Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

sobota, 30 listopada 2013

Na sam koniec nadajemy prosto z Unglii...

Obiecalam,ze sie zameldujemy.
No to melduje ... totalny brak gotowosci do powrotu:'(
Tydzien oczywiscie przelecial niepostrzezenie i pomimo,ze dzisiaj spedzilismy super dzien w oceanarium w Hull, to ciagle smutek czail mi sie z tylu glowy.
Udalo nam sie zaaklimatyzowac w domu mojej Siostry,jej chlopaka i ich wspollokatorow...zaskarbic ich sympatie,a moze nawet cos wiecej....
A teraz czas ich wszystkich opuscic i wrocic. Do domu co prawda,naszego ukochanego....ale jednoczesnie tak pustego. Calkiem innego niz tutaj.
Dobrze sie tu czujemy. Ja zawsze zreszta w Anglii czulam sie dobrze....Seba chyba tez...w koncu tutaj powstal ;-)
Co prawda ten "ungielski",dziwny taki,że troche jezykowych problemow napotkalam....bo kto to slyszal,zeby na kaczke mowic "duk"???....ale dalismy rade i nawet kilka kurtuazyjnych pogawedek odbylismy z "tubylcami" w czasie spacerow.
Wiecej nieco opowiem po powrocie.
Ciesze sie,ze jeszcze sobote i niedziele spedzimy u A. na pewno bedzie to przyjemny powrot do rzeczywistosci....
A na koniec przedstawiam Syna mojego ulubienice -Fiołę, zwana przez noego"Kocia".
Ojjj beda za soba tesknic...

środa, 20 listopada 2013

Dzielnej Mamy słabsze strony

Nie uważam siebie za matkę "siętrzęsącą" "telepiącą", "matkę-wariatkę", "matkę z pierdolcem"....za taką matkę na 200%.
Totalnie się nie uważam.
Właściwie, to myślę, że z matki składam się w jakichś 90%, bo ta pozostała część, to jest skupienie na samej sobie: swoich potrzebach, swoich brakach, smutkach itd. Co zresztą widać na tym blogu.
W założeniu miał być "dzieciowy", w praktyce wyszło trochę inaczej. Może i dobrze.

W związku z tą 10-procentową matczyną ignorancją:
- u pediatry bywam kiedy muszę
- od piersi odstawiłam dziecię krótkim cięciem, bo sama byłam chora i chciałam się wyleczyć
- nie lecę na USG głowy, rezonans magnetyczny i tomografię, kiedy Synowi rośnie na czole w 3 sekundy guz wielkości małego jabłka
- nie wnikam co w żłobku jada moje dziecko, ile śpi, co dostaje do zabawy
- nie myję zabawek, jeśli nie są oblepione jedzeniem
- nie ubieram i nie ubierałam Sebastiana w body, bluzkę, sweterek, kamizelkę i kurtkę, rajstopy, skarpety i ocieplane spodnie, jeśli na dworze jest cieplej niż -20 stopni.
- nie zastosowałam zasad "rodzicielstwa bliskości - spałam z Synem w łóżku pół roku, tylko dlatego, że lubiłam na niego patrzeć i nie chciało mi się podnosić na nocne karmienie. Często zostawiałam go samego w łóżeczku, płaczącego, bo musiałam akurat coś zrobić.
- nie doczytałam o co dokładnie chodzi w BLW...ale chyba to akurat, przypadkiem mi się zastosowało
- nie doczytałam też dokładnie jak się wprowadza gluten, więc Seba do razu dostał taką porcję, jak duże dziecko :P  Odkryłam to dopiero, gdy gluten zaczęły wprowadzać koleżanki, które urodziły rok po mnie
- nie mam i nie miałam termometru do wody w wanience
- nie cierpię "piać" do mojego dziecka, kiedy "rozmawiam" z nim przez telefon....i nie przez telefon też
- nie znam się na bezstresowym wychowaniu : podnoszę głos, stawiam do kąta, ręka na pieluchę też czasem opadnie...chociaż to akurat jakoś totalnie bez efektu, więc spokojnie mogę sobie odpuścić.
- nie uczę go na siłę wszystkiego co, teoretycznie,powinien umieć.

Ojj litania grzechów moich jest długa.

A mimo tego szczęśliwi jesteśmy razem.
Ja na pewno...Sebastian jeszcze mi nie odpowie, kiedy go o to zapytam, ale wygląda na zadowolonego z życia :)
Jada zwykle to , co lubi.
Bawimy się w to, na co ma ochotę i takimi zabawkami, jakie lubi.
Chodzimy na basen, na spacery i do sali zabaw, gdzie przeciskam się za nim przez wszystkie przeszkody i wdrapuję na najwyższe piętro, żeby razem z nim zjechać ze ślizgawki prosto w kulki (traktuję to przy okazji jako substytut wyjścia do fitness klubu :P )
Zabieram go ze sobą praktycznie wszędzie.
Chodzimy na imprezy, gdzie nie śpi do takich godzin, że wracając do domu modlę się, żeby nas sąsiedzi nie przyczaili ;)
Przemierzamy samochodem setki kilometrów, żeby spędzić sobie czas gdzieś indziej niż "blisko".
Tańczymy i wygłupiamy się w domu prawie codziennie.

Staram się, abyśmy żyli pełnią życia. Nie pozwalam na to, aby brak trzeciej osoby w rodzinie, stanowił dla nas przeszkodę nie do przejścia. Radzimy sobie we dwójkę wszędzie. Na basenie, w aucie...a za parę dni poradzimy sobie na lotnisku i w samolocie. My i nasze 2 walizki.
Ma być jak najmniej rzeczy niemożliwych!

Nie jesteśmy idealni. Ja jestem nieidealna kompletnie. On bywa złośliwy, nieusłuchany, zdarza się, że agresywnie reaguje. Jest roztrzepany, szybko się irytuje i wyrzuca, albo rozwala to, czym się aktualnie zajmuje.

Ale mimo wszystko jest dobrze :)

Skąd te dzisiejsze rozważania?
Wracając do pierwszego wyznania - matką "siętrzęsącą" nie jestem...jednak wizja zbliżającej się podróży, lekkie wstrząsanie we mnie wzmaga. Że sobie poradzimy to wiem...nie wiem tylko do końca jak :P
I czy nie skończy się to jakąś publiczną kompromitacją.
Poza tym, zrobiłam wczoraj coś, co nigdy, przenigdy, nawet nie przyszło mi do głowy, zanim się matką nie stałam.
A przemieszczałam się trochę po okolicy bliższej i dalszej i całkiem dalekiej też.
Otóż: wykupiłam nam ubezpieczenie podróżne.
Ha!
Wyobraźcie sobie, że do wczoraj jakoś nawet nie zdawałam sobie sprawy z istnienia takiego produktu. Jednak wizja odbycia powietrznej podróży i zagranicznego pobytu z moim Skarbem największym, różne obawy we mnie wzmogła.
I scenariusze wszelakie...
Dla spokoju sumienia i pewności, że w razie tragedii mniejszej lub większej, Sebastian bez opieki i pieniędzy nie pozostanie, przewertowałam szybko Google, wybrałam ofertę i zakupiłam polisę :D
I teraz możemy spokojnie jechać. Z pewnością nic się nie stanie, bo ja tak lubię wydać czasem kasę na coś zupełnie nieprzydatnego ;)
Przyznam szczerze, że od momentu pojawienia się na świecie Sebastiana, mam lekkiego hopla na punkcie ubezpieczeń i oszczędności. To jedno z niewielu moich matczynych wariactw :) Mam 2 polisy, konto oszczędnościowe, kasę "w skarpecie" (jakby banki zawiodły) i obligacje skarbu państwa :P Większość pieniędzy, które dostajemy w ramach jakichś prezentów przeznaczam właśnie na te cele.
A przy okazji tych moich przedwylotowych rozważań myślałam o tym, że chyba nikt tego nie wie i może warto byłoby pospisywać takie rzeczy w jednym miejscu. Żeby w razie czego rodzinka wiedziała gdzie szukać :)
No...nie jest ze mną najgorzej, co nie? Jednak macierzyński szał nie do końca mnie ominął :P I ignorantką całkowitą nie jestem też :]

A we Francji i Holandii, to i tak bym uchodziła za nadopiekuńczą :P


poniedziałek, 18 listopada 2013

If there's a will...

Strasznie chciałam napisać post o czymś wesołym i pozytywnym. 
Ale nastrój mam listopadowy zdecydowanie. 
I chociaż w perspektywie wylot i tydzień z Siostrą, i jeszcze spotkanie z A. , to po głowie znowu myśli się różne tłuką. 
Dobrze, że lecimy. 
Może gdy poczuję znowu, jak się oddycha gdzieś indziej, to przekonam się, że to czas, by na stałe zacząć w innym miejscu powietrze czerpać. 
Czuję coraz mniej trzymających mnie tu spraw. 
Coraz mniej sentymentów. 
A potrzeba zmiany narasta. 

Odczuwam to mocno...
im starsza jestem, im bardziej sama, tym wszystko trudniejsze. Tym ciężej z wieloma rzeczami mi się pogodzić. Tym bardziej jest mi przykro przez sprawy, na które kiedyś z pewnością machnęłabym ręką. Tym mocniej zależy mi na ludziach, dla których ja sama jestem tylko jedną z wielu... 
I tak się powoli zamykam...i jednocześnie dręczy mnie to. 
Bo to nie ja. Nie to w moim charakterze leży. 
Czuję szarpnięcia zrywanych więzów. 
Nie lubię tego.  

I w tym wszystkim na dodatek te urodziny przeklęte. 
Wymyśliłam je sobie w końcu.
Że będą jak z bajki...
Coś się należy bajkowego przeżyć do 30 chyba, skoro ślub mnie ominął :P 
Więc mają być bajkowe krajobrazy zimowe, pozytywny klimat kominkowy i czas na bycie razem. 
Mam nadzieję, że się uda. 
Że ta garstka przyjaciół, która wyraziła szczerą chęć spędzenia ze mną tego dnia i wykosztowania się na ten cel, nie zawiedzie. 
Bo odmów odebrałam już więcej, niż się spodziewałam...i nie do końca akurat od tych, od których się spodziewałam.... 
Teraz rozumiem, dlaczego ludziom jest zawsze przykro, kiedy połowa gości zaproszonych na wesele, odmawia przybycia. Zawsze myślałam "Co za różnica, czy na 120 zaproszonych, przyjdzie 100, czy 60?...i tak dużo"  Ale jednak...to ta chęć, podzielenia się ważnym dniem i wydarzeniem z innymi. 
I chociaż liczyłam się z tym, bo to termin akurat może nie idealny.... to jednak przykro trochę, siłą rzeczy. 

Doceniam tym bardziej tych, którzy zaproszenie przyjęli. 
Moje serce się raduje na myśl o Nich... i o tym, że z pewnością dzięki Ich obecności, będzie miło nam wszystkim. 

Staje mi przed oczami graffiti z mojego uniwersytetu. Widywałam je codziennie przez 5 lat i bardzo polubiłam: 

"If there's a will, there's a way".  
 

wtorek, 12 listopada 2013

Pewnego razu spotkało się sześć kobiet...

Opowiedzieć Wam bajkę o pewnym wyjątkowym weekendzie?
Posłuchajcie!

Było to tak:
6 kobiet, które w sercach są jeszcze dziewczynami
1 siedmiomiesięczna Jagódka
domek na odludziu
piękna jesień dookoła

Kobiety zjechały się do małego domku w piątkowy, chłodny wieczór. Pokrzątały się po 2 niewielkich pokojach i kuchni. Rozpaliły w kominku, zastawiły stół przygotowanymi wcześniej smakołykami, odśpiewały solenizantce "sto lat!",  otworzyły wina we wszelkich kolorach i smakach i zasiadły do biesiady.
W akompaniamencie odbiornika, którego wiekowe głośniki słyszały jeszcze audycje stacji "Radio Luksemburg", raz po raz nostalgicznie spoglądając na trzaskający w kominku ogień, opowiadały sobie życia.
Snuły, jedna za drugą, swoje historie, opowiadały o miłościach, o kobiecych obowiązkach, o gospodarstwach, o życiu, które już dały, które noszą w sobie i które stworzyć by chciały.
Doprowadzając się wzajemnie to do śmiechu, to do łez, przekazując sobie z rąk do rąk, tuląc i kołysząc maleńką Jagódkę, kompletnie zatraciły się w tej wyjątkowej atmosferze.
Ostatnie rozmowy, w sypialni na poddaszu, do której chwiejnie dotarły po niesamowicie stromych schodach,  ucichły o porze takiej, że gdyby działo się to w sierpniu, kobiety z pewnością, miałyby okazję podziwiać niesamowity wschód słońca nad Jeziorem Trześniowskim.

Kolejnego dnia, zjadły wspólne śniadanie o smaku chleba z dżemem, który nieodłącznie kojarzy się z wyjazdami.
Pokrzątały się po domku, doprowadzając go do ładu po nocnym posiedzeniu, a następnie wybrały się na spacer.
Okolica powitała je, blednącymi już, barwami jesieni oraz błogą ciszą.
Śmiejąc się, poszukiwały między liśćmi darów natury. Podziwiały spokojne o tej porze jezioro i majaczące na drugim brzegu miasteczko. Rześkie powietrze przewietrzyło przyjemnie głowy i dotleniło Jagódkę, przywiązaną do mamy i w ten sposób wędrującą.
Po powrocie do domku, zasiadły jeszcze na ganku, rozkoszując się ostatnimi promieniami listopadowego słońca.
Kolejny raz zgromadziły się wszystkie przy stole. Wszystko działo się tak naturalnie. Bez wysiłku, bez ustaleń. Naczynia pojawiały się i znikały ze stołu, w kubkach parowała herbata, bądź aromatyczna kawa, kominek znów wypełnił pomieszczenia przyjemnym ciepłem.
Jagódka drzemała spokojnie przy maminej piersi.
Kobiety wciąż rozmawiały. Tak wiele tematów do omówienia w tak krótkim czasie.
Po zmroku zaczęły otwierać pozostałe butelki wina, co zapewne sprawiło, że śmiech ich stawał się coraz głośniejszy, a rozmowy coraz mniej poważne. Powyciągały przywiezione ze sobą gry i do później nocy zaśmiewały się do rozpuku, odgadując czarne historie, wymyślone postaci oraz skomplikowane, własnoręcznie narysowane obrazki.
Po raz kolejny, piżamowe już rozmowy, przy ostatniej butelce wina, dotyczące sytuacji społeczeństwa w Chinach oraz Nepalskiej księżniczki, ucichły bardzo późną nocą.

Kolejny poranek wróżył niestety pożegnanie z tym magicznym miejscem, i jeszcze bardziej magiczną atmosferą, którą sobie tam stworzyły. Zjadły ostatni wspólny posiłek, wyściskały się wzajemnie, wycałowały Jagódkę i pełne wyjątkowej, kobiecej energii, rozjechały, każda do swojej rzeczywistości.

W głowie jednej z nich pozostało wrażenie, że ma na tej Ziemi więcej bratnich dusz, niż jej się wydawało.
Myśl, że chciałaby tulić do piersi raz jeszcze maleńkie dziecko.
Oraz przeświadczenie, iż doskonale odnalazłaby się w takiej małej, kobiecej społeczności, gdzie wszystko układa się samo, dzieje się naturalnie, spokojnie. Bez pędu, bez nadmiaru bodźców, a w zamian z nieprzebraną ilością damskiej wrażliwości, empatii i zrozumienia.







Jeśli którejś, w zamroczeniu, nie umknął adres, dotarła tutaj i właśnie przeczytała tę bajkę - DZIĘKUJĘ.

piątek, 8 listopada 2013

Well done.

Dawno nie byłam równie wdzięczna za piątek!
Padam na twarz. Tak się nalatałam w tym tygodniu.
Ale ile mam załatwione!

1. Wizytę u ginekologa (jestem tak zdrowa, jak nigdy w życiu!!!! nawet owulację mam :-o To przy moim PCO, myślę, że zdarza się po raz drugi...pierwsza musiała być ta "sebciowa";p  Cieszę się, tylko szkoda, że dzieci nie ma z kim robić :P Jak mi się ten tekst wyrwał do Pana doktora, to się uśmiał i stwierdził, że fajna ze mnie babka :P Uwielbiam mojego Gina!)
2. Wizytę u fryzjera (wielki come back ciemnych włosów i grzywki. Jest dobrze.)
3. Wizytę u Pani Adwokat (o tym za moment)
4. Zakupy i gotowanie na dzisiejszy babski wyjazd.
5. Szczepienie psa

No i oczywiście jeszcze masę drobniejszych sprawek.
Jestem wykończona, ale dumna z siebie.
No i portfel szczuplejszy mam o spore sumki niestety.
A jeszcze w niedzielę kupiłam kurtkę jesienną, bo już naprawę patrzeć na starą nie mogłam.
Ehhh konto oszczędnościowe będzie zdecydowanie uboższe.
Ale trzeba.
Po to je założyłam, żeby było w razie konieczności. I konieczność jest.

Spotkanie z Panią Mecenas trwało 40 minut.
Pozew wystosowałam podobno piękny ;]  Z dokładnym wyliczeniem kosztów. Tylko chyba trochę jednak mnie poniosło z roszczeniami. Wyszłam z założenia, że lepiej żądać dużo, żeby dostać jakąś zadowalającą kwotę. Ale jednak za dużo nie powinnam, bo sędziowie krzywo patrzą. Pani Mec. to przeanalizuje i zrobi takie realniejsze wyliczenie.
Po adres babci, zwróci się do Centralnego Biura Adresowego.
A na razie złoży pozew z tym londyńskim adresem, pod którym mieszkał J. w 2011. Może dalej tam jest.
Moja robota ograniczy się tak naprawdę, do doniesienia brakujących dokumentów. Tego akurat jest sporo: akt zupełny urodzenia, paragony, zdjęcia moje z J., zaświadczenie o dochodach, dowody wpłat od niego. Mam na to czas do wtorku ( a dzisiaj wyjeżdżam i wracam w niedzielę). Dobrze, że poniedziałek wolny, to pozbieram wszystko w jedno miejsce na spokojnie. Później, całą resztą zajmie się Pani Mecenas.
Niestety od razu przygotowała mnie na to, że trochę to potrwa, bo jednak sprawy z ojcami zza granicy przeciągają się, przez ten problem z kontaktem.
Ale najważniejsze, że coś ruszyło.
Zobaczymy co dalej.
Boję się bardzo dwóch rzeczy, które mogą przy tym wszystkim wypłynąć na światło dzienne.
Jeśli się tak stanie, to będzie niezła katastrofa.
Ale może uda się bez wywlekania wszystkich brudów.

Kiedy wczoraj wyszłam z jej gabinetu, poczułam jakby powietrze ze mnie uszło. Chyba działałam na niezłej adrenalinie od początku tygodnia.
Dopadło mnie takie zmęczenie, jakiego dawno nie czułam.
A czekało mnie jeszcze szykowanie do wyjazdu.
Dałam radę, jednak. Jak zawsze ;)
Co prawda, na chwilę obecną, miałabym chęć zamienić wyjazd, na pleśnienie cały weekend pod kołdrą. Ale myślę, że to znak iż będzie super :)

Tak więc za kilka godzin, pakuję manatki i wyjeżdżam z rzeczywistości.

Jestem niewypowiedzianie wdzięczna moim Rodzicom, że mi to umożliwiają.
Myślę, że tym samym ratują mnie od postradania zmysłów.

Ejmen i do zobaczenia po długim weekendzie :)



P.S.Mama mówiła, że kiedy mnie nie ma, Seba wyciąga z szafy niebieski album i szuka znowu "Tatu".
Schowałam wczoraj album na najwyższą półkę. 

środa, 6 listopada 2013

Fotografie

Wspominałam jakiś czas temu o wywołaniu 150 zdjęć.
Fotografie już dotarły (nie bez przebojów).
Część włożyłam do niedokończonych albumów - te z czasów przed ciążą i w ciąży.
Na zdjęcia sebastianowe zakupiłam nowy album - całe szczęście - najtańszy z "Kerfa".
Od kiedy bowiem zdjęcia są w domu, ich przeglądanie, stało się drugim po koparkach, ulubionym zajęciem Syna.
Najpierw wyciągał tylko ten "swój" album, siadał ze mną i uczył się pokazywać wszystkich. Ukochał swoje zdjęcie z Dziadkiem, znad jeziora. Przez kilka dni, w ogóle nie wypuszczał go z rąk. Chodził z nim do żlobka i spać, Dziadka na zdjęciu całował. Nie muszę chyba pisać,w jakim obecnie stanie jest ta odbitka ;)

Później oglądał z zaciekawieniem inne fotki. Nauczył się pokazywać wszystkie "ciotki" i "wujków", wielkie zainteresowanie wzbudza też fotografia z Pradziadkami. Często ją wskazuje i pyta "tio tio?".

Album już się z lekka wyświechtał i całe szczęście, że najtańszy był :P Przynajmniej go nie szkoda.

Po jakimś czasie Seba odkrył, że w szafie kryją się też inne albumy.

Tutaj chyba mama?...ale jakaś inna. 
Ale tak! To na pewno mama! Hurra!
A tu jakieś zwierzątko. 
Mama mówi, że to świnka morska - Fifi. Co to jest świnka morska? Nigdy nie widziałem. 
A to niby jest ciocia Sylwia??? Taka mała? Taka mała jak ja prawie. Eeee to nie może być Sylwia. Coś mnie mama oszukuje...
I muuuu jest - koniki znaczy się. 
I ludzie jacyś...widziałem ich kiedyś, ale nie pamiętam za dobrze. 

Album za albumem...
aż wczoraj w małe rączki trafia album niebieski. Z angielskim tekstem na okładce...coś o pozostawaniu w pamięci.
Otwiera, przerzuca niecierpliwie...
Mama, szczupła, młoda, ładniejsza niż dzisiaj.
Mama na Millenium Bridge
Mama na Greenwich
Mama na London Bridge...

I nagle dwa zdjęcia.
Mężczyzna.
Ostrzyżony krótko.
Uśmiechnięty szeroko.
Grube ciemne brwi.
Ciemna oprawa oczu.
Nieco śniada karnacja.

Podobny.
Niesamowicie podobny.

-"tio tio?" 

Z przerażeniem spojrzałam na Babcię...
-"no powiedz mu"

-"To tata..."

Zdziwienie, a za moment radość.
- "Tatuuuu??? Tatu! tatu! tatu! tatu!"

Nie wiem czy dobrze zrobiłam?
Wracał do tych dwóch zdjęć w kółko. Nie mogłam go niczym innym zająć.
Jakby zrozumiał.
Chyba myślałam, że nie skojarzy.
Przecież nie wie, kto to jest tata.
Chyba.
Nigdy wcześniej mu nie pokazywałam.

Wiedziałam, że to się kiedyś zacznie dziać i nie przygotowałam się.
Miałam do psychologa iść, dowiedzieć się, jak to przeprowadzić. Jak wyjaśnić, żeby się to odbyło bez ubytku na kruchej, kształtującej się dopiero psychice.

I nie poszłam ze strachu.

Teraz chyba tylko intuicja mnie uratuje.

I tak , będąc w 100% szczera...
prawie się poryczałam.
On się tak ucieszył, że znalazł "Tatu".
Naprawdę tak szczerze po dziecięcemu się uradował.  

wtorek, 5 listopada 2013

Trochę bieżących spraw

Krok pierwszy uczyniony.
W czwartek o 15 mam spotkanie z Panią Adwokat.
Jakoś tak do mnie nie dociera do końca, co zaczynam. Ale może po tym spotkaniu dotrze.
Mam nadzieję, że Pani Adwokat podejmie się prowadzenia sprawy. I nie pochłonie to wszystkich moich oszczędności.
W każdym razie, wszelkie plany związane z hucznym obchodzeniem urodzin oraz nowym tatuażem, zostają raczej odłożone. Na za 10 lat chyba.

Przeglądam maile moje do J. i odpowiedzi.
Moje maile...
proszące,
rozpaczliwe,
płaczące,
zdruzgotane,
zrezygnowane,
pobłażające,
wyrozumiałe...
od czasu do czasu wściekłe.

Jego...
jak najkrótsze,
najmniej konkretne,
zero emocji,
poza ewentualnym rozdrażnieniem, że jak śmiem go szpiegować, poganiać, czegoś żądać.


Pewnie to wszystko przyda się podczas procesu.
Będzie grzebanina.
Ale po raz pierwszy czuję się na to gotowa.
Nie wiem dlaczego zajęło mi to prawie 3 lata. Ale w głowie ulga, że to już.
Chyba tak długo jeszcze łudziłam się nadzieją, że coś się zmieni. Że on się poczuje, że coś dotrze.
Chyba nie potrafiłam zrozumieć, jak można Sebastiana nie kochać? Przecież ja kocham Go tak mocno. I niemal wszyscy Go kochają od pierwszego wejrzenia, nawet obcy.

Jednak można,jak widać.

Można nie kochać swojego dziecka.
Nie czuć potrzeby poznania go.
Nie chcieć go widywać.
Nie mieć z nim żadnej więzi i wspólnoty.
Można w duchu się go wyprzeć.
Uznać, że to nie moje.

Brzmi to obrzydliwie.

***

Miniu nie wyjechał do Dziadków. Babcia została u nas i siedzą razem w domku. A ja wykorzystuję to w 150%. Jutro fryzjer, pojutrze prawnik, a w piątek jadę z koleżankami ze studiów nad jezioro na 3 dni, świętować 30tkę J. Nie wiem jak mama to zniesie ;p Mam nadzieje, że Mini da jej żyć :)
Chociaż On przy Babci jest całkiem grzeczny.
Nauczył się mówić "bułka" i "kolec" :)
Wczoraj rano, po przebudzeniu, "opowiedział" nam coś po swojemu, z czego wywnioskowałam, że musiało Mu się śnić, że karmił z dziadkiem kaczki - wydedukowałam to na podstawie zdania: Kaka nionia baba (kaka=kaczki, nionia=jedzenie, baba=dziadek). Ciągle zapomina, że Dziadek, to dziadzia, a nie baba ;)
Seba ma też swoje pierwsze prawdziwe hobby. Już chyba o nim wspominałam - Są to koparki :) Jedyne, co potrafi oglądać, to puszczone na YT filmy z budowy autostrad, gdzie pracują koparki właśnie. Na bajkę o Bobie Budowniczym nie dał się nabrać. Nic innego nie ogląda...no jeszcze czasem wideoklip do "La la la". Jednak koparki to Jego miłość. Przed budową koło naszego domu, potrafi stać bez końca i przyglądać się kopaniu dołu. Muszę Go na rękach stamtąd zabierać.
Ma też dwie książeczki o koparce, które z zapamiętaniem dzień w dzień przegląda.
Także na mikołaja i pod choinkę będą chyba same koparki w tym roku ;)
Mój mały kochany Chłopak i Jego prawdziwe męskie hobby :)

Kiedy coś zepsuje, albo zniszczy, wykrzykuje "o kurczę!". Ostatnio też powiedział Dziadkowi, że to mama zepsuła. A kiedy to usłyszałam i zapytałam Go, kto Go nauczył tak kłamać, to również powiedział, że mama :P

Uwielbiam tego małego huncwota! I Jego szelmowski uśmieszek, kiedy coś w pełni świadomie broi i zerka na mnie, czy widzę i jak zareaguję, na ile Mu pozwolę.
I kiedy wita się ze mną i żegna lecąc z wysuniętym dziobakiem gotowym do całowania.
I jego dokładność we wszystkim - z jedzenia na łyżce nie może zwisać żadne łyko, a już, nie daj Boże, włos.
Kapcie muszą być nałożone, nogawki muszą być opuszczone do kostek.
Wszystko na ażur.
Znam jednego takiego, co tak miał. Bo ja, zdecydowanie taka perfekcyjna nie jestem ;)
No cóż... nie da się ukryć, że synkiem swojego Ojca, jest nieodzownym. Już teraz widzę masę podobieństw.
I chyba jakoś będę musiała z tym żyć :P

piątek, 1 listopada 2013

Przeszkody

Mój smartfon umiera.
Powoli kończy żywot ponad trzyletni, odmawiając posłuszeństwa baterią i wszystkimi trzema klawiszami, które ma.
Pora kompletnie nieodpowiednia, bo na nowy mogę liczyć najwcześniej w styczniu. A co do tej pory? Zostanę bez łączności.
I właściwie bez 1/3 Świata mojego.
Bo gdzie i jak, ja to wszystko przeniosę, co tam w nim poupychałam?
Kody, numerki, piny -sriny, pesele -duperele, urodziny, rocznice, zdjęcia, smsy ważne, i mniej ważne, mmsy z maleńkimi buźkami, nowonarodzonych synków i córeczek moich przyjaciółek, dowody na to, że ktoś kiedyś kochał mnie, nas, muzykę sercu najbliższą, filmiki z pierwszego syna buziaka danego mamie...
To straszne, że można do tego stopnia uzależnić się od telefonu.
Naprawdę jestem przerażona, że już na dniach po prostu przestanie reagować, a ja stanę jak dziecko we mgle.
Smutno mi.
Że umiera i że naprawdę będzie to problem.
I jak mogę nazywać się wolnym człowiekiem, skoro nawet do takiej pierdoły uwiązana jestem.

No.

Tą przeszkodę możemy potraktować z przymrużeniem oka, oczywiście.

Natomiast sprawa druga, poważniejsza nieco jest.
Antybiotyk na dni 10 i maść z antybiotykiem , do smarowania 2 razy dziennie.
W poniedziałek wyjęłam z uda kleszcza.
Z tego też się śmiałam, bo co to za kleszcz śnięty, jeszcze się przyczepił do mnie w listopadzie prawie?
W dodatku skubaniec, jakoś w nogawce jeansów musiał wskrobać się tak wysoko. Co prawda jestem podejrzewana o to, iż:
a) latałam na golasa jesienią po lesie
b) jeśli nie a) , to już na pewno zachciało mi się w tym lesie siku i stąd lokator się wziął.
Spekulacje jednak są błędne. Musiał jakoś się wdrapać pod spodniami i pojęcia zielonego nie mam jak to zrobił.

Sama go z siebie wydłubałam , idealnie w całości.
I zapomniałam nawet o sprawie.
Ale dzisiaj okazało się, że swędzi i bąbel jest i czerwone jest też dookoła.
Po konsultacji z wszechwiedzącymi na tematy medyczne koleżankami z pracy...lekko osrana ze strachu pognałam do przychodni i na szczęście pani doktor nie miała pacjentów.
Paniki nie siejemy, ale antybiotyki brać trzeba.
I nie wolno spożywać alkoholu (dwa długie weekendy przed nami. Uwielbiam ten perfidny, szyderczy chichot losu!)

Nawet nie wstukuję "borelioza" w google, bo przysięgam, że w tym tygodniu nerwów i stresu już mi wystarczy.

środa, 30 października 2013

Przełom.

"nie zagladam tu zbyt czesto. mysle ze to niezbyt dobry pomysl"

To odpowiedź J. na 2 maile i smsa, które wysyłałam mu od 10 września, dotyczące naszego przyjazdu do UK.

Swoją drogą, chyba jednak łączy nas jakiś niezrozumiały rodzaj telepatii, gdyż wiadomość tę wysłał w momencie, w którym pisałam właśnie list do jego matki.
Przeczytałam to dziś rano.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że list nadać muszę. Za potwierdzeniem odbioru w dodatku, abym miała pewność co do adresu.

Kilka dni temu wyjęłam z szafy pozew z załącznikami oraz  zgromadzone przeze mnie artykuły oraz maile, na temat spraw o uznanie ojcostwa, pozbawiania praw rodzicielskich i przyznawania alimentów. Wyjęłam je, żeby napisać ten tekst dla SingleParents.pl .
Napiszę.
A potem także drugi o tym, jak wyglądała moja prywatna walka o to wszystko.

Tak postanawiam - pozew zaktualizuję i złożę ponownie. I tym razem zrobię tak, aby doprowadzić to już do samego końca.
Myślę także nad skorzystaniem z pomocy adwokata. Wiem, że takie sprawy można załatwiać samemu, ale nasza jest na tyle skomplikowana, że chyba jednak będzie to konieczne. Pan Ginekolog, którego poznałam na 40 u T. oferował swoją pomoc w tej kwestii, twierdził, że ma znajomości - kogoś obytego w prawie unijnym. I chyba do niego się zwrócę.

To jest chyba ta rzecz, którą muszę zrobić przed 30. Zamknąć ten etap już na zawsze.
Postawić pod nim formalną kropkę.

Dla siebie i dla Sebastiana.

Trzymajcie kciuki, żeby mi nie zabrakło siły do walki. Bo obawiam się, że właśnie zaczynam rozpętywać małe piekiełko.
Strach pomyśleć, które z nas bardziej się w nim przysmaży...

wtorek, 29 października 2013

O wszystkim i o niczym.

Zbieram się i zbieram do pisania.
I nie mam totalnie natchnienia.
Niemoc twórcza jakaś mnie dopadła.
I tak samo, jak post tutaj, pisze się artykuł dla portalu SingleParents.pl. Sama się zgłosiłam, że chce z nimi współpracować, a teraz robota leży. Nosz cholerka !
Może za mało piję, czy coś?
Przecież wielcy twórcy zawsze się wspomagali jakimiś "dopalaczami" ;)
Najważniejsze dzieła powstały na fazce ;)
A ja co?

W weekend znów goniłam czas.
A Mini rzucał mi kłody pod nogi, w postaci swoich kaskaderskich wyczynów i wiecznego zawodzenia. Zdecydowanie ilość mojej uwagi skierowanej w jego stronę, oceniał jako niewystarczającą.
W związku z tym:
łazienka jest brudna.
Obiady na "zapas" robiłam wczoraj o 23, bo w weekend się nie dało.
Podłogi myłam w sobotę po 23...no nie ma jak sobotnia rozrywka :-> Tzw. MOP-PARTY :)
Mam siniaka na obojczyku, po ugryzieniu przez mojego Aniołka...

No ale za to byliśmy razem na babskim spotkaniu dziewczyn z roku, gdzie Czaruś oczywiście omamił swoim urokiem wszystkie moje koleżanki ;)

Udało nam się też wyskoczyć na deser z K. oraz na basen.
Basen okazał się strzałem w dziesiątkę. Po 2 godzinach chlapania, Seb był tak zmęczony, że kiedy podjechaliśmy jeszcze na giełdę handlową, położył się na ziemi pod straganem z damską bielizną i miał zamiar tam zasnąć ;p
Dzięki temu, nie kupiłam sobie niczego poza majtkami, które kupić musiałam, gdyż po ostatnim porządkowaniu szuflad z bielizną okazało się, że do noszenia zostały mi 4 pary.
No mam jeszcze też 4 pary tzw. "fig randkowych", które są nówki funkiel, nieśmigane. Od lat trzech ;]
Prędzej zeżrą je mole, niż sama je "znoszę"...że już nie wspomnę, żeby ktoś np. je ze mnie zerwał... ;P
Kurtki jesiennej i zimowych butów nadal nie posiadam.
Ale co tam! będę chodzić w majtkach...powinno wystarczyć.

No i tak to wszystko mniej-więcej wygląda.
Wszystko mniej, niż więcej.

Za dwa tygodnie jadę z koleżankami na babski weekend do domku nad jeziorem. J. ze studiów postanowiła w ten sposób uczcić swoje 30 urodziny. Świetny pomysł! Sama marzyłam o czymś w tym stylu. Tylko kto ze mną pojedzie? K. I to chyba byłoby tyle. A nawet ona nie na 100%.
Przez ten wyjazd, chyba znowu wyślę Sebastiana na tygodniowe wakacje do Dziadków. Wiem, wiem! Dopiero co tak zrobiłam i strasznie przeżywałam. Ale tak ciężko rozwiązać to wszystko logistycznie. Takie wyjście jest najprostsze. A może udałoby mi się w tym czasie wreszcie znaleźć te buty? I do fryzjera pójść. Włosów nie farbowałam od stycznia.
Strasznie dużo mam spraw do przemyślenia.
Ah! i jeszcze Pani Małgosia - opiekunka Sebastiana, prawdopodobnie przeniesie interes na drugi koniec miasta. BARDZO to wydłuży mój czas dotarcia do pracy. Mieszkamy przy wylocie na Wrocław, żłobek będzie bliżej wylotu na Berlin, a pracę mam przy wylocie na Poznań. Będę codziennie jeździła w trzy strony świata, co z pewnością zajmie około godziny dziennie. O dodatkowej benzynie nie wspomnę.
Biednemu to zawsze wiatr w oczy.
Z piaskiem w dodatku :/

P.S. W piątek dzwoniłam do T. w pewnej sprawie, której omawianie zakończyło się dygresjami na temat kajdanek. Musiałam przez weekend wyobrażać sobie te <plaski>, co tu niedawno wstawiałam :P Co ta chemia robi z człowiekiem, no?!

czwartek, 24 października 2013

Galopem.

Mój Syn ma 2 lata, miesiąc i 4 dni
Mój blog pisze się już 10 miesięcy
Za miesiąc lecimy do Siostry
Za dwa miesiące Wigilia
Za dwa miesiące i 6 dni skończę 30 lat.
A następnego dnia kończy się rok.

Do jasnej Anieli!!!!
NIECH KTOŚ ZATRZYMA TEN CZAS !

Kiedy to mija?
Na czym schodzi?
Dlaczego z roku na rok wszystko przyspiesza?
A każdy dzień taki podobny.
Jak na taśmie w fabryce jadą te dni, niczym się nie różniące jeden od drugiego
5 razy ten sam schemat: pobudka-szykowanie-spacer z psem-żłobek-praca-żłobek-dom-spacer z psem i dzieckiem-obiad-resztkami sił zorganizowana zabawa z Synem-kąpanie-usypianie-spacer z psem-ogarnianie mieszkania-książka-sen.
2 razy zmiana schematu: późniejsza pobudka, więcej prania, sprzątania, ogarniania, nadrabiania zaległości wszelakich, czasu spędzonego z Synem, ze znajomymi,z rodziną. Skomplikowane procesy dzielenia 56 godzin na WSZYSTKO, co muszę i co chciałabym...
I tak nie zdążam

List od 2 lat nie napisany...nie zaczęty nawet.
Sprawy urzędowo-formalne z ojcem Syna w wiecznym zawieszeniu.
Kilka lat odkładane spotkania, maile, telefony do ludzi, którzy kiedyś przecież tacy bliscy byli.
Wizyty lekarskie nieumówione.
Co miesiąc odkładane samobadanie piersi, na miesiąc kolejny.
Narożnik od miesiąca kupowany bezskutecznie.
Umywalka od pół roku wymieniana.
Mazury od lat 30 nie widziane.
Rosyjski w 2011 roku na 5 lekcji w podręczniku zakończony.
Filmów lista cała nieobejrzanych...
Nawet płyty nowe potrafią czekać kilka tygodni, zanim wylądują w odtwarzaczu samochodowym.

Coraz więcej do zrobienia, a czasu coraz mniej.

Oglądam zdjęcia.
Patrzę w lustro.
Zmieniłam się.
Zdawało się, że to uroda taka - zawsze młoda. Cera jak brzoskwinka. Włosy długie. Pupa za duża, ale jędrna za to.
Przecież dopiero co taka byłam jeszcze!
Dzisiaj za włosem siwym nie rozglądam się nawet. Na 100% bym znalazła.
Tyłek plaskaty, bo przecież wiecznie za zmęczona, zbyt zajęta, wszystko ważniejsze niż praca nad nim. No i tak go nie oglądam....a i inni nie za często.
Włosy skrócone, bo schną prędzej.
I zmarszczki.
Cienie pod oczami.
Kolor skóry już nie ten, a przecież mniej piję, prawie nie palę, codziennie godzina na powietrzu.

Jedno niezmienne pozostało
ogień w sercu
bałagan w głowie

Tylko ciężej jakoś z nimi żyć, kiedy reszta cała tak pędzi.
Utrudniają mi zadanie.

A wiem, że zwolnić nie mogę.
Że teraz to dopiero się zacznie. Bo przecież zmienić chcę wszystko. Życie nasze postawić na głowie, odnaleźć się gdzieś indziej. W nowej rzeczywistości.
Tylko po co?
Będą warunki.
Zabraknie czasu.

Puściłam cugle.
Galopuję.

A ja przecież nie umiem jeździć konno!
Zawsze się bałam, bo koń jest wysoki.
I z tego wysoka spaść można.

poniedziałek, 21 października 2013

Blizny na moim sercu

Spotkałam wczoraj moją taką Pierwszą Prawdziwą Miłość. Nie widzieliśmy się 3 lata. Przywoził do mnie swoją żonę, czyli moją kuzynkę...
Wysiadł z auta, wyściskał mnie... i kurczę, choć wolałabym tego nie robić,to jednak muszę się przyznać - dziwnie mi się zrobiło.
Coś w tym jest jednak.
W tym micie Pierwszej Miłości.
I w tym stwierdzeniu, że Stara Miłość nie rdzewieje.
Nawet po 10 latach tkliwość jakaś pozostaje.
I ta myśl...czy gdyby to się nie skończyło, czy moje życie potoczyłoby się szczęśliwiej?

Mocno przeżyłam rozstanie z G. Myślę, że ból tego rozstania był nawet porównywalny do tego, jaki czułam, kiedy zrozumiałam, że J. nie kocha i nie pokocha ani mnie, ani naszego, rosnącego w moim brzuchu dziecka.
Pamiętam przepłakane wieczory.
Pamiętam jak K. prowadziła mnie pod rękę spod domu G. kiedy jasno mi powiedział, że to musi być koniec. Nogi dosłownie się pode mną uginały.
Pamiętam jak ryczałam Miśkowi dniami i nocami, a on ciągle przy mnie był, pełen braterskiej cierpliwości.
G. sam po latach, nie potrafił mi wyjaśnić czemu tak zrobił. Do dzisiaj do końca nie wiem.
Bo przecież było dobrze.
Naprawdę to był fajny związek. Oboje tak uważamy.
Chyba tak do końca, nigdy tego nie odżałuję. Zawsze jakaś maleńka zadra zostanie.

Wracaliśmy wczoraj autem z W-cha do ZG.
Mini spał całą drogę. Kajka, przy foteliku zwinięta w kłębek.
A ja myślałam.
Przeglądałam te moje Miłości.
Wszystkie nieszczęśliwe.
Jedna bardziej od drugiej.

Pierwszy "prawdziwy" chłopak - "licealne love". Krótko i intensywnie. To była pierwsza weryfikacja wyobrażenia vs. rzeczywistość o tym , jak wygląda "związek".

Potem był M. - oszust. Zostawił mnie z dnia na dzień, ukradł komórkę. Potem okazało się, że miał żonę i dziecko. Nie zdążyłam się w nim zakochać, ale oddałam coś cennego z siebie. Potem żałowałam.

Po maturze właśnie G. W nim zakochana byłam tak na 100%, na zabój, na amen! Chyba niestety za wcześnie się poznaliśmy.
Moja kuzynka miała więcej szczęścia...a oni poznali się oczywiście przeze mnie.
To dopiero ironia losu :P

Kolejny był J. i jego pierwsze wejście do mojego życia.
Po 2 latach od rozstania z G. udało mi się zaangażować naprawdę.
Ale tak, jak już to kiedyś opisywałam - było bosko, do momentu, w którym on zawinął się do UK i przepadł.

Następnie W. - 4,5 roku razem. Miał być ślub. Był psychiatryk. Tej historii nie opiszę tu nigdy. Żal mi, że tak wyszło. Naprawdę szczerze mi tej Miłości żal, bo W. kochałam mocno. Ale nie miałam siły o tą miłość zawalczyć. Nie wiem dlaczego...wypaliłam się gdzieś po drodze. Dopadł nas kryzys, dowaliła choroba... a wszystko wydarzyło się w złym momencie.

No i na koniec spektakularny powrót Pana J. I największy Ból. Dwa złamane serca na raz. Bo czułam, że złamał i moje, i nienarodzonego jeszcze Sebastiana. Że wyrwał mi te serca oba, rozpieprzył o ziemie, napluł, zdeptał i takie dogorywające pozostawił.
Tylko ja jedna wiem, ile kosztowało mnie reanimowanie ich przez całą ciążę i po porodzie. Nie chcę nawet tego wspominać. Chociaż wraca to nieraz. Czasem sama się dziwię, że dałam radę. Nie wiem jak...trochę jak przez mgłę to wszystko pamiętam. Rysa zostanie na zawsze. Nie da się tego w żaden sposób wynagrodzić, zamazać, zapomnieć. Zawsze już będzie się to za mną ciągnąć.

Nie mam szczęścia w Miłości.
A jeśli kiedyś miałam, to może nie rozumiałam, że to jest właśnie to.
Może sama zaprzepaściłam okazje?
Bo pomiędzy tymi wypisanymi, było jeszcze kilka, czy nawet kilkanaście innych znajomości, które dla mnie dzisiaj nie mają większego znaczenia.

Ślepe uliczki na krętej drodze po Szczęście.
Dalej nią kroczę. Chyba aktualnie znajduję się w jakimś niezwykle ciemnym, baaaardzo długim tunelu.
Czy i kiedy pojawi się wreszcie światełko na jego końcu?
Mało mam już siły.
Tak bardzo jestem znużona.
Szukaniem,
błądzeniem,
czekaniem,
karmieniem się nadzieją...

Zmęczona

mocno


czwartek, 17 października 2013

50%

W moim życiu wszystko jest zajebiste, ale tylko na 50%.
Dostaję różne Dary Losu, ale jakieś lekko wybrakowane.
Bo przecież zamiast zesłać mi fajnego chłopaka, wolnego i z bliska.
Pojawia się fajny - i owszem, ale chyba(?!) zajęty, a w dodatku z  jednego najdalszych zakątków , jaki można sobie w PL wymarzyć.
Zamiast pełnej, kochającej się rodziny
otrzymałam w darze cudownego Synka...ale bez Taty.
Pracę mam super!
Tylko za beznadziejne pieniądze.
Sama jestem fajna w połowie, bo przecież ciało kompletnie nie takie, jak być powinno.... i ile w tym mojej winy, to wiem, ale co hormony i PCO dorobiły od siebie, to już inna sprawa.

Złośliwy chichot losu, jak zwykle...no ale chociaż zawsze jakieś powody do radości się znajdą.
Takie do półuśmiechu ;)


wtorek, 15 października 2013

O jesieni

Ze wszystkich pór roku, kocham jedynie lato.
Jestem ciepłolubna
słońcekochająca
długiedniwielbiąca.

Czasem jednak zachwycam się atutami, pozostałej 3.
I tak też dzisiaj było.
Nie wierzyłam, że przyjdzie w tym roku Złota Polska Jesień.
Był moment, kiedy tak nagle zrobiło się przeszywająco chłodno i wilgotno.
Jednak aura wzięła się w garść i zrehabilitowała w pięknym stylu.
Jest naprawdę ślicznie.
Przyglądałam się dzisiaj Światu, wracając z pracy. To chyba jedyne 5 minut, kiedy mogę iść i myśleć o niczym konkretnym. Korzystam więc co dnia.
Z torbą listów w ręce, z dynią pod pachą, szłam między drzewami, z których wiatr zwiewał liście w moich ulubionych pomarańczach, rudościach, czerwieniach, żółciach i brązach.
I nawet deszcz się rozpadał taki, że wcale tego nie zepsuł.
Wysłałam listy, poszłam po Synka.
Jadąc do domu, podziwialiśmy jak przed nami maluje się tęcza.
Naprawdę pięknie dzisiaj było.
Mini biegał w krokodylowych kaloszkach po lesie. Kopaliśmy liście i zamiataliśmy je miotełkami z gałęzi. Słońce przedzierało się między drzewami.
Przyjemny dzień.

I chyba nawet z A. wszystko sobie wyjaśniłyśmy, choć trudna to była rozmowa.
Także odnośnie wyjazdu, obmyśliłam pewien plan. W związku czym, trapienie się, mogę odłożyć na całą zimę. A kto wie...może w tym czasie jednak coś się zmieni?
Poza cyfrą z przodu w mojej metryczce, rzecz jasna.

Wybrałam też wreszcie zdjęcia do wykonania 150 kopii, które zapełnią oczekujący od dawna album,oraz ścianę w przedpokoju.

Mogę położyć się spać. Ze spokojną, nieprzemęczoną głową.



P.S. Nie porobiłam żadnych zdjęć naszej jesieni. Myślę, że mój aparat + brak zdolności, mogliby to popisowo zepsuć.
Ale wrzucam coś, z TAMTEJ niedzieli. Tej takiej fajnej...co to już taka odległa się wydaje....;)






czwartek, 10 października 2013

10.10.10.10.10.10.10.

10.10.
To jedna z dat, które utkwiły mi w pamięci.
Gdy widzę w kalendarzu, ze jest dziesiąty października, to zaraz chichrać mi się chce na pewne wspomnienie.

Było to jakieś 8 lat temu...
Studia, stancja.
Do mojej współlokatorki przyjechało 2 kolegów z jej rodzinnego miasta.
Imprezę zaczęliśmy w piątek. Skończyliśmy we wtorek.
Najdłuższy maraton, jaki kiedykolwiek urządziłyśmy.
Wszystko tam było, wszystko się działo...to właśnie jedna z tych imprez, których nie wolno opisywać ;p
We wtorek, jadąc na uczelnię w ogóle nie wiedziałyśmy jak się nazywamy i jak się wpisać na listy obecności... Ostatecznie weszłyśmy do hallu uniwersyteckiego, spojrzałyśmy na siebie. Zrobiłyśmy w tył zwrot i pojechałyśmy do domu spać :P

Ale wracając do daty - policja w ciągu tamtych kilku dni, była częstym gościem w naszych progach. Sąsiedzi nas nienawidzili. Nawet odłączyli nam prąd w jakimś rozdzielniku schowanym w piwnicy. Potem go musieliśmy chochelką rozwalać, żeby sobie muzykę włączyć na nowo :P

Kiedy patrol wpadał, otwierałyśmy my we dwie, a reszta siedziała cicho w małym pokoju. Trzepotałyśmy rzęsami, posyłałyśmy urocze uśmiechy i obiecywałyśmy, że już będzie cichutko.
Za którymś jednak razem , jakoś tak się zdarzyło, że panowie policjanci dostrzegli jednego z kolegów. Wylegitymowali go i okazało się, że ktoś taki jest na liście poszukiwanych. Kolega musiał pojechać złożyć wyjaśnienia na komendzie, że on, to nie ten poszukiwany.
W jego oczach malowało się przerażenie. Ledwo kojarzył co się z nim dzieje.
Policja go zabrała, a my - panika. Że on chyba tego nie ogarnie. Że w ogóle co będzie jak go wypuszczą, przecież miasta nie zna - jak on wróci?
Zamówiłam więc taksówkę i pojechałam na komendę, żeby tam na niego czekać.
Stanęłam pod budynkiem - schody wydawały mi się jakieś niesamowicie wysokie. (tak naprawdę wcale takie nie są, ale po tylu dniach imprezy, to już różne rzeczy nam się wydawały)
Stwierdziłam, że papierosa jeszcze zapalę zanim je pokonam :)
Stoję tam, patrzę w te schody. A na szczycie nagle pojawia się ten kumpel.
Krzyczę więc "Baryyyyłaaaaaa!!!!!"
To wszystko jak w jakimś filmie, w zwolnionym tempie :)
Zszedł oszołomiony i opowiada.
Dostał jakieś papierki do wypełniania, co wcale w tym stanie proste nie było.
Imię, nazwisko, data urodzenia...
Na koniec miejsce, data i podpis
Więc wpisuje miasto, pyta który dzisiaj jest.
Dziesiąty października.
No to pisze:
10.10.
i dalej:
10.10.10.10.....
Z zawieszenia wyrywa go pytanie policjantki "A co Pan robi?"
Spojrzał sam z niedowierzaniem na to ,co napisał i spytał, czy nie mógłby już iść.
Puścili go na szczęście.

Ale ten 10.10. od tego czasu wspominamy :) To była po prostu kwintesencja całej tamtej imprezy. Poza tym, jeszcze kilka tekstów, które też stały się dla nas kultowe, typu "od coli mnie nie popierd***" i "kwestie szablowe"...cokolwiek mieliśmy wtedy na myśli :P

Szalone, studenckie czasy :)

Mój dzisiejszy 10.10. spędzam pod znakiem dylematów i rozważań, co zrobić z naszą przyszłością. Zbliżam się do podjęcia chyba jednej z ważniejszych, życiowych decyzji. Myślę, analizuję, liczę, szukam, czytam, dowiaduję się, wizualizuję, wyobrażam sobie i przede wszystkim panicznie się boję.
Ale to może temat na oddzielny wpis.
Dam sobie jeszcze trochę czasu. W sumie nic mnie nie goni. Ale kiedyś trzeba coś zdecydować. I chyba ta zbliżająca się 30, to będzie taki symboliczny moment.

A może zanim zorganizuję cały ten "Przewrót Trzydziestkowy", zjawi się rycerz?....Nawet na białym koniu nie musi być....Może być np. w ciężarówce ;p Albo nawet w osobówce ;]
I nas porwie...i zabierze do jakiegoś miejsca spokojnego, gdzie odetchnę, będę mu rodzić dzieci, kochać, gotować, strzec domowego ogniska i cieszyć się szczęściem rodzinnym...?

poniedziałek, 7 października 2013

Niemal idealny weekend

Lubię takie weekendy.
2,5 dnia w ciągu których dużo się dzieje.
I tak: w piątek po pracy godzinny spacer, potem zakupy i na koniec spontaniczne spotkanie z K.
Równie spontanicznie pękły nam 2 litrowe wina.
Tematy głównie babskie.
Im puściej w butelkach, tym odważniejsze kwestie i wyznania :)
A po tym mocny sen.

W sobotę trochę porannego zalegania w łóżku. Ale dalej było już aktywnie. Półgodzinny poranny spacer, 3 godziny sprzątania - o dziwo - tym razem Mini mi pomagał! No przynajmniej się starał ;)
Obiad, półtoragodzinny spacer.
Telefon od T. (Czyli mojego Gościa). Dopiero dotarł do ZG. Idzie w miasto z K. jak skończą, to przyjedzie.
Ok. Jedziemy do Lidla, douzupełnić winne braki :) Szykuję sałatkę, wiem, że T. będzie późno, więc wołam sąsiadów.
Wypijamy wino :)
Dzieci idą spać - szybko ogarniam mieszkanie i siebie. I czekam.

czekam
...
czekam
...
budzę się o 6:30.

Wściekła jestem.
Nienawidzę jak ludzie to robią. Zmieniają plany i nie informują. Grrrrrr.
Domyślam się, że chłopaki musieli nieźle zaszaleć.

Półgodzinny spacer o 8 wietrzy mi głowę.

O 11:30 zbieramy się na kolejny spacer - nad staw. Stroję nas "przy niedzieli" :) Tuż przed wyjściem dzwoni służbowy tel.:
-"A dzień dobry!  moja zguba się znalazła"
-"Przepraszam, Martuś!!!!" - zapijaczony skacowany głos tłumaczy mi się, że wstydził się w takim okropnym stanie przyjeżdżać, więc wrócił do auta i tam spał.
I przeprasza jeszcze trzy razy.
Wybaczam.
Mięknę.
Zapraszam na obiad. Ale rosołku na kaca nie będzie, bo nie zasłużył.
Zdzwonimy się po południu.
Nad stawem schodzi nam półtorej godziny. Mini robi miliard zdjęć naszych butów i chodnika. Jeszcze wszystkich nie obejrzałam ;)
Karmimy "Kaka", czyli kaczki. Bawimy się na placu zabaw - ja na 10cm obcasie, Miniu w eleganckiej kremowej kurtce, a co tam!
Pusto nad stawem, mijamy tylko kilka osób.
Po półtorej godziny jedziemy na chwilę do Galerii Handlowej, musimy kupić mleko i odebrać w Rossmanie czekające na nas prezenty. 20 minut krążę po dwóch galeriowych parkingach. Szlag mnie trafia! Stoimy w korkach,nie ma żadnych wolnych miejsc. I bardzo dziwne, że nad stawem pusto. Przecież wszyscy są tutaj! Masakra jakaś! Ale mleko musimy kupić, bo się skończyło - wyjścia nie ma. Wciskam się w średnio dozwolone miejsce i biegniemy szybko do drogerii. Równie szybko uciekamy stamtąd.
W domu Seba pada sam na drzemkę - jak nigdy.
Wkładam mleka do szafki....w której oczywiście stoi jak byk jeszcze cały jeden karton :/
O losie!

Szykuję aromatyczne curry z Indyka.
Dzwoni T. Umawiamy się, że odbiorę go, po drzemce Syna.
Mini wstaje, zabieramy psa, wskakuję znowu w spódnicę i te wysokie obcasy (a troszeczkę Ci zagram na gulu, że wczoraj nie dotarłeś:P)  i jedziemy.
Spotykamy się z tyłu marketu. Wysiadam z samochodu, a z auta obok wynurzają się dwie zapijaczone, zapuchnięte gęby z przepraszającymi, pełnymi skruchy oczami.
Nie da się nie śmiać :)
Opowiadają gdzie byli, co robili i jak to odchorowują. K. pokłócony z żoną, jedzie na negocjacje.
My zabieramy T.
W domu T. otwiera wino, ja grzeję obiad. Jemy, pijemy, gadamy trochę, chociaż trochę zmęczeni jesteśmy.
Po obiedzie jesteśmy zmęczeni jeszcze bardziej... za to Seba dostaje zastrzyk energii. Szaleje, popisuje się przed T.
Zrzuca na siebie telewizor.
T. wyskakuje z pozycji szybciej niż ja, podnosi ciężkie pudło przeklęte. Oglądam dziecko, drżącymi rękoma. Wszystko całe. Młody nawet nie płacze.
Muszę się napić :P
Rozkładamy się na kanapie. Seba bawi się grzeczniej, my trochę z nim, a trochę oglądamy wszystkie "Top Chefy" i "Master Chefy" jakie lecą. Oboje lubimy gotowanie.
T. wyciąga rękę, otacza mnie nią, przytula. Opieram o niego głowę.
Leci Mini:
Mama! mama!
Mały zazdrośnik wdrapuje się na mnie. Zajmuje miejsce na moich kolanach, tuli. Śmiejemy się.
Za chwilę leci bawić się dalej. Ale wraca co chwilę. Ciągle "Mama, mama!" - nie da zapomnieć, że jestem tylko jego.
T. jednak wykorzystuje chwilę Sebastianowego skupienia nad chrupkami kukurydzianymi. Całuje mnie.
Trochę dłużej niż "cmok"...;)
Tego już za wiele dla Seby. Wpakowuje się pomiędzy nas. Bawi się T. klamrą od paska. T. głaszcze go po głowie.
Seba zaczyna się przekonywać.
Wdrapuje się na T. Opiera główkę na jego klacie, patrzy mu prosto w oczy i za moment obdarowuje cudnym uśmiechem aniołka. Jestem zaskoczona.
Od tego momentu nie daje T. spokoju.
Po kąpieli, przebrany w piżamkę wala się po nim, leży z główką opartą o jego udo, przytula go, daje mu buziaka nieproszony. Nie każdego tak hojnie obdarowuje.

"Chwilo trwaj!"
Patrzę na nich...na nas...jak urzeczona.
To najsłodsze popołudnie, jakie miałam od niepamiętnych czasów.
Tak słodkie i tak ulotne.
Takie krótkie.
W pokoju już prawie ciemno.
Mini wycisza się, leżąc na brzuchu T. On jedną ręką obejmuje i głaszcze mnie, drugą Sebastiana.
Czasie! Błagam...zatrzymaj się.
Zatrzymaj chociaż na moment.
Teraz jest tak dobrze.
Tak bezpiecznie.
Tak kompletnie.
Niby nic. Tylko kanapa, wino, tv i my. Taki banał.
Taki piękny, przesłodki banał.
Taki banał z moich banalnych marzeń.

Odnoszę Syna do jego pokoju, kładę w łóżeczku. Wychodzę do łazienki. Nie płacze. Jest spokojny. Zostawiam go więc... drugi raz tego dnia zasypia sam. Nie muszę siedzieć przy nim pół godziny i trzymać za rękę.
Co mu się dzisiaj stało?

Wracam do T.
Układam się w tej samej pozycji, w jakiej spędziłam połowę wieczoru -z głową na jego piersi.
Tuli, głaszcze...
dopijamy drugie wino.

Całuje
ma miękkie usta...

całuje
i takie duże, męskie, spracowane dłonie...

całuje
mrowią mi wszystkie synapsy, neuroprzekaźniki...kurczę, wszystko mi rozkosznie mrowi!

...

-"Mmm...Ile można czekać...?:)"

piątek, 4 października 2013

plask

<plask>, to jest taka emotka z GG.

Czasem jak opowiadam K. co nowego kretyńskiego zrobiłam, albo wymyśliłam, to ona nawet nie komentuje,tylko tą własnie emotkę mi wysyła, żebym się opamiętała.
Gdyby przeczytała wczorajszy wpis, to pewnie też by mi ją wysłała....chociaż  nie jestem pewna, bo aktualnie sama znajduje się w podobnym do mojego stanie ducha.
No ale zakładam, że tak by było.
Więc wysyłam sobie sama.
Kopię się piętą w swoje przerośnięte 4 litery!
Cyc do przodu!
I walczyć trzeba!
Bo kto za mnie powalczy?
Nikt.
Sama muszę!

Nie zarzekam się na temat odchudzania. Ale wczoraj powstrzymałam się od wieczornego pałaszowania i zjadłam połowę mniej ziemniaków na obiad, niż zwykle. Pewnie nie schudnę od tego, ale może chociaż nie przytyję.
No i postanowiłam wybrać się do fitness klubu, który mam 50 m. od domu. Podobno jest przyjazny mamom. Zajrzę zapytać na czym dokładnie polega ta "przyjazność". A jeśli wyda mi się za mała, to może zagadam moich sąsiadów, czy oni nie mogliby chociaż raz w tygodniu być na tyle przyjaźni, żeby na godzinkę  Sebę pod swoje skrzydła przygarnąć.
Przydałaby mi się taka godzina indoor cyclingu. Kiedyś chodziłam na to 3 razy w tygodniu i uwielbiałam przekraczać własne granice wytrzymałości. Byłabym szczęśliwa, gdyby teraz udało mi się chociaż tą jedną godzinkę zorganizować.

No!
Jest jakiś plan, jest lepiej.

Kiedyś wklejałam tutaj tekst o mnie i Sebastianie, który powstał dla Wysokich Obcasów, jednak nie został wydrukowany. Na końcu pada jedno z moich ulubionych haseł: "Świat nie lubi ofiar". Czasem muszę sobie o tym przypominać.

A co mi dodało siły, że dzisiaj obudziłam się z nową energią?
Syn mój oczywiście.
Syn mój wypowiedział wczoraj najtrudniejsze słowo w swoim dotychczasowym życiu. Słowo, które oznacza jego chyba drugą, po mamie, miłość : "KOPARKA" !!!!
Mało się nie spłakałam ze wzruszenia.
No wiem jak to brzmi  - jak wyznanie  matki -wariatki, ale naprawdę zrobił to tak uroczo ,że aż byłam dumna z niego. Niestety tylko raz udało mu się to idealnie, później próbował to powtórzyć, ale wychodzi coś w stylu "koakakaka". Ale stara się, Kochany mój.
I skoro on się stara, to jak Dzielna Mama, miałaby odpuścić? No nie może. Ambicje przecież jeszcze jakieś ma...resztki, ale zawsze ;)
Dzisiaj do "koparki" doszło też słówko "zima". Równie zaskoczona byłam, kiedy je za mną powtórzył.
Ależ to jest niesamowita radość, te początki mówienia :)

P.S. Od soboty do poniedziałku chyba będzie u nas Gość. TEN Gość. Ale to jeszcze nic pewnego. Nie chcę się nastawiać, jednak czuję dziwny ucisk w dole brzucha... Jakoś nie przypuszczałam, że to miałoby się jeszcze powtórzyć.




czwartek, 3 października 2013

Smutno

Dzisiaj będę się żalić. I to mocno. Użalać się nad sobą będę. Dzisiaj będzie prywata 100%, paskudnie egoistyczna. Samobiczowanie będzie i kolejny raz płacz nad własnym losem i lenistwem.
Kogo denerwują takie posty, radzę wyjść.


Posiadam irytującą umiejętność.
Polega ona na tym, że umiem wszystko tak sobie przekształcić w głowie, że staje się to powodem do pogorszenia mojego nastroju. (Marta, w sumie to ten post będzie jak zmałpowany, ale wierz mi, nie inspirowałam się. Samo przyszło niestety)

Jak mnie najdzie taka fazka, to nagromadzę tego typu smutów całą garść i jesienna deprecha gotowa.
A o to lista moich aktualnych zgryzot:
-ciąg dalszy rozważań nad życiem swoim i tym, co z nim robię, a raczej czego nie
-brak towarzystwa na wydłużające się jesienne wieczory
-kompletne niezrealizowanie "planu przedtrzydziestkowego" i kurczący się w zatrważającym tempie, pozostały czas by to zrobić
-brak odpowiedzi od J. na mojego maila dotyczącego naszej wizyty w UK. W zamian, na konto wpłynęło za wrzesień 10 funtów więcej niż zwykle...rozumiem, że to prezent urodzinowy dla Syna. WOW! (facepalm)
-cowieczorne czytanie do poduszki "Nowego oblicza Grey'a". Czytam, marzę, że to ja, że kiedyś też mnie to spotka, albo chociaż może z 1/5 z tego.... a potem sobie przypominam jak wygląda moje życie

I na koniec hit.
Wczoraj byłam z Synem na bilansie dwulatka. Syn ma płaskostopie i koślawe nogi.
A ja mam 30 kg nadwagi.
Tak tak! TRZYDZIEŚCI!
Nie chciał wejść na wagę dla dużych, a z takiej dla małych uciekał, w związku z czym, musiałam wziąć go na ręce i zważyć się z nim, a potem bez niego.
Przytyłam w ciągu roku 15 kg.
Brawa, Matko!
Jedno, co w życiu potrafię idealnie robić, to wszystko spieprzyć.

Wchodzę sobie na różne blogi modowe i podziwiam.
Ślicznie ubrane i wystylizowane dzieci , wraz z równie pięknymi i cudne ubranymi mamami. Mamami o nogach po samą szyję. O brzuchach idealnie płaskich. O ciałach gładkich, jędrnych, jak z żurnala.
Mam pięknego Syna.
Udał się, jest śliczny.
A ja? Ja normalnie, własną osobą psuję efekt.
Podarowałam mu życie bez ojca i z matką, która nie radzi sobie sama ze sobą. Matką, tak odporną na nałogi wszelkie, poza jednym - jedzeniem.

Wstyd.

I od razu uprzedzam wszelkie komentarze: nie - nie potrafię się wziąć w garść, nie potrafię się zmotywować, nie potrafię się zaprzeć, nie umiem się przemóc. Wiem, że wszystko zależy ode mnie, że sama sobie jestem winna, że najprościej użalać się nad sobą, leżąc i żale swoje zajadając.
Ale ja po prostu kocham jeść. A tej miłości w sobie nienawidzę, tak jak miłości do J.

To wszystko, to jakiś popieprzony nałóg.
Destrukcyjny do szpiku.

wtorek, 1 października 2013

Seba - Tap Madl !

W niedzielę na spacerze, zaszliśmy na plac zabaw na środku deptaka. Akurat chwilowo było prawie pusto, tylko jeden chłopiec z dwoma paniami, z których jedna robiła mu zdjęcia lustrzanką cyfrową.
Seba udał się na zjeżdżalnię, jednak aparat nie umknął jego uwadze. Zaczął się Pani Fotograf przyglądać, a ona cyknęła mu kilka zdjęć.
I wyobraźcie sobie - ten mały skubaniec, który naprawdę bardzo rzadko decyduje się zapozować dla mnie, zaczął się wdzięczyć do aparatu!
I wcale nie urządził wrzasku i buntu, tak jak to zwykle robi, kiedy ja usiłuję go sfotografować.
Na 30% zrobionych przeze mnie zdjęć, uchwycony jest z "przyczajenia", a 50% ma ze wściekłą miną i wyciągniętą ręką , ponieważ ma fazę na wszystkie sprzęty , które są moje.
Na moje telefony, moje kluczyki do auta, moje komputery, mój tablet i oczywiście wyżej wspomniany, aparat.
Wszelkie próby oszukiwania go, to jedno wielkie fiasko.
Gdyby potrafił ,  zabawkowe wersje tychże przedmiotów skwitowałby szyderczym śmiechem.
Zapasowe kluczyki do auta, z wyjętym immobilizerem , nie wiem w jaki sposób, ale wie, że są bezużyteczne, więc też go nie satysfakcjonują.
Zabawkowego laptopa, owszem weźmie, ale to i tak nie jest to samo co gmeranie w moim komputerze. Komórki - ani zabawkowe (nawet a'la smartfon), ani stare , których nie używamy, ani nawet atrapy z salonów sieci komórkowych, nie są dla niego wystarczająco atrakcyjne.
Kiedy tylko w jego obecności, biorę do ręki cokolwiek z tych rzeczy, mogę się od razu szykować na  "akcję".

Zaskoczona więc byłam niezmiernie, reakcją mojego dziecka na Panią z aparatem...w dodatku takim dużym i wypasionym.
Może on po prostu wie, że inni robią to lepiej? A matka niech się nie sili na tworzenie jego portretów, bo kiepsko jej to wychodzi.

Pani Fotograf, była tak uprzejma, że sama zaproponowała przesłanie efektów tej mini-sesji na maila. A ja z radością zamieszczam te dary tutaj.
Dumna cała, bo kurczę... No nieskromnie przyznać muszę, że Seba wyszedł super! Gdybyśmy mieszkali w większym mieście zgłosiłabym go do jakiejś agencji. Jednak potrafi się zachować przed obiektywem, urody dziecięcej mu nie brakuje...można by to było wykorzystać....
No ale to jednak jest ta jedna, z niewielu wad, mniejszego miasta.

I jak w ogóle można nie pokochać takiego słodziaka? :P
No jak? ja się pytam!