno. Uznałam - a co mi szkodzi wysłać....pierwszy raz w życiu oddzwoniono do mnie po dwóch godzinach, z zaproszeniem na rozmowę za 4 dni.
Nie jestem w 100% zadowolona z jej przebiegu, natomiast wierzę w swoje umiejętności i doświadczenie i mam nadzieję, że udało mi się to przekazać.
Chociaż tak w głębi sama nie wiem, czy jestem już na to gotowa.
To wszystko tak nagle...

Choć jeśli spojrzeć na to z drugiej strony, to wcale nie aż tak nagle... Ale o tym powiem w lutym i wtedy wszystko stanie się jaśniejsze.

Teraz wszystko w rękach Losu.

I jeszcze wiele nieodkrytego przed nami, co bardzo nas ekscytuje i cieszy.

Wiedziałam, że nadejdzie moment przełomu w moim życiu.
Ale czegoś tak niesamowitego, w najśmielszych marzeniach sobie nie wyobrażałam.
Cokolwiek o tym zadecydowało - jestem wdzięczna.

Szczęśliwa M.

wtorek, 21 stycznia 2014

Moje przyjaciółki - blogerki :)

Haha Kobity moje... rozbawiły mnie Wasze komentarze :)
I rozczuliły w ogóle...urocze jesteście wszystkie :* :* :*
Obiecuję Wam, że wszystko napiszę i opowiem!
Ale w swoim czasie.
Nie mogę na razie.
Bo to wszystko tajemnica.
W dodatku w powijakach.
Dajmy się rozwinąć sytuacji.
Jedno Wam zdradzę, tak jak niektóre z Was się domyśliły - chodzi o Miłość.
Zupełnie niespodziewaną.
Ale jak już będę mogła się dzielić, kiedy już będziemy pewni, że się nie pomyliliśmy.
To Wam obiecuję, że dostaniecie historię na miarę dobrego filmu ;)
Musi Wam to wystarczyć, póki co.

Dziękuję za Waszą obecność. Naprawdę z każdym komentarzem pod poprzednim postem miód płynął na moje zdziwione, skołatane serce :)