Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

środa, 28 października 2015

Przyznam szczerze, że zdziwiły mnie trochę komentarze pod poprzednim wpisem.
Nie żebym jakoś szczególnie zagłębiała wcześniej ten temat, ale w większości publikacji, które czytałam, wspominano o tym, że ciążowy seks jest przyjemny.

W praktyce okazuje się, że ciążowego seksu często nie ma.
W dodatku z wielu różnych powodów.

Tak mnie to zaintrygowało, że nie wykluczam ukończenia podyplomówki z seksuologii , którą zwieńczyłabym pracą właśnie na ten temat :)

Zawsze to jakiś nowy, interesujący pomysł na przyszłość, prawda?



U nas bez zmian.
Cisza i spokój na morzu.
Ja dość spokojna.
Tylko Synek dzisiaj zasiał we mnie ziarno zwątpienia. Cały dzień był wyjątkowo przytulaśny, chyba setki razy powtórzył, że mnie kocha.
Przyszło mi do głowy, że może coś wyczuwa.
Dzieciaki mają tę wyjątkową intuicję.
Zobaczymy, czy to to, czy może po prostu miał taki dzień.

A dzień mieliśmy dziś bardzo udany.
Rano zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy do Wrocławia, odwiedzić moją bliską koleżankę ze studiów oraz jej dwie córeczki.
Mamuśki się nagadały, dzieciaki wybawiły... czas upłynął ekspresowo.
My obie spragnione takich babskich pogaduch. M. mieszka we Wrocławiu od kwietnia, przeprowadziła się z ZG.
Ma w nowym miejscu mniej koleżanek, niż ja tutaj. Praktycznie ciągle siedzi sama z dziećmi.
Żałuję, że nie zebrałyśmy się do tych odwiedzin wcześniej.
Kurczę no...to jest do kitu, że nastały takie czasy, że tak ciężko jest się zmobilizować do spotkania! Jestem przekonana, że kiedyś ludzie widywali się częściej.
Podróż w jedną stronę zajęła nam godzinę. Od kwietnia było tyle dni, kiedy mogliśmy spokojnie te dwie godziny spędzić w aucie,aby się zobaczyć.
Obiecałyśmy sobie, że to poprawimy.
Taki dzień ładuje akumulatory i jest miłą odskocznią od powtarzalnej, przewidywalnej codzienności.
Co prawda, wszyscy, którym mówiłam , że wybieram się do Wrocławia, byli bliscy popukania się w głowę.
Bo co to za pomysł - podróże w 39 tygodniu!
Ale ja na tyłku usiedzieć nie mogę.
I udało mi się nie urodzić na autostradzie :P


No ale teraz....
Teraz to już nie mam chyba żadnych planów.
Nigdzie już nie muszę jechać, niczego kupować, na nic czekać.
Dotarł już kosz do spania.
Zdążyliśmy porobić brzuszkowe zdjęcia....
pokażę po obróbce :)
....chociaż może mały przedsmak zaraz tu dokleję.
Odwiedziłam M.
Pozostało mi czekać i postarać się nie bać.

Jutro jeszcze pediatrę muszę odwiedzić, bo Seba ma kłopoty z brzuszkiem i już poważnie mnie to niepokoi, od tygodnia nie możemy sobie z tym poradzić. Obawiam się, że to jakieś robale...
A teraz robale zapewne niewskazane w naszym domu.


No to czekamy...
Właściwie to na dzisiaj wychodził mi termin z miesiączki. Ale ten był najbardziej nieprawdopodobny, bo moje cykle nie trzymały się nigdy żadnych reguł.
No i zostało 9 minut do końca dnia...marne szanse, by jeszcze okazał się prawidłowy ;)









piątek, 23 października 2015

Co na to doktor? - rodzimy, czy nie rodzimy. I trochę o seksie w czasie ciąży.

No cóż...doktor , pomimo, że z pełnym zrozumieniem odniósł się do aktualnego stanu mojego umysłu, schłodził jednak mą rozpaloną nadpobudliwość , twierdząc, że owszem - szyjka krótsza, ale nic się na razie nie dzieje i raczej na dniach nie wydarzy. 
Mam przyjść na kolejną konsultację 2 listopada. 
W ten sposób zyskałam parę dni spokoju. 
Jakoś tak mi ulżyło, pozwoliłam Miśkowi jechać z bratem na grzyby, bo już nie muszę się obawiać, że zacznę rodzić i zanim on z jakiegoś lasu dojedzie, to ja już pod własnym prysznicem, w rozpaczliwej samotności, albo co gorsza- w towarzystwie Sebastiana, wydam na Świat Brzuszkową Lokatorkę. 
Tak, tak... takie miewam wizje. 
Rodzę w domu, na ulicy, w sklepie, w przedszkolu, w taksówce...
Przez to, że z Sebastianem przeleżałam 5 dni na patologii ciąży, zanim akcja się zaczęła, teraz jakoś nie umiem sobie wyobrazić jak to będzie, kiedy się zacznie,a ja właśnie będę znajdowała się w jakimś zupełnie innym miejscu niż szpital i może nie do końca z możliwością chwycenia torby pod pachę w sekundę i dotarcie na porodówkę w 20 minut. 
To jeden z niewielu razy, kiedy mnie przeraża logistyka :) 

Tym razem patologia mi nie grozi, przynajmniej na chwilę obecną nic tego nie zapowiada. I cieszę się, bo mam przecież jeszcze jedną sprawę, która natrętnie gnębi moje myśli. 
Czyli : "jak oni sobie beze mnie poradzą?" 
;) 
Nigdy nie zostawali tak we dwóch sami w domu. Rok temu, kiedy leżałam w szpitalu, mieszkali z moimi rodzicami. 
A teraz mama w Niemczech, tato może być, a może nie być. 
Liczę na teściów , że staną na wysokości zadania. 
I mam nadzieję, że spędzimy w szpitalu te przepisowe 3 dni i wrócimy, abym mogła mieć chociaż wrażenie, że wszystko znów jest pod moją kontrolą. 


Śmiać mi się chce samej z siebie. 
Ta cała panika, te wizje, plany, nerwy....to takie nie-moje. 
Znów mam to nieodparte wrażenie, że hormony zawładnęły moim umysłem. 
I tym razem chyba pozostaje mi poddać się temu bez walki i jakoś dobrnąć w tym pokręconym stanie do finału. 

Na sprawniejsze zakończenie, doktor zalecił nam tradycyjne sprawdzone metody: 
ruch
masowanie sutków
i współżycie

Jeszcze nie widziałam, żeby mój osobisty Narzeczony podchodził z TAKIM entuzjazmem do jakichkolwiek zaleceń jakiegokolwiek lekarza :) 
Całe szczęście, że z przychodni do domu mamy 3 minuty drogi :P 

On biedny chyba czekał na takie słowa. 

Jakiś czas temu, kładąc się koło niego , zauważyłam, że czyta artykuł na temat seksu w ciąży. Pogadaliśmy trochę o tym. O obawach, o tym czy cokolwiek złego może się wydarzyć. 
Oczywiście nie była to pierwsza taka rozmowa, jednak dostrzegłam, że im bliżej końca, tym M. więcej miał wątpliwości. 
Ale chyba go nie przekonałam. 
Musiał to usłyszeć od lekarza, żeby wyluzować. 
Swoją drogą, ta jego troska, ostrożność i obawy, są urocze. 
Dają mi poczucie świadomości , że bardzo nas kocha i nasze dobro, jest dla niego priorytetem. 

A skoro już poruszyłam ten temat...
Nie będziemy tutaj udawać, że go nie ma. 
Oczywiste, że jest, bo skądś te ciąże się biorą. 
I to raczej nie dzieje się tak, jak sądził Kevin z "Chłopaków na Ibizie" - "Moi rodzice zrobili to raz, żeby stworzyć największego DJ'a, geniusza muzyki i mixu" :) 

Seks jest. 
Jest przed, 
jest w trakcie 
i jest po. 

O tym ostatnim, to niestety niewiele mogę powiedzieć, bo mój pierwszy seks po ciąży miał miejsce, gdy syn miał prawie 2 lata :) 
Natomiast przyznać muszę, że akurat w tej sprawie, to ja mam wiele obaw i strachu. 
Jak to będzie po. 
I kiedy to będzie? 
I czy obecność M. przy porodzie wpłynie jakoś na tę sferę naszego życia?
Obiecuję, że wrócę do tematu, kiedy już to sprawdzę. 

Jak jest przed, to już nie ma o czym gadać, bo to już było. 
Skutecznie, jak widać :) 

A jak jest w trakcie? 
W trakcie jest różnie. 
Mieliśmy to szczęście, że ani przez moment nie było przeciwwskazań. 
Korzystaliśmy więc, zwłaszcza, że hormony szalały. 
I napiszę to otwarcie - dopóki brzuch nie zaczął przeszkadzać, było bosko. 
Bardziej ukrwione, wrażliwsze ciało, intensywniej odczuwa wszelkie bodźce. 
Dowiedziałam się o sobie jeszcze kilku nowych rzeczy, o których nie miałam pojęcia :) 
Z czasem, chęci nie spadały, natomiast możliwości - owszem. 
A to zadyszka, a to niewygodnie, a to irytacja, że już nie wszystko mogę zrobić, a wszystko, co widzę, to właśnie brzuch. 
Plus oczywiście te myśli - czy w tej formie on w ogóle jeszcze postrzega mnie jako seksowną? 
Jakoś jednak przywykłam do wszystkiego. 
M. ani na moment nie dał mi odczuć, że coś jest inaczej. 
W moim zmieniającym się ciele, dostrzegał zupełnie inne rzeczy, niż ja. A nawet jeśli te same , co ja - czyli np. dramatyczny wzrost rozmiaru mojej pupy, to on odbierał to zupełnie inaczej. Nie jako przeszkodę, a jako dodatkową atrakcję, że tak to ujmę ;)  O niemniej dramatycznym wzroście rozmiaru biustu, to nawet nie wspomnę ;)
W takim zgraniu dotarliśmy praktycznie do końca. 
I chyba dopiero od momentu, kiedy dostrzegł, że zrobiło mi się naprawdę ciężko, że źle śpię, że często coś mnie boli, coś ciągnie, że nawet zmiana pozycji we śnie, stała się wysiłkiem...dopiero wtedy on zaczął się trochę bać. 
Że zrobi nam większą krzywdę. 
Siłą rzeczy, znów trochę się zmieniło. Zrobiło się ostrożniej, delikatniej i mniej "fantazyjnie". 
Cóż, taki urok końcówki... tak myślałam. 
I nie , żebym czuła się jakaś pokrzywdzona z tego powodu... absolutnie! Zwłaszcza, że chyba wszelkie endorfiny i serotoniny w moim organizmie, zostały zastąpione kortyzolem a wszelkie myśli o spontanicznej, radosnej miłości, zastąpiły rozważania na temat tego, co należy spakować i do kogo zadzwonić, kiedy zacznie się poród oraz jak bardzo będzie on bolał. 
I tak było do wczoraj. 
A wczoraj oboje uspokojeni przez doktora - ja, że to jeszcze nie pora, a Misiek, że to wręcz wskazane, żeby wciąż się kochać, odzyskaliśmy spontaniczność. 
Dzięki czemu spałam prawie jak dziecko i wstałam w całkiem dobrej formie ;) 

W ramach podsumowania, mogę powiedzieć jedno - z moich doświadczeń wynika, że seks w ciąży jest cudowny. 
Intensywniejszy w doznaniach fizycznych. 
Ale też wyjątkowy, jeśli chodzi o to psychiczne poczucie bliskości. 
Warto o nim rozmawiać otwarcie. 
Zresztą zawsze warto rozmawiać o seksie. Dawno już doszliśmy do tego wniosku i praktykujemy od samego początku. 

I niekoniecznie zawsze musi być to tak śmiertelnie poważnie. 
Ponieważ ja już od prawie dwóch miesięcy, totalnie nie widzę niczego, co znajduje się pod moim brzuchem, a jednak czasem cośtam boli, swędzi, lub wymaga depilacji, naszym ulubionym tekstem w tych sytuacjach stało się "Ginekologiem nie jestem, ale zerknąć mogę" 

:) 





środa, 21 października 2015

Co za stan!

Gdy w ciągu dwóch zaledwie dób jestem: nakręcona, pochłonięta domowymi pracami, zmęczona, głodna, mdli mnie, wkurwiona, zniecierpliwiona, rozdrażniona, rozklejona, spragniona produktów mlecznych, rozpaczliwie poszukująca w pobliżu czekolady, przerażona, niespokojna, zła,bo nic mi nie smakuje, poirytowana,bo nawet pies ciągle czegoś ode mnie chce, nie mogę spać, nie mogę rano wstać...
I przeżywam jeszcze kilka tysięcy innych stanów emocjonalnych...

To czy to znak,że coś się dzieje?

Czy może to jesienna deprecha?

wtorek, 20 października 2015

piątek, 16 października 2015

Nie tak szybko ;)

Dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim postem! Jeszcze bardziej podniosły mnie na duchu :)

Ale...mamy jeszcze trochę czasu i to, że czuję się mentalnie gotowa, wcale nie oznacza, że nasza córunia również się tak czuje.
Ja myślę, że jej tam w ciepłym całkiem dobrze i wcale nie ma ochoty wychodzić na ten szary, deszczowy świat. Zwłaszcza, jeśli właśnie dziedziczy po mnie meteopatię ;)

Tak więc wszystko toczy się dalej...a najbardziej ja się toczę :)
Śmiać mi się chce samej z siebie, gdy gdzieś idę. Po prostu czuję jak się kiwam, a brzuchol ponoć nie jest jakoś szczególnie ogromny. Przynajmniej tak twierdziły moje przyjaciółki....ale może tylko chciały mnie pocieszyć :P

Na koniec jeszcze wymyśliłam sobie sesję zdjęciową. I właśnie teraz zaciskam nogi i mam nadzieję, że Alicja poczeka na termin tej sesji, który jeszcze niestety nie jest ustalony do końca. Teoretycznie powinna się odbyć w przyszłym tygodniu, ale nie dostałam jeszcze potwierdzenia od Pani fotograf. Mam ogromną nadzieję, że się uda. I sama na siebie jestem trochę zła, że jakoś tak późno się za to zabrałam. Właściwie gdyby nie rozmowa z M. to chyba w ogóle odpuściłabym temat ;)
Ale teraz, to już jestem nakręcona!
W razie, gdyby się nie udało wykonać tych kilku brzuszkowych zdjęć, to trudno - i tak zrobimy sesję noworodkowo-rodzinną.

Z nowości, to jeszcze Misiek jutro zaczyna studia.
Nie mówię mu o tym, ale trochę przeraża mnie ta zmiana.
Tak - sama go na to namawiałam, sama go zapisałam nawet.
Ale teraz, kiedy Alicja jest tak blisko, a ja od pewnego czasu siedzę w domu i mniej-więcej wyobrażam sobie jak będą wyglądały moje dni, przyznam że obleciał mnie strach.
Mam wrażenie, że już dużo rzeczy robię sama, że długo jestem sama, a tu jeszcze dojdą samotne weekendy. Ten cały, bo zajęcia są od 8 do 20, przyszłego półtora....
Ciężko będzie wszystko pogodzić. Niby od początku miałam tę świadomość, ale teraz mocniej się urzeczywistniła.
To chyba najgorszy moment z możliwych... ale kolejny byłby dopiero za rok.

Z drugiej strony patrząc - skoro potrafiłam funkcjonować sama z Sebastianem, 160km od rodziców, to teraz chyba też ogarnę.
Najważniejsze, by Misiek nie zwątpił. Współczuję mu, bo sama sobie nie wyobrażam, czy znalazłabym w sobie tyle samozaparcia, by teraz studiować.
Ale zrobienie tego inżyniera przez niego, postawiłam sobie za punkt honoru. I na rzęsach stanę, aby mu pomóc i ułatwić ten czas.
A stało się to, w momencie , gdy o studiach powiedzieliśmy jego Mamie. Ten wyraz twarzy, pełen przekonania , że i tym razem się nie uda i szkoda zachodu... Ojjj moja ambicja jakby z liścia dostała. I obiecałam sobie, że ze swojej strony dołożę wszelkich starań, żeby mu pomóc. I on będzie z siebie dumny, ja z Niego, a niedowiarkom zagramy na nosie :)

Taaaak.... kolejny raz to powtórzę - nie bylibyśmy sobą, gdyby w jednym czasie, działa się u nas tylko jedna hiperważna rzecz. Za każdym razem musi być to jakaś kumulacja zdarzeń :) Taką już chyba mamy naturę.


A jeszcze wracając do Alicji....
wczoraj był Dzień Dziecka Utraconego.
I pomyślałam sobie, że może historia chce zatoczyć koło?
Prawie rok temu, 6 listopada, straciliśmy nasze dzieciątko.
Jeśli Alicja doczeka do tego dnia, to naprawdę będzie to jakiś wyjątkowy znak.

wtorek, 13 października 2015

Gotowa

Zdaje się, że mentalnie dotarłam do finiszu.
Chyba chcę już urodzić.

Jestem zmęczona, rozdrażniona, jest mi ciężko, czuję się brzydka i poddenerwowana.

Przyszło zimno. Nieprzyjemne, przenikliwe...okazało się, że nie mam kompletnie co na siebie włożyć. Jedyna kurtka, w której mieścimy się razem z Alicją, to Softshell z Lidla, który niestety pasuje wyłącznie do adidasów. A na temperaturę bliską 0 stopni już niestety nie wystarcza.
Podjęłam więc dzisiaj nie lada wysiłek i obeszłam....albo raczej "obkulałam" kilka sklepów w galerii. W ostatnim znalazłam idealne ponczo, pod którym mogę tę kurtkę schować i udawać, że nie mam na sobie niczego, co totalnie nie pasuje do reszty stroju :)

Chociaż mam też przeczucie, że już za długo to nie potrwa.....
Coś chyba pomału zaczyna się dziać. Jeszcze tydzień temu u lekarza nie było śladu rozwarcia, ale wydaje mi się, że na kolejnej wizycie już będzie.
Niunia stała się jakoś mniej ruchliwa. Dzisiaj nawet wystraszyłam się, bo zdawało mi się, że od kilku godzin nie czułam jej wcale. Z tego powodu odwołałam odwiedziny u M. we Wrocławiu.
Na szczęścia Alicja się uaktywniła, no ale jakoś strach mnie obleciał, że co zrobię, jakby coś się zaczęło dziać, a ja sama z Sebą na autostradzie. Nie pojechałam i już pewnie nie pojadę.
To aż do mnie niepodobne , takie panikowanie.
Nie wiem, czy to przeczucie, czy może coś miało się wydarzyć i podświadomość mnie powstrzymała.... Ale coś w środku kazało mi już siedzieć na tyłku i torbę do szpitala spakować.

Tak też zrobiłam.

Za nami i tak intensywny weekend.
Od piątku do niedzieli byliśmy w Zielonej Górze.
Wróciłam taka podbudowana i uszczęśliwiona, że udało mi się zobaczyć z Przyjaciółkami. Pogadać sobie troszeczkę po babsku.
Byliśmy na chrzcinach drugiego Synka mojej A.
Mały jest cudny...taki spokojny, malusi i pachnący dzidziusiem....
Od tulenia go, poczułam, że już bardzo chciałabym mieć swoje maleństwo w ramionach :)

Ta wizyta dobrze zrobiła również Sebastianowi.
Był wręcz zafascynowany niemowlęciem. Ciągle stał nad łóżeczkiem, bądź wózkiem, głaskał W. po główce, chciał pomagać w przewijaniu i ubieraniu.
W sobotę rano wstał i od razu poleciał do sypialni A. i T. i nie odstępował łóżeczka prawie na krok.
Gdy tam w końcu zajrzałam, powiedział z zachwytem: "Mamusiu ziobać jaki on jeśt piękny".
Miód na moje serce...
Nie wiem, czy nad siostrą również będzie się tak rozpływał, ale takie reakcje, wskazują na to, że jednak będzie cudownym braciszkiem.
Nasza w tym rola, aby go w tym wesprzeć i niczym nie zrazić.

Oczywiście, jak zawsze , super bawił się również z P. - czyli starszym bratem W.. Naprawdę aż przyjemnie popatrzeć na nich dwóch.
I tylko nie możemy z A. odżałować, że już nie jesteśmy tak blisko siebie i nie możemy spotykać się częściej.

Strasznie mi tu brakuje tych moich dziewczyn... to już ponad półtora roku, jak nie mieszkam w ZG, a ta tęsknota wcale nie słabnie. Wręcz odwrotnie.

Tym bardziej cieszę się, że zdążyłam jeszcze tam pojechać, zanim nasz Świat znów obróci się o 180 stopni. Naprawdę pozytywnie doładowało mi to akumulatory.
W dodatku poczułam się otoczona taką kobiecą troską... taką wyjątkową. Przyjemną bardzo.
M. naturalnie jest bardzo troskliwy...im bliżej końca, tym bardziej.
Ale wiadomo, jak to kobieta z kobietą, młoda matka z drugą młodą matką.... to więź wyjątkowa i szczególne zrozumienie, empatia.
Czułam je przez całe 3 dni pobytu tam.

I wróciłam taka bardziej gotowa.
Na wszystko.

poniedziałek, 5 października 2015

W dół

Mój brzuch poddał się działaniu prawa grawitacji.
Kilka dni temu zjechał w dół... i przy okazji życie stało się łatwiejsze.
Łatwiej mi się schylić, łatwiej oddychać, ustały dokuczliwe kolki wątrobowe.
Czuję tylko w dole trochę większy ucisk i częstsze bóle w krzyżu, ale nie jest to tak uciążliwe jak cała reszta.
Przy okazji zobaczyłam, że jednak regularne smarowanie na niewiele się zdało, Mam sporo rozstępów i to dość rozległych.
Nie martwię się nimi szczególnie. Traktuję je jak blizny po wojnie.
Starałam się utrzymać ciało w dobrej formie przez całe 8 miesięcy, zapewniając mu sporo ruchu. Ominęło mnie nieprzyjemnie puchnięcie, z którym zmagałam się pod koniec ciąży z Sebą. W pierwszej ciąży ćwiczyłam do 7 miesiąca, teraz udało się do końca 8.
W ten piątek już odpuściłam sobie wyjście na fitness latino, w kolejny nie będzie nas na miejscu, a później to już nie sądzę, bym dała radę tańczyć. Zresztą...mówiąc szczerze, już ostatnio wyglądało to dość śmiesznie, żeby nie powiedzieć pokracznie. Miałam wrażenie,że przednia część mnie, tańczy w jakimś, tylko sobie znanym , rytmie :)

Aplikacja ciążowa, już dwa tygodnie temu wzywała mnie do spakowania torby do szpitala.
Jeszcze tego nie zrobiłam, ale zgromadziłam większość potrzebnych rzeczy i myślę, że  w tym tygodniu torba będzie gotowa.

Dziś po południu jedziemy do szpitala na badanie.
M. będzie mi towarzyszył...zaproponował sam, a ja z ulgą tę propozycję przyjęłam.
Boję się tam sama jechać.
Boję się, że nagle coś okaże się nie tak i będę musiała zostać.
No i wiem, że wrócą porodowe wspomnienia i wizje.
A poród nadal mnie przeraża. Wcale na niego nie czekam. Staram się nastawiać pozytywnie , ale mimo wszystko, jestem wystraszona. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że mogę dać radę, że już raz to zrobiłam i skończyłam z odczuciem, że na pewno mogło być gorzej.
A jednak, racjonalizm swoje, a podświadomość swoje...

To także ten strach i pełna świadomość tego, co przede mną, nakazał mi zweryfikować podejście do obecności partnera przy porodzie.
Właściwie to nie...nie tylko te dwie rzeczy.
Miłość jeszcze.

Dziś wiem, że chcę, aby M. był ze mną. Obawiam się jedynie tego, że przy nim, nie będę w stanie zmobilizować się tak mocno, jak przy mamie. Jakoś przed mamą mam poczucie, że muszę być twardzielką.
A M. daje mi takie poczucie bezpieczeństwa, że obawiam się, czy się przy nim za bardzo nie rozmemłam.
Na szczęście jest jeszcze Seba i myśl o tym, że muszę się spiąć, urodzić mu tę siostrzyczkę i jak najszybciej do niego wrócić.

Nadal jeszcze nie zdecydowałam, czy pozwolę M. zostać na samo parcie. Natomiast nie wyobrażam sobie, aby miało go ze mną nie być w dwóch pierwszych fazach.
Kiedyś tego nie rozumiałam.
Dzisiaj wiem dlaczego.

W mojej pierwszej ciąży rola faceta ograniczyła się do jej powstania.
I na tym koniec.
Sama o siebie dbałam, sama chodziłam do lekarza, sama przeżywałam USG, rozterki, pierwsze ruchy, trudności, przygotowania,wybór imienia....
Oczywiście nie mogę w tym miejscu bagatelizować udziału w tym wszystkim mojej rodziny, przyjaciół i współpracowników.
Ale jednak, większość czasu spędziłam ze swoją ciążą sam na sam.
I to sprawiło, że noszenie i rodzenie dziecka, w moim pojęciu , stało się czynnością typowo kobiecą. W moim rozumieniu nie było w tym wszystkim miejsca dla mężczyzny.
Później nieco zweryfikowałam swoją ocenę, kiedy wśród własnych przyjaciół i znajomych, mogłam obserwować zaangażowanych przyszłych tatusiów.
Ale to było już wtedy, kiedy sama wychowywałam synka.

Macierzyństwo, od momentu gdy ujrzałam dwie kreski na teście, do chwili kiedy zobaczyłam jak Misiek zakłada Sebie buciki i wiąże pod szyją troczki od czapki, było dla mnie relacją jedynie na płaszczyźnie mama-dziecko.

Dzisiaj wiem, że może być inaczej.
Że test ciążowy wzbudza tak samo wiele emocji we mnie, co w Nim.
Że przeżywa poronienie tak samo, jak ja. Do dziś nosi w sobie poczucie straty. Nawet częściej ode mnie, wspomina o tym dziecku, które straciliśmy.
Do końca życia będę pamiętać ten moment, kiedy wywożono mnie z bloku zabiegowego i minęliśmy go. Nie zapomnę nigdy tego przejętego wyrazu jego twarzy. Od początku do końca był ze mną wtedy. I tym razem od początku do teraz - jest.
Dlatego zmieniłam zdanie - chcę aby i tym razem był do końca. Zwłaszcza, że ten koniec musi być szczęśliwy.
Zmieniłam je też dlatego, że dopiero przy M. zrozumiałam całą istotę dorosłej damsko-męskiej miłości... wsparcia w związku, współodpowiedzialności i współbycia.
I teraz dopiero wiem, że tatą, jest się chyba tak samo, jak się jest mamą.

Zwracam honor i biję się w pierś :)

P.S. Wylałam może łez, pisząc ten tekst. Brzuch opada, hormony szaleją... godzina 0 coraz bliżej...

środa, 30 września 2015

Moje chłopaki

Mam Ich w domu dwóch.
Dwóch najwspanialszych, najkochańszych i najprzystojniejszych chłopaków mojego życia :)

Każdego dnia z bycia z Nimi czerpię coś pozytywnego.
Potrafią mnie zaskoczyć, wzruszyć i rozbawić.
Niezmiennie wywołują uśmiech na mojej twarzy.
Uwielbiam przyglądać się Im razem.
Przepadam za momentami, kiedy tulimy się we troje - rano w naszym łóżku, lub wieczorem na kanapie.

To dzięki Nim mam Rodzinę.
Oni razem ze mną tworzą Dom.

Są niezastąpieni.
Najlepsi.
Kocham obu ponad wszystko.

Codziennie spotyka mnie z Nimi coś miłego.

Dziś mój Mały Chłopiec zaskoczył mnie, gdy rozpłakał się, oglądając reklamę , w której pokazano przywiązanego do latarni, porzuconego w deszczu psa.
Mały kochany Wrażliwiec.

A Duży zaskoczył mnie w nocy :) I nie - tym razem niczym "niegrzecznym" ;)
Po prostu odkryłam, że On nocami chyba nie sypia, bądź też ma jakiś "radar" ustawiony, bo ile razy się nie odkryję, tyle razy On otula mnie kołdrą, żebym nie zmarzła.

Moje chłopaki.
Dwaj czuli, troskliwi, kochani osobnicy.

Mam Ich i czuję, że mam wszystko.

Oni dwaj, to cały mój Świat.

Z okazji Ich dzisiejszego Święta, upiekłam dla Nich babeczki.

I mam nadzieję, że wiedzą, jak bardzo mocno Ich kocham.

Prawie wszystko, co robię, robię z miłości i z miłością.
To dzięki temu jestem taka szczęśliwa.
I mam nadzieję, że Oni też są.


Czas relaksu

Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że nie jestem stworzona do siedzenia w domu.
Fajnie było pierwszy tydzień. 
I drugi. 
Ale ostatnio zrobiło się już trochę nużąco. 
Nie żebym się strasznie nudziła, bo w domu roboty nie brakuje nigdy, ale ta monotonia...
Poza tym sił jednak coraz mniej. Coraz szybciej się męczę, coraz częściej kiepsko się czuję. 
Jak nie "trupie" ciśnienie, to kolka żółciowa. Jak nie kolka, to jakieś ścięgno boli... W nocy skurcze w łydkach....
Te dolegliwości, to chyba po to, żebym znielubiła być w ciąży i zapragnęła urodzić. 
Ale jakoś nadal wcale mi się nie śpieszy :) 

Ubranka już poprane i poprasowane, ułożone w komodzie. 
Zamówiłam pakę różnych rzeczy potrzebnych do porodu i na pierwszy okres. 
Kupiłam rozpinaną koszulę nocną, szukam jeszcze biustonoszy. 
Odnalazłam w czeluściach szafy kilka książek i broszur z podpowiedziami jak obsługiwać małe smerfetki :) 

Na bieżąco dbam o moich chłopaków. 
Gotuję i piekę.
Narobiłam słoików z naszych działkowych, jesiennych zbiorów. 

Wyprawiliśmy też w domu urodziny Syna...na 18 osób. 
Urodziny, po których mamy z M. tylko jedną konkluzję - dwoje dzieci nam wystarczy ;) 
5 wulkanów energii biegających po całej chacie,to był po prostu kosmos! 
Do dziś jeszcze odnajduję w szufladzie na pościel pogryzione gumy do żucia, a pod łóżkiem czekoladki...
Ale najważniejsze, że Seba szczęśliwy. 
Pomiędzy różnymi innymi prezentami, dostał swój wymarzony rower. 
A my w gratisie - treningi. 
Misiek biega za rowerem - bo Seba i owszem, szybko załapał jazdę na dwóch kółkach, ale trzeba go jeszcze pilnować, zwłaszcza, że rower wybraliśmy trochę na wyrost, raczej z myślą o intensywnym jeżdżeniu w kolejnym sezonie. 
Ja i pies usiłujemy za nimi nadążyć. Dla psa, oczywiście nie byłoby to problemem, gdyby tylko dostała wolność bez smyczy. 
Pies zatem ciągnie mnie i mój brzuch. 
Czasem pokonujemy tak trasę o długości ok.4km i jest szansa, że przed porodem formę będę miała lepszą, niż kiedykolwiek wcześniej ;) 
Do tego wszystkiego wciąż jeszcze tańczę....chociaż czasem samej chce mi się śmiać jak widzę w lustrach ten kołyszący się w rytmie salsy lub bachaty brzuchol ;)

Brzucholek jest też intensywnie głaskany, całowany i kochany  :)
A jego mała lokatorka waży już ok. 2,4 kg ! 

Mamy 35 tydzień ciąży.
Jestem trochę podekscytowana, a trochę nadal przerażona.
Nastawiam się na survival.
Ale z drugiej strony nie mogę się doczekać bycia znów mamusią noworodka. Zapachu dzidziusia, chowania maleńkiej rączki w swojej dłoni.
Jestem ciekawa jaki będzie Starszy Brat.
I jak to jest opiekować się maleńkim dzieckiem nie-samej.
Pragnę móc zobaczyć wyraz twarzy świeżo upieczonego Taty.

Lecz to za moment.
Teraz jeszcze położę się i poobserwuję jak spod setek brzuszkowych powłok delikatnie zarysowuje się ruch mojej małej lokatorki. To nasze ostatnie tygodnie w jednym ciele i najpewniej ostatnie TAKIE tygodnie w moim życiu. 


niedziela, 20 września 2015

4 lata

Cztery lata największej Miłości w życiu

Rośnij zdrowo najwspanialszy Synku na Świecie.

środa, 16 września 2015

Mały chłopiec

Za 4 dni skończy 4 latka.

4 lata temu o tej porze leżałam już w szpitalu i czułam się psychicznie zupełnie niegotowa na poród.
Na szczęście trzy dni później, ta gotowość jakoś sama się "włączyła".

Liczę na to, że za półtora miesiąca będzie podobnie :)




Wydaje się, że dopiero co taki był.
Tyciuni.

A dzisiaj...

Dzisiaj dowiaduję się, że on lubi i kocha Wiktorię z przedszkola.
Bawili się, że ona była mamą, on tatą, a Emil ich pieskiem.

A Wiktoria nie lubi buziaków...wie, bo próbował ją pocałować.


Dzisiaj...
potrafi rozwalić mnie na łopatki, patrząc spod tych długaśnych, trzepoczących, prawie damskich rzęs i mówiąc:
"Źjem te wsiśkie ciukielki..... dobźie?...kochanie? "

Dzisiaj już dostrzegam, jak rosnąc u boku Miśka, staje się tak zaskakująco do niego podobny.
Ma 4 lata i osobowość, w której łączą się: urocza wrażliwość i troskliwość, z tym, co kiedyś nazwiemy "męskością", a dziś jest taką zawadiacką chłopięcością - ot cały Tata :)

Zmienia się, wyrasta, "przystojnieje"....
a ja z przerażeniem myślę o tym, że ten czas tak szybko mija...
Że nim się obrócę, on już nie będzie mamusi króliczkiem, małym słodkim, rozbrajającym synkiem do tulenia i całowania.
Ja już nie będę najważniejsza i pewnie latami tęsknić będę za tą dziecięcą deklaracją: "Ty jeśteś moja najukochańśia mamusia".

Boję się jego dorastania.
Boję się świadomości, że nie zawsze będę miała małego synka.
Boję się, czy będę umiała tak samo mocno kochać małą córeczkę.




A wszystko dlatego, że od piątku nie chodzę do pracy i mam czas, by chłonąć i napawać się tym współbyciem z własnym dzieckiem. Nagle poraziło mnie jak to wszystko szybko się zmienia i przemija.

Cztery lata temu nie byłam gotowa na nic.
Dziś jestem właśnie o te cztery lata bardziej świadoma.
I obiecuję sobie, że z podwójnego macierzyństwa będę czerpać wiadrami.
I wykorzystam ten czas, który właśnie się rozpoczął, na 200% .

A i tak wiem, że nie da się wyłapać momentu,
kiedy dzidziuś staje się takim oto przystojnym małym chłopcem :)






wtorek, 8 września 2015

Przykro będzie się rozstać


I przyszła po raz pierwszy wczoraj ta myśl

"Przykro będzie się pożegnać".

Przyszła w jakiejś totalnie abstrakcyjnej sytuacji.
W samochodzie, pomiędzy załatwianiem kursu pływania dla Sebcia a odbieraniem rowerka - prezentu urodzinowego dla tegoż.
Spojrzałam na otoczony pasem bezpieczeństwa brzuch i pomyślałam, że smutno będzie bez niego.
Pusto.
Puste ciało.
Takie już trochę zużyte...
z zakończoną misją.

Dziwnie będzie bez tej mojej nieodłącznej ,maleńkiej towarzyszki, bez głaskania jej przez brzuszkowe powłoki.

I przecież wiem jak to wszystko wygląda.
Znam to dobrze.
Brzuszkowa towarzyszka przejdzie na drugą stronę i nawet zatęsknić nie zdążę.
Bo ona będzie na ramieniu,
przy piersi,
przyklejona do mnie w chuście.

Sebastian dalej będzie całował i głaskał, ale już nie przez osłony.
Wiem, że będzie jeszcze lepiej niż jest.
Ale ten żal, chyba obowiązkowo zawsze musi się pojawić.
Zwłaszcza, kiedy ciąża przyjemna jest, jak moja.

Nie zaklinam się na wszystko, bo życie scenariusze lubi pisać za nas.
Ale na dzień dzisiejszy z tym odmiennym, cudownym stanem, przyjdzie się pożegnać już na zawsze.
Z tym stanem, który już od pierwszego razu obdarzyłam uwielbieniem.
Pomimo niedogodności, obaw, dolegliwości, wyrzeczeń, trudów, poświęceń, strachu i bólu.
Minęło już 7 miesięcy tego poczucia, że robię w życiu coś wyjątkowego.
Że jestem teraz taka ważna, taka potrzebna.

Taka....
Bardziejsza, jakby to określił Kryspin - Cesarz Internetu ;)

Prześmieszne słowo, ale idealnie określa moje poczucie samej siebie.
Jestem Bardziejsza.
Bo jestem podwójna.
Bo we mnie rośnie mały cud.
Maleńkie nasze szczęście.
Suma Miłości Mojej do M. i M. do mnie.

Od 7 miesięcy jestem Twórczynią.
Noszę i pielęgnuję

Obserwuję jej reakcje
Wiem, że nie lubi, kiedy się denerwuję
Że uspokaja się, gdy tańczymy ( znów tańczymy, po wakacyjnej przerwie, choć przyznać muszę, że jednak po 2 miesiącach odczuwam istotną zmianę)
Wiem, że rano lubi się pokręcić
I wieczorem, kiedy kładę się do łóżka, ona też kokosi się w swoim miejscu.

Już tylko dwa miesiące tej idealnej symbiozy nam pozostało.

Z drugiej strony jest jeszcze jedna tęsknota, która w ostatnich dniach się przypałętała.
Tęsknota za relacją Sebastian - Mama.
W sensie, że teraz jeszcze nie tęsknię, ale taką obawę mam, że zacznę.
Nie chciałabym odbierać mu tego czasu z Mamą.
Naszych poranków z dwoma odcinkami "Zagadek Pośpiechowa"
Wspólnego wykonywania domowych czynności.
Porannego sobotniego spaceru po świeże bułki i jajka.
Możliwości porzucenia wszystkiego w jednej sekundzie, kiedy pada zaklęcie: "Mamusiu, chodź się do naś psytulić", lub "Mamusiu, pogadamy sobie?"
Wieczornego czytania i tulenia na dobranoc.

Nie mam jeszcze pomysłu jak to zrobić, ale MUSZĘ, koniecznie muszę mieć czas na to wszystko, chociaż cała reszta będzie inaczej.

Z tego strachu, że coś mu odbiorę, sama powróciłam do rytuału leżenia razem z nim póki nie uśnie.
Pewnie to błąd wychowawczy numer jeden.
Ale tak mi serce podpowiada.
Że tak trzeba, że póki jeszcze mogę, to dam mu tyle swojego czasu, ile tylko zdołam.

I przecież mam także tę świadomość i doświadczenie, że nowy członek rodziny, to tak naprawdę więcej miłości i więcej tego "RAZEM".
Bo już w tę relację Sebastian - Mama, która przez 2,5 roku była jedyną i najważniejszą, wprowadziliśmy M.
I niczego nam on nie zabrał. Wręcz przeciwnie.
Zależność się rozgałęziła i jest już Sebastian - Mama, Sebastian - Tata, Sebastian - Rodzice. 
Nikt niczego nie stracił.
Wszyscy zyskali.

Niby tak wszystko wiem,
wszystko sobie wytłumaczyć potrafię
Ale mimo tego, rośnie gdzieś w środku pewien strach.
Przez nieznanym, jeszcze nieodkrytym, nowym...
Powiew adrenaliny, jak przed każdą ekstremalną przygodą.

środa, 2 września 2015

Gorszy dzień

Smutno będzie. 
Więc taki "podkład" (niezwiązany z tematem, lecz nastrojowy wybitnie): 





Czasem przychodzą takie dni, że i mnie dopada.
Znużenie, zmęczenie, klapnięcie, brak sił, brak chęci, brak humoru i kiepskie samopoczucie.

Dzisiaj jest taki dzień.

Ciężko mi jakoś,
skoncentrować na pracy się nie mogłam.

Gdy wracałam z pracy, zadzwoniła Przyjaciółka.
Ucieszyłam się,że pogadamy.
Rozmawiając z nią przez telefon, przyszłam do rodziców. Odbieram od nich Sebcia, który nie chodzi w tym tygodniu do przedszkola, a przy okazji jem też obiad.
No i o ten obiad zrobiła się awantura, bo mama uszykowała, a ja na telefonie.
Ogólnie rzecz biorąc, stosunkowo niewiele rozmawiam przez telefon. Nigdy jakoś za tym nie przepadałam. Zawsze wolę rozmowy twarzą w twarz.
Jednak wszystkie moje Przyjaciółki znajdują się min, 160 km ode mnie....najdalsza (w sensie przestrzeni), to nawet google maps nie wylicza w km, tylko w loto-godzinach.....pomyśleć, że jeszcze "niedawno" chadzałyśmy do siebie w kapciach...
Z tego względu czasem muszę powisieć na telefonie dłużej niż parę minut.

Nie mogłam się skupić na rozmowie, słysząc drugim uchem komentarze mamy, więc przerwałam.
Mamie usiłowałam coś powiedzieć, ale ona gdy w złości jest, to niczego nie przyjmuje. Ostatecznie nawrzeszczałyśmy jedna na drugą, zjadłam obiad i wyszłam.
Pogadać w spokoju.

No i pogadałyśmy sobie.
Powymieniałyśmy uwagi o przedszkolach, o karmieniu dzieci, o upałach, niewyspaniu, chorobach...Ot takie babskie pitu-pitu.
A. zaprosiła nas na chrzciny.
No i trzeba było kończyć , bo dzieciaki wzywały.

Rozłączyłyśmy się
a z oczu ciurkiem popłynęły mi łzy.
Ciurem nieprzerwanym.
I tak szłam, spłakana, pociągająca nosem...

Wcale nie chciało się przestać płakać.

Chlipiąc dotarłam pod dom rodziców,
smarkając wsiadłam do auta
i łkając dotarłam do siebie do domu.

Taką jakąś tęsknotę poczułam.

Za babską rozmową.
Za kobiecym towarzystwem.
Za tym zrozumieniem, co tylko między przyjaciółkami.
Za takimi wyjątkowymi dziewczyńskim emocjami.
Za poczuciem powiązania.

Niby wiem, że ja mogę zawsze w to auto wsiąść i jechać.
I staram się to robić.
I one niby mogą.
Chociaż w tę drugą stronę jakoś ciężej. Pewnie dlatego, że one tam trzy, a ja tu jedna.
I że to ja kiedyś należałam TAM.
A one nigdy tu.

To jest właśnie ta najważniejsza "rzecz", z której musiałam zrezygnować, podejmując decyzję.

Tutaj mam najcudowniejszego narzeczonego,
piękne, w moich oczach, mieszkanie
DOM - czyli życie, które w tym mieszkaniu się toczy.
Pewniejszy byt.
Większe poczucie bezpieczeństwa.

Ale przyjaźni damskiej mi brak.

I zrozumiałam, że teraz, w tym wieku, to już ciężko przyjaźnie takie bliskie zawrzeć.

Mam kilka koleżanek, na spotkania od czasu do czasu na kawkę.
Mam fajną koleżankę w pracy...aż mi żal, że zaraz skończą się nasze codziennie pogaduchy...właściwie zanim ta relacja zdążyła się w jakąś głębszą przemienić.
Ale to nie jest i raczej nie będzie nigdy to samo.

Nie mam nikogo, do kogo mogę zadzwonić i powiedzieć "Hej, mam zły dzień" i usłyszeć w odpowiedzi "To przyjedź", albo "Będę za pół godziny".


Tęsknię.
Nie myślę o tym codziennie
Rzadko kiedy, tak jak dziś - do łez.
Ale One i ich rodziny, to była moja "rodzina zastępcza" przez 11 lat życia tam.

I czasem są takie dni, jak ten, że może ciśnienie, może hormony, a może coś innego, nienazwanego, przyprowadza mi tę tęsknotę, a ona uwiesza się na mojej nodze i męczy.

I chociaż kocham M. jak szalona i uważam Go od lat za swojego Przyjaciela, to gdy wyżaliłam mu się z mojego smutku, poczułam , że nie zrozumiał. Mimo wszystko jednak, starał się pocieszyć, jak umiał.

A gdy później zadzwoniłam do Mamy, żeby przeprosić za mój wybuch i jej również zwierzyłam się z moich odczuć, to pojęła w mig o co chodzi.

Bo kobiecie nie mniej niż faceci, potrzebne są jeszcze inne kobiety.


wtorek, 1 września 2015

Mini-glam-balerinki

Prawda,że urocze?
Kompletnie nie w moim stylu,ale juz widzę małą Alicję z luźnym koczkiem na czubku głowy, w dżinsowej spódniczce,rockowym t-shircie i w tych balerinkach...
<3
69 dni zostało.
Nadal nic nie gotowe...ale buciki są i błyszczą :)
Sebek w lepszej formie.
Jednak w piątek przeszliśmy kryzys.
Temperatura 40,4 ...
Byliśmy na pogotowiu ,potem w szpitalu. Trafiliśmy szczęśliwie na dobrego lekarza,który wiedział co robić, i dzięki któremu już w sobotę rano nasze dziecko, jak nowonarodzone, wgramoliło się pomiędzy nas do łóżka.
Poczułam ulgę i szczęście jak 20 września,cztery lata temu.
Jeszcze dwa miesiące z małym haczykiem i kolejna powtórka z cudu.

piątek, 28 sierpnia 2015

Noce strachu


Wczoraj w nocy miałam sen.
W jakimś hotelu, w którym trwał remont, szukaliśmy razem z Sebciem pokoju.
Uciekł mi i nagle zobaczyłam go na rusztowaniu.
Poślizgnął się i spadł.
Upadł z wielkim hukiem twarzą w stertę gruzu.
Obudziłam się z sercem walącym z całej siły.
Wlepiłam oczy w sufit, żeby tylko nie zasnąć ponownie, ze strachu, że sen będzie miał kontynuację....

Dziś w nocy:

Cztery godziny snu.
Z cogodzinną przerwą na mierzenie temperatury.
Nerwy
nerwy
nerwy

Nerwowa nawet Alicja w brzuchu,
kopie ile może,
prawie jakby ciągnęła mnie za rękę, pytając bez końca "Mamooo mamoooo co się dzieje? Co jest mojemu bratu?"

M. spokojny, jak tylko on umie.
Ale smutny i przejęty.
Zmienia okłady, szepcze, gładzi rozpalone ramię.

Najgorsze chyba to majaczenie
-Widziałem tam włosy
- Jakie włosy?
-No moje. Tam.

-Haha a Tymek pokazuje pupkę

Jest ciemno. Leży w łóżku.
Nie ma żadnych włosów, żadnego Tymka, żadnego "tam".

39,8

40 już tak blisko...
podałam prawie całą dobową dawkę ibuprofenu.

Przybiega nieoczekiwanie moja mama. Denerwuje mnie, mam wrażenie, że wzbudza większą panikę.
Podnosi na mnie głos, próbuje mi wmówić nieodpowiedzialność, bo jeszcze nie jestem w drodze na pogotowie.
Nie chcę go jeszcze zawozić.
On się panicznie boi szpitala.
Ja się boję, że każą mu tam zostać, a mi nie pozwolą.
A jeśli pozwolą, to będzie moja decyzja i ryzyko narażenia zdrowia drugiego dziecka.
Krzyczę na nią, że po co mnie denerwuje i panikuje.
Intuicja podpowiada mi , że jeszcze nie jest tak źle, że damy radę sami do rana.

Biorę małego na ręce i zanoszę do łazienki, żeby ochłonąć.

Płaczący wyrywa się spod letniego prysznica.
Ale musimy
-Pamiętasz? w morzu była chłodniejsza woda. Może nad morze pojedziemy?

W myślach pukam do "góry"
"Babcie! Dziadku! Pomóżcie....niech wraca do siebie, niech już będzie taki pogodny i zdrowy jak nad morzem był....Pomóżcie, błagam...."

Działa wreszcie.
Mama wychodzi.
Temperatura powoli wraca do normalnej.
Każda minuta, to dla mnie godzina strachu.
Zasypia i śpi spokojnie.
Oddech wraca do normy.
M. też zasypia.
Piszę do mamy, że jest poprawa.
Odpisuje, chyba się nie obraziła.

Ja czuwam, momentami odpływam, co godzinę dzwoni przypomnienie, żeby sprawdzić temperaturę.

Do 4 rano jest ok.
Później znowu wzrasta.
4:45 - M. wychodzi do pracy

5:30  i 39,6
Przekraczam dobową dawkę Ibuprofenu. Mam w szufladzie 3 syropy na gorączkę i żadnego ,cholera!, na paracetamolu.
Byle do 8 , żebym mogła go zarejestrować do lekarza.

O 7 temperatura spada, pytam, czy zje rogalika z szynką.
Bierze dwa kęsy, zwraca wszystko plus picie, na piżamę, koc i kanapę.
Pierwszy raz w życiu zwymiotował.
Aż się przestraszył.
-Mamo, naplułem, nie będę więcej jadł.
- Nic się nie stało, wypierzemy wszystko, czasem tak się zdarza

Wracają mu siły, jedziemy do dziadków.
Muszę go zostawić i iść do pracy.
Jak na złość dzisiaj nie mogę nie przyjść, bo jestem sama.
Jestem zła na siebie.
Jestem wielkim wyrzutem sumienia, mimo , że wiem, że moja mama zajmie się nim nawet lepiej niż ja.  

Do lekarza pojechał z dziadkami.
Na szczęście to tylko angina.
Antybiotyk na 7 dni.

W niedzielę miał startować w wyścigu w Toyocie. Pół roku czekał na "Family Day" w pracy taty. 
Jak mu teraz wytłumaczyć, że nie będzie mógł pobiec? Skoro,gdy tylko spadła mu temperatura, mówił o tym, ze już dostał swój numer startowy.

Mi puszczają nerwy, hormony, zmęczenie, wyrzuty i wszystko na raz
i zalewam się łzami nad firmowymi papierami.

Kocham być Matką... do momentu, w którym moje dziecko zaczyna cierpieć.
A to tylko zwykła angina.
Angina, na którą sama chorowałam notorycznie.
Pierdoła
płoteczka w morzu chorób, na które cierpią dzieciaki, których zdjęcia widuję codziennie na FB, razem z apelami o pomoc....

Czuję się jak po bitwie.
Mam tłuste włosy, rozmazany makijaż, piję drugą kawę i usiłuję się skupić.

Cienka jestem.
Słaba.

Czy zepnę się w sobie wystarczająco, gdy dwójka będzie zmagała się z anginą?
Czy intuicja zawsze będzie podpowiadać dobrze?

A co jeśli, odpukać w niemalowane, splunąć przez lewe ramie,  kiedyś przyjdzie zmierzyć się z rekinem? 

Kocham być Matką...
...lecz ten strach, to naprawdę wysoka cena, którą wszystkie płacimy.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

3 trymestr - start!


W tym tygodniu bez wątpliwości, znajdziemy się w 3 trymestrze.
Rozpocznę 30 tydzień ciąży.
To już nie są żarty! 

W ostatnich dniach dokonałam przeglądu za małej Sebciowej garderoby. Póki co, oddzieliłam ciuchy typowo chłopięce od neutralnych i te pierwsze oddałam znajomej.
Kolejny etap, to oddzielenie tych już zużytych, od tych nadających się, a później segregacja rozmiarowa.
Na pawlaczu zwolniło się trochę miejsca, muszę teraz rozplanować co tam przenieść, aby zwolnić miejsce w szafie na rzeczy z komody, aby komoda pomieściła ubranka Alicji.
Niedługo dostanę dziewczęce ciuszki od mamy koleżanki.
Muszę też zorganizować transport dla kosza do spania....
Czyli krótko mówiąc - logistyka.
Kto zrobi to lepiej niż ja? ;)

Chyba w końcu poczułam delikatnie ten zew przygotowań.
Pampersy w promocyjnych cenach na nowo przyciągają mój wzrok ;)
Pomału zaczęło rozjaśniać mi się w głowie, co jeszcze będzie potrzebne.
Już się obawiałam, że nie dojdę do tego momentu i pojadę na porodówkę bez niczego :P

Jeszcze kilka tygodni i powinnam mieć więcej czasu, aby móc już tak na dobre zająć się przygotowaniami.
Staram się też psychicznie jakoś pozytywniej nastawiać na poród. Chwilowo strach minął, lecz znając życie, niebawem powróci.

Alicja przybiera teraz coraz szybciej na wadze. Waży już prawie 1,4kg Od poprzedniej wizyty urosła o 400g. Ja tym razem dla odmiany tylko 500g.
I całe szczęście, bo miesiąc temu stanięcie na wadze zepsuło mi całą radość z odwiedzin u naszego Pana doktora.
Ale eliminacja cukru oraz ruch na wczasach zrobiły swoje.
Aby tę dobrą tendencję utrzymać, zarządziłam wczoraj popołudniowy spacer po lesie. Zabraliśmy psa i Dziadków. Wymyśliłam, że będziemy szukać ruin pewnego zamku, ukrytych w Książańskim Parku Narodowym.
Niestety burza kazała nam zawrócić, ok. kilometra przed celem.
Mimo tego, spacer zajął nam bite 3 godziny.
Po drodze różne atrakcje - malutkie żabki, jaszczurka, pyszne jeżyny prosto z krzaczka.
Bardzo przyjemne wyjście. I dość wyczerpujące.
Po wtrząchnięciu gęstej porcji niedzielnego rosołku, stwierdziliśmy, że na drugie danie robimy pizzę.
Biedny Seba, który zapałał do tego pomysłu największym entuzjazmem, niestety nie doczekał finału. Zapadł w kamienny sen tuż przed wyjazdem pizzy z piekarnika. Żadnym sposobem nie mogliśmy go dobudzić. Obawiałam się, czy nie zarządzi pobudki ok 23, ale gdzie tam! Zbudził się dopiero przed 6 rano, aby pójść do toalety, po czym przyszedł do mnie do łóżka i dospał jeszcze do 7.
My wieczorem zajęliśmy pozycje wertykalne przed telewizorem. Zaczęliśmy oglądać Matrixa. Ja w połowie ucięłam sobie ok. godzinną drzemkę - zbudziłam się na napisy końcowe :)

Ostatni okres mija mi pod szyldem SS - spanie i sikanie (za przeproszeniem).
Ze spaniem nie mam najmniejszych problemów....poza tym, że zazwyczaj budzę się z uczuciem,  że było go zbyt mało :)
Z sikaniem jest dokładnie odwrotnie.
Z Sebastianem nie doznałam jakiegoś nadmiernego ciśnięcia na pęcherz, za to teraz aż samej mi ciężko uwierzyć ile razy można wędrować do toalety.
A najdziwniejsze uczucie, że to dzieje się tak nagle. Mam wrażenie , że Niuńka się rozciąga i przyciska "zawór" i wtedy nie ma zmiłuj ;)

W drugą stronę również się rozciąga, uciskając mi przeponę, dzięki czemu miewam zadyszkę np. po 3minutowym spacerze z domu do Polo Marketu.
Cierpię też na kolki wątrobowe - to akurat powtórka z rozrywki. W pierwszej ciąży od tego się zaczęło....a skończyło po 1 urodzinach Seby, na stole operacyjnym.
Teraz już nie ma czego wycinać, więc lepiej, żeby po prostu samo przeszło, gdy moje narządy powrócą na swoje pozycje.

Więcej przypadłości nie mam i ogólnie jestem w dobrej formie.
Staram się jak najwięcej być w ruchu, bo jednak 8 godzin dziennie za biurkiem nie sprzyja niczemu, poza nadmiernym przyrostem wagi.
Nawet w działkowe prace się zaangażowałam, co nigdy wcześniej nie było specjalnie moim konikiem.
I w zasadzie nadal nie jest do końca, ale motywacja zacna - wierzę, że im bardziej rozruszam szanowne swe 4 litery, tym szybciej pójdzie wydawanie na świat maleństwa.

Czasem ta moja kondycja jest chyba jednak zbyt dobra, co w sobotę skrupulatnie wykorzystał mój chłopak, i co ostatecznie doprowadziło do pierwszej narzeczeńskiej kłótni :P
Ojj zła byłam bardzo, a ciążowe hormony tylko dolały oliwy do ognia. Pożar na szczęście już ugaszony.
Dzisiaj po pracy ja idę robić sobie paznokcie w zamian za przepracowaną sobotę :)

A propo's paznokci i urody.
Oglądam te nasze zdjęcia znad morza i doszłam do wniosku, że nie ma takiej tragedii ze mną.
Początek ciąży, który przypadł niestety również na ciężki etap mojego życia psychicznego, odbił się mocno na mojej twarzy i obawiałam się, że tak już zostanie.
Wyglądałam naprawdę kiepsko, zresztą nawet pisałam tu o tym i wtedy też wróżono mi właśnie dziewczynkę.
Jednak przyszło lato, opalenizna wydobyła te kilkanaście piegów na moim nosie i zrobiło się lepiej.
Włosy, mimo że po farbowaniu i zmianie koloru, nie byłam do końca zadowolona, też jakoś się poprawiły, a co najlepsze, rzadziej proszą się o mycie.
Paznokcie mocniejsze...a moim ulubionym zabiegiem urodowym w ciąży jest właśnie manicure hybrydowy.
Nie znoszę tipsów, żele dla mnie też wyglądają za mocno nienaturalnie, ale hybrydy są idealne! I w dodatku niedrogie.
To zdecydowanie mój nr 1 w ostatnim czasie :)
No i te półtorej godziny dla przyjemności własnej robi robotę :)

Tyle na dzisiaj moich ciążowych rozważań.
Miał być jeszcze jeden wakacyjny post, ale poniedziałek to nie jest dobry dzień na wczasowe wspominki, bo można się w syndrom pokolonijny wpędzić.







sobota, 22 sierpnia 2015

Zaręczyny

10 sierpnia.
Trzeci dzień nad morzem.
To był ten poniedziałek, kiedy pojechaliśmy do Pucka, prześwietlić miśkowego palca.
Po całym dniu spędzonym na puckiej plaży, wróciliśmy do domu.
Misiek kilka razy pytał, czy pójdziemy na zachód słońca.
Jakoś nie wydawało mi się to podejrzane, że tak dopytuje :)
Wzięliśmy piłkę, freesbee, koc i poszliśmy.
Graliśmy z Sebciem, robiliśmy zdjęcia.

Zachód akurat jeden z ładniejszych.

Było całkiem zwyczajnie i miło.
W pewnym momencie chłopcy zrobili sobie przerwę w meczu, zasiedliśmy wszyscy na kocu.
Seba ciągnął Miśka, żeby jeszcze się pobawić, ale M. odpowiedział, że chciał teraz porozmawiać z Mamą.
Nawet to jakoś nie zwróciło mojej uwagi.
Ani to, że Seba zapytał M. co ma w kieszeni, a ten udzielił wymijającej odpowiedzi.
Dopiero gdy zaczęła się ta poważna rozmowa, mnie zrobiło się gorąco.
Ale nie dlatego, że właśnie domyśliłam się o co może chodzić.
M. tak krążył wokół tematu, że w głowie zakiełkowały mi jakieś dziwne myśli.

"Muszę z Tobą porozmawiać poważnie"
"Chciałem o coś zapytać i chciałbym, żebyś mi szczerze odpowiedziała"
"Bo chciałem coś ważnego między nami wyjaśnić"

Najpierw chciałam obrócić to w żart, pytałam czy jaja sobie robi.

Ale zaprzeczył
...
Czułam jak ciśnienie uderza mi do głowy,  i nagle masa myśli....
co się dzieje?
czy on ma jakąś tajemnicę?
może chce mi powiedzieć, że ma jakieś dziecko?
a może jest chory?

Dopiero gdy rzucił tym tekstem z filmu o "ważnym, ale to zajebiście ważnym pytaniu", przeleciało mi przez myśl, czy to przypadkiem nie oświadczyny...?

Całą sytuację oczywiście utrudniał nieco Seba, który co chwilę o coś pytał, o coś prosił, chciał pograć, chciał usiąść między nami....

Misiek trochę się zakręcił w tym stresie i obchodzeniu tematu.

W końcu pomału sięgnął do kieszeni i wydobył  czerwone pudełko w kształcie serca.

Zanim je otworzył, ja już miałam oczy pełne łez.

Oczywiście pudełko pochwycił niecierpliwy Synek "a cio to? a cio to????"
"oooo pielścionek!"

"Załóż mamusi"

"Czy chciałabyś zostać moją małżonką?"


"Tak" -udało mi się już tylko wyszlochać.

Seba z namaszczeniem założył mi pierścionek na palec, po czym rozmontował pudełko.
A ja się śmiałam i płakałam
i tuliłam ich obu
dziękowałam
i powtarzałam, że ich kocham.

Seba nagle jakoś się uspokoił, jakby wyczuł całą sytuację.
Przyglądał się nam w skupieniu, w końcu objął nas oboje i stwierdził
"Kocham waś, psyjaciele"

I tak sobie siedzieliśmy przytuleni po wszystkim.
Ja z walącym sercem i miękkimi nogami.
Misiek, jak później się przyznał, też w niemałych emocjach....ponoć oczy mu się zaszkliły na widok moich łez, ale ja niestety tego nie dostrzegłam.
I Sebcio z tą rozkoszną dziecięcą intuicją. Spokojny i ucieszony, jakby wiedział, że właśnie wydarzyło się coś ważnego i dobrego.

Dziś mija 12 dni.
Pisząc to, uświadomiłam sobie, że emocje trochę zamazały mi wspomnienie tego wieczora.

Na pierścionek wciąż jeszcze zerkam po kilkaset razy dziennie.
Jest przepiękny.
Idealny.
Dokładnie taki, jak sobie zawsze wyobrażałam, że powinien być.
Tradycyjny wzór. Złota obrączka, a na środku diament w koronie z białego złota, wykończonej 6 maleńkimi serduszkami.
W ogóle nie zdejmuję go z palca, ze strachu, że wypadnie mi z ręki i gdzieś się zgubi.


Oświadczyny na plaży przy zachodzie słońca - wyobrażałam to sobie już jako nastolatka.
Uwielbiam zachód słońca nad Bałtykiem.
To zawsze był mój ukochany punkt pobytów nad morzem.
Często chodziłam oglądać je sama. Spacerowałam sobie brzegiem, zazdrościłam mijanym, zakochanym parom.
I nigdy nie przestałam wierzyć, że kiedyś też usiądę sobie razem z ukochanym mężczyzną i obejrzymy przytuleni ten spektakl.

No i doczekałam się.
W wieku prawie 32 lat, totalnie niespodziewanie przeżyłam swój najpiękniejszy zachód słońca w życiu.
I to nie z jednym ukochanym mężczyzną, a z dwoma.
I z maleńką ukochaną dziewczynką, pod sercem.

Bez fajerwerków, bez padania na kolana i tłumu świadków.
Chociaż ludzi na plaży było sporo.... i wydawało mi się to takie zabawne, że oni nic nie zauważyli i o niczym nie wiedzą, a w moim życiu właśnie wydarzyło się coś tak ważnego, że kolejny już raz, Świat powinien był się zatrzymać :)

Następnego dnia rano, jeszcze z zamkniętymi oczami sprawdzałam, czy pierścionek naprawdę jest na moim palcu, czy tylko mi się to śniło.
Był.
A do ucha zaspany M. wyszeptał:
"Dzień dobry, moja Narzeczono"




środa, 19 sierpnia 2015

Niech przemówią obrazy...



























Nasze piękne polskie wakacje


Zbieram się od kilku dni pisania, ale jakoś ciężko przychodzi mi poskładanie myśli.
Mój mózg chyba postanowił zostać na urlopie :)
Trudno mu się dziwić, bo były to jedne z najlepszych wczasów w moim życiu.
I nie tylko dlatego, że udzieliłam twierdzącej odpowiedzi na jedno "zajebiście, ale to ZAJEBIŚCIE ważne pytanie" ;)

Nasza nocna podróż do Karwii trwała 10 godzin. Całą drogę prowadził M., zaopatrzony w litr superextramocnej kawy. Była to najdłuższa trasa, jaką do tej pory przejechał i świetnie dał sobie radę. Seba przespał prawie całą drogę. Zasnął zanim zdążyliśmy opuścić W-ch, a obudził się po ponad 8 godzinach.
Po drodze stawaliśmy na tankowanie, toaletę itd. ale on nawet się nie przebudzał.
Po tych 8h M. pyta go : "Synek, a Tobie się nie chce siusiu?"
-"Nie, psiecieś lobiłem w domu"  :) 
Jemu podróż zleciała ekspresem. Nam trochę dłużej. Ja, mimo, że mogłam, spałam niewiele, większość czasu pilotowałam.
Na miejscu nie mogłam już usnąć ze zmęczenia i podniecenia, że jesteśmy u celu i zaczynamy urlop.
Od razu po przyjeździe zainstalowaliśmy się na plaży, musieliśmy tam koczować dopóki nie rozpoczęła się doba hotelowa w naszym pensjonacie. 

Willa Nemo okazała się miejscem idealnym dla nas. Właścicielka przemiła, udzieliła nam porad odnośnie tego gdzie i jak jechać, gdzie warto się stołować itd.
Pokój gustownie urządzony, czyściuteńki i zaopatrzony w nowe sprzęty. Świeża, pachnąca pościel, a z balkonu widok na bogato wyposażony plac zabaw, na którym Sebastian bawił się praktycznie cały czas, którego nie spędzaliśmy poza naszym lokum.
Na piętrze mieliśmy dostęp do żelazka, odkurzacza i mikrofalówki, na poddaszu można było korzystać z aneksu kuchennego, więc parówki, lub jajecznica na śniadanie nie stanowiły najmniejszego problemu (no może poza ceną jajek w najbliższym sklepie - 7,5 za 10szt. :-0 ) Na parterze Sebastian mógł korzystać również z bawialni, jednak wspaniała pogoda , jaką mieliśmy przez całe 8 dni, sprawiła, że nawet nie zdążył tam zajrzeć.

Pierwszy dzień, z racji zmęczenia, był dla nas dość ciężki. Była to też sobota, w mieście tłumy, ciężko było nawet znaleźć wolne miejsce, aby coś zjeść na spokojnie. W końcu jednak trafiliśmy do jakiejś smażalni, gdzie ze smakiem wszamaliśmy przepyszne halibuty i dorsza.
Halibut od tego momentu stał się ulubionym daniem M. jadł go 4 razy, poza tym łososia i flądrę...generalnie przez cały wyjazd zjadł tylko jeden "tradycyjny" obiad.
My z Sebą, pomimo całej miłości do ryb, po kilku dniach mieliśmy już dość smażonego i postawiliśmy na pyszne zupy i dania "jak u mamy" :)
Wyżywienie kosztowało nas sporo, w zależności od wyboru, na same obiady wydawaliśmy od 65 do 95zł dziennie.
Poza rybami nasze serce podbiły jagodzianki i drożdżówki z niedalekiej piekarni - obowiązkowy punkt plażowego programu.
O dziwo tylko 3 razy wybraliśmy się na lody i gofry. Moje kubki smakowe oszalały na punkcie gofra "Rafaello" z megakokosowym kremem.
Pokochałam!

Nasze dni do połowy wyglądały praktycznie tak samo. Wstawiliśmy wcześnie, jak na nas, bo ok. 8, kładliśmy się wyjątkowo wcześnie - już ok. 23 !
Słońce, spacery, cały dzień spędzany z Sebą oraz wymyślane dla niego atrakcje sprawiały, że zasypialiśmy jak dzieci.
Śmieliśmy się z M. , że Seba to antykoncepcja doskonała.
W ciągu dnia , wracał nagle do pokoju z placu zabaw, w najmniej spodziewanym momencie, a w nocy byliśmy tak wykończeni, że zwyczajnie nie mieliśmy siły.

Większość dnia siedzieliśmy na plaży. Chłopcy kopali głębokie doły (śmialiśmy się, że biedaszyby ma się w genach), ja rzeźbiłam zamki i latarnie. Sebastianowi piasek i woda wystarczą do szczęścia. Temperatura była super, nawet na tyle, że wchodziłam do morza i byłam w stanie zanurzyć się po szyję! Wszyscy przywieźliśmy na sobie piękną, złotą opaleniznę ;)
Po obiedzie każdego dnia robiliśmy coś innego.
Wypożyczaliśmy trzyosobowy rower, żeby zrobić sobie przejażdżkę, szliśmy na długi spacer plażą, zwiedziliśmy latarnię w Rozewiu, robiliśmy rozgrywki w cymbergaja, graliśmy w piłkę i freesbee na plaży o zachodzie słońca. Zrobiliśmy setki fajnych zdjęć.
Każdego wieczora, właściciele naszej willi rozpalali ognisko w ogrodzie, siadaliśmy więc przy nim , piekliśmy kiełbaski i chleb i tacy wyciszeni wracaliśmy do pokoju, zwykle już ostatni ze wszystkich gości.

Jeden dzień poświęciliśmy w całości na wycieczkę - udaliśmy się rano na Hel, a stamtąd katamaranem do Gdyni.  Na Helu odwiedziliśmy foczki, spacerowaliśmy piękną promenadę, przyglądaliśmy się jak rybacy przypływają barkami pełnymi świeżozłowionych fląder.
Rejs do Gdyni, to było wyzwanie dla mnie, gdyż cierpię na chorobę morską. Szczęśliwie zatoka tego dnia była spokojna i tylko lekko mnie zemdliło na początku. Później już rozkoszowałam się widokami i morską bryzą.
Sama Gdynia jednak już mnie zmęczyła. Nagrzane miasto, okazało się nieznośnie upalne, zwiedzanie Oceanarium totalnie wyssało ze mnie siły. Chłopcy moi bardziej zadowoleni, bo uwielbiają oglądać rybki.
Przeszliśmy się promenadą, uraczyliśmy orzeźwiającym koktajlem ze Starbucksa (W W-chu, ani ZG nie uświadczysz, więc to atrakcja), popodziwialiśmy bogate jachty w przystani i wsiedliśmy na ostatni statek, odpływający na Hel.
Sebastian padł i przespał cały rejs powrotny. Dzięki temu zregenerował trochę siły, więc pospacerowaliśmy jeszcze chwilę po Helu. Podziwiając chylące się ku zachodowi słońce,zjedliśmy pyszną flądrę oraz pierogi. Odpoczęliśmy jeszcze chwilę na promenadzie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety w Chałupach utknęliśmy w korku, więc droga wydłużyła nam się dwukrotnie.

Zdążyliśmy również odwiedzić pucki szpital.
Już w drugi dzień pobytu M., schodząc z plaży zahaczył nogą o korzeń z takim impetem, że aż słychać było jak coś chrupnęło w palcu. Następnego dnia palec przybrał kilka odcieni ciemnego fioletu. Trzeba więc było sprawdzić, czy to nie złamanie.
Pan doktor (na oko dobrze po 70), miał problem z powiększeniem zdjęcia RTG w komputerze, więc "na oko" stwierdził, że to tylko stłuczenie. Stwierdził , że "będzie bolało , bo to boli" i kazał nie chodzić na dyskoteki :)
Całe szczęście, że cała sprawa została załatwiona bardzo szybko i sprawnie, więc resztę dnia poświęciliśmy na zwiedzanie Pucka oraz odpoczynek na tamtejszej plaży.
Zjedliśmy również obiad w Heczy Kaszebskiej , którą zapamiętałam z dzieciństwa nieco inaczej i trochę mnie rozczarowała, chociaż ryba smaczna, a wystrój lokalu i tarasu oryginalny.

Więcej takich całodniowych wycieczek nie robiliśmy. Mieliśmy je w planie awaryjnym, w razie pogody niesprzyjającej plażowaniu, ale takiej w ogóle nie było. Jedyny deszcz spadł akurat gdy byliśmy na latarni morskiej i nie trwał zbyt długo.

I tak nam minął urlop.
Dwa szczególne jego momenty  specjalnie ominęłam w tym opisie, poświęcę im dwa oddzielne posty.

Wracaliśmy w niedzielę, w ciągu dnia. Ta trasa już trochę cięższa dla Seby, bo większość czasu nie spał. Trochę się nudził, ale jak na dziecko, zniósł to świetnie.
Mnie już niestety temperatura dała się we znaki i w W-chu wysiadłam z obolałą, spuchnięta nogą.

Ogólnie jednak, jak na przyszłą mamuśkę, będącą już w 7 miesiącu ciąży i tachającą przed sobą niemały brzuch, to i ja podołałam. Na latarnię się wdrapałam, na rowerze pedałowałam i z tych wszystkich aktywności chyba nawet trochę schudłam. Na plecach oczywiście :)

Na nowo zakochałam się w tamtych rejonach.
Kaszuby są przepiękne. Już po drodze do Karwii zachwycaliśmy się razem z M. mijanymi jeziorami. Mnie urzekły tablice informacyjne z napisami w obu językach, oraz pięknie zdobiona kaszubska ceramika.
Odżałować nie mogę, że ostatecznie nie kupiłam sobie maselniczki z kaszubskim motywem. No ale zawsze to kolejny powód, aby wrócić tam jak najszybciej.
Klimat nadmorskich kurortów w tamtych okolicach, w moim mniemaniu, jest inny i przyjemniejszy niż na pomorzu zachodnim.
Półwysep helski, jak dla mnie, jest miejscem szczególnie urokliwym.
Nawet przez moment rozmarzyliśmy się, że właśnie tam się przeprowadzimy, chłopcy zostaną rybakami, ja będę prowadzić jakiś przytulny pensjonacik i każdego dnia będziemy mogli oglądać najpiękniejsze zachody słońca w naszym kraju....

8 dni spędzonych od początku do końca we trójkę, było czymś wyjątkowym i cudownym. Nie obyło się bez drobnych spięć i dziecięcych foszków, bez naszych nerwów na te wszystkie przeklęte automaty, które nieznośnie co 5 metrów, przykuwały uwagę czterolatka.  To wszystko jednak drobiazgi, bo cały wyjazd pełen był emocjonalnego ciepła i bliskości, o jaką jednak trudno w codziennej bieganinie. To był szczególny czas...taki wyłącznie nasz.
Czasem , gdy spacerowaliśmy brzegiem morza trzymając się za ręce, patrzyłam na 3 nasze cienie i dziękowałam.
Za te wszystkie, snute latami, spełnione marzenia.
Czasem czuję się jak bohaterka jakiejś babskiej powieści z happy endem.

I całe szczęście, że to przecież jeszcze nie koniec....a właściwie dopiero początek :)