Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

poniedziałek, 26 maja 2014

Ja - Mama.

Ja - Mama.
Mama z zaskoczenia.
Nieplanowana zupełnie mama.
Mama zanosząca się płaczem, trzymająca w ręku test z dwiema kreskami.
Mama nieprzygotowana.
Na samotność, na pożegnanie z dotychczasowym życiem, na pojawienie się małego człowieka.
Mama przerażona odpowiedzialnością, która na nią spadnie, świadoma poniekąd z czym wiąże się nowa rola, w której tak nagle została obsadzona.
Debiut w monodramie.

Mama...niby całkiem sama, chociaż otoczona troskliwym wsparciem wielu bliskich osób.

Mama pogodzona z losem, w momencie kiedy w głośnikach aparatu od USG zabrzmiało bicie serca jej dziecka.
Mama oczekująca... jak każda przyszła Mama. Pełna obaw, a jednocześnie przepełniona rosnącą wciąż miłością.

Mama witająca nowe życie. Życie, które wydała na Świat siłą tej Miłości.

Zakochana na śmierć Mama. Wciąż kochająca coraz mocniej, choć zdawać by się mogło, że mocniej się już nie da.

Mama - kobieta. Silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
I życie Matki - Życie, które ma sens.

Ja - Mama ... czasem niecierpliwa, nieraz nieszczęśliwa, często bezsilna, bezradna, rozzłoszczona, niewyspana, przemęczona, rozżalona.
Zwykle dumna, pełna podziwu, uszczęśliwiona, że może brać udział w rozwoju bystrego małego istnienia. Wpatrzona w roześmianą buzię dziecka swego. Zachwycona jego pięknem, niewinnością, urokiem, dziecięcą prostą i szczerą naturą.

Ja - Mama... doświadczona, świadoma siebie, swoich potrzeb, potrzeb syna swego.
Mama spełniona.

Mama walcząca o Marzenia.
Spełnione Marzenia.

Ja - Mama - dzisiaj gotowa podjąć wyzwanie raz jeszcze. Pełna ciekawości, jak bardzo inaczej mogłoby być tym razem? Jak przeżywa się cały ten cud, kiedy nie jest się samą? Jak kocha się dwoje dzieci?

Nie wierzyłam, że kiedykolwiek to napiszę.
Rok temu, coś takiego nawet nie przyszłoby mi do głowy.
Ale w tym roku, na Dzień Matki, życzę sobie....zostać Mamą jeszcze raz.
I przekonać się, jak to jest być Mamą w tandemie z Tatą. Doświadczyć wszystkiego tego, co do tej pory mnie ominęło.
Dziecku swemu podarować Rodzeństwo, z pełną świadomością tego, jak bardzo sama kocham własną Siostrę i jak bardzo posiadanie rodzeństwa wzbogaca Życie.

Może jeszcze nie teraz, może za moment.
A może niech Los zdecyduje, kiedy i czy w ogóle.

A nawet jeśli nie.

To i tak jest wspaniale.
Czasem to, co na początku wydaje się straszne, okazuje się piękne.

Ja - Mama - od ponad 3 lat jestem innym człowiekiem.

Bogatszym o to wyjątkowe piękno, o niepowtarzalne przeżycia i emocje.
Oraz o najważniejsze - o bezcenną Miłość.

środa, 21 maja 2014

Z rozmyślań nad garami

Kiedyś miałam duuużo czasu na przemyślenia.
Potrafiłam analizować swoje życie i świat wzdłuż i w szerz.
Wyobrażałam sobie swoją przyszłość, marzyłam o wielkiej miłości...
Uwielbiałam oglądać oczami wyobraźni swoją didżejską karierę. Słuchałam ulubionych trance'ów i widziałam już te imprezy na Ibizie. Wypełnione po brzegi parkiety w Pacha, Privillage, Amnesii....

Ahhh..życie wewnętrzne miałam naprawdę bogate.

Piszę o tym w przeszłym czasie, bo dziś, wygląda to o wiele bardziej przyziemnie.
Czas na myślenie zawsze się znajdzie. Dojeżdżam do pracy 25km, jestem sama w samochodzie - mogę dumać do woli.
Ale co rozważa dzisiaj Marta, jadąc samochodem?
"Hmmmm...co zrobić na jutrzejszy obiad? Pomysłów już mi brakuje! A co w ogóle jest w lodówce...?"
Oczy mej wyobraźni już nie kierują się na case'a z vinylami...oj nie. Teraz wędrują w stronę szuflad zamrażalnika, szperając w pamięci w poszukiwaniu ich zawartości.
Kiedy w końcu po 35minutach drogi udaje mi się ustalić obiadowy plan, a po powrocie do domu dokonać zakupów i stanąć nad kuchennym blatem, pojawia się kolejny wolny czas. Idealny na rozmyślania.
Dziecko zwykle już śpi, w gary nikt mi nie zagląda, bo przecież jeszcze, nie daj Boże, przymuszę do pomocy.
Stoję więc sama, skąpana w aromatach i myślę sobie ...
...że auta trzeba od rana poładować. Że Dawida przetrzymali na załadunku, że Przemkowi na rozładunku złamali deskę. Że program do analizy plików tacho miałam wybrać, oraz że wzorce do wydruku faktur znowu są nie tak ustawione....
Za chwilę....: "ej! ej! ej! Nie jesteś w pracy! Zmieniamy tory!"

I wtedy włącza się Marta - marzycielka....
Wybiera miejsca na romantyczny czerwcowy weekend.
Mamy taki z Miśkiem zaplanowany!
Rodzice zabierają Sebka na tydzień nad morze, a my w wolny weekend chcemy wyskoczyć gdzieś , w jakieś spokojne miejsce, ulokować się w przyjemnym hotelu, gdzie będą nam gotować, masować nam stopy, gdzie będziemy grzać się w saunie, moczyć w jacuzzi i korzystać z wielkiego małżeńskiego łoża, o którym marzę codziennie, gdy z rana boli mnie kręgosłup.
Wędruję więc w fantazjach do Kudowy, Polanicy, Świeradowa....a może gdzieś nad jezioro?....już już czuję te wygody....
I nagle na ziemię sprowadza mnie dzwonek telefonu.
21:30... ciężarówka w Czechach, nie chcą zdjąć jednej palety, każą odwieźć do Wolfsburga, bo to nie towar dla Skody
W ten sposób mija godzina. Rozmawiam z 5 osobami w 3 językach, przypalam drewnianą łyżkę do stosowania na patelni teflonowej, urlopowe wizje odpływają daleko....

Ale nie poddaję się.
Jest jeszcze jeden - ostatni samotny moment w ciągu dnia, dobry na rozważania.
Wieczorna kąpiel.
No dobra...prysznic, nie kąpiel...

...no ok! ok!
prysznicowy express - niech już będzie.

Odkręcam kran, włączam deszczownicę - uwielbiam ją, działa odprężająco. Już przybliża się na powrót wizja tego, co w ten weekend będziemy robić, już spacerujemy za rączki po deptaku, już się tulę do ukochanego mego podczas romantycznej kolacji przy świecach...
Wchodzę do wanny, obracam się, aby zasunąć drzwi kabiny...
i tu mój wzrok pada na pralkę
-"K****, jeszcze pranie trzeba rozwiesić!"

:-o

Konstruuję posta drugi dzień...
chyba ucieknę na koniec świata w poszukiwaniu godzinki ciszy i skupienia....

piątek, 9 maja 2014

Amor gignit amorem

Koniec procesu. 
Zamykamy na dobre etap związany z biologicznym ojcem mojego dziecka. 
Będzie widniał w Akcie Urodzenia, będzie zobowiązany do comiesięcznego płacenia alimentów, do zwrócenia kosztów ciąży oraz wyprawki, a także procesu. Został również pozbawiony wszelkiej władzy rodzicielskiej, na co przystał bez oporów. 
Sebastian nadal będzie nosił moje nazwisko. 

Wielki głaz spadł z mojego serca. 
Teraz wszystko będzie na papierze i nie będę musiała się martwić co się stanie, jeśli on kiedyś postanowi zapaść się pod ziemię. 

Generalnie poszło to wszystko dość sprawnie. O ile pierwsza rozprawa była dla mnie mocno stresująca, o tyle wczorajszą przeszłam dużo łatwiej. Wielka i nieoceniona w tym zasługa moich Przyjaciółek, Pani Mecenas i oczywiście nieustannie wspierającego mnie Miśka.
Odnośnie pomocy prawnika, to przyznam, że warto było zapłacić niemałą kwotę za jej pracę. Nie życzę nikomu, potrzeby korzystania z takiej pomocy, ale jeśli już się tak zdarzy, to naprawdę nie warto żałować. 

Dzisiaj nawet nie mam na cały ten temat żadnych więcej głębszych refleksji. Wszystkie swoje łzy i żale zdążyłam wylać przez ten czas, od pamiętnego dnia 26 stycznia 2011 roku. 
Żadne pieniądze nie zrekompensują ani złamanego serca, ani poczucia zagubienia, żalu, rozpaczy, porzucenia. Żadna kwota nie jest wystarczająco wysoka, by pomogła kiedyś zrozumieć mojemu dziecku, dlaczego ojciec nie chciał go znać. 
Żaden wyrok nie jest sprawiedliwy dla Marty, która w pewnym momencie ciąży zrozumiała, że zostaje sama. I że dziecko, które rozwija się pod jej sercem nic nie znaczy dla człowieka, który je stworzył. 

Dla Marty, która dzisiaj patrzy na ramiona swojego syna, mocno obejmujące miśkową szyję, ten wyrok, to inny wymiar sprawiedliwości. To wyciągnięcie chociaż minimalnej konsekwencji dla oszusta, który okazał się być z lodu, kompletnie bez serca, bez sumienia...z jakimś jedynie minimalnym poczuciem przyzwoitości. 

Trzy lata, trzy miesiące i 12 dni walki. Głównie ze sobą. Walki o to, by doprowadzić tę sprawę do jakiejś formy, w której będzie ona znośna do przyjęcia. Dzisiaj mogę z czystym sercem powiedzieć, że jest w porządku. 
Jest posprzątane i poukładane. 
A Sebastian ma kogoś, kto godnie zastąpił mu Tatę. 
Przyjaciela, któremu ufam, którego kocham, który -wierzę- nie pozwoli aby stała nam się krzywda. 

Każdego dnia patrzę na Niego, Jego zaangażowanie, poświęcenie, pracę jaką wkłada w odnalezienie się w tej zupełnie nowej sytuacji, widziałam jak zaczynała w Nim rodzić się Miłość do małego człowieczka, którego dzisiaj nazywa "naszym synem". Wiem, że ta Miłość stworzyła się z uczucia do mnie.
"Amor gignit amorem" 
Jedna z nielicznych łacińskich sentencji, którą zapamiętałam sobie na zawsze i zawsze w nią wierzyłam.

Jest to niesamowicie piękne i wzruszające. 
Czuję jak we mnie rośnie uczucie, nad którym już nie potrafię i nie chcę panować. 

Walka skończona. 
Było ciężko. Bardzo ciężko. 
Ale warto. 




środa, 7 maja 2014

Post w zmęczeniu napisany.

Znowu wpadłam w wir totalnego niedoczasu.
Obojętnie, czy mam 4 dni teoretycznie wolnego, czy jeżdżę codziennie do biura, zawsze mam za mało czasu.
Czy to obecność innych osób w domu, sprawiła że poluzowałam sobie cugle i zdezorganizowałam się....czy też może dziwnym trafem przybyło mi obowiązków?
Jestem permanentnie zmęczona.
Sypiam jak kamień. Niewiele jest mnie w stanie zbudzić... Misiek czasem próbuje - bezskutecznie.
W pracy nerwy.
W domu nerwy.
Wszędzie dużo do zrobienia.

Syn chyba na cały ten przewrót zareagował nie najlepiej.
Takie wnioski teraz wyciągamy.
Walczymy z jego agresją...trochę na ślepo, bo żadne z nas nie wie dokładnie co robić.
Tak bardzo Go kocham, ale tak strasznie brakuje mi cierpliwości.
W całym tym zmęczeniu, w tym kieracie, w stresach, brakuje mi siły na bycie jego Mamą.
Brakuje mi czasu i siły na to, co najważniejsze.
I nie będzie już kiedy tego nadrobić.
Staramy się oboje z M., dawać Mu jak najwięcej z siebie.
Podświadomie jednak, oczekujemy pewnych reakcji, a dostajemy wręcz odwrotne i często, pod wpływem takiej chwili zwyczajnie się zniechęcamy.
Ja rzucam słowa, których żałuję później.
Nie rozumiem, dlaczego tak pomyślałam i wyraziłam to głośno.
Takie bzdury.
Takie głupoty.
A jednak w momencie wzburzenia, wpadają takie do głowy.
Że to jest właśnie dowód, że wcale nie dorosłam do tego. Że nie tak powinno być, że sobie nie radzę, nie nadaję się, nie znam....

Ciężko bywa.
Niby pięknie, tak jak marzyłam, ale wcale nie łatwiej niż wcześniej.
Tak bardzo bym chciała, żeby On był szczęśliwy.
A nie wiem, czy jest.
Nie powie mi tego jeszcze, nie wiem, czy te wszystkie zachowania, to znak, że nie jest, czy po prostu "taki wiek"?

Trudny wiek.
Ciągle jest trudny wiek. Od 2,5 roku.

Wieczorem z ulgą zamykam za sobą drzwi, kiedy On po walce wreszcie zaśnie. Jestem zła, że znów wymaga aby go usypiać.
Wykonuję listę domowych obowiązków, wracam do pokoju, patrzę na śpiącą buzię.
I czuję jak wpijają mi się w ramię zębiska ostre...
wyrzutów sumienia.

Tak bardzo się staramy, aby czuł, ze Go kochamy, troszczymy się i chcemy jak najlepiej....
Ale może tylko tak nam się wydaje...? Może to tak naprawdę minimum, a nie starania?


Dlatego nic nie piszę tutaj.
Ciężko jest pisać o porażkach.
A czuję, że chyba właśnie ponoszę wychowawczą porażkę.

Z drugiej strony nie brakuje też dobrych momentów. Jeździmy na wycieczki, chodzimy na spacery, bawimy się w domu.
Może to ja, w całym tym zmęczeniu, bardziej słyszę płacz niż śmiech Sebastiana?
Chyba znowu trochę się pogubiłam.
W Szczęściu się zgubiłam i we własnych spełnionych marzeniach.
Wyszłam z roli nieszczęśliwej samodzielnej mamy i w nowym wcieleniu jeszcze się odnaleźć nie potrafię.
Wciąż czuję, że coś tracę, że umykają pewne rzeczy w tym pędzie całym.
I chociaż czasami uda nam się zatrzymać, zapomnieć o obowiązkach i skupić na byciu Rodziną, to ciągle czuję niedosyt.



środa, 23 kwietnia 2014

Droga

7:30 rano.
Rozpędzam samochód na szerokiej drodze.
Wokół pola. Żółto-zielone - kwitnie rzepak.
Prawie nie zauważyłam, że wiosna już tak na dobre się rozkręciła.
Szyba samochodu jeszcze pokryta kroplami nocnego deszczu.
Zza ciemnych chmur wychodzi słońce, promienie padają prosto na tę szybę i na moją twarz.

Podkręcam głośność w radiu

Idealny moment do jazdy.
Przyjemny początek dnia.
Z takim poczuciem rozpędzania , dążenia do czegoś...
Z uśmiechem.

Za nami Święta.
Takie nowe, inne Święta.

Brakowało Mamy i Siostry.
Powróciło wspomnienie o Babci.
Minęły 3 lata od tamtej Wielkiej Niedzieli.
Tamte Święta były zupełnie inne niż wszystkie.
Dopiero zaczynałam akceptować rozwijające się we mnie Nowe Życie.
I wtedy Los zabrał z Rodziny Życie Doświadczone.
Stare Życie, które przeszło wiele, przebyło 7-letnią drogę przez Syberię.
Budowało po wojnie swój świat na nowo,
aby po kolejnych kilku latach ponownie się rozpadł.
Moja Babcia była samotną matką.
Młodą wdową.

Wierzę mocno i czuję, że mam z góry jej zrozumienie i wsparcie.


W tę Wielkanoc dziękowałam.
Podczas świątecznej refleksji zawsze dziękuję za to, co mam, ale też proszę o pomoc.
Marzyłam, aby moje dziecko mogło spędzać takie wyjątkowe dni z mamą i tatą.

I stało się.
To był szczególny czas.
Wiem, że M. też to czuł. Rozmawialiśmy o tym - Nasze pierwsze wspólne Święta.
Pierwsze ze stu.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Miło i dobrze.

Jestem wyznawczynią filozofii "jarania się pierdołami".
To tak przewrotnie, kolokwialnie rzecz ujmując.
Już o tym kiedyś pisałam - staram się cieszyć wszystkim.
Jeszcze niedawno musiałam się pilnować aby o tym pamiętać.
Dzisiaj przychodzi mi to z łatwością. Z pewnością dlatego, że nie mam zamartwień :)
Ale też i nie tworzę ich sobie sama.
Uwielbiam poczucie Szczęścia.
Jakkolwiek, to nie brzmi - od 3 miesięcy czuję się, jakbym kilka, czy kilkanaście razy dziennie przeżywała emocjonalne orgazmy :)

Wracam z pracy - Syn już czeka pod drzwiami - na głowie opaska - buraczek, bo w przedszkolu dzień buraka był. Uśmiechnięty tuli się do mnie.
Już mi dobrze.
Wchodzę do kuchni, "mąż" grzeje mi obiadek. Staję sobie w progu i patrzę z lubością na te plecy i ich przedłużenie...no wierzcie mi -chociaż nie trenuje już od lat, jest na czym oko zawiesić.
Jest jeszcze lepiej.
Jemy razem obiad, rozmawiamy, opowiadamy sobie co się działo w pracy.
Milusio.
Wymyślamy plan na popołudnie i cokolwiek to nie jest - czy zakupy, czy spacer , zawsze jest przyjemnie.
Wczoraj pojechaliśmy połazić po pobliskim uzdrowisku, ale późno było i zrobiło się chłodno. Wstąpiliśmy więc do kawiarni, gdzie pochłonęliśmy z niemałym trudem, niesamowicie słodkie desery czekoladowe.
To akurat była ogromniasta przyjemność.
Aż się mdło zrobiło :P

Chodzimy sobie po parku. Widzę jak ludzie przyglądają się nam z uśmiechami na twarzach. My za rączki (tak tak, to JESZCZE TEN ETAP), Seba czasem za rączkę z nami, a czasem biega dookoła zajęty swoimi eksploracjami.
Kuracjusze z sanatorium przystają i zachwycają się nim. Jaki ładny ,jak ubrany, jaki grzeczny....
Rośnie serce Matki
i Żony
i Kochanki też, bo akurat M. przypatruje mi się takim wzrokiem, że aż...

Wieczorem zawsze mam dużo pracy w domu. Bo dziecię do kąpania i spania, obiad na jutro do ugotowania i śniadania do pracy jeszcze zrobić trzeba, psa nakarmić i wyprowadzić, ciuchy przygotować na kolejny dzień...
I nagle Tato kąpie Sebka, Misiek robi śniadanko na jutro i wyprowadza psa...i zaraz lepiej jest.

Przed zaśnięciem, to już nawet nie będę się tu spowiadać jakie mam przyjemności...tak tak, to także JESZCZE TEN ETAP ;)
Śpię jak zabita i zwykle się wysypiam.

Pierwsza pobudka o 5:40, kiedy "mąż" żegna mnie pocałunkiem, wychodząc do pracy. Jeszcze śpię i przewracam się na drugi bok, jeszcze słonko nie wzeszło, a mi już jest dobrze!
Gorzej, gdy muszę wstać 40 minut później, ale po następnych 40 widzę uśmiech zaspanego dziecka.
Już nieraz pisałam, że to kocham.

Jadę autem do pracy, z trasy widoki mam piękne. Podziwiam każdego dnia, bo codziennie jest trochę inaczej. A to słońca więcej, a to mgła na Ślęży, lub stado saren pod lasem.
Do pracy wpadam uśmiechnięta.
Lubię ją.
Szefa lubię.
Odpowiedzialność swoją lubię też.

O 10 pora śniadaniowa... wyjmuję kanapkę - M. szykował - dołączył małą niespodziankę: "Smacznego. Kocham Cię...;) cmok cmok cmok"
Gęba cieszy mi się od ucha do ucha.
Aż w całej swojej ekshibicjonistycznej naturze uwieczniam śniadanko z tym uroczym wyznaniem i umieszczam na FB... ku zazdrosnemu oburzeniu samotnych koleżanek.
Nawet nie jest mi głupio, ani przykro...
Z ekshibicjonizmem swym żyję od lat w zgodzie.
A koleżanki rozumiem - przecież jeszcze niedawno sama tak miałam.

Misiowi wysyłam "selfie" z dziubkiem i napisem "Dziękuję"...przy obiedzie pokaże mi , że ustawił je sobie na tapecie w telefonie.

Chyba mało co jest mnie w stanie teraz wyprowadzić z tego obezwładniającego poczucia spełnienia i zadowolenia.
Endorfinki sobie krążą... w piątek wróciłam na zajęcia z Latino Solo, co jeszcze podładowało ich zasoby.

Jest zajebiście.

Chociaż gardła bolą,  mieszkamy w jednym mieszkaniu,razem z Tatą, a utrzymujemy trzy...choć mam dużo obowiązków i czasem się nie wyrabiam, tęsknię za przyjaciółkami, Sebastian codziennie próbuje wyprowadzić mnie z równowagi, giełdy transportowe weryfikują moją firmę tygodniami i rzeźbić sobie muszę te ładunki, Misiek ma 2 tygodnie wolnego, a ja nie, w tygodniu świeci słońce, a w weekend pada deszcz...
Ja i tak się cieszę.
Bo każdego dnia znajduję chociaż kilka małych, prostych rzeczy, które ten dzień czynią przyjemnym.
Kolejny raz polecam wszystkim tę filozofię.
Bo tak naprawdę przeżyć taki dzień, jak ten to żadna sztuka.
Sztuką jest dostrzec i docenić w nim wszystko to, co małe, acz ważne.
I zawsze z tyłu głowy pamiętać, że tak niewiele wystarczy, aby tego zabrakło.
















wtorek, 15 kwietnia 2014

Pierwsza piosenka :)

Muszę to zapisać sobie tutaj ku pamięci.
Wiem jak łatwo później umykają takie momenty.
Postaram się nagrać, ale oczywiście przy małym fanie sprzętów wszelakich , nie będzie to łatwe.
Tak więc na razie tylko piszę, iż dziecko me, dnia wczorajszego tj. 14.04.2014 roku, stojąc w kuchni na hokerze i oglądając przez szybę okna co się dzieje na osiedlu (to tutaj jego ulubione zajęcie), zaczęło sobie samo do siebie śpiewać.
Z małym żalem stwierdzam, że nie było to "Wlazł kotek na płotek"
ani "Aaaa kotki dwa", ani też żadna inna kołysanka, które przecież tyle razy wałkowałam.
Nie była to także żadna z francuskich piosenek, których mnie nauczył mój Dziadzia, a ja teraz śpiewam je Synowi.
On bowiem w tradycję polską się skierował i odśpiewał elegancko...."Sto lat".
Niestety, pomimo 5 lat studiów polonistycznych, nie jestem wstanie zamieścić tutaj transkrypcji tekstu w jego wykonaniu :) Aczkolwiek brzmiało to bosko.
Matka pękła z dumy i mało się nie popłakała ;p
Dziadek też dumny cały.
Pojęcia nie mam skąd akurat wczoraj "Sto lat" mu się wzięło...zwłaszcza, że już próbowałam go nieraz nauczyć, przy różnych urodzinowych okazjach i oporny był. Podejrzewam, że to kolejna umiejętność wyniesiona z przedszkola.

Tak na marginesie, bardzo jestem zadowolona, że tak się poskładało, iż Seba do przedszkola musiał już pójść. Po tym krótkim czasie widzę jak dobrze to wpływa na jego rozwój.

Cała reszta oczywiście też układa się pięknie...więc znowu nuda nuda nuda... ;p

Ja & Misiek jesteśmy na etapie, w którym wręcz ogień płonie...jest naprawdę bosko :)
Nawet nie zauważamy za bardzo, że jesteśmy oboje chorzy, na dość silne zapalenie gardła.

Ja uwielbiam swoją pracę.
Jest szansa, że mieszkanie, które nam się podoba będzie mogło na nas poczekać.

Milusio.... :)
Muszę tylko mieć trochę więcej spokojniejszych chwil, aby móc się tutaj skupić i o ważnych sprawach coś ładnego napisać.
Ale podejrzewam, że przed Świętami nie ma na to szans.
No właśnie... Święta....
spędzają mi lekko sen z powiek. Po raz pierwszy muszę przygotować je sama. Jakieś pomysły, propozycje? Sprawdzone, szybkie i łatwe przepisy?
Przyjmę wszystko z wdzięcznością.
Najchętniej jakiś przepis sprawdzony na kaczkę...tylko musi być taki, żebym nie miała szans jej sp.... zepsuć :)
Jeden rewelacyjny pomysł już mam : w poniedziałek udamy się na wycieczkę do Czech...taką całodzienną z obiadem, dzięki czemu do przygotowania mam tylko menu na całą niedzielę i poniedziałkowe śniadanie.
Takam przebiegła :P

środa, 9 kwietnia 2014

Co by tutaj....?

O czym tu pisać, kiedy człowiek taki szczęśliwy...?
Niewiele mnie martwi...na pewno nic poważnego.
Prawie niczego mi nie brakuje.

W nocy przebudzam się czasem i czuję, że Misiek też nie śpi. Tuli mnie,głaszcze i całuje. Przykrywa mnie kołdrą i nigdy nie wypuszcza z ramion.
Pytałam, czy czuwa tak przy mnie całe noce, czy tylko mi się wydaje.
Twierdzi, że przebudzamy się jednocześnie.

Rano powitalne całuski.
W tym tygodniu, to ja wstaję pierwsza. Kręcę się po mieszkaniu, szykuję.
Przebudza się mój drugi przystojniak.
Na dzień dobry otrzymuję jeden z najbardziej uroczych uśmiechów na świecie - uśmiech zaspanego dziecka.
Macie to samo co ja?
Jestem przekonana, że to jeden z najsłodszych widoków, jakie w życiu oglądam.

I od rana mam dobry humor.

Moje dni nie są już tak przepełnione obowiązkami, logistyczną walką i stresem.
W tym tygodniu jest zdecydowanie łatwiej i spokojniej.
Popołudnia spędzamy z koleżanką i jej synkiem, kilka miesięcy starszym od Sebcia.
Nie jestem przemęczona i mam czas na przyjemność.
Nie pamiętam kiedy tak bywało ostatnio.

Totalny odpoczynek od dni takich, jak nieraz tu opisywałam. Kiedy już o 8 rano opadałam z sił, bo poranek to było pole walki. Pełne min , zasadzek i ostrzałów z każdej strony.

W niedzielę stęskniony Dziadek cały dzień zajmował się Wnuczkiem.
Nagle otrzymaliśmy z Miśkiem czas głównie dla siebie.
Moment, gdy byliśmy sami w domu.
Popołudniowa drzemka , której przecież nigdy nie praktykuję, bo czasu szkoda.
Wieczorem wyszliśmy kilka rzeczy załatwić.
Szliśmy sobie chodnikiem, trzymając się za ręce i nagle oboje poczuliśmy, że coś tu nie gra i jest inaczej niż zwykle...za moment olśnienie - jesteśmy bez dziecka. Przyjemny brak konieczności skupienia się na tym gdzie aktualnie biegnie, na co się wspina, co rusza, z jakiego powodu może zaraz odstawić klasyczny bunt dwulatka...
Szliśmy tak jakieś całe 20m. a czuliśmy się jak na prawdziwej randce.
Uwielbiamy być z Sebkiem - to oczywiste.
Ale całkiem przyjemna była ta chwila wolności. Tak rzadko nam się zdarza.

Sielanka...
nuda, co?

Muszę nauczyć się pisać interesująco w szczęściu.
W smutku zawsze pisało mi się łatwo. A w radości? Wszystko wydaje się jakieś takie banalne. Przesłodzone. Słów brakuje, bo albo brzmi patetycznie, albo infantylnie.

Takie drobiazgi mnie cieszą.
Te uśmiechy, pocałunki, rozradowany Seba witający kogoś w drzwiach, "Mąż"bez koszulki, wieczorne winko, każde nowe słowo, które pieczołowicie wypowiada Syn mój, to, jak brzmi "Marta!" w jego dziecięcych ustach...i "Maju" w męskich. Kawa z pianką, męskie rozmowy "zięcia" z "teściem", Seba świetnie radzący sobie w labiryncie w KinderPlanecie... każdego dnia tyle przyjemności. Tyle powodów do uśmiechu.

Fajnie jest!
Tylko bloga mam nudnego :P

piątek, 4 kwietnia 2014

Raport z placu boju.

Huragan przycichł. 
Wyszliśmy cało z oka cyklonu w postaci: pakowania , wybierania tego, co najpotrzebniejsze i przewożenia, rozpoczynania nowej pracy, rozpoczynania kariery przedszkolaka, poznawania nowego trybu dnia, początków mieszkania w starym-nowym miejscu z nowym współlokatorem. 
Tak wiele i jeszcze więcej wydarzyło się w przeciągu minionego tygodnia. 
Udało nam się praktycznie przygotować mieszkanie do przeprowadzki. Wszystko elegancko poskładane w worki i kartony. 
Mam wrażenie, że połowę z tego przewieźliśmy do W-cha...i żałuję, że nie zrobiliśmy zdjęcia, kiedy wynieśliśmy te rzeczy pod windy....nikt by nam nie uwierzył, że wszystko zmieściliśmy w jednej osobówce...oczywiście już beze mnie, Sebcia i psa - my sobie pojechaliśmy drugą :) 
W ramach kary za opuszczenie ukochanego miasta, w połowie drogi do W-cha utknęliśmy w naprawdę ogromnym korku...po pół godziny zawracaliśmy i jechaliśmy inną trasą. Przez co pobiłam rekord długości przejazdu na trasie ZG-W-ch. 
Półtora dnia zajęło wypakowywanie tego na miejscu i umieszczanie w jednym pokoju, który udostępniła nam mama. 
No ale przecież jedna ze złotych zasad spedytora brzmi:"Wszystko się zmieści!" 
no i się zmieściło :)

Odbyliśmy trzy debiuty: 
Ja - tak naprawdę kierownik działu transportu. Mam własny, elegancki gabinet, fajnego laptopa...tonę odpowiedzialności, miliard kwestii do przemyślenia, wybrania i załatwienia. Będę miała masę obowiązków. Na szczęście na niektóre rzeczy muszę czekać, więc póki co , mam jeszcze też trochę wolnego czasu - na przykład teraz na pisanie. 

Seba - debiutujący w roli przedszkolaka. Poradził sobie lepiej, niż się spodziewałam. Wraca zadowolony. Po pierwszym dniu zauważyłam u niego szybszy rozwój mowy niż w przeciągu ostatnich 2 tygodni. Dwa pierwsze dni rano popłakiwał, dzisiaj bez problemu poszedł z Panią do dzieci. Mam wrażenie, że to najodpowiedniejsze miejsce dla niego i dobrze zrobi mu uczęszczanie tam. I jestem z niego dumna. Dzielny jest chłopak. Chociaż wcale już nie musimy być aż tacy dzielni...bo przecież jest przy nas trzeci debiutant....

Misiek - adept sztuki bycia "mężo-ojcem". Obawiam się, że to najbardziej obciążająca i odpowiedzialna rola. W moim odczuciu radzi sobie świetnie. Chociaż zdaje mi się, że przez moment poczuł się przytłoczony nadmiarem nowości. W związku z tym, wczoraj,dziś i jutro został oddelegowany na realizację męskich sprawek z kolegami. 
Aczkolwiek nie odmówię sobie zapisania ku pamięci, jego pierwszego trudnego dnia.
Po pracy (od 6 rano do 14), pojechał odebrać dziecię nasze z przedszkola.  Dowiedział się, jak syn spędził dzień, że ładnie zjadł, grzecznie spał i bawił się. 
Wrócił z nim do domu, zabrali psa i poszli na spacer. 
W związku z tym, że Sebastian lubi organizować bunty w miejscach publicznych, Misiu poszedł lekko na łatwiznę i oddał dziecku kluczyki do samochodu ( o te kluczyki to u nas cała batalia... ja jestem winna, bo przyzwyczaiłam Sebę, że może się nimi bawić i w ostatnich dniach już 3 razy szukaliśmy zaginionych). 
Po spacerze wysadził syna na nocnik, doprawił przygotowanego przeze mnie wcześniej łososia, wstawił go do piekarnika oraz zaczął gotować makaron. 
W międzyczasie biegał po mieszkaniu, ponieważ albo dziecko coś majstrowało, albo było podejrzanie cicho, albo wydawało się, że okna gdzieś mogą być otwarte, a Seba oczywiście wspina się pasjami. 
Podał sobie i synowi zupę, którą zaczęli razem jeść. Nawet ciepłą ;) 
No i tutaj Seba chyba stwierdził, że skoro Wuja tak dobrze sobie radzi, to czas sprawdzić, czy równie dobrze podoła levelowi hard expert....w tym momencie padło zaklęcie:
"Wuja! kupa!"

Taaaak....szczerze, gdy o tym usłyszałam, zrobiło mi się żal tego mojego chłopaka. Nie miał okazji nabrać wcześniej doświadczenia z dziecięcą kupą. Nie czekał na nią 9 miesięcy, nie poznawał jej od początków, w postaci smółki, przez bezwonne żółte kupki po matczynym mleku, pierwsze poważniejsze po stałym pokarmie.... Nie! 
On od razu dostał za zadanie ogarnąć to, co w nocniku stworzył dwu i pół latek o niemałym apetycie i smaku na WSZYSTKO. 
Padłam ze śmiechu słuchając, jak obiegł ponad 80m2 mieszkania w poszukiwaniu nawilżonych chusteczek, które stały na komodzie, za jego plecami. 
No ale i dumna też jestem, bo dał radę. 
Nie uciekł. 
Nie zemdlał. 
Nie zwymiotował. 
I co najważniejsze - nie zamknął tego nocnika, razem z zawartością oraz dzieckiem, w łazience, z postanowieniem , że będzie najlepiej gdy poczekają na mnie. 
Mało tego. 
Po całej akcji, chłopcy dokończyli jedzenie. 
A gdy wróciłam z pracy, czekali na mnie zadowoleni, uśmiechnięci, z talerzem ciepłej strawy. 
Po prostu bajka! 

I mimo, że akurat miałam tego dnia paskudną migrenę, poczułam się cudownie.
Pochwaliłam Miśka mojego, choć nie omieszkałam wspomnieć, że akurat to tylko próbka dnia z mojego życia ;) 

Dzięki temu, że wszystko było gotowe przed moim powrotem, mieliśmy jeszcze kawał popołudnia, który spędziliśmy na działce...a i wieczór na małe "małżeńskie" przyjemności nam pozostał :) 

Fakt, faktem - opisany przeze mnie dzień, to była środa. 
A wczoraj - czyli w czwartek rozstaliśmy się przed świtem i do tej pory (piątek po południu) jeszcze nie widzieliśmy ;P 
No ale tak, jak mówiłam - po tym wszystkim- począwszy od pakowania, przeprowadzki po dzień debiutów, należał się chłopakowi dzień wytchnienia. 
Dzisiaj znów odbiera Becia z przedszkola. 
Całkiem mi się to wszystko podoba. 
Troskliwy "mąż", szczęśliwy synek i ja - trochę zmęczona, trochę zakręcona, lecz pełna przeświadczenia, że jest dobrze. Jest tak, jak chciałam, aby było :) 





środa, 26 marca 2014

Ostatnie dni tutaj...

Codziennie rano, przemierzając tę samą drogę do pracy myślę sobie... to już koniec.
To ostatnie dni.
W piątek ostatni raz zawiozę Sebastiana "do Mai".
Ostatni raz postoję na światłach na Działkowej.
Ostatni raz zaparkuję pod firmą.
Ostatni raz wejdę po schodach na 1 piętro.
Po raz ostatni przywitam się ze wszystkimi w biurze.
Zrobimy w kuchni ostatnią poranną kawę rozmawiając o tym, co ciekawego się wydarzyło...

Jeżdżę i chodzę po Zielonej Górze jakbym robiła to po raz pierwszy.
Chłonę to miasto, zachwycam się od nowa.
Czystymi budynkami, zielenią, spokojem, otwartością mieszkańców.
Możecie mi nie wierzyć, ale tutaj naprawdę mentalność ludzi jest inna.

Chłonę mój przepiękny widok z balkonu. Zapamiętuję wschody słońca. Tylko raz zrobiłam zdjęcie takiego wschodu...szkoda :( Teraz już budzę się, kiedy słońce jest wysoko.
Najpiękniejsze wschody zawsze są zimą, a wtedy nie mam odwagi wyjść o świcie na balkon aby cykać fotki.











Zachodzę do ulubionych knajpek na kawę i czekoladę, do Czerwonej Budki na zapiekankę, w weekend muszę zjeść obowiązkowo najpyszniejszą kaczkę od "chińczyka" spod sądu. To był pierwszy obiad jaki zjadłam w tym mieście. Musi więc być również jednym z ostatnich...

Nie jest tak, że doceniam to dopiero teraz, w obliczu pożegnania.

Polubiłam Zieloną Górę od samego początku.
Chociaż pierwsze dni tutaj, były dla mnie trudne. Byłam sama na stancji, poruszałam się z mapą i bałam się jak to będzie...
Przeżyłam tu 11 najciekawszych lat mojego życia.
Poznałam masę cudownych ludzi, nawiązałam przyjaźnie na całe życie - wiem to.
Zdałam tutaj swoje życiowe egzaminy: kwalifikacyjne na studia (sztuk 5), magisterski, na prawo jazdy...egzamin z samodzielnego macierzyństwa również tutaj zdałam.
Zawaliłam kilka spraw...
kilka osób potraktowałam nieładnie.

Polubiłam Winobranie, choć stali mieszkańcy często się zżymają, że tyle zamieszania i nuda i co rok to samo. A mi się podobało. Zawsze przyjeżdża moja ulubiona karuzela :) I wino grzane, ściemnione takie, że w domu robię lepsze...jednak mimo wszystko, to winobraniowe wyjątkowo przyjemnie rozgrzewa w chłodną wrześniową noc.

Kręciłam obcasem niemal w każdym klubie :)

Odkryłam, że w klubach lubię też być po drugiej stronie baru.

Kilka lat pod rząd pracowałam z przyjaciółką przy zawodach kartingowych.

Nigdy nie byłam na meczu żużlowym (wstyd się przyznać!)

Czasem gdy wieczorami coś mnie męczyło, chodziłam z psem po wzgórzu, na którym stoi Palmiarnia. Siadałam na jednej z ławek i podziwiałam piękno panoramy miasta.
Kiedyś pisałam już o tym - bywa taka pora w roku, kiedy wieczory pachną tutaj wyjątkowo. Wspomnieniami i nadzieją na lepsze...

Nauczyłam się tutaj być silną i samodzielną. Radzić sobie. Poznałam samą siebie lepiej, odkryłam czego szukam, czego pragnę, co jest mi potrzebne. Zrozumiałam na ile mnie stać.

Chciałabym bardzo wyliczyć wszystko to, co robiłam i gdzie  byłam, żyjąc tutaj. Kogo spotkałam, kogo poznałam, kogo pokochałam. Co widziałam, co mi się przytrafiło. Co było śmieszne, a co smutne.
Ale nie da rady w jednym poście zamknąć 11 lat.
Poza tym nie lubię pożegnań.
Nie chcę się żegnać.
Chcę tu wracać.

Tak jak Wałbrzych był, jest i będzie "mój", tak i Zielona Góra, to zawsze będzie "Moje Miasto".
Będę tutaj wracać "do siebie".
Bo zostawiam tu kawałek swojego serducha :)


wtorek, 25 marca 2014

Rewolucja w toku

Pakowanie mieszkania idzie jak po grudzie.
Nie wiem czy uda mi się to zrobić do poniedziałku.
Wczoraj spędziłam 2 godziny przed szafą.
Wyrzuciłam 3 worki papierów, spakowałam 3 kartony, a opróżniła się w sumie jedna półka w szafie i 2 w innych szafkach.
Przy okazji zauważyłam, że jakoś totalnie nie mam systemu na przechowywanie swoich rzeczy. W kolejnym mieszkaniu będę musiała jakoś inaczej to rozplanować.
Staram się pozbyć jak największej ilości zbędnych przedmiotów, ale przez to każdy muszę wziąć do ręki, pomyśleć i rozciąga się to w czasie niemiłosiernie...
A czas ten pomniejsza mi się jeszcze o czwartkowe popołudnie, gdyż niespodziewanie zaprosiło mi się 5 gości...Chyba zacznę zarywać nocki...
Potrzebowałabym pomocy. Misiek będzie dopiero od piątku w nocy...nie będzie to relaksacyjny weekend...
Im bliżej to wszystko, tym bardziej się stresuję.
I terminami, i pójściem do nowej pracy i posłaniem Sebastiana do przedszkola...
Myślę jak go przygotować na tę zmianę...?
Przy okazji zastanawiam się, czy sama na własną zmianę jestem przygotowana.
Czy po prostu zrobimy skok na głęboką wodę i trzeba będzie jakoś na powierzchnię wypłynąć?

Zastanawiam się też, czy ja w ogóle jestem normalna, że taką rewolucję urządziłam? :P
Sama sobie zafundowałam wszystkie te atrakcje, a teraz drżę, czy mnie to nie przerośnie...

Kończy się dopiero pierwszy kwartał tego roku, a ja już wiem, że zaliczę go do jednego z najbardziej wywrotowych w moim trzydziestoletnim życiu.
Nie żeby mi było smutno z tego powodu, lubię jak się dzieje... ale tutaj bieg zdarzeń nabrał takiego tempa, że zadyszki dostaję.

Na szczęście mam motywację i mój zastrzyk energii...wiem po co to robię i że nie będę żałowała.
I damy radę! ...przecież zawsze dajemy :)

A jak już się to wszystko skończy...
kiedy wszystko będzie popakowane
kiedy sprzedam mieszkanie
kiedy wybierzemy nowe, wspólne...
i przewieziemy te kartony i meble
i wprowadzimy się do nowego
które wcześniej wyremontujemy
i kiedy już urządzimy wszystko, tak jak będziemy chcieli...

Wtedy sobie usiądę w fotelu i będę w spokoju, z kubkiem pachnącej herbaty w ręce, delektowała się takim widokiem:



I zacznę się zastanawiać...co by tu nowego wymyślić do roboty, żeby nie było nudno  :]

Jestem pewna, że wszystko to ma sens.

Kocham jak nigdy dotąd!

piątek, 21 marca 2014

Po rozprawie

Jestem wykończona jak, kolokwialnie mówiąc, koń po westernie.

Nawet się nie spodziewałam, że będzie mnie to kosztować tyle stresu i emocji.

Nie mam siły opisywać ze szczegółami. Zresztą nie ma po co.
2 godziny zeznań, powrotu do przeszłość, pytań o każde współżycie, każdy wydatek, przeliczanie pieniędzy, daty, terminy...
Coś, co było dla mnie jakimś wspomnieniem o pewnej relacji, z której powstał Synek mój najkochańszy, zostało brutalnie odarte z jakichkolwiek emocji... stało się suchym faktem, otoczonym datami i kwotami...

W sądzie byłam jednak z "obstawą".
Czekali na mnie na korytarzu.
Ostatecznie wyszło to na dobre, gdyż okazało się, że potrzebne będą zeznania mamy.

Ojciec nie spojrzał na syna ani razu. Odwracał głowę.

Syn zapatrzony w Miśka, uśmiechnięty, rozradowany, rozbawiony.

Po rozprawie J. chciał chyba coś zagadać, zaczął, przerwała mu moja pani prawnik. Zaczęliśmy ustalać we 3 kwestie kolejnej rozprawy. Niestety musi odbyć się druga, ponieważ potrzebne są zeznania kolejnych świadków. Prywatnie zrobione testy DNA są dla sądu niemiarodajne.
Na koniec spojrzał mi w oczy: "Widzimy się w maju, trzymaj się"
Jak zwykle nic w tych oczach nie wyczytałam.

Na sali tylko naszła mnie myśl, że strasznie byłam ślepa wtedy...
wielu rzeczy nie chciałam widzieć.

Dobrze, że mam to już za sobą. Druga sprawa będzie już łatwiejsza.

W pracy chyba fatalnie wyglądałam.... koledzy dostarczyli mi Nerwosol i NeoSpazminę Extra... tak naprawdę dopiero teraz czuję, że stres mi puszcza, a z sali rozpraw wyszłam 5 godzin temu.

Głowa mi pęka.
Chcę jechać nad wodę.
Wyciszyć się.
Wtulić Miśka i Sebcia.
Taki plan na dzisiejsze popołudnie.





czwartek, 20 marca 2014

Zbliża się godzina 0

Czas szybko zleciał.
Jutro 21 marca.
Pierwszy dzień wiosny.

Dzień rozprawy w sądzie.

Czuję w żołądku mały węzełek na samą myśl.

A z drugiej strony myślę sobie, że może ta data to dobry znak?
Może okaże się, że potrafimy się dogadać, załatwić to szybko, bezboleśnie i wreszcie zamknąć tę kwestię raz na zawsze.
Negocjacje idą nam nienajgorzej. Jeszcze wersja ostateczna nie ustalona, ale i tak nieźle...może uda się zamknąć wszystko na tej jednej rozprawie.

W całym przerażeniu, które dopadło mnie na wieść, iż J. będzie w ZG już od środy, poprosiłam mamę i Miśka, żeby przyjechali do mnie.
Bałam się,że J. zaskoczy mnie w domu, przyjdzie z nienacka przekonywać mnie do swoich racji.
Póki co na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Jeszcze.
Jednak wsparcie w pogotowiu.
Misiek przyjedzie dzisiaj, mama już jest... No właśnie... jest i ma najwyraźniej nieprzepartą ochotę towarzyszyć mi w sądzie...razem z Sebastianem.
Nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy pomysł.
Jak znam swoją impulsywną Mamuśkę, to gotowa narobić jakiegoś zbędnego zamieszania...
Czy Sebastianowi to spotkanie jest potrzebne też nie wiem.
Prawdopodobnie i tak tego nie zapamięta... i co miałabym mu powiedzieć?
"To Twój Tata"?
Teraz, w momencie kiedy Misiek raz bywa "wują" a raz "tatą"?

Z drugiej strony Szef mój mówi, że może lepiej,żeby poznał ojca. Że kiedyś w przyszłości prawdopodobnie i tak będzie go szukał.

Trudna decyzja...zaplanowałam sobie, że po prostu pójdę tam z Panią Adwokat, powiemy na co się dogadaliśmy,wyjdę z sądu i wrócę do pracy.

Ale może jednak powinnam pozwolić na to spotkanie? Chociażby po to, aby Sebastian nie miał do mnie pretensji, że nie zrobiłam wszystkiego, co mogłam, aby się poznali...

Wielka rozterka, a czasu coraz mniej...

środa, 19 marca 2014

Na nowo...:)

Zmieniłam wygląd bloga i tytuł oraz opis :)
Oto moje nowe miejsce - harmonijne i spokojne.
Ciepłe.

Takie, jakie będzie teraz nasze życie i nasz nowy, wspólny dom :)

Zapraszam...rozgośćcie się :)


poniedziałek, 17 marca 2014

Sprawozdanie ze Szczęścia

Biedny mój blog...opuszczony taki.
Zawsze łatwiej było mi pisać w stanie jakieś melancholii.
A kiedy jestem szczęśliwa, to wszystkie myśli jakieś takie banalne się zdają.
Poza tym tak wiele działo się w ostatnim czasie,że chyba nawet nie jestem w stanie nadrobić zaległości.

Przez tydzień byliśmy w Wałbrzychu, Zdążyłam 3 dni pochodzić na próbę do pracy.
Próba przekonała mnie o tym, że to kompletnie nie dla mnie. Począwszy od brudnego biura, w którym nawet papier toaletowy trzeba było mieć własny (?!), skończywszy na fakcie, że pierwszego dnia zostały mi rzucone jakieś papiery na biurko do zrobienia, zostałam pobieżnie wprowadzona w to,czym się firma zajmuje...a dalej? Radź sobie sama! Kiedy zaczęłam wnikać o co chodzi, okazało się, że tak naprawdę wiedziały to tylko 2 osoby, które nie pracują już w firmie.
Gdy zabrałam się za to, co faktycznie miało być tam "moją działką", okazało się, że kompletnie nic nie jest gotowe...licencje, ubezpieczenia... bałagan totalny!
Na szczęście umówiona byłam na jeszcze 2 rozmowy.
Dzisiaj, aby już nie przedłużać, powiem tylko tyle, że byłam na najdziwniejszej swojej rozmowie o pracę. Poczynając od tego, że odbywała się o 17:30,a w domu byłam po 20 wieczorem, poprzez to, że nie dotarł na nią człowiek, z którym się umawiałam, skończywszy na fakcie, że pomknęłam sama z obcym facetem, drogim mercedesem gdzieś pod Wrocław....
Ojjj sporo zaryzykowałam tamtego dnia.
Ale warto było!
Od kwietnia zaczynam pracę w dobrze rozwiniętej firmie, będę miała sympatycznych szefów, sporo lepszą wypłatę...no i w zasadzie będę kierownikiem transportu :D
Radosne podekscytowanie miesza się z lekką tremą... jednak ogólnie, bardzo się cieszę.
Kolejna rzecz, która w tym roku ułożyła się po mojej myśli.

Teraz przed nami wyprowadzka z Zielonej Góry.
Jestem chora na samą myśl o pakowaniu mieszkania. Kurczę, przecież dopiero co byłam w 8 miesiącu ciąży i szykowałam się do przeprowadzki na to mieszkanie, w którym obecnie mieszkamy!
Tym razem chyba pójdę na łatwiznę i wyrzucę jak najwięcej się da :P

W piątek mamy rozprawę w sądzie. J. będzie w ZG już od środy. Słabo mi się zrobiło na tą informację.
Jednak będę miała wsparcie w postaci obecności mamy i Miśka, więc cokolwiek się nie wydarzy, nie będę sama.
Boję się stanąć z nim twarzą w twarz.
I nie ze względu na sentymenty, nie przez to, że mamy wspólne dziecko, bo dziecko bardziej już jest Miśkowe niż jego.
Obawiam się,że po raz pierwszy w życiu mogę stracić panowanie nad sobą.

Przed rozprawą jesteśmy umówieni jeszcze na spotkanie u Pani Mecenas, postaramy się dogadać jak najwięcej rzeczy, aby skrócić maxymalnie czas trwania procesu. J. teraz nagle jest skłonny do pewnych kompromisów, mi również nie zależy na tym, aby prowadzić długotrwałą wojnę. Mam nadzieję, że ten ostatni raz uda nam się dojść do porozumienia.

Z wydarzeń minionego tygodnia jeszcze: Misiu kupił auto. Sportowo-rodzinne :)
Czasem jeszcze nie wierzę, że on tak dorośle do tego wszystkiego podchodzi...i że naprawdę tak mu zależy na nas. I na tym, żebyśmy tę rodzinę stworzyli. Mógł sobie kupić jakąś fajną małą brykę, w sam raz dla kawalera z odzysku.
A wybrał takie z wielkim bagażnikiem, żebyśmy się ze wszystkim zmieścili..nawet gdyby miało nas być więcej niż obecnie.

Czasem leżymy zaplecieni nogami i przyklejeni do siebie nosami i nie wierzymy jeszcze do końca. A jutro już dwa miesiące miną od kiedy postanowiliśmy spróbować.
Dzisiaj wiem, że sporo mieliśmy do stracenia. Ale jeszcze więcej zyskaliśmy.
Obawy zniknęły. Pozostały plany i to uczucie, które zdaje mi się z dnia na dzień, być coraz mocniejszym.

A co u mojego małego Synka?
Właściwie "naszego" :)
Kocha Miśka. Z wzajemnością. Naśladuje go, uwielbia się z nim bawić. Czasem myli i powie na niego "tata". Czasem też Misiek sam tak mówi na siebie.
Spełnione marzenie.

Od kwietnia Seba będzie przedszkolakiem!  Trudno mi w to uwierzyć, że mam już takie duże dziecko. Wybrałam przedszkole, byliśmy we trójkę je obejrzeć i wypełnić potrzebne dokumenty. Sebkowi się podobało, nam również, myślimy że sporo skorzysta na tej zmianie.

Ze spraw organizacyjnych pozostało nam sprzedać mieszkanie, wyprowadzić się z niego no i znaleźć jakieś nowe. Przedszkole trochę rozwiązało nam kwestię dzielnicy, w której będziemy szukać. To nawet dobrze, bo wybór zawężony...a jest w czym wybierać.

Póki co, odwiedziło mnie 3 potencjalnych kupujących. Mam nadzieję, że to dobry znak i ktoś się zdecyduje.
W sumie nie może przecież być inaczej... płyniemy na fali dobrych zdarzeń.

Nudna będę, jeśli znów napiszę, że jestem szczęśliwa.
Ale jestem.
Bardzo.

Patrzę na Syna i na Mojego Męża Przyszłego (nie było żadnych oświadczyn - spokojnie! Ale sam nas tak nazywa, jakby to było całkiem oczywiste ;) ) i czuję, że kocham obu do szaleństwa. I że już niewiele lepszego może się wydarzyć.
Bardzo pragnę robić wszystko, aby pozostało tak dobrze jak jest. Będę z całą mocą nad tym pracować.
Kolejny raz dostałam od Losu wielki Dar.

DZIĘKUJĘ!

Jestem Szczęściarą!
:)

poniedziałek, 3 marca 2014

Śmiech przez łzy

Sebastian ma jeden wyjątkowy rodzaj płaczu. 
Kiedy jest mu tak naprawdę, bardzo smutno, płacze zupełnie inaczej, niż kiedy jest zły, uderzy się, albo coś mu nie pasuje. 
Ten inny rodzaj płaczu, jest niezwykle przejmujący i serce mi się kraja, kiedy go słyszę. 
Dzisiaj wieczorem wjeżdżaliśmy windą na nasze 8 piętro i on płakał w ten właśnie sposób. 
A ja razem z nim. 

Chwilę wcześniej pożegnaliśmy się z Miśkiem, który po weekendzie spędzonym z nami, wyruszył w trasę do domu. 

To zaskakujące jak szybko można się przyzwyczaić do Szczęścia. 
I do drugiego człowieka. 
Nie spodziewałam się ani po sobie, ani po Becim takich łez. 
Ja, jak jakaś małolata, a przecież już taka twarda byłam...wszystkie łzy nauczyłam się powstrzymywać. 
A tych dzisiaj nie miałam siły. 
M. powiedział: "kiedyś nawet się nad tym nie zastanawiałem, dzisiaj jadąc samochodem, ciągle myślę, że muszę być ostrożny, bo nie może mi się nic stać, przecież nie mogę Was zostawić..." 
Wtedy popłynęły pierwsze. 
Czy to naprawdę ten sam Misiek, którego poznałam lata temu? 
Dzisiaj taki dorosły i odpowiedzialny...

I stara się. 
Na każdym kroku widzę jak się stara, żeby to wszystko się udało. 
I ja się staram. 
Więc musi się udać. 
Myślę, że to jest ostatni raz, kiedy zaczynam układać puzzle. Jeśli te nie wyjdą, to znaczy, że już po prostu są nie do ułożenia. 
Ale w głębi czuję, że ułożę je w piękny obraz. 
Z każdym dniem, jestem coraz bardziej pewna, że to ON. 
Że to na niego czekałam i jego szukałam...chociaż wciąż był tak blisko. 
Najbliżej. 

Usiłuję sobie przypomnieć, czy czułam to wszystko już kiedyś? 
Czy teraz znajduję się w stanie euforycznego zauroczenia i to wszystko minie i gdy dopadnie nas szara codzienność i rutyna, to nagle okaże się, że się myliłam? 
Czy kiedykolwiek już czułam, że bardzo pragnę być czyjąś żoną?
I być z kimś już na zawsze?
Urodzić jego dziecko. 
Być ze sobą każdego dnia, cokolwiek się w życiu nie zdarzy?
Czy byłam już kiedykolwiek tak mocno tego wszystkiego pewna, jak jestem teraz?

Nie przypominam sobie. 

I sama siebie nie poznaję...pozwalam  dać się ponieść emocjom. Puściłam ster i unoszę się na fali...płynę z prądem. 
Czuję się z tym dobrze. 

"Kocham Cię kochać"  - tak sobie czasem mawiamy.

Tak...uwielbiam kochać!
Nawet gdy jest mi trochę smutno, tak jak teraz - bo pusto zrobiło się bez Niego w domu, bo już tęsknię za jego dotykiem...
to i tak czuję się szczęśliwa. 


piątek, 28 lutego 2014

Na koniec ciężkiego tygodnia

Niełatwy to był tydzień.
Chociaż mama była u nas, więc obiadki gotowe...i śniadanka. I porządek w domu.
Ale Mini codziennie zmęczony po żłobku...jęczący, marudny, zbuntowany... "nie cie mamy! nie cie dziadzi! nie cie baci! nie cie kai!" "Kopaka puci! Kopaka włuńć!" (tłum.:"Nie chcę mamy, nie chcę dziadzi, nie chcę babci, nie chcę Kai. Puść mi koparkę! Włącz mi koparkę!"-na YT - przyp.red.)

Do tego urywający się telefon oraz codzienne wizyty agentów nieruchomości. Nie spodziewałam się, że tak to będzie wyglądać. W kółko odpowiedzi na te same pytania, w kółko negocjacje...Agenci potrafią siedzieć godzinę, a nawet półtorej. Dziś i w poniedziałek mam jeszcze umówione dwa spotkania i nie zgadzam się na współpracę z żadną więcej agencją, bo jak na razie bardziej mnie to męczy niż pomaga. Ale mam nadzieję,że ostatecznie się przyda...

No i oczywiście cały tydzień tęsknota.
Nie rozumiem własnego umysłu...ani serca. Ok, tęskniłam kiedyś za Miśkiem. Na początku naszej znajomości, kiedy zaczęłam wyjeżdżać do ZG. Czekałam wtedy na weekendy i powrót do domu, żebyśmy całą ekipą poszli na jakąś imprezę.
Ale potem, z biegiem lat przywykłam, że widujemy się coraz rzadziej...zaledwie kilka razy w roku.
A teraz?
W dzień rozstania chce mi się płakać. Po 3 dniach jest mi smutno, po 5 mam kryzys, po 9 jestem bliska depresji...Chodzę jak z krzyża zdjęta, nie mam na nic ochoty, mało co mnie cieszy, lub bawi... W głowie masa obrazów z różnych wspólnych momentów.
Łóżko straszy pustką. Śpię z Sebciem, żeby nie było tak zimno i samotnie.
Poranki są ciężkie bez pocałunków na dzień dobry.
Herbata nie smakuje tak samo.

Zamieniam się w kłębuszek tęsknoty.

Tęskni głowa...za rozmową
Tęsknią oczy... za Jego widokiem
Tęsknią uszy... za miękkim głosem
Tęsknią usta... za Jego ustami
Tęsknią dłonie...bo chcą się w Jego dłonie wsunąć
Palce tęsknią za głaskaniem włosów o długości 0,3mm. I za obrysowywaniem kształtu bicepsa...zaciskaniem się na nim...
Za tym bicepsem tęskni całe ciało...tylko w Jego ramionach jest tak bezpiecznie...
Skóra moja całą powierzchnią tęskni za Jego skórą...za ciepłem, które wytwarza się, gdy jedna przylega do drugiej.

Tęsknię za pieprzykiem nad prawą brwią.
Za bliznami na czole.
Za śladem po operacji barku
Za wargą, która z jednej strony zmieniła nieco kształt po stłuczce na rowerze...
Za słowami "Moja Maja", tęsknię również...

I nagle w tej tęsknocie...i w nastawieniu, że jeszcze 6 samotnych wieczorów przede mną, odbieram od Niego telefon.
"Chciałem Ci zrobić niespodziankę, ale nie zrobię...tzn powiem Ci, żeby już od teraz było miło: przyjadę do Ciebie w sobotę"

I nagle wszystko zaczyna tęsknić jeszcze bardziej...tak szalenie, że aż się trzęsie...to melancholia zamienia się w radosną ekscytację.

Jak dobrze pójdzie, to jeszcze dziś w nocy usnę wtulona w Niego.
Jeśli gorzej, to jutro zjemy wspólnie późne śniadanko.
Ale tak, czy tak, to chociaż półtora dnia razem.
Po raz pierwszy sami w domu z Sebciem. Od początku do końca tylko we troje.

Tak bardzo się cieszę!

wtorek, 25 lutego 2014

Szukałem Ciebie....

Na FB trwa zabawa w wyznaczanie sobie wierszy.
Z radością zauważyłam, że Misiu mój również w tej zabawie bierze udział.
Nie żebym była jakąś niepoprawną romantyczką, ale imponuje mi otwartość umysłu.
Wczuł się nawet mocno i 2 dni mówił, że musi odpowiedni utwór znaleźć.
Dzisiaj rano przeczytałam efekt jego poszukiwań, który sam opatrzył komentarzem, że "powiało trochę romantyzmem, ale cóż...taki na czasie".

Ja nawet nie będę komentować...wzruszyłam się po prostu:

Szukałem Ciebie pośród kobiet roju,
czekałem Ciebie o każdej godzinie
i pełen byłem trwóg i niepokoju,
że zanim przyjdziesz, życie moje minie.
Bo nie wątpiłem, że jesteś, że moje
oczekiwanie nie jest czczym złudzeniem,
że niedaleko gdzieś od ciebie stoję
z moją tęsknotą, nadzieją, pragnieniem.

Od lat już całych niewidzialnym cieniem
byłem przy Tobie, szukając daremnie
w kobietach Ciebie, coś istniała we mnie.
Ciebie poczułem przed dawnymi laty,
gdy głos w noc cichą zabrzniał mi nad głową,
a mnie się zdało, że się sypią kwiaty,
że kwiatem pada na mnie każde słowo...

Lata tęskniłem za taką rozmową
i latam czekał, aż się znów powtórzy...
Przyszła - przebrzmiała, jak więdnie liść róży
z kochanej ręki, który barwą bladą
długo swój dawny szkarłat przypomina,
z którym się kończy dzień i dzień zaczyna,
i z którym wreszcie na sercu w grób kładą.


K.Przerwa - Tetmajer. 



I jak Go nie kochać? :)