Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

wtorek, 26 sierpnia 2014

Zagłada...ratuj się kto może!

Farby, grzejniki, panele, listwy, drzwi, klamki, szafy, wykładziny, okleiny...
i tak dalej i tak dalej... 
Krótko mówiąc - asortyment marketów budowlanych, znajdujących się w promieniu 25km, to moje aktualne hobby :) 

Ja wiem, że wszyscy mówią, że to najlepsze, najprzyjemniejsze i w ogóle super. I tak naprawdę cieszę się, że mogę to robić, ale....
No właśnie ALE...  
ja totalnie nie mam drygu do takich rzeczy. Nie mam nieograniczonej wyobraźni, oryginalnych pomysłów...tak naprawdę, nieraz często wpaść mi na pomysły najprostsze i najbanalniejsze. 
Nie wiem, czy mam dobre wyczucie kolorów, czy aby na pewno potrafię odpowiednio określić, który jest raczej ciepły, który raczej chłodny i czy do naszych paneli bardziej będzie pasował orzech north, czy może jednak wenge?

Poza dylematami tego typu, wciąż cierpimy na chroniczny brak czasu, więc tak naprawdę stoimy ze wszystkim. Weekend  zmarnowaliśmy na własne życzenie, bo tak zabalowałam w sobotę, że w niedzielę ciężko to odchorowywałam. 
W tygodniu ja kończę pracę o 16, a Misiek zaczyna swoją o 15, więc nie widzimy się calutki dzień. W kolejny weekend Misiek idzie na wieczór kawalerski, za 2 tygodnie idziemy na wesele i poprawiny. 
Także obawiam się, że w nowym mieszkaniu zamieszkamy w przyszłym roku, jeśli będzie nam to wszystko szło w takim tempie jak obecnie. 
Owszem panele kupiliśmy, bo uznałam, że od CZEGOŚ zacząć musimy. Jestem bliska wyboru drzwi, ale tylko kropla w morzu. 
Co prawda mieliśmy robić w tym mieszkaniu tylko podłogi, drzwi, ściany i parapety.... 
No ale oczywiście okazuje się, że przy podłogach są progi, które trzeba usunąć, na ścianach jakiś parkiet dziwny położony, trzeba wymienić lampy i karnisze, wstawić szafę albo i dwie, ale zanim to - to należy zdecydować w końcu gdzie. Bo jeśli tam, gdzie wymyśliłam, to trzeba też wybić kawałek ściany, a potem dosztukować kafelki na podłodze. Trzeba również wybrać kolory ścian, dekoracje, zamówić zagłówek, zabrać się za ścieranie i bejcowanie mebli w sypialni, zdecydować, czy przerabiamy szafę, która tam stoi, czy wstawiamy wbudowaną, czy i jak przerobić szafy, które już tam są. 
A w ogóle to i tak całe mieszkanie zagracają nam zbędne meble, których pozbywanie się też jakoś opornie mi idzie, bo każdy chętny potrzebuje kilku dni na decyzję. 
I tak właśnie moment o którym marzyłam, pomalutku dąży do tego, aby stać się moją udręką. Wszystko byłoby prostsze, gdybyśmy właśnie w tym momencie oboje mogli otrzymać 2-3 tygodnie wolnego. Ale na to nie ma żadnych szans niestety. 

Pytam się więc w obliczu remontowej zagłady
jak żyć ? 

jak przetrwać ?



A poniżej jedyny, który generalnie całą sytuację ma w głębokim poważaniu i "na meśkanie" chodzi sobie w ramach rozrywki ;) 




P.S. Czy tylko mi się wydaję, czy on tak ekspresowo rośnie, że ile razy nie robię mu nowych zdjęć, to coraz szerzej oczy otwieram, że już takiego dużego chłopaka mam?! 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Spełnione marzenie



Marta, Misiek i Seba, czyli M&M'S-y przedstawiają dokument, który wczoraj potwierdził, że stali się właścicielami wymarzonych 3 pokoi, kuchni, łazienki, wc, przedpokoju, zajmujących razem 68,5m kwadratowego. Dodatkowo są również posiadaczami piwnicy jakichś mikroskopijnych rozmiarów. 

Mieszkanko marzeń, mieści się na największym osiedlu w Wałbrzychu, na 1 piętrze w dzisięciopiętrowcu. 

Czeka obecnie aż szczęśliwi właściciele wreszcie wybiorą, a następnie zafundują mu nowe podłogi, wewnętrzne drzwi oraz szałowy kolor ścian w każdym z pokoi. 
Kiedy wreszcie się to stanie, ukoi zmęczoną mieszkaniem we 3 w jednym pokoju rodzinkę, zapewniając jej niezbędną przestrzeń, stwarzając wyjątkowe miejsce do zabawy i odpoczynku dla Synka, romantyczny nastrój sprzyjający przytulaniu - dla Rodziców oraz ciepło i spokój podczas wspólnych posiłków, czy w czasie zwykłego oglądania telewizji, dla całej Trójki. Znajdzie również odpowiedni kącik dla Pieska, a ponadto schowki na miliony potrzebnych i mniej potrzebnych szpargałów.

Informujemy z radością, iż jesteśmy tak niesamowicie, nieziemsko, obrzydliwie szczęśliwi, że można nam już chyba tylko zazdrościć ;) 

Długi weekend - moja namiastka urlopu.

Dwa dni z Przyjaciółką.
To chyba jeden z najlepszych sposobów, żeby paskudny nastrój przekształcić w dobry humor.
Żeby jeden dodatkowy wolny dzień w tygodniu dał efekt kilkudniowego urlopu.
Żeby spojrzeć na swoje dziecko w innym świetle.
Żeby docenić jeszcze bardziej swojego faceta.
Żeby poplotkować, pogadać o problemach, o zakupach, o urządzaniu mieszkania...

Dwa dni z Przyjaciółką to jest najlepsza terapia. Działa odprężająco i antystresowo.

W czwartek, z fatalnym humorem i totalnie bez chęci na robienie CZEGOKOLWIEK zapakowałam kilka swoich i kilka Sebciowych rzeczy, usadowiłam nas w samochodzie Miśka i wywiozłam.

Już sam widok A. sprawił, że poczułam odpływający stres i nadchodzący dobry nastrój .
Dalej było tylko lepiej.

Poza faktem przebywania w towarzystwie, które uwielbiam i cenię, ogromną przyjemność sprawiało mi też obserwowanie naszych synków. Jest między nimi różnica 13,5 miesiąca. Jeszcze nie dawno było to bardzo dużo, obecnie wszystko się zaciera. Bawili się razem, grali w piłkę, dzielili zabawkami. Zaskoczyło mnie, że Sebastian w ogóle nie odstawiał swoich akcji spod szyldu "bunt dwulatka". Nie sprawdziły się również moje obawy, że będzie agresywny wobec młodszego kumpla, co mu się zdarza w przedszkolu. Tzn tam wobec młodszych nie jest agresywny...bo sam jest najmłodszy:P
Zachowywał się naprawdę ładnie i byłam z niego dumna :)
Przyniosło to za sobą jeden wniosek - nasz syn potrzebuje towarzystwa :)

Ja i A. też potrzebowałyśmy wzajemnego towarzystwa. Obie aktualnie cierpimy na brak bratniej duszy, niedobór babskich pogawędek i zwierzeń.
Zwykły spacer z dzieciakami był o wiele atrakcyjniejszy, pierwszą serię "Gotowych na wszystko" oglądało się przyjemniej i wino smakowało lepiej, bo robiłyśmy to wszystko razem.

Szkoda tylko, że dopiero teraz znajdujemy na to czas.

W sumie nie zrobiłyśmy nic szczególnego. W dodatku byłyśmy niewyspane, bo pierwszą nockę zakończyłyśmy ok.3 nad ranem, a dzieciaki odespać nie dały. Ale mimo tego, ogromnie się cieszę, że pojechałam. Przyznaję, że ciężko było mi się zebrać, ale dobrze się, że się zmobilizowałam.

Do tych wszystkich dobrych wrażeń muszę dodać jeszcze fakt, że stęskniliśmy się przez te dwa dni z M. za sobą. Co z kolei zaowocowało niezwykle czułą i namiętną drugą połową weekendu :) Wybraliśmy się nawet na randkę - do kina, na kolację i spacer.
Taki wieczór we dwoje jest wręcz bezcenny. Zwłaszcza, że zaraz po powrocie do Wałbrzycha, w Sebastiana na nowo wstąpił diablik...wróciło miauczenie, ryk i ogólnie niezadowolenie ze wszystkiego.
Naprawdę nie wiem o co chodzi. Wygląda na to, że jednak źle na niego wpływa, kiedy w domu są wszyscy, bo gdy ma przy sobie tylko jednego dorosłego, zachowuje się naprawdę dobrze.

Albo może on zwyczajnie się z nami nudzi?
Chociaż w niedzielę ubraliśmy się wszyscy na dresowo ;p i poszliśmy na boisko rozegrać rodzinny mecz w piłkę nożną :) Ale nawet tam odstawiał swoje cyrki ten złośnik mały. Dopiero jak przyszły jakieś dzieci, to się zainteresował...
Cóż wygląda na to, że już jesteśmy po prostu Starzy-nudziarze :P

czwartek, 14 sierpnia 2014

Pakt

Trzynasty sierpnia dwa tysiące czternastego roku zapisać w moim blogu powinnam jako istotną datę.
Otóż wczoraj, wspólnie z wybrankiem mym, podpisaliśmy pakt.
Dziesięcioletnie wzajemne zobowiązanie, z którego raczej już się nie wykręcimy - umowę kredytową :D

Nawet winko otworzyliśmy wczoraj wieczorem, aby to uczcić. Popijaliśmy je, snując nasze ulubione rozważania pod tytułem: "kto by pół roku temu pomyślał....?"

No nikt by nie pomyślał. Tzn pół roku temu to już może tak, ale 7 miesięcy temu na pewno nie :)

Poza tym, że ze sobą, to oczywiście związaliśmy się też przy okazji z bankiem. No ale to przecież szczytny cel.
W poniedziałek jesteśmy umówieni na akt notarialny i wtedy nasze gniazdko będzie już nasze na własność i wyłączność :)

Całkiem szczęśliwi wyszliśmy wczoraj z tego banku. Chociaż ta papierologia, oświadczenia, zobowiązania wyglądały dość strasznie...no ale my oboje chyba tylko cel widzimy przed sobą i nic nam nie straszne w dążeniach do niego.
Śmialiśmy się, że to gorzej niż ślub i  że właściwie teraz to już jesteśmy trochę pół-mężem i pół-żoną. Przynajmniej na następne 10 lat.


Robiłam to wszystko już kiedyś.
3 lata temu sama wybrałam mieszkanie, sama wzięłam kredyt, sama je kupiłam. Sebastian był w drodze. Wiedziałam , że to dla naszej dwójki, cieszyłam się, ale też mocno bałam. Nie miałam pojęcia, czy podołam temu wszystkiemu.

Teraz jest inaczej. Teraz jestem cała podekscytowana tym, co się dzieje. Zachwycam się faktem, że to dla naszej rodzinki. Takiej pełnej. Że będzie i salon i dziecięcy pokój i sypialnia. Miejsce dla każdego, ale i wspólna przestrzeń dla naszej trójki.
Zastanawiałam się wczoraj, czy doceniałabym to wszystko tak mocno, gdybym wcześniej nie doświadczyła tego, co doświadczyłam. Wydaje mi się, że pewnie nie. Jednak im trudniej się coś osiąga, im dłużej się czeka, tym większa później jest radość i satysfakcja.

Kiedy wprowadziłam się do poprzedniego mieszkania, zostawiłam w szafie wolną szufladę. Przeczytałam kiedyś, zdaje się że w "Sekrecie", że jeśli marzy się o partnerze, o wspólnym zamieszkaniu, to warto tak zrobić - bo to wolne miejsce dla osoby, która ma się pojawić i zostać, ma ją do nas przyciągnąć.

Zadziałało :)

Szafa co prawda będzie inna, lecz nareszcie wypełniona rzeczami nas obojga. I nawet jeśli to oznacza, że będę musiała pozbyć się połowy własnych, to zrobię to z uśmiechem.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Krzywdzące słowa.

Sobota nad jeziorem.
Wyrwaliśmy się na weekend.
Pogoda była piękna, cały dzień spędziliśmy na plaży.
Seba pływał przy pomocy samych tylko pływaczków - ma wyraźny dryg. Może chodzenie z nim na basen od kiedy skończył 3 miesiące, dało taki efekt.

Wieczorem grill.
Było nas 8: Znajomi z córką i Babcią i my z Sebkiem i Dziadkiem.
W tej samej okolicy były też znajome Miśka. Kumpele od wędkowania. Przedział wiekowy 40 - 60. Zawsze dziwiła mnie ta "przyjaźń", ale wspólna pasja łączy, więc ok.

Przyszły.
Smażymy mięsko, popijamy napojami mocniejszymi niż oranżada.
I jak to bywa, zaczyna się podział, rozmowy w podgrupach, im później tym coraz bardziej życiowo.
Wyjaśniam właśnie D. która półtora roku temu wróciła po wielu latach życia w Grecji , na czym polega moja praca. Chociaż akurat o pracy najmniejszą ochotę mam myśleć w tym momencie...no ale o czymś trzeba gadać.

Pomiędzy klarowaniem podziału spedytorów, czy też może różnicy między spedytorem a dyspozytorem docierają do mnie strzępki rozmowy, która toczy się pomiędzy Miśkiem a E.
Słyszę , że rozmawiają o nas.
Wiem, że ona jest zazdrosna. Zauważyłam to już wcześniej. Uważa, że to ja zabraniam mu jeździć z nią na ryby. Chociaż nigdy nie powiedziała tego głośno.
Wcześniej jeździli non stop.
Od kiedy ja się pojawiłam, jeszcze z nią nie był.
Mimo tego, do tej pory nie odczuwałam z jej strony jakiejś pretensji.
Kobieta ma ponad 50 lat, swoje doświadczenia, spodziewam się, że rozumie doskonale sytuację.

Rozmowa nabiera pędu, widzę, że Misiek robi się lekko wzburzony. Nie słyszę dokładnie o co chodzi, wiem, że ciągle rozmawiają o tym co pomiędzy nim a mną.
Przesiada się bliżej niej.
Dociera do mnie jeszcze mniej.

Ale nagle jedno zdanie sprawia, że czuję jak robi mi się dziwnie słabo.

Czuję się jak w jakimś filmie - serce i oddech przyspieszają, docierają do mnie tylko strzępki tego, co dzieje się wokół. Czas chyba zwalnia.

"Ty jej nie kochasz"

Gdybym miała stworzyć listę zdań, których nigdy w życiu nie chciałabym usłyszeć, to z pewnością by się na niej znalazło.

Zanim logiczne myślenie neuroprzekaźnikami wysłało do odpowiedniej części mojego mózgu informację, ze to przecież bzdura, że co ona wie, że na jakiej podstawie tak twierdzi... wszystko aż mnie zabolało. Spięłam chyba każdy możliwy mięsień w jakimś obronnym procesie.

Tak - wiem, że brzmi to wszystko literacko. A w dodatku sprawia wrażenie przesady.
Ale ta chwila, zanim sobie uświadomiłam to wszystko, naprawdę była dla mnie okropna.

Nie ma sensu pisać co dalej.
Misiek powiedział swoje, ona dalej przekonywała go do swojego. We mnie rosła wściekłość, której upust dałam dopiero gdy sobie poszła...a raczej została wyprowadzona przez koleżanki,bo już o własnych siłach nie była w stanie iść.

Wiem, że to pieprzenie pijanej zazdrosnej baby. Bez znaczenia.
Ale nie chcę w swoim otoczeniu takich toksycznych ludzi. Nazywających się w dodatku "przyjaciółmi".
Po raz kolejny nie rozumiem zupełnie wyborów Miśka, jeśli chodzi o znajomych.
Któryś już raz pełen zachwytu opowiada mi o kimś, kim przy poznaniu jestem rozczarowana.
Tym razem jednak rozczarowanie to zbyt mało.

Nie znajdę tu przyjaciół. Bynajmniej nie wśród Jego znajomych.
Tęsknię za moją "Rodzinką.ZG". Klimatem jaki mieliśmy, za pewnym poziomem zarówno dyskusji, jak i wygłupów.



Do dzisiaj wraca do mnie ta chwila, kiedy usłyszałam "Ty jej nie kochasz".
Uświadomiłam sobie co by było, gdyby okazało się to prawdą...część mojego Świata by się zawaliła.
Rano na wspomnienie tego, jeszcze było mi smutno.
Nie mogłam spać, o 7 chodziłam sama po plaży.
Woda działa wyciszająco.

Rano rozmawiałam o całej sytuacji z Miśkiem, próbował ją tłumaczyć. Nie mógł zrozumieć dlaczego robię z tego taką aferę.
Musiałam obrazowo przedstawić jak mnie to dotknęło...i to, że ktoś się wtrąca pomiędzy nas i usiłuje zepsuć coś, nad czym wspólnie pracujemy, co budujemy nie bez wysiłku i wyrzeczeń.
W końcu rozpłakałam się ze wszystkich tych emocji i dopiero to do niego dotarło.

Do końca dnia powiedział mi chyba ze 100 razy, że mnie kocha.
Chociaż to nie o to chodziło.
Wiem, że tak jest.
Tego samego dnia,wcześniej, przez kilka minut patrzył na mnie w wyjątkowy sposób. Czytałam w jego oczach deklarację.

Samo jednak brzmienie tamtych słów, było dla mnie straszne.
Nie chcę ich usłyszeć już nigdy więcej w swoim życiu.

I jej też nie chcę już widzieć.
Nie rozumiem po co ktoś tak robi? Jakie ma prawo włazić z buciorami w czyjeś życie i wygadywać takie bzdury, które są krzywdzące.

Dawno już nie spotkałam się z czymś takim...

Podejmując decyzję o całkowitej zmianie swojego życia, byłam świadoma z czym może się to wiązać i że nie będzie łatwo.

Nie jest.

piątek, 1 sierpnia 2014

Popołudnie we dwoje

"(...) twarz nacechowana wzgardliwą goryczą, jaka zazwyczaj maluje się w połowie dnia roboczego na obliczach ludzi w pełni świadomych tego, ilu wspaniałych rzeczy można by w życiu dokonać, gdyby nie niczym nieusprawiedliwiona konieczność zarobkowania za pomocą zwykłej pracy"

Przeczytałam wczoraj ten cytat na FB. Opublikowała go moja koleżanka.
To zdanie idealnie trafione w moją obecną sytuację.
Gniecie mnie to bardzo

Wczoraj miałam popołudnie z Synkiem.
Nie pamiętam kiedy ostatnio takie mieliśmy - żebym była skupiona tylko na nim i nic mnie od niego nie odrywało.
Kiedy mieszkaliśmy sami, praktycznie zawsze byliśmy tylko we dwoje i dla siebie. Więcej miałam takich wolnych godzin, które mogłam jemu poświecić w całości. Od 4 miesięcy niestety rzadko kiedy nam się to udaje.
Wczoraj jednak to ja odbierałam go z przedszkola, Dziadek w delegacji, Babcia w DE, Tata w pracy do nocy. Żal mi go trochę było, bo był ostatni w przedszkolu... niestety, ale ciężko wyjść z mojej pracy punktualnie o 16...a jak jeszcze doliczy się dojazd, to robi się dość późno.

Zjedliśmy szybko obiad i poszliśmy na spacerek, po drodze zrobiliśmy zakupy. Oglądaliśmy samochody, kamienie, rozmawialiśmy sobie.
W domu zjedliśmy po kanapce z ciepłego jeszcze chlebka z masłem.
Rozłożyliśmy na podłodze koc, wyjęliśmy wszystkie zabawki, graliśmy na bębenkach,układaliśmy klocki, odbywaliśmy fikcyjne rozmowy telefoniczne z całą rodziną.
Później obejrzeliśmy Smerfy i Pszczółkę Maję. Dziecię moje wyjątkowo spokojne, podczas oglądania nawet położyło sie i skoncentrowało na bajce, co u niego jest ewenementem, bo to żywe srebro przecież. Na niczym nie skupia się dłużej niż 5 minut.
O 20:30 oznajmił, że "lobi ciemno" , co oznacza, że mogę go szykować do snu.
Buziaczki i tulaski na dobranoc i padł Synek mój zmęczony całym dniem.

Potrzeba nam było takiego czasu. Spędzamy popołudnia zwykle razem, wychodzimy na rower, na spacery, do pradziadków, na plac zabaw, ale to jednak nie do końca to samo, bo zawsze coś lub ktoś rozprasza naszą uwagę od siebie wzajemnie.
A wczoraj byliśmy tylko my dwoje i było naprawdę super.

Marzy mi się chociaż tydzień urlopu...wyjazd na jakieś domki nad wodą. Na spokojnie, we 3. Bez obowiązków, zmuszania się do czegoś, planowania. Taki totalny chill out.
Szanse na to niestety nikłe.
Właściwie, to nawet boję się spytać szefa, czy jakiekolwiek są.
Też nie wiem co się ze mną stało, że tak dałam się tutaj stłamsić w tej firmie. Chyba boje się, że mogę trafić jeszcze gorzej. Dlatego nie potrafię tego olać i zacząć inaczej podchodzić.
Ale to temat na osobnego posta. Którego zresztą nawet nie mam ochoty pisać.
Do USC oczywiście rekrutacji nie przeszłam.

Muszę wymyślić coś innego.

Sebastian tak szybko rośnie.Oglądam jego zdjęcia i nie mogę się napatrzeć na te zmiany. Szkoda mi tracić czasu na stres i nerwy, szkoda mi tej uwagi, którą muszę poświęcać denerwującej pracy, a którą mogłabym poświecić Jemu. Nie będzie długo dzieckiem, nie będzie mnie zawsze potrzebował. A ja teraz - kiedy powinnam, nie mogę być tak bardzo dla niego jakbym chciała, i jak zapewne on potrzebuje.

Wiem - byłoby zbyt idealnie.
Ale kto mi zabroni marzyć o idealnym życiu? :)

Pocieszam się faktem, że dzisiaj piątek i dzisiejsze popołudnie i wieczór również spędzamy we dwójkę.

środa, 30 lipca 2014

Trochę na temat bieżących spraw

Melduję się!
Sporo się działo w ostatnim czasie, więc niestety pisanie zeszło na dalszy plan.
No może nie tak na 100%, bo pisałam coś innego...opowiadanie na konkurs ;) Przypadkiem na taki trafiłam. Opowiadanie ma być o prawdziwej historii miłosnej. No coś idealnego dla mnie.
Pisać lubię, historię prawdziwą mam taką, że spokojnie powieść mogłabym napisać.
Wzięłam się więc za robotę.
Mam już dwie wersje.
Z żadnej nie jestem zadowolona.
Właśnie opracowuję pomysł na jakąś trzecią.

Wena momentami aż mnie porywa...w twórczym szale posyłam mojemu chłopakowi takie smsy, że biedny później w pracy wytrzymać do końca nie może ;)

Jestem w lepszej formie, niż poprzednio, kiedy tutaj narzekałam.
W pracy zrobiło się spokojniej...możliwe, że to cisza przed burzą, ale delektuję się tym ile mogę.
Wpływa to pozytywniej na całe moje życie i podejście.

Sporo się wydarzyło przez minione 2 tygodnie.
Byliśmy na weekend nad jeziorem...nie odpoczęłam jakoś specjalnie, bo wtedy jeszcze gnębiło mnie choróbsko.
Jedno, co poczułam to potrzebę takiego wyjazdu na dłużej. Na sporo dłużej - więcej niż tydzień czasu. Mocno eksploatuję się ostatnimi czasy, wiele też się działo i dłuższy wyjazd na pewno podziałałby regenerująco.
Nie ma jednak raczej szans na to.

Sprzedałam też mieszkanie. Już ostatecznie. I ostatecznie wyprowadziłam się z niego.
Z ciężkim sercem zamykałam drzwi po raz ostatni.
Wcześniej jeszcze było jakoś tak luźniej, bo wracaliśmy tam i spaliśmy, ilekroć byliśmy w Zielonej Górze. Teraz już nie mam tam własnego miejsca. Co prawda jest jeszcze jedno mieszkanie, ale podnajęte.
Cały wyjazd do ZG był bardzo udany. Wyruszyłam w piątek o 5 rano. Calutki dzień załatwiałam wszystkie sprawy związane ze sprzedażą, wymeldowaniem itd.
Udało mi się też odwiedzić moją poprzednią pracę...kurczę jaki tam spokój i fajna atmosfera.... Zawsze wiedziałam, że to bardzo ważne. Ale teraz kiedy mi tego brakuje, zrozumiałam jak BARDZO bardzo.
Pod wieczór dojechał Misiek i spotkaliśmy się w indyjskiej knajpie z moimi Przyjaciółmi. Spontanicznie kolacja się przedłużyła - zakończyliśmy wieczór u A.i T. oglądając "Gotowe na wszystko" od pierwszego odcinka, grając w "5 sekund" i gadając. Strasznie się cieszę, że udało nam się tak posiedzieć. I mam nadzieję, że 9 sierpnia znów się z nimi wszystkimi zobaczę na 30tce A. Tak mi okropnie tęskno za Nimi...
W pewnym momencie, akurat w Urzędzie Skarbowym, spojrzałam przez okno z 9 piętra ,przede mną widok na centrum miasta. W głowie myśl : "Pierdzielę! nie wracam!"
Przysięgam, że za każdym razem, kiedy mijam tabliczkę "Zielona Góra" czuję radosne podniecenie. Chyba nigdzie nie czuję się tak dobrze jak tam.

W sobotę jeszcze spotkaliśmy się z rodzinką J. Od rana jednak byliśmy w wirze przeprowadzki. Mało nie zeszłam, gdy okazało się, że mała plandeka, jaką zamówiłam do transportu, okazała się średnim busem. Nie zmieściły się już rowery i dywan. I tak byłam w szoku ile udało się tam upchać...gdy go zobaczyłam, byłam przekonana, że będzie dużo gorzej. Na szczęście sprytni panowie tak zagospodarowali każdy centymetr sześcienny, że naprawdę należała im się premia za to. Gdy otworzyliśmy drzwi w W-chu, kartony zaczęły się same wysypywać :P
Pominę szczegół, że w piątek gdy wyjeżdżałam było dość chłodno i lało.
W sobotę był upał. Ja w dżinsach.
A w mondeo zepsuła się klima.
Na miejscu nie było czasu na przebieranie, więc wnosząc sto trzydzieste pudło na pierwsze piętro, czułam się jak w saunie.
Swoją drogą, przerażające jest to, ile zgromadziłam rzeczy przez te 11 lat pobytu w ZG. Mam nadzieję, że rozpakowywanie się pozwoli mi zrobić ponowną selekcję i pozbyć się połowy tego.
Musimy też zrobić wyprzedaż zdublowanych sprzętów i mebli. Po kupnie nowego mieszkania będziemy szczęśliwymi posiadaczami 2 pralek, 2 lodówek, 5 kanap, 3 meblościanek...itd... Pozbyłam się już jednych mebli kuchennych. Sprzedaję to wszystko za grosze, ale każda kasa przyda się w obliczu remontu. Im wiecej jej będzie, tym bliższe marzeniom będzie nasze mieszkanko :)

Aktualnie jesteśmy w toku załatwiania kredytu...nasz bank zrobił nas trochę w konia i w zasadzie obudziliśmy się z ręką w nocniku. Ale działamy dalej, jestem pewna, że wszystko nam się uda.
Im częściej bywamy w nowym mieszkaniu, tym więcej mam pewności, że dobrze wybraliśmy. Raduje mnie fakt, że Sebek będzie miał swój pokój. Cała jestem podekscytowana naszą sypialnią... nawet ta mała kuchnia mnie cieszy i podoba mi się jak jest urządzona.
A już tak naj naj najbardziej jestem szczęśliwa, że wreszcie będziemy mieli nasze własne miejsce, w którym będziemy mogli żyć po swojemu.
Nasze porządki, nasz klimat, nasze sposoby na prowadzenie domu, gotowanie, spędzanie wolnego czasu.
Ahhhh już nie mogę się doczekać!


A na koniec jeszcze mała porcja zdjęć z naszych wyjazdów.












poniedziałek, 21 lipca 2014

Notka auto-psycho-terapeutyczna

Przez kilka miesięcy nudziłam tutaj wpisami jaka jestem szczęśliwa...
i teraz jednak stwierdzam, że nie było to takie najgorsze przynudzanie. Zwłaszcza, że aktualnie mam ochotę w kółko narzekać jaka jestem zmęczona...
Szczerze? Poniekąd tęsknię za życiem w Zielonej Górze.
Tak wiem - nie można mieć wszystkiego i wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
Ale dopiero tutaj zrozumiałam, jak to jest żyć w wiecznym stresie i napięciu.
Obiecałam już sobie dziesięć razy, że odpuszczę, że olewam. I nawet jeśli taka postawa nie doprowadzi do niczego dobrego, to po prostu zrobię to własnego zdrowia psychicznego.
Ale nie potrafię do końca. Poczucie obowiązku i odpowiedzialności są silniejsze.
Świadomość tego, że wydatki, kredyt, remont...
to wszystko każe mi zęby zaciskać i robić swoje.
Tylko, że nie działa to na niechęć do tej pracy...ani na ścisk w żołądku na samą myśl o niej.

Od 5 dni jestem chora. Z dnia na dzień rozłożyło mnie tak silne zapalenie górnych dróg oddechowych, że chyba naprawdę jeszcze tak ostrego nie miałam. Jestem na L4, ale nie odpoczywam. Spędzam 8 godzin przy komputerze, z telefonem przy uchu, słuchając znowu niezadowolonego szefa, zastanawiającego się: "może niektóre osoby nie nadają się na niektóre stanowiska..."
Nie wiem po co przedłużył mi umowę, ale zaczynam żałować, że to zrobił.

Wydaje mi się,że wszystkie moje ostatnie dolegliwości oraz osłabiona odporność, to wynik działania stresu. Fatalnie się z tym czuję.
Dużo myślę o tym co powinnam robić, do czego się nadaję, ile jestem w stanie znieść i dlaczego jednak tak mało.
Zdawało mi się, że cała moja prywatna sytuacja zahartowała mnie i uczyniła silnym człowiekiem...a jednak w życiu zawodowym radzę sobie dużo gorzej. Nie mam pomysłu jak to zmienić ani w jaki sposób nad sobą pracować.

Opadłam z sił. I przykro mi z tego powodu. A nawet głupio trochę, bo może zbyt łatwo się poddaję.
W takim stanie psychofizycznym, obawiam się, że o drugiej ciąży mogę sobie co najwyżej pomarzyć. A coraz częściej przewija się ten temat w naszych rozmowach z M. Tak jakbyśmy czuli się coraz bardziej na to gotowi.
Pozostaje mi wierzyć, że natura sama wyłapie ten moment idealny.

Nie chcę się poddawać,ani załamywać. Nie pozwolę również, aby praca i wszystko co z nią związane, zdeterminowały do końca moje życie.
W ciągu ostatnich paru dni, usłyszałam o różnych tragediach, które przydarzały się innym ludziom. Zawsze takie informacje skłaniają mnie do przemyślenia i zweryfikowania swojego nastawienia. Praca i dochody są bardzo ważne - nie da się ukryć. Ale i tak to, co najważniejsze wciąż mam. Mam zdrową , kochającą się Rodzinę - spełnienie moich wieloletnich marzeń.
Nic nigdy nie będzie od tego ważniejsze.
Uśmiech mojego Dziecka ma działanie uśmierzające ból. Potrafi też kasować pamięć dotyczącą wydarzeń w pracy.
Ramiona mojego Chłopaka, to azyl. I opoka - trwała, dzięki której sztormy wszelkie jestem w stanie przetrwać.

Nauczyłam się już, że czasem po prostu musi być ciężko i trzeba to przetrwać, aby potem z całych sił doceniać to, co dobrego dzieje się w naszym życiu.
Wierzę, że i tym razem tak właśnie będzie.

czwartek, 10 lipca 2014

Kiepskie mam dziś samopoczucie.
Dopadł mnie jakiś "śpikulec". Już wczoraj o 22 kleiły mi się oczy, dziś rano prawie zaspałam do pracy.
Od rana coś w żołądku mnie muli, kręci.
Albo nadchodzi jakieś choróbsko, albo stresy zeszłego tygodnia właśnie mają swoje ujście....albo to wyjątkowo złośliwa forma PMSu.

Ten tydzień jest zdecydowanie lepszy...do tego stopnia, że już nie mam ochoty rzucać pracy i iść wykładać towar w markecie :) Miałam nadzieję, że kryzys przeminie i chyba na razie tak się dzieje. Oby stan ten pozostał jak najdłużej.

W poniedziałek byliśmy w naszym przyszłym mieszkanku.
Wchodzę tam i czuję się świetnie. To dobry znak. Nie mam wątpliwości, że wybraliśmy najlepiej.
Popołudnia i wieczory spędzamy na dyskusjach o tym jakie wybrać panele, jakie drzwi, który kolor sprawdzi się w którym pokoju, czy uda nam się odnowić meble, które zostają w sypialni, aby były efektowne? Miłe to rozważania.
Czeka nas sporo pracy, bo jednak trochę uzbiera się do zmiany, trochę do odświeżenia, ale myślę, że do września powinniśmy już tam zamieszkać.
Czekam na ten moment z niecierpliwością, bo mimo, że świetnie dogadujemy się z rodzicami, to jednak mieszkanie w 5 + pies bywa uciążliwe.
Szczerze mówiąc- rzadko kiedy czuję się w domu tak na 100% swobodnie. Moja Mamuśka to niezwykle wymagająca kobieta, uwielbia jak wszystko jest pod jej rozkaz, bywa okropnie apodyktyczna i nieraz brakuje mi do tego cierpliwości. Poza tym ta wieczna kontrola...czuję się jakbym znowu miała 15 lat.
Nie mogę jednak narzekać, bo mamy też ogromną pomoc ze strony obojga rodziców. Na pewno, kiedy zamieszkamy sami, poczujemy jak wiele wróci nam obowiązków. Poza tym robią nam przysługę,że już tyle czasu nas "przechowują", więc nawet staram się nie narzekać i nie marudzić.
Ale wiadomo jak to jest - chciałoby się już mieć swoją przestrzeń, własne miejsce i porządek swój.
Ciekawe jak to będzie? Jak będzie wyglądało nasze mieszkanko po zmianach i jak będzie funkcjonować nasza Rodzinka?:)
To niesamowite jak wszystko szybko się dzieje, jak realizuje się plan, który przecież nie tak dawno, wymyśliliśmy, mając co do niego miliardy wątpliwości....
"Nie tak dawno..." Równo za tydzień minie pół roku od tamtej nocy, której nigdy nie zapomnę. Mój Świat zmienił się diametralnie w ciągu tych 6 miesięcy. Teraz to dopiero jestem szczęśliwa!
A tyle jeszcze przyjemnych momentów przed nami.

środa, 2 lipca 2014

wypalona

Mam zawodowego doła.
Nie chce mi się nawet o tym pisać...o niczym nie chce mi się pisać.
Nie sprostałam wyzwaniu, przeceniłam swoje siły...a one właśnie się kończą.
Nie mam pomysłu na siebie, na to co chciałabym i mogła robić. Nie wiem czy coś zmieniać, czy nie poddawać się z powodu kilku poniesionych tu porażek.
Stoję przed setką znaków zapytania.
Popłakuję sobie po kątach od dwóch dni, chowam swoje zdechłe przerośnięte ambicje.
Czuję się wypalona do cna.

A znaleźliśmy mieszkanie.
Nawet trzy.
I spośród nich wybraliśmy TO jedno.
Bardzo się cieszę, Chociaż wcale tego nie widać.
Bo z drugiej strony zakup mieszkania + kryzys zawodowy to nie jest dobre połączenie.

Mam wspaniałe wsparcie.
Niezmiennie trwa przy mnie to ramię, na którym nieraz już wesprzeć się mogłam.
Wiem, że niektórzy nie mają.
Mam cudownego synka, który czym większy, tym jeszcze cudowniejszy.
Wiem, że niektórzy nie mają.
Mam pracę. Chociaż już z niechęcią myślę o niej, kładąc się spać wieczorem.
Ale wiem, że niektórzy nie mają żadnej.


O wszystkim tym pamiętam i myślę. Doceniam w każdej sekundzie.
To nie jest tak, że chciałabym jeszcze więcej, jeszcze lepiej, jeszcze łatwiej.
Po prostu jakoś zaczęło brakować mi sił. I stało się to jakby poza mną.
Jest to okropnie nieprzyjemne uczucie, nie wiem jak je zwalczyć.
W tej jednej sferze mojego życia czuję się totalnie zagubiona.


piątek, 27 czerwca 2014

Wyjazdowe focie


Jako, że jestem w amoku poszukiwania, oglądania, analizowania i wybierania najpiękniejszego mieszkania, jakie jestem w stanie sobie wyobrazić, za kwotę nie przekraczającą 150tys złotych, wena moja twórcza kompletnie zaniknęła. 
W związku z tym, na pocieszenie pozostawiam tu wspomnienie z naszego romantycznego wyjazdu.
Ależ byliśmy tam zrelaksowani....oczywiście po tym, jak wypiliśmy wystarczająco dużo alkoholu, aby zapomnieć o mandacie i skonfiskowanym dowodzie rejestracyjnym od auta taty ;P 

Teraz przestało być tak spokojnie i już wiem, że ten poważny zakup, jaki nas czeka, okraszony będzie minimum kilkoma spięciami. 
Jednak mam nadzieję, że dojdziemy do kompromisu. 
Wszystko byłoby pięknie, gdybyśmy mogli trochę poszaleć z kasą, ale niestety trzeba liczyć każdą złotówkę, więc na razie nie będzie do końca jak  w marzeniach. Chociaż dla mnie najważniejsze, że to będzie Nasz Dom, w którym zapanuje nasz klimat, i ciepełko i w którym sobie wychowamy nasze dzieci...albo dziecko :)

A tak przy okazji szukania lokum, wyodrębnił się mały kłopot. I zastanawiam się jak inni sobie z tym radzą. 
Otóż mam problem, z określaniem Miśka w sytuacjach oficjalnych. 
"Mój chłopak" - to sobie mogło być 15 lat temu. 
"Mój narzeczony" - super, ale bez przekonania, no bo wcale nim nie jest i na pewno to słychać, kiedy to mówię.
"Mój mąż" - tak nie mówię nigdy...chcę się rozkoszować tymi słowami, kiedy już staną się faktem....w końcu czekam na to 30 lat :) 
"Mój konkubent" - pierwsze skojarzenie : zapuszczony nieogolony, brzydko pachnący żulik z butelką "Mamrota" w ręku
"Mój partner" - w miarę neutralnie, ale jakoś tak nie wiem...za poważnie znowu. I trochę homoseksualizmem pachnie...nie żebym miała cokolwiek przeciwko oczywiście, bez urazy, ale nijak to do nas nie pasuje.

Misiek, wszędzie o mnie mówi "małżonka" i w ogóle nie ma z tym problemu. Aczkolwiek, bywa, że np rozmawiamy gdzieś na temat sytuacji kredytowej i musi wyjść, że nie jestem żadną małżonką. W końcu czasem dla zabawy określamy się w agencjach nieruchomości jako "koledzy od kredytu" :) 

Ok, koniec gadania, poniżej słit focie kumpli od kredytu....prawda, że tacy słit jesteśmy, że powinni nam przyznać bez oprocentowania i odsetek? :) 















No! 
Pooglądali, to teraz śpiewamy razem: 
"Kiedyś znajdę dla na-as dom!  Z wielkim oknem na-aaa świa-aaat..."

poniedziałek, 23 czerwca 2014

23 czerwca

"Tato! tato! tato!"
Mała opalona rączka wsunęła się w silną męską dłoń.

W tę dłoń, którą tyle razy widziałam wyciągniętą w moją stroną.
Którą pełna przerażenia ściskałam, gdy kiedyś razem pomagaliśmy dziewczynie pobitej pod klubem przez chłopaka...
Dłoń, która nieraz prowadziła mnie w tańcu,
z której palcami splatały się moje palce, czasem dla zabawy, czasem w nadmiarze emocji.
Dłoń, w którą bezwiednie wbijałam paznokcie, podczas oglądania horrorów.
Która łzy wycierała mi z policzka i wlewała kolejną porcję wina do kieliszka.

Dłoń Przyjaciela.

Dłoń, którą ja chwyciłam i pociągnęłam, kiedy widziałam, że On grzęźnie...

Zmieniła się ta dłoń na przestrzeni lat.
Wciąż ofiaruje poczucie bezpieczeństwa, lecz teraz wyjątkowo mocno.
Wciąż ściska moją, lecz trochę inaczej.
Zanurza się w moich włosach, aż dreszcze czuję na końcach palców u stóp.

Pracują obie dłonie ciężko i wiem, że teraz pracują dla nas.
Smarują rano kanapki masłem. Obowiązkowo trzy. Dla siebie, dla mnie i dla syna.
Wiążą sznurówki w małych bucikach.
Zapinają małe guziczki.
Grożą palcem, kiedy potrzeba.
Składają zepsute zabawki.
Uczą jak chłopaki korzystają z toalety.
Rzucają i chwytają piłkę po sto razy dziennie...

Jedna trzyma małą opaloną rączkę.
Druga splata się z moją...

-"Tato! tato! tato!" - Sebastian spogląda, jak to dziecko - z dołu w górę, w Jego oczy. Obdarowuje go najsłodszym uśmiechem małego aniołka.
M. kieruje w dół, w błyszczące oczęta niebieskie, spojrzenie pełne ciepła:
-"Słucham, Synku?"


Dzisiaj pierwszy TAKI Dzień Ojca.
Mój Syn ma wspaniałego Tatę.
Długo szukałam, nim mnie olśniło, kto najlepiej odnajdzie się w tej roli.
Ale wiem, że się nie pomyliłam.
Ojciec mojego Syna, jedyny jakiego ma i zna, jest jednocześnie największą Miłością mojego życia.
Jest prawie idealny, odważny, odpowiedzialny, troskliwy, ciepły, konsekwentny, opanowany.
Jest pełny miłości, której nie wstydzi się okazywać, o której nie boi się mówić.
Jest najlepszy!

To Jego pierwszy Dzień Ojca, zrobimy wszystko, aby był wyjątkowy :)

piątek, 20 czerwca 2014

Marzenia się spełniają.

Wiedziałam, że nic tak dobrze nie robi marzeniom czekającym na spełnienie, jak ich wizualizacja.
Nikt mi nie wmówi, że to mrzonki...
Trzeba wierzyć, że to, czego pragniemy się uda.
Trzeba to oglądać po stokroć w swojej głowie , przyciągać do siebie jak najmocniej potrafimy...aż stanie się wreszcie rzeczywistością.

Podpisałam właśnie przedwstępną umowę sprzedaży mieszkania. Za całkiem nienajgorszą cenę.

Już powoli możemy rozglądać się za naszym wspólnym wymarzonym gniazdkiem.

Tak się cieszę.

W pracy też dobrą informację dzisiaj otrzymałam : szykują mi kolejną umowę. Na 5 lat.
Ostatnio bardzo mocno się stresowałam, czy zdecydują się mnie zatrzymać w firmie. Miałam wrażenie, że wciąż nie spełniam oczekiwań szefa. Ale chyba jednak nie jest aż tak źle. Chociaż ogromna presja i stres wciąż są moją codziennością.  W nocy koszmary...
Nie wiem dlaczego, ale chyba nie potrafię wyluzować.
Ambicje mnie przerastają.
A jeszcze mocniej poczucie odpowiedzialności.
Że przecież muszę zarabiać dla Synka, aby nie brakowało mu tego, co potrzebuje... i na realizację wszystkiego, co planujemy dla naszej Rodzinki.

Odetchnę z ulgą, kiedy podpiszę umowę o pracę.
Wciąż staram się najmocniej jak mogę i mam zamiar robić tak dalej. Ale już bez tego spięcia, czy przypadkiem wkrótce nie zostanę na lodzie.


Ahh...z tego wszystkiego zapomniałam napisać, że Synuś nasz wrócił z nad morza. Pięknie opalony, roześmiany, wybawiony.
Tak szybko biegł do mnie, po wyjściu z samochodu...ramionka rozpostarte.... wpadł prosto w wytęskniony maminy uścisk.
Czasem warto się pożegnać, aby w ten sposób móc się przywitać :)

Nasza mała przylepka :)

Staje koło Miśka, wyciąga ręce aby ten go podniósł. Gdy już tak się stanie, obejmuje go za szyję, tuli , a potem wyciąga rączkę w moją stronę: "mama teś!". Wówczas ja muszę podejść do moich chłopaków i ich obu objąć.
I tak sobie stoimy przytuleni.

Każdy szczęśliwy.

Mamy wszystko.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Zakochana ja

Cudowny weekend we dwoje za nami.
Wróciliśmy chyba jeszcze bardziej zakochani w sobie, niż wyjechaliśmy...chociaż wydaje się to właściwie niemożliwe.

Nie obyło się bez przygód... 13 piątek dał nam popalić od rana. Najpierw w pracy posypało mi się wszystko, co mogło, wyjechaliśmy później niż planowaliśmy, M. się spieszył, zaliczyliśmy mandat 300zł,  skonfiskowano nam dowód rejestracyjny auta taty, bo okazało się przy okazji, że przegląd był nieważny...na miejscu wypiliśmy na te wszystkie stresy po dwa drinki z martini z wódką i... Marcia padła jak zabita o 20 :D
Na szczęście wystarczyła mi godzinna drzemka na regenerację, wieczorny spacer i już byłam jak nowa.

Dalej było już idealnie.
Taki tylko nasz czas.
Rozmowy do świtu.
Dużo bliskości, czułości, szczerości. Powyjaśnialiśmy różne sprawy, które gdzieśtam wisiały nad nami. Posnuliśmy trochę planów.
Relaksowaliśmy się na basenie, w saunach i jacuzzi.
Byliśmy we dwoje na masażu...po którym jeszcze bolą mnie plecy.
Zjedliśmy pysznego pstrąga pieczonego na kamieniu.
Strzeliliśmy sobie kilka selfie na Stoku Izerskim.
Zaspaliśmy na śniadanie w sobotę, ale za to wyspaliśmy się jak rzadko.

Trochę poczuliśmy się jak za dawnych czasów.

Taki luz, kiedy liczy się tylko tu i teraz.

Wróciliśmy chyba szczęśliwsi.
Ja spokojniejsza.
I pewniejsza.

Mam najlepszego Przyszłego Męża, jakiego mogłabym sobie wymarzyć :D

Spokojnie ;) - oświadczyn nie było...to znaczy...tak trochę były.
Takie nieoficjalne.
Nasze takie Pre-zaręczny.

Obietnice.

Tak się umówiliśmy, że M. Mężem mym będzie. A ja Jego Żoną.
Bo jakoś sobie nie wyobrażamy oboje nikogo innego w tych rolach.
A pierścionek i cała ta reszta będą też , trochę później.

Mi wystarczy to, co widzę i czuję... i słowa, które padły w ciągu tych 2 nocy.

Nie myślałam, że jeszcze się w życiu tak zakocham :)







czwartek, 12 czerwca 2014

Koszmar.

We wtorek wieczorem kładliśmy się do łóżka mocno "zmęczeni".
Grał telewizor, zapomnieliśmy nastawić sleeptimer. Oboje zapadliśmy w kamienny sen na całą noc.
Przebudziłam się o 6 rano.
W TV nadawano wiadomości.
W półśnie docierała do mnie tragiczna historia.
Śmierć dziecka w rozgrzanym samochodzie.
3 letnia dziewczyna.
Prawie taka jak Sebastian...
Informacje docierały do zaspanego mózgu, nagle z przerażeniem otworzyłam oczy.
"Boże! jaki koszmar mi się snił!"
Patrzę w telewizor: "ojciec w zakładzie leczenia psychiatrycznego...brak kontaktu..."
To nie sen.

Nie przypominam sobie aby kiedykolwiek jakiś news tak mocno mną wstrząsnął.

Nie mogłam o tym zapomnieć przez cały dzień.
Dzisiaj nadal krąży mi to po głowie.

Nieposkromiona wyobraźnia podsuwa obrazy.
Przez co przeszło to dziecko w ciągu tych godzin.
Czy płakała?
Czy próbowała wyjść z samochodu?
Czy wzywała swojego tatę?

I kolejne obrazy...
ojca, który po pracy podchodzi do swojego samochodu i z przerażeniem odkrywa co się stało.

Staram się nad tym panować, nie myśleć, już nie wizualizować sobie więcej, bo to aż boli.
Współczuję całym sercem.
Nie wyobrażam sobie jak dalej żyć z takim piętnem...czy jest możliwe w jakikolwiek sposób się z tym pogodzić?

http://tatapad.pl/wydarzenia/tata-rybnika-matka-madzi-sosnowca-list-otwarty-tatapad-pl/

Cała reszta, którą chciałabym napisać, została już ujęta w tym tekście.

Mam w głowie milion pytań...egzystencjalnych. O sens. O los. O porządek tego Świata.
I smutek wielki, wspierany poczuciem totalnego niezrozumienia.

wtorek, 10 czerwca 2014

"mosie"

Synek odjechał na cały tydzień z Dziadkami nad "mosieeeeee!!!"
Auto po dach wypełnione łopatkami w 3 wielkościach.
Kolekcją resoraków.
Kolekcją urządzeń budowlanych typu spychacze i koparki, na czele z wielką koparką, na której można jeździć.
Kolekcją książeczek (na niepogodę).
Kolekcjami odzieży typu letniego oraz typu deszczowego....

Dziadkowie musieli się zmieścić w małych walizkach ;P

Wyruszali przed świtem.
Zamknęliśmy za nimi drzwi.
Pusto nagle się zrobiło...  mina mi zrzedła nieco.

M: "Będziesz tęsknić za synkiem, co?"
Ja (już z trzęsącą się brodą): "Taaaak...."
M: "Przestań! Chodź szybko, zrobimy drugiego!"

No i nie mogłam nie wybuchnąć śmiechem :)

O 4:20 rano telefon. Misiek musiał wstać i zawieźć rodzicom swoje auto, bo okazało się, że ich ma awarię hamulców.
Tym sposobem, nie jesteśmy dzisiaj specjalnie wyspani, aczkolwiek naładowani dobrą energią, bo przed nami tydzień we dwoje.
Pogoda dopisuje, będziemy popołudniami grillować, leniuchować, opalać się, a w weekend relaksować w spa, zwiedzać i cieszyć się sobą ile wlezie.
No i tęsknić za Becim naszym też będziemy na pewno.
Ale cieszymy się, że będzie oddychał jodem i przebudowywał swoimi koparkami całą plażę w Pogorzelicy :)

niedziela, 8 czerwca 2014

Samotny sobotni wieczór.

Tak wiem,
była umowa.
Miało być bez spinki, na luzie.
Na próbę.
Żeby nie było czuć presji, miał być powrót do rodziców...z Nim wyjścia na randki
Mieliśmy mieć czas wszystko sprawdzić, przekonać się, upewnić...

Ale wyszło inaczej.
Trzeci miesiąc mieszkamy razem.
Piorę, gotuję, sprzątam.
On zajmuje się dzieckiem.
Zasypiamy i budzimy się razem.
Robimy wspólnie zakupy, chodzimy na spacery z psem, odwiedzamy jego rodziców, moich dziadków...

Wiem, że miało być inaczej.
Ale kocham Go.
Jego obecność.
Tęsknię za nim, kiedy ma tydzień popołudniówek, z których wraca o 23:30.

Dlatego czuję się tak bardzo rozczarowana, kiedy po takim tygodniu wyjeżdża z kolegami na weekend.

Ciężko pracuję, mam stresujące zajęcie, pod presją faktu, że wciąż jestem na umowie próbnej.
Niecierpliwie czekam na sobotę.
A On znika.

Tak, wiem, że to zdrowo, że należy dawać sobie luz, że każdy powinien mieć swoje życie.
Ale moje życie tu, to praca, dom i zajęcia taneczne dwa razy w tygodniu.
A ta nowa forma naszej relacji jest tak świeża...wciąż jeszcze nie mogę się nią nacieszyć.

Moje przyjaciółki wszystkie daleko.
Tęsknię za babskim spotkaniem...z winem, plotkami, cienkimi papieroskami. Babskie śmiechy i wzruszenia. Kobiecą szczerość i spojrzenie na świat.

Dziewczyny daleko, M. z kolegami.
Leżę w pustym łóżku.
Sobota wieczór, Sebcio z dziadkami.

Poprawiłam sobie nastrój wizytą w teatrze. Byłam na fantastycznym spektaklu w rytmie samby. Rozbawiłam się, uśmiałam,zachwyciłam muzyką, choreografią, aktorami, tancerzami, rekwizytami. Wszystkie te elementy stworzyły na scenie i wokół niej klimat latynoskiej fiesty. Istny ogień. Coś, co uwielbiam!

A mimo tego, smutek trochę mnie dopadł.
Może to głupie.
Może za kilka lat, sama będę Go wyganiać na takie męskie wyjazdy.
Ale teraz, za każdym razem, gdy mnie tak zostawia, jest mi najzwyczajniej przykro.
I pusto...
nie lubię łóżka bez Niego.





wtorek, 3 czerwca 2014

Nasze miejsce w Świecie.

Wizualizuję sobie Nasz Dom.
Muszę to zrobić od początku do końca.
Choć tak naprawdę wcale nie mam w głowie jego obrazu.
Przecież Nasz Dom to My.
Ja, Misiek i Sebastian.

Próbuję jednak...muszę go wreszcie zobaczyć, bo wizualizacja ma moc przyciągania. Im więcej będę go oglądała w wyobraźni, tym większa szansa, że wreszcie się urzeczywistni.

Zacznę od tego , co najbardziej prozaiczne, aczkolwiek najważniejsze - moje konto zostaje zasilone odpowiednią kwotą, pochodzącą ze sprzedaży zielonogórskiego mieszkania.

Teraz siedzimy sobie z M. przy komputerze i wybieramy.
Podobają nam się mieszkania w kamienicach. Zwykle mają spore kuchnie, są wysokie i przestronne.
Są tu kamienice z takimi wieżyczkami, dzięki czemu, część ściany jednego z pokoi jest półokrągła i wstawione są w niej  2-3 okna - cudowne! Jestem przekonana, że można je zaaranażować w coś niezwykle przyjemnego.
http://dolnoslaskiemiasta.blogspot.com/2014/02/odnowiony-budynek-przy-ul-sienkiewicza.html

Może więc być takie. Choć na pewno nie znajdziemy go w tej dzielnicy,w której jest przedszkole.
Co więc wybrać?
Wygodę, czy urodę?

Wciąż nie możemy się zdecydować. Z jednej strony oboje jesteśmy przyzwyczajeni do życia w blokowisku, z drugiej czasem aż przeraża nas ten natłok ludzi w jednym miejscu. Wcześniej jakoś nie zwracałam na to uwagi, lecz teraz po powrocie z ZG, jakoś mocniej rzuca mi się w oczy ten dziwny klimat "Szuflandii". Budynki niczym zbudowane z wielkich klocków lego, a w środku masa maleńkich, jak mrówki, ludzików.

http://www.podzamcze.walbrzych.pl/sites/default/files/styles/medium/public/field/image/Wa%C5%82brzych-Podzamcze_1024-Autor_Ngapleaz_pl.wikipedia.jpg?itok=Xdl66DXO

A jednak, wszystko tutaj jest na miejscu. Przedszkole, szkoły, przychodnia, sklepy, dziadkowie...
Tylko te kuchnie i łazienki, to zwykle takie klitki.
Projektanci lat '80 musieli być ludźmi z małą wyobraźnią.
A może nie mieli wyjścia po prostu?

Trudno...niech już będzie ta "wygoda" względna.
Aby dziecko miało do wyboru kilka placów zabaw, rzut beretem do przedszkola i do dziadków.
Całe szczęście, że mamy działkę.

Na urodę może później przyjdzie czas.

Wybierzmy więc takie, w nowszym bloku, gdzie ktoś projektujący, już zrozumiał, że w kuchni dzieje się życie i dobrze, jeśli po wstawieniu mebli i sprzętów,mieści się w niej więcej niż jedna osoba.
Cudowne byłyby 4 pokoje, realne jednak są 3.
Niech będą więc 3. Na razie nas też jest przecież tylko troje.

Nie wiem jak ma wyglądać w środku. Wystrój wnętrz, to nie mój konik.
Oglądam cudze mieszkania, katalogi, gazety i wiem co mi się podoba - sporo tego. Sama zrobiłabym pewnie jeden wielki misz-masz. Oby na konto wpłynęła taka kwota, która pozwoli na zatrudnienie pomocy w tej materii.
Podstawa - ma być ciepło i przytulnie.
Nie eklektycznie, nie modernistycznie.
Całkiem jasne wnętrza raczej też odpadają - brak mi cierpliwości ;p

Po przekroczeniu progu, jeszcze w przedpokoju trzeba będzie zapoznać się z krótkim regulaminem.

http://www.blackrooster.pl/plakaty/64-in-this-house-we-do-real-.html


Kuchnia niech będzie taka, żeby w niedzielę o poranku słońce zaglądało przez okno , a promienie padały na niewielki stół, przy którym jemy we troje jajecznicę na śniadanie.

http://atokuchnia.files.wordpress.com/2011/03/sloneczna_kuchnia.jpg


W łazience wanna z prysznicem 2w1. Seba uwielbia się pluskać!
My w tygodniu szybki natrysk. W weekendy czasem lubimy zapalić kilka świeczek, zabrać kieliszki z winem i wskoczyć we dwójkę do wanny pełnej aromatycznej piany. Takie pół godzinki przyjemności i spokojnej rozmowy.

http://zamieszkuje.pl/wp-content/uploads/zdjecie3075-Lazienka-dobrze-zaplanowana-lazienka-styl-nowoczesny-aranzacje-popielata-lazienka-nowoczesna-lazienka-wanna-z-prysznice-aranzacja-lazienki-ciemna-la-.jpg

http://www.lazienkowy.pl/obrazki/f6d0c30e9abf87387e9f8e7f1dc590bb.jpg


"Salon"...pełen miejsca dla gości. Z najwygodniejszą kanapą i fotelami. Musi być trochę wielofunkcyjny. Z oświetleniem różnego rodzaju, aby łatwiej było stworzyć odpowiedni klimat. I do zabawy i do pracy i do odpoczynku.

http://www.szpilkuj.pl/site_media/media/cache/df/0e/df0e354b03ca1fa2d2e2eb515ecde49f.jpg


Pokój dziecięcy.
Mam na niego milion pomysłów. Co i rusz zakochuję się w meblach i akcesoriach do pokoju dziecięcego. Chciałabym, aby zmieściło się tam wszystko, co Sebastian lubi najbardziej i z czym najlepiej się czuje. To powinien być jego raj do zabawy, rozwijania się , a także wyciszenia po dniach pełnych wrażeń.

http://insp.hplx.pl/aranzacje/wnetrza/dziecinny_nowoczesny_bialy_zielony_5640824.jpg

http://cdn12.muratordom.smcloud.net/t/photos/d7/8a/38/d78a38dc084191ea.jpg


I sypialnia. Wymarzona nasza sypialnia. Musi zawisnąć w niej plakat, który zamówiłam dla M. na Walentynki.

http://kokobyhoko.blogspot.com/

Łoże wygodne...nie musi być ogromne, chociaż wiem, że pewnie kiedyś przestaniemy sypiać wklejeni w siebie. To tam będzie miejsce na nasze prywatne, osobiste symbole: pamiątki z podróży, zdjęcia, drobiazgi... Sypialnia to taki azyl....


http://i.wp.pl/a/f/jpeg/32953/zaglowek-lozka-freshome.com-5.jpeg

Na punkcie tej na pewno oszalałby Misiek.

Jednak ta poniższa jest bardziej realna :)


http://i.ytimg.com/vi/2yX7XYBVYj4/mqdefault.jpg


Sebastian wskakujący do łóżka pomiędzy nas, w poranki ,kiedy nie trzeba zrywać się do pracy.
Ulubione perfumy na toaletce - od dzieciństwa marzy mi się toaletka :)
http://www.stylainterier.cz/uploaded/gallery/products/big/antik_divci_toaletka_detsky_pokoj_fotoinspirace-2586.jpg

http://fashionable.com.pl/wp-content/uploads/2013/04/modny-dom.pl-1.jpg

Romantyczne zasłonki w oknie.
Atmosfera bliskości...bliskości w każdym wymiarze.


Nasz Dom. Teraz widzę go wyraźniej.
Zaklinam aby stał się namacalny.
Takie jest to wymarzone miejsce dla nas.
Przestrzeń, w której będziemy pielęgnować miłość, relacje i  nasze rytuały.
Twierdza, gdzie we trójkę będziemy czuć się bezpiecznie i szczęśliwie.
Zawsze.

poniedziałek, 26 maja 2014

Ja - Mama.

Ja - Mama.
Mama z zaskoczenia.
Nieplanowana zupełnie mama.
Mama zanosząca się płaczem, trzymająca w ręku test z dwiema kreskami.
Mama nieprzygotowana.
Na samotność, na pożegnanie z dotychczasowym życiem, na pojawienie się małego człowieka.
Mama przerażona odpowiedzialnością, która na nią spadnie, świadoma poniekąd z czym wiąże się nowa rola, w której tak nagle została obsadzona.
Debiut w monodramie.

Mama...niby całkiem sama, chociaż otoczona troskliwym wsparciem wielu bliskich osób.

Mama pogodzona z losem, w momencie kiedy w głośnikach aparatu od USG zabrzmiało bicie serca jej dziecka.
Mama oczekująca... jak każda przyszła Mama. Pełna obaw, a jednocześnie przepełniona rosnącą wciąż miłością.

Mama witająca nowe życie. Życie, które wydała na Świat siłą tej Miłości.

Zakochana na śmierć Mama. Wciąż kochająca coraz mocniej, choć zdawać by się mogło, że mocniej się już nie da.

Mama - kobieta. Silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
I życie Matki - Życie, które ma sens.

Ja - Mama ... czasem niecierpliwa, nieraz nieszczęśliwa, często bezsilna, bezradna, rozzłoszczona, niewyspana, przemęczona, rozżalona.
Zwykle dumna, pełna podziwu, uszczęśliwiona, że może brać udział w rozwoju bystrego małego istnienia. Wpatrzona w roześmianą buzię dziecka swego. Zachwycona jego pięknem, niewinnością, urokiem, dziecięcą prostą i szczerą naturą.

Ja - Mama... doświadczona, świadoma siebie, swoich potrzeb, potrzeb syna swego.
Mama spełniona.

Mama walcząca o Marzenia.
Spełnione Marzenia.

Ja - Mama - dzisiaj gotowa podjąć wyzwanie raz jeszcze. Pełna ciekawości, jak bardzo inaczej mogłoby być tym razem? Jak przeżywa się cały ten cud, kiedy nie jest się samą? Jak kocha się dwoje dzieci?

Nie wierzyłam, że kiedykolwiek to napiszę.
Rok temu, coś takiego nawet nie przyszłoby mi do głowy.
Ale w tym roku, na Dzień Matki, życzę sobie....zostać Mamą jeszcze raz.
I przekonać się, jak to jest być Mamą w tandemie z Tatą. Doświadczyć wszystkiego tego, co do tej pory mnie ominęło.
Dziecku swemu podarować Rodzeństwo, z pełną świadomością tego, jak bardzo sama kocham własną Siostrę i jak bardzo posiadanie rodzeństwa wzbogaca Życie.

Może jeszcze nie teraz, może za moment.
A może niech Los zdecyduje, kiedy i czy w ogóle.

A nawet jeśli nie.

To i tak jest wspaniale.
Czasem to, co na początku wydaje się straszne, okazuje się piękne.

Ja - Mama - od ponad 3 lat jestem innym człowiekiem.

Bogatszym o to wyjątkowe piękno, o niepowtarzalne przeżycia i emocje.
Oraz o najważniejsze - o bezcenną Miłość.

środa, 21 maja 2014

Z rozmyślań nad garami

Kiedyś miałam duuużo czasu na przemyślenia.
Potrafiłam analizować swoje życie i świat wzdłuż i w szerz.
Wyobrażałam sobie swoją przyszłość, marzyłam o wielkiej miłości...
Uwielbiałam oglądać oczami wyobraźni swoją didżejską karierę. Słuchałam ulubionych trance'ów i widziałam już te imprezy na Ibizie. Wypełnione po brzegi parkiety w Pacha, Privillage, Amnesii....

Ahhh..życie wewnętrzne miałam naprawdę bogate.

Piszę o tym w przeszłym czasie, bo dziś, wygląda to o wiele bardziej przyziemnie.
Czas na myślenie zawsze się znajdzie. Dojeżdżam do pracy 25km, jestem sama w samochodzie - mogę dumać do woli.
Ale co rozważa dzisiaj Marta, jadąc samochodem?
"Hmmmm...co zrobić na jutrzejszy obiad? Pomysłów już mi brakuje! A co w ogóle jest w lodówce...?"
Oczy mej wyobraźni już nie kierują się na case'a z vinylami...oj nie. Teraz wędrują w stronę szuflad zamrażalnika, szperając w pamięci w poszukiwaniu ich zawartości.
Kiedy w końcu po 35minutach drogi udaje mi się ustalić obiadowy plan, a po powrocie do domu dokonać zakupów i stanąć nad kuchennym blatem, pojawia się kolejny wolny czas. Idealny na rozmyślania.
Dziecko zwykle już śpi, w gary nikt mi nie zagląda, bo przecież jeszcze, nie daj Boże, przymuszę do pomocy.
Stoję więc sama, skąpana w aromatach i myślę sobie ...
...że auta trzeba od rana poładować. Że Dawida przetrzymali na załadunku, że Przemkowi na rozładunku złamali deskę. Że program do analizy plików tacho miałam wybrać, oraz że wzorce do wydruku faktur znowu są nie tak ustawione....
Za chwilę....: "ej! ej! ej! Nie jesteś w pracy! Zmieniamy tory!"

I wtedy włącza się Marta - marzycielka....
Wybiera miejsca na romantyczny czerwcowy weekend.
Mamy taki z Miśkiem zaplanowany!
Rodzice zabierają Sebka na tydzień nad morze, a my w wolny weekend chcemy wyskoczyć gdzieś , w jakieś spokojne miejsce, ulokować się w przyjemnym hotelu, gdzie będą nam gotować, masować nam stopy, gdzie będziemy grzać się w saunie, moczyć w jacuzzi i korzystać z wielkiego małżeńskiego łoża, o którym marzę codziennie, gdy z rana boli mnie kręgosłup.
Wędruję więc w fantazjach do Kudowy, Polanicy, Świeradowa....a może gdzieś nad jezioro?....już już czuję te wygody....
I nagle na ziemię sprowadza mnie dzwonek telefonu.
21:30... ciężarówka w Czechach, nie chcą zdjąć jednej palety, każą odwieźć do Wolfsburga, bo to nie towar dla Skody
W ten sposób mija godzina. Rozmawiam z 5 osobami w 3 językach, przypalam drewnianą łyżkę do stosowania na patelni teflonowej, urlopowe wizje odpływają daleko....

Ale nie poddaję się.
Jest jeszcze jeden - ostatni samotny moment w ciągu dnia, dobry na rozważania.
Wieczorna kąpiel.
No dobra...prysznic, nie kąpiel...

...no ok! ok!
prysznicowy express - niech już będzie.

Odkręcam kran, włączam deszczownicę - uwielbiam ją, działa odprężająco. Już przybliża się na powrót wizja tego, co w ten weekend będziemy robić, już spacerujemy za rączki po deptaku, już się tulę do ukochanego mego podczas romantycznej kolacji przy świecach...
Wchodzę do wanny, obracam się, aby zasunąć drzwi kabiny...
i tu mój wzrok pada na pralkę
-"K****, jeszcze pranie trzeba rozwiesić!"

:-o

Konstruuję posta drugi dzień...
chyba ucieknę na koniec świata w poszukiwaniu godzinki ciszy i skupienia....

piątek, 9 maja 2014

Amor gignit amorem

Koniec procesu. 
Zamykamy na dobre etap związany z biologicznym ojcem mojego dziecka. 
Będzie widniał w Akcie Urodzenia, będzie zobowiązany do comiesięcznego płacenia alimentów, do zwrócenia kosztów ciąży oraz wyprawki, a także procesu. Został również pozbawiony wszelkiej władzy rodzicielskiej, na co przystał bez oporów. 
Sebastian nadal będzie nosił moje nazwisko. 

Wielki głaz spadł z mojego serca. 
Teraz wszystko będzie na papierze i nie będę musiała się martwić co się stanie, jeśli on kiedyś postanowi zapaść się pod ziemię. 

Generalnie poszło to wszystko dość sprawnie. O ile pierwsza rozprawa była dla mnie mocno stresująca, o tyle wczorajszą przeszłam dużo łatwiej. Wielka i nieoceniona w tym zasługa moich Przyjaciółek, Pani Mecenas i oczywiście nieustannie wspierającego mnie Miśka.
Odnośnie pomocy prawnika, to przyznam, że warto było zapłacić niemałą kwotę za jej pracę. Nie życzę nikomu, potrzeby korzystania z takiej pomocy, ale jeśli już się tak zdarzy, to naprawdę nie warto żałować. 

Dzisiaj nawet nie mam na cały ten temat żadnych więcej głębszych refleksji. Wszystkie swoje łzy i żale zdążyłam wylać przez ten czas, od pamiętnego dnia 26 stycznia 2011 roku. 
Żadne pieniądze nie zrekompensują ani złamanego serca, ani poczucia zagubienia, żalu, rozpaczy, porzucenia. Żadna kwota nie jest wystarczająco wysoka, by pomogła kiedyś zrozumieć mojemu dziecku, dlaczego ojciec nie chciał go znać. 
Żaden wyrok nie jest sprawiedliwy dla Marty, która w pewnym momencie ciąży zrozumiała, że zostaje sama. I że dziecko, które rozwija się pod jej sercem nic nie znaczy dla człowieka, który je stworzył. 

Dla Marty, która dzisiaj patrzy na ramiona swojego syna, mocno obejmujące miśkową szyję, ten wyrok, to inny wymiar sprawiedliwości. To wyciągnięcie chociaż minimalnej konsekwencji dla oszusta, który okazał się być z lodu, kompletnie bez serca, bez sumienia...z jakimś jedynie minimalnym poczuciem przyzwoitości. 

Trzy lata, trzy miesiące i 12 dni walki. Głównie ze sobą. Walki o to, by doprowadzić tę sprawę do jakiejś formy, w której będzie ona znośna do przyjęcia. Dzisiaj mogę z czystym sercem powiedzieć, że jest w porządku. 
Jest posprzątane i poukładane. 
A Sebastian ma kogoś, kto godnie zastąpił mu Tatę. 
Przyjaciela, któremu ufam, którego kocham, który -wierzę- nie pozwoli aby stała nam się krzywda. 

Każdego dnia patrzę na Niego, Jego zaangażowanie, poświęcenie, pracę jaką wkłada w odnalezienie się w tej zupełnie nowej sytuacji, widziałam jak zaczynała w Nim rodzić się Miłość do małego człowieczka, którego dzisiaj nazywa "naszym synem". Wiem, że ta Miłość stworzyła się z uczucia do mnie.
"Amor gignit amorem" 
Jedna z nielicznych łacińskich sentencji, którą zapamiętałam sobie na zawsze i zawsze w nią wierzyłam.

Jest to niesamowicie piękne i wzruszające. 
Czuję jak we mnie rośnie uczucie, nad którym już nie potrafię i nie chcę panować. 

Walka skończona. 
Było ciężko. Bardzo ciężko. 
Ale warto. 




środa, 7 maja 2014

Post w zmęczeniu napisany.

Znowu wpadłam w wir totalnego niedoczasu.
Obojętnie, czy mam 4 dni teoretycznie wolnego, czy jeżdżę codziennie do biura, zawsze mam za mało czasu.
Czy to obecność innych osób w domu, sprawiła że poluzowałam sobie cugle i zdezorganizowałam się....czy też może dziwnym trafem przybyło mi obowiązków?
Jestem permanentnie zmęczona.
Sypiam jak kamień. Niewiele jest mnie w stanie zbudzić... Misiek czasem próbuje - bezskutecznie.
W pracy nerwy.
W domu nerwy.
Wszędzie dużo do zrobienia.

Syn chyba na cały ten przewrót zareagował nie najlepiej.
Takie wnioski teraz wyciągamy.
Walczymy z jego agresją...trochę na ślepo, bo żadne z nas nie wie dokładnie co robić.
Tak bardzo Go kocham, ale tak strasznie brakuje mi cierpliwości.
W całym tym zmęczeniu, w tym kieracie, w stresach, brakuje mi siły na bycie jego Mamą.
Brakuje mi czasu i siły na to, co najważniejsze.
I nie będzie już kiedy tego nadrobić.
Staramy się oboje z M., dawać Mu jak najwięcej z siebie.
Podświadomie jednak, oczekujemy pewnych reakcji, a dostajemy wręcz odwrotne i często, pod wpływem takiej chwili zwyczajnie się zniechęcamy.
Ja rzucam słowa, których żałuję później.
Nie rozumiem, dlaczego tak pomyślałam i wyraziłam to głośno.
Takie bzdury.
Takie głupoty.
A jednak w momencie wzburzenia, wpadają takie do głowy.
Że to jest właśnie dowód, że wcale nie dorosłam do tego. Że nie tak powinno być, że sobie nie radzę, nie nadaję się, nie znam....

Ciężko bywa.
Niby pięknie, tak jak marzyłam, ale wcale nie łatwiej niż wcześniej.
Tak bardzo bym chciała, żeby On był szczęśliwy.
A nie wiem, czy jest.
Nie powie mi tego jeszcze, nie wiem, czy te wszystkie zachowania, to znak, że nie jest, czy po prostu "taki wiek"?

Trudny wiek.
Ciągle jest trudny wiek. Od 2,5 roku.

Wieczorem z ulgą zamykam za sobą drzwi, kiedy On po walce wreszcie zaśnie. Jestem zła, że znów wymaga aby go usypiać.
Wykonuję listę domowych obowiązków, wracam do pokoju, patrzę na śpiącą buzię.
I czuję jak wpijają mi się w ramię zębiska ostre...
wyrzutów sumienia.

Tak bardzo się staramy, aby czuł, ze Go kochamy, troszczymy się i chcemy jak najlepiej....
Ale może tylko tak nam się wydaje...? Może to tak naprawdę minimum, a nie starania?


Dlatego nic nie piszę tutaj.
Ciężko jest pisać o porażkach.
A czuję, że chyba właśnie ponoszę wychowawczą porażkę.

Z drugiej strony nie brakuje też dobrych momentów. Jeździmy na wycieczki, chodzimy na spacery, bawimy się w domu.
Może to ja, w całym tym zmęczeniu, bardziej słyszę płacz niż śmiech Sebastiana?
Chyba znowu trochę się pogubiłam.
W Szczęściu się zgubiłam i we własnych spełnionych marzeniach.
Wyszłam z roli nieszczęśliwej samodzielnej mamy i w nowym wcieleniu jeszcze się odnaleźć nie potrafię.
Wciąż czuję, że coś tracę, że umykają pewne rzeczy w tym pędzie całym.
I chociaż czasami uda nam się zatrzymać, zapomnieć o obowiązkach i skupić na byciu Rodziną, to ciągle czuję niedosyt.