Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

środa, 30 lipca 2014

Trochę na temat bieżących spraw

Melduję się!
Sporo się działo w ostatnim czasie, więc niestety pisanie zeszło na dalszy plan.
No może nie tak na 100%, bo pisałam coś innego...opowiadanie na konkurs ;) Przypadkiem na taki trafiłam. Opowiadanie ma być o prawdziwej historii miłosnej. No coś idealnego dla mnie.
Pisać lubię, historię prawdziwą mam taką, że spokojnie powieść mogłabym napisać.
Wzięłam się więc za robotę.
Mam już dwie wersje.
Z żadnej nie jestem zadowolona.
Właśnie opracowuję pomysł na jakąś trzecią.

Wena momentami aż mnie porywa...w twórczym szale posyłam mojemu chłopakowi takie smsy, że biedny później w pracy wytrzymać do końca nie może ;)

Jestem w lepszej formie, niż poprzednio, kiedy tutaj narzekałam.
W pracy zrobiło się spokojniej...możliwe, że to cisza przed burzą, ale delektuję się tym ile mogę.
Wpływa to pozytywniej na całe moje życie i podejście.

Sporo się wydarzyło przez minione 2 tygodnie.
Byliśmy na weekend nad jeziorem...nie odpoczęłam jakoś specjalnie, bo wtedy jeszcze gnębiło mnie choróbsko.
Jedno, co poczułam to potrzebę takiego wyjazdu na dłużej. Na sporo dłużej - więcej niż tydzień czasu. Mocno eksploatuję się ostatnimi czasy, wiele też się działo i dłuższy wyjazd na pewno podziałałby regenerująco.
Nie ma jednak raczej szans na to.

Sprzedałam też mieszkanie. Już ostatecznie. I ostatecznie wyprowadziłam się z niego.
Z ciężkim sercem zamykałam drzwi po raz ostatni.
Wcześniej jeszcze było jakoś tak luźniej, bo wracaliśmy tam i spaliśmy, ilekroć byliśmy w Zielonej Górze. Teraz już nie mam tam własnego miejsca. Co prawda jest jeszcze jedno mieszkanie, ale podnajęte.
Cały wyjazd do ZG był bardzo udany. Wyruszyłam w piątek o 5 rano. Calutki dzień załatwiałam wszystkie sprawy związane ze sprzedażą, wymeldowaniem itd.
Udało mi się też odwiedzić moją poprzednią pracę...kurczę jaki tam spokój i fajna atmosfera.... Zawsze wiedziałam, że to bardzo ważne. Ale teraz kiedy mi tego brakuje, zrozumiałam jak BARDZO bardzo.
Pod wieczór dojechał Misiek i spotkaliśmy się w indyjskiej knajpie z moimi Przyjaciółmi. Spontanicznie kolacja się przedłużyła - zakończyliśmy wieczór u A.i T. oglądając "Gotowe na wszystko" od pierwszego odcinka, grając w "5 sekund" i gadając. Strasznie się cieszę, że udało nam się tak posiedzieć. I mam nadzieję, że 9 sierpnia znów się z nimi wszystkimi zobaczę na 30tce A. Tak mi okropnie tęskno za Nimi...
W pewnym momencie, akurat w Urzędzie Skarbowym, spojrzałam przez okno z 9 piętra ,przede mną widok na centrum miasta. W głowie myśl : "Pierdzielę! nie wracam!"
Przysięgam, że za każdym razem, kiedy mijam tabliczkę "Zielona Góra" czuję radosne podniecenie. Chyba nigdzie nie czuję się tak dobrze jak tam.

W sobotę jeszcze spotkaliśmy się z rodzinką J. Od rana jednak byliśmy w wirze przeprowadzki. Mało nie zeszłam, gdy okazało się, że mała plandeka, jaką zamówiłam do transportu, okazała się średnim busem. Nie zmieściły się już rowery i dywan. I tak byłam w szoku ile udało się tam upchać...gdy go zobaczyłam, byłam przekonana, że będzie dużo gorzej. Na szczęście sprytni panowie tak zagospodarowali każdy centymetr sześcienny, że naprawdę należała im się premia za to. Gdy otworzyliśmy drzwi w W-chu, kartony zaczęły się same wysypywać :P
Pominę szczegół, że w piątek gdy wyjeżdżałam było dość chłodno i lało.
W sobotę był upał. Ja w dżinsach.
A w mondeo zepsuła się klima.
Na miejscu nie było czasu na przebieranie, więc wnosząc sto trzydzieste pudło na pierwsze piętro, czułam się jak w saunie.
Swoją drogą, przerażające jest to, ile zgromadziłam rzeczy przez te 11 lat pobytu w ZG. Mam nadzieję, że rozpakowywanie się pozwoli mi zrobić ponowną selekcję i pozbyć się połowy tego.
Musimy też zrobić wyprzedaż zdublowanych sprzętów i mebli. Po kupnie nowego mieszkania będziemy szczęśliwymi posiadaczami 2 pralek, 2 lodówek, 5 kanap, 3 meblościanek...itd... Pozbyłam się już jednych mebli kuchennych. Sprzedaję to wszystko za grosze, ale każda kasa przyda się w obliczu remontu. Im wiecej jej będzie, tym bliższe marzeniom będzie nasze mieszkanko :)

Aktualnie jesteśmy w toku załatwiania kredytu...nasz bank zrobił nas trochę w konia i w zasadzie obudziliśmy się z ręką w nocniku. Ale działamy dalej, jestem pewna, że wszystko nam się uda.
Im częściej bywamy w nowym mieszkaniu, tym więcej mam pewności, że dobrze wybraliśmy. Raduje mnie fakt, że Sebek będzie miał swój pokój. Cała jestem podekscytowana naszą sypialnią... nawet ta mała kuchnia mnie cieszy i podoba mi się jak jest urządzona.
A już tak naj naj najbardziej jestem szczęśliwa, że wreszcie będziemy mieli nasze własne miejsce, w którym będziemy mogli żyć po swojemu.
Nasze porządki, nasz klimat, nasze sposoby na prowadzenie domu, gotowanie, spędzanie wolnego czasu.
Ahhhh już nie mogę się doczekać!


A na koniec jeszcze mała porcja zdjęć z naszych wyjazdów.












poniedziałek, 21 lipca 2014

Notka auto-psycho-terapeutyczna

Przez kilka miesięcy nudziłam tutaj wpisami jaka jestem szczęśliwa...
i teraz jednak stwierdzam, że nie było to takie najgorsze przynudzanie. Zwłaszcza, że aktualnie mam ochotę w kółko narzekać jaka jestem zmęczona...
Szczerze? Poniekąd tęsknię za życiem w Zielonej Górze.
Tak wiem - nie można mieć wszystkiego i wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
Ale dopiero tutaj zrozumiałam, jak to jest żyć w wiecznym stresie i napięciu.
Obiecałam już sobie dziesięć razy, że odpuszczę, że olewam. I nawet jeśli taka postawa nie doprowadzi do niczego dobrego, to po prostu zrobię to własnego zdrowia psychicznego.
Ale nie potrafię do końca. Poczucie obowiązku i odpowiedzialności są silniejsze.
Świadomość tego, że wydatki, kredyt, remont...
to wszystko każe mi zęby zaciskać i robić swoje.
Tylko, że nie działa to na niechęć do tej pracy...ani na ścisk w żołądku na samą myśl o niej.

Od 5 dni jestem chora. Z dnia na dzień rozłożyło mnie tak silne zapalenie górnych dróg oddechowych, że chyba naprawdę jeszcze tak ostrego nie miałam. Jestem na L4, ale nie odpoczywam. Spędzam 8 godzin przy komputerze, z telefonem przy uchu, słuchając znowu niezadowolonego szefa, zastanawiającego się: "może niektóre osoby nie nadają się na niektóre stanowiska..."
Nie wiem po co przedłużył mi umowę, ale zaczynam żałować, że to zrobił.

Wydaje mi się,że wszystkie moje ostatnie dolegliwości oraz osłabiona odporność, to wynik działania stresu. Fatalnie się z tym czuję.
Dużo myślę o tym co powinnam robić, do czego się nadaję, ile jestem w stanie znieść i dlaczego jednak tak mało.
Zdawało mi się, że cała moja prywatna sytuacja zahartowała mnie i uczyniła silnym człowiekiem...a jednak w życiu zawodowym radzę sobie dużo gorzej. Nie mam pomysłu jak to zmienić ani w jaki sposób nad sobą pracować.

Opadłam z sił. I przykro mi z tego powodu. A nawet głupio trochę, bo może zbyt łatwo się poddaję.
W takim stanie psychofizycznym, obawiam się, że o drugiej ciąży mogę sobie co najwyżej pomarzyć. A coraz częściej przewija się ten temat w naszych rozmowach z M. Tak jakbyśmy czuli się coraz bardziej na to gotowi.
Pozostaje mi wierzyć, że natura sama wyłapie ten moment idealny.

Nie chcę się poddawać,ani załamywać. Nie pozwolę również, aby praca i wszystko co z nią związane, zdeterminowały do końca moje życie.
W ciągu ostatnich paru dni, usłyszałam o różnych tragediach, które przydarzały się innym ludziom. Zawsze takie informacje skłaniają mnie do przemyślenia i zweryfikowania swojego nastawienia. Praca i dochody są bardzo ważne - nie da się ukryć. Ale i tak to, co najważniejsze wciąż mam. Mam zdrową , kochającą się Rodzinę - spełnienie moich wieloletnich marzeń.
Nic nigdy nie będzie od tego ważniejsze.
Uśmiech mojego Dziecka ma działanie uśmierzające ból. Potrafi też kasować pamięć dotyczącą wydarzeń w pracy.
Ramiona mojego Chłopaka, to azyl. I opoka - trwała, dzięki której sztormy wszelkie jestem w stanie przetrwać.

Nauczyłam się już, że czasem po prostu musi być ciężko i trzeba to przetrwać, aby potem z całych sił doceniać to, co dobrego dzieje się w naszym życiu.
Wierzę, że i tym razem tak właśnie będzie.

czwartek, 10 lipca 2014

Kiepskie mam dziś samopoczucie.
Dopadł mnie jakiś "śpikulec". Już wczoraj o 22 kleiły mi się oczy, dziś rano prawie zaspałam do pracy.
Od rana coś w żołądku mnie muli, kręci.
Albo nadchodzi jakieś choróbsko, albo stresy zeszłego tygodnia właśnie mają swoje ujście....albo to wyjątkowo złośliwa forma PMSu.

Ten tydzień jest zdecydowanie lepszy...do tego stopnia, że już nie mam ochoty rzucać pracy i iść wykładać towar w markecie :) Miałam nadzieję, że kryzys przeminie i chyba na razie tak się dzieje. Oby stan ten pozostał jak najdłużej.

W poniedziałek byliśmy w naszym przyszłym mieszkanku.
Wchodzę tam i czuję się świetnie. To dobry znak. Nie mam wątpliwości, że wybraliśmy najlepiej.
Popołudnia i wieczory spędzamy na dyskusjach o tym jakie wybrać panele, jakie drzwi, który kolor sprawdzi się w którym pokoju, czy uda nam się odnowić meble, które zostają w sypialni, aby były efektowne? Miłe to rozważania.
Czeka nas sporo pracy, bo jednak trochę uzbiera się do zmiany, trochę do odświeżenia, ale myślę, że do września powinniśmy już tam zamieszkać.
Czekam na ten moment z niecierpliwością, bo mimo, że świetnie dogadujemy się z rodzicami, to jednak mieszkanie w 5 + pies bywa uciążliwe.
Szczerze mówiąc- rzadko kiedy czuję się w domu tak na 100% swobodnie. Moja Mamuśka to niezwykle wymagająca kobieta, uwielbia jak wszystko jest pod jej rozkaz, bywa okropnie apodyktyczna i nieraz brakuje mi do tego cierpliwości. Poza tym ta wieczna kontrola...czuję się jakbym znowu miała 15 lat.
Nie mogę jednak narzekać, bo mamy też ogromną pomoc ze strony obojga rodziców. Na pewno, kiedy zamieszkamy sami, poczujemy jak wiele wróci nam obowiązków. Poza tym robią nam przysługę,że już tyle czasu nas "przechowują", więc nawet staram się nie narzekać i nie marudzić.
Ale wiadomo jak to jest - chciałoby się już mieć swoją przestrzeń, własne miejsce i porządek swój.
Ciekawe jak to będzie? Jak będzie wyglądało nasze mieszkanko po zmianach i jak będzie funkcjonować nasza Rodzinka?:)
To niesamowite jak wszystko szybko się dzieje, jak realizuje się plan, który przecież nie tak dawno, wymyśliliśmy, mając co do niego miliardy wątpliwości....
"Nie tak dawno..." Równo za tydzień minie pół roku od tamtej nocy, której nigdy nie zapomnę. Mój Świat zmienił się diametralnie w ciągu tych 6 miesięcy. Teraz to dopiero jestem szczęśliwa!
A tyle jeszcze przyjemnych momentów przed nami.

środa, 2 lipca 2014

wypalona

Mam zawodowego doła.
Nie chce mi się nawet o tym pisać...o niczym nie chce mi się pisać.
Nie sprostałam wyzwaniu, przeceniłam swoje siły...a one właśnie się kończą.
Nie mam pomysłu na siebie, na to co chciałabym i mogła robić. Nie wiem czy coś zmieniać, czy nie poddawać się z powodu kilku poniesionych tu porażek.
Stoję przed setką znaków zapytania.
Popłakuję sobie po kątach od dwóch dni, chowam swoje zdechłe przerośnięte ambicje.
Czuję się wypalona do cna.

A znaleźliśmy mieszkanie.
Nawet trzy.
I spośród nich wybraliśmy TO jedno.
Bardzo się cieszę, Chociaż wcale tego nie widać.
Bo z drugiej strony zakup mieszkania + kryzys zawodowy to nie jest dobre połączenie.

Mam wspaniałe wsparcie.
Niezmiennie trwa przy mnie to ramię, na którym nieraz już wesprzeć się mogłam.
Wiem, że niektórzy nie mają.
Mam cudownego synka, który czym większy, tym jeszcze cudowniejszy.
Wiem, że niektórzy nie mają.
Mam pracę. Chociaż już z niechęcią myślę o niej, kładąc się spać wieczorem.
Ale wiem, że niektórzy nie mają żadnej.


O wszystkim tym pamiętam i myślę. Doceniam w każdej sekundzie.
To nie jest tak, że chciałabym jeszcze więcej, jeszcze lepiej, jeszcze łatwiej.
Po prostu jakoś zaczęło brakować mi sił. I stało się to jakby poza mną.
Jest to okropnie nieprzyjemne uczucie, nie wiem jak je zwalczyć.
W tej jednej sferze mojego życia czuję się totalnie zagubiona.


piątek, 27 czerwca 2014

Wyjazdowe focie


Jako, że jestem w amoku poszukiwania, oglądania, analizowania i wybierania najpiękniejszego mieszkania, jakie jestem w stanie sobie wyobrazić, za kwotę nie przekraczającą 150tys złotych, wena moja twórcza kompletnie zaniknęła. 
W związku z tym, na pocieszenie pozostawiam tu wspomnienie z naszego romantycznego wyjazdu.
Ależ byliśmy tam zrelaksowani....oczywiście po tym, jak wypiliśmy wystarczająco dużo alkoholu, aby zapomnieć o mandacie i skonfiskowanym dowodzie rejestracyjnym od auta taty ;P 

Teraz przestało być tak spokojnie i już wiem, że ten poważny zakup, jaki nas czeka, okraszony będzie minimum kilkoma spięciami. 
Jednak mam nadzieję, że dojdziemy do kompromisu. 
Wszystko byłoby pięknie, gdybyśmy mogli trochę poszaleć z kasą, ale niestety trzeba liczyć każdą złotówkę, więc na razie nie będzie do końca jak  w marzeniach. Chociaż dla mnie najważniejsze, że to będzie Nasz Dom, w którym zapanuje nasz klimat, i ciepełko i w którym sobie wychowamy nasze dzieci...albo dziecko :)

A tak przy okazji szukania lokum, wyodrębnił się mały kłopot. I zastanawiam się jak inni sobie z tym radzą. 
Otóż mam problem, z określaniem Miśka w sytuacjach oficjalnych. 
"Mój chłopak" - to sobie mogło być 15 lat temu. 
"Mój narzeczony" - super, ale bez przekonania, no bo wcale nim nie jest i na pewno to słychać, kiedy to mówię.
"Mój mąż" - tak nie mówię nigdy...chcę się rozkoszować tymi słowami, kiedy już staną się faktem....w końcu czekam na to 30 lat :) 
"Mój konkubent" - pierwsze skojarzenie : zapuszczony nieogolony, brzydko pachnący żulik z butelką "Mamrota" w ręku
"Mój partner" - w miarę neutralnie, ale jakoś tak nie wiem...za poważnie znowu. I trochę homoseksualizmem pachnie...nie żebym miała cokolwiek przeciwko oczywiście, bez urazy, ale nijak to do nas nie pasuje.

Misiek, wszędzie o mnie mówi "małżonka" i w ogóle nie ma z tym problemu. Aczkolwiek, bywa, że np rozmawiamy gdzieś na temat sytuacji kredytowej i musi wyjść, że nie jestem żadną małżonką. W końcu czasem dla zabawy określamy się w agencjach nieruchomości jako "koledzy od kredytu" :) 

Ok, koniec gadania, poniżej słit focie kumpli od kredytu....prawda, że tacy słit jesteśmy, że powinni nam przyznać bez oprocentowania i odsetek? :) 















No! 
Pooglądali, to teraz śpiewamy razem: 
"Kiedyś znajdę dla na-as dom!  Z wielkim oknem na-aaa świa-aaat..."

poniedziałek, 23 czerwca 2014

23 czerwca

"Tato! tato! tato!"
Mała opalona rączka wsunęła się w silną męską dłoń.

W tę dłoń, którą tyle razy widziałam wyciągniętą w moją stroną.
Którą pełna przerażenia ściskałam, gdy kiedyś razem pomagaliśmy dziewczynie pobitej pod klubem przez chłopaka...
Dłoń, która nieraz prowadziła mnie w tańcu,
z której palcami splatały się moje palce, czasem dla zabawy, czasem w nadmiarze emocji.
Dłoń, w którą bezwiednie wbijałam paznokcie, podczas oglądania horrorów.
Która łzy wycierała mi z policzka i wlewała kolejną porcję wina do kieliszka.

Dłoń Przyjaciela.

Dłoń, którą ja chwyciłam i pociągnęłam, kiedy widziałam, że On grzęźnie...

Zmieniła się ta dłoń na przestrzeni lat.
Wciąż ofiaruje poczucie bezpieczeństwa, lecz teraz wyjątkowo mocno.
Wciąż ściska moją, lecz trochę inaczej.
Zanurza się w moich włosach, aż dreszcze czuję na końcach palców u stóp.

Pracują obie dłonie ciężko i wiem, że teraz pracują dla nas.
Smarują rano kanapki masłem. Obowiązkowo trzy. Dla siebie, dla mnie i dla syna.
Wiążą sznurówki w małych bucikach.
Zapinają małe guziczki.
Grożą palcem, kiedy potrzeba.
Składają zepsute zabawki.
Uczą jak chłopaki korzystają z toalety.
Rzucają i chwytają piłkę po sto razy dziennie...

Jedna trzyma małą opaloną rączkę.
Druga splata się z moją...

-"Tato! tato! tato!" - Sebastian spogląda, jak to dziecko - z dołu w górę, w Jego oczy. Obdarowuje go najsłodszym uśmiechem małego aniołka.
M. kieruje w dół, w błyszczące oczęta niebieskie, spojrzenie pełne ciepła:
-"Słucham, Synku?"


Dzisiaj pierwszy TAKI Dzień Ojca.
Mój Syn ma wspaniałego Tatę.
Długo szukałam, nim mnie olśniło, kto najlepiej odnajdzie się w tej roli.
Ale wiem, że się nie pomyliłam.
Ojciec mojego Syna, jedyny jakiego ma i zna, jest jednocześnie największą Miłością mojego życia.
Jest prawie idealny, odważny, odpowiedzialny, troskliwy, ciepły, konsekwentny, opanowany.
Jest pełny miłości, której nie wstydzi się okazywać, o której nie boi się mówić.
Jest najlepszy!

To Jego pierwszy Dzień Ojca, zrobimy wszystko, aby był wyjątkowy :)

piątek, 20 czerwca 2014

Marzenia się spełniają.

Wiedziałam, że nic tak dobrze nie robi marzeniom czekającym na spełnienie, jak ich wizualizacja.
Nikt mi nie wmówi, że to mrzonki...
Trzeba wierzyć, że to, czego pragniemy się uda.
Trzeba to oglądać po stokroć w swojej głowie , przyciągać do siebie jak najmocniej potrafimy...aż stanie się wreszcie rzeczywistością.

Podpisałam właśnie przedwstępną umowę sprzedaży mieszkania. Za całkiem nienajgorszą cenę.

Już powoli możemy rozglądać się za naszym wspólnym wymarzonym gniazdkiem.

Tak się cieszę.

W pracy też dobrą informację dzisiaj otrzymałam : szykują mi kolejną umowę. Na 5 lat.
Ostatnio bardzo mocno się stresowałam, czy zdecydują się mnie zatrzymać w firmie. Miałam wrażenie, że wciąż nie spełniam oczekiwań szefa. Ale chyba jednak nie jest aż tak źle. Chociaż ogromna presja i stres wciąż są moją codziennością.  W nocy koszmary...
Nie wiem dlaczego, ale chyba nie potrafię wyluzować.
Ambicje mnie przerastają.
A jeszcze mocniej poczucie odpowiedzialności.
Że przecież muszę zarabiać dla Synka, aby nie brakowało mu tego, co potrzebuje... i na realizację wszystkiego, co planujemy dla naszej Rodzinki.

Odetchnę z ulgą, kiedy podpiszę umowę o pracę.
Wciąż staram się najmocniej jak mogę i mam zamiar robić tak dalej. Ale już bez tego spięcia, czy przypadkiem wkrótce nie zostanę na lodzie.


Ahh...z tego wszystkiego zapomniałam napisać, że Synuś nasz wrócił z nad morza. Pięknie opalony, roześmiany, wybawiony.
Tak szybko biegł do mnie, po wyjściu z samochodu...ramionka rozpostarte.... wpadł prosto w wytęskniony maminy uścisk.
Czasem warto się pożegnać, aby w ten sposób móc się przywitać :)

Nasza mała przylepka :)

Staje koło Miśka, wyciąga ręce aby ten go podniósł. Gdy już tak się stanie, obejmuje go za szyję, tuli , a potem wyciąga rączkę w moją stronę: "mama teś!". Wówczas ja muszę podejść do moich chłopaków i ich obu objąć.
I tak sobie stoimy przytuleni.

Każdy szczęśliwy.

Mamy wszystko.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Zakochana ja

Cudowny weekend we dwoje za nami.
Wróciliśmy chyba jeszcze bardziej zakochani w sobie, niż wyjechaliśmy...chociaż wydaje się to właściwie niemożliwe.

Nie obyło się bez przygód... 13 piątek dał nam popalić od rana. Najpierw w pracy posypało mi się wszystko, co mogło, wyjechaliśmy później niż planowaliśmy, M. się spieszył, zaliczyliśmy mandat 300zł,  skonfiskowano nam dowód rejestracyjny auta taty, bo okazało się przy okazji, że przegląd był nieważny...na miejscu wypiliśmy na te wszystkie stresy po dwa drinki z martini z wódką i... Marcia padła jak zabita o 20 :D
Na szczęście wystarczyła mi godzinna drzemka na regenerację, wieczorny spacer i już byłam jak nowa.

Dalej było już idealnie.
Taki tylko nasz czas.
Rozmowy do świtu.
Dużo bliskości, czułości, szczerości. Powyjaśnialiśmy różne sprawy, które gdzieśtam wisiały nad nami. Posnuliśmy trochę planów.
Relaksowaliśmy się na basenie, w saunach i jacuzzi.
Byliśmy we dwoje na masażu...po którym jeszcze bolą mnie plecy.
Zjedliśmy pysznego pstrąga pieczonego na kamieniu.
Strzeliliśmy sobie kilka selfie na Stoku Izerskim.
Zaspaliśmy na śniadanie w sobotę, ale za to wyspaliśmy się jak rzadko.

Trochę poczuliśmy się jak za dawnych czasów.

Taki luz, kiedy liczy się tylko tu i teraz.

Wróciliśmy chyba szczęśliwsi.
Ja spokojniejsza.
I pewniejsza.

Mam najlepszego Przyszłego Męża, jakiego mogłabym sobie wymarzyć :D

Spokojnie ;) - oświadczyn nie było...to znaczy...tak trochę były.
Takie nieoficjalne.
Nasze takie Pre-zaręczny.

Obietnice.

Tak się umówiliśmy, że M. Mężem mym będzie. A ja Jego Żoną.
Bo jakoś sobie nie wyobrażamy oboje nikogo innego w tych rolach.
A pierścionek i cała ta reszta będą też , trochę później.

Mi wystarczy to, co widzę i czuję... i słowa, które padły w ciągu tych 2 nocy.

Nie myślałam, że jeszcze się w życiu tak zakocham :)







czwartek, 12 czerwca 2014

Koszmar.

We wtorek wieczorem kładliśmy się do łóżka mocno "zmęczeni".
Grał telewizor, zapomnieliśmy nastawić sleeptimer. Oboje zapadliśmy w kamienny sen na całą noc.
Przebudziłam się o 6 rano.
W TV nadawano wiadomości.
W półśnie docierała do mnie tragiczna historia.
Śmierć dziecka w rozgrzanym samochodzie.
3 letnia dziewczyna.
Prawie taka jak Sebastian...
Informacje docierały do zaspanego mózgu, nagle z przerażeniem otworzyłam oczy.
"Boże! jaki koszmar mi się snił!"
Patrzę w telewizor: "ojciec w zakładzie leczenia psychiatrycznego...brak kontaktu..."
To nie sen.

Nie przypominam sobie aby kiedykolwiek jakiś news tak mocno mną wstrząsnął.

Nie mogłam o tym zapomnieć przez cały dzień.
Dzisiaj nadal krąży mi to po głowie.

Nieposkromiona wyobraźnia podsuwa obrazy.
Przez co przeszło to dziecko w ciągu tych godzin.
Czy płakała?
Czy próbowała wyjść z samochodu?
Czy wzywała swojego tatę?

I kolejne obrazy...
ojca, który po pracy podchodzi do swojego samochodu i z przerażeniem odkrywa co się stało.

Staram się nad tym panować, nie myśleć, już nie wizualizować sobie więcej, bo to aż boli.
Współczuję całym sercem.
Nie wyobrażam sobie jak dalej żyć z takim piętnem...czy jest możliwe w jakikolwiek sposób się z tym pogodzić?

http://tatapad.pl/wydarzenia/tata-rybnika-matka-madzi-sosnowca-list-otwarty-tatapad-pl/

Cała reszta, którą chciałabym napisać, została już ujęta w tym tekście.

Mam w głowie milion pytań...egzystencjalnych. O sens. O los. O porządek tego Świata.
I smutek wielki, wspierany poczuciem totalnego niezrozumienia.

wtorek, 10 czerwca 2014

"mosie"

Synek odjechał na cały tydzień z Dziadkami nad "mosieeeeee!!!"
Auto po dach wypełnione łopatkami w 3 wielkościach.
Kolekcją resoraków.
Kolekcją urządzeń budowlanych typu spychacze i koparki, na czele z wielką koparką, na której można jeździć.
Kolekcją książeczek (na niepogodę).
Kolekcjami odzieży typu letniego oraz typu deszczowego....

Dziadkowie musieli się zmieścić w małych walizkach ;P

Wyruszali przed świtem.
Zamknęliśmy za nimi drzwi.
Pusto nagle się zrobiło...  mina mi zrzedła nieco.

M: "Będziesz tęsknić za synkiem, co?"
Ja (już z trzęsącą się brodą): "Taaaak...."
M: "Przestań! Chodź szybko, zrobimy drugiego!"

No i nie mogłam nie wybuchnąć śmiechem :)

O 4:20 rano telefon. Misiek musiał wstać i zawieźć rodzicom swoje auto, bo okazało się, że ich ma awarię hamulców.
Tym sposobem, nie jesteśmy dzisiaj specjalnie wyspani, aczkolwiek naładowani dobrą energią, bo przed nami tydzień we dwoje.
Pogoda dopisuje, będziemy popołudniami grillować, leniuchować, opalać się, a w weekend relaksować w spa, zwiedzać i cieszyć się sobą ile wlezie.
No i tęsknić za Becim naszym też będziemy na pewno.
Ale cieszymy się, że będzie oddychał jodem i przebudowywał swoimi koparkami całą plażę w Pogorzelicy :)

niedziela, 8 czerwca 2014

Samotny sobotni wieczór.

Tak wiem,
była umowa.
Miało być bez spinki, na luzie.
Na próbę.
Żeby nie było czuć presji, miał być powrót do rodziców...z Nim wyjścia na randki
Mieliśmy mieć czas wszystko sprawdzić, przekonać się, upewnić...

Ale wyszło inaczej.
Trzeci miesiąc mieszkamy razem.
Piorę, gotuję, sprzątam.
On zajmuje się dzieckiem.
Zasypiamy i budzimy się razem.
Robimy wspólnie zakupy, chodzimy na spacery z psem, odwiedzamy jego rodziców, moich dziadków...

Wiem, że miało być inaczej.
Ale kocham Go.
Jego obecność.
Tęsknię za nim, kiedy ma tydzień popołudniówek, z których wraca o 23:30.

Dlatego czuję się tak bardzo rozczarowana, kiedy po takim tygodniu wyjeżdża z kolegami na weekend.

Ciężko pracuję, mam stresujące zajęcie, pod presją faktu, że wciąż jestem na umowie próbnej.
Niecierpliwie czekam na sobotę.
A On znika.

Tak, wiem, że to zdrowo, że należy dawać sobie luz, że każdy powinien mieć swoje życie.
Ale moje życie tu, to praca, dom i zajęcia taneczne dwa razy w tygodniu.
A ta nowa forma naszej relacji jest tak świeża...wciąż jeszcze nie mogę się nią nacieszyć.

Moje przyjaciółki wszystkie daleko.
Tęsknię za babskim spotkaniem...z winem, plotkami, cienkimi papieroskami. Babskie śmiechy i wzruszenia. Kobiecą szczerość i spojrzenie na świat.

Dziewczyny daleko, M. z kolegami.
Leżę w pustym łóżku.
Sobota wieczór, Sebcio z dziadkami.

Poprawiłam sobie nastrój wizytą w teatrze. Byłam na fantastycznym spektaklu w rytmie samby. Rozbawiłam się, uśmiałam,zachwyciłam muzyką, choreografią, aktorami, tancerzami, rekwizytami. Wszystkie te elementy stworzyły na scenie i wokół niej klimat latynoskiej fiesty. Istny ogień. Coś, co uwielbiam!

A mimo tego, smutek trochę mnie dopadł.
Może to głupie.
Może za kilka lat, sama będę Go wyganiać na takie męskie wyjazdy.
Ale teraz, za każdym razem, gdy mnie tak zostawia, jest mi najzwyczajniej przykro.
I pusto...
nie lubię łóżka bez Niego.





wtorek, 3 czerwca 2014

Nasze miejsce w Świecie.

Wizualizuję sobie Nasz Dom.
Muszę to zrobić od początku do końca.
Choć tak naprawdę wcale nie mam w głowie jego obrazu.
Przecież Nasz Dom to My.
Ja, Misiek i Sebastian.

Próbuję jednak...muszę go wreszcie zobaczyć, bo wizualizacja ma moc przyciągania. Im więcej będę go oglądała w wyobraźni, tym większa szansa, że wreszcie się urzeczywistni.

Zacznę od tego , co najbardziej prozaiczne, aczkolwiek najważniejsze - moje konto zostaje zasilone odpowiednią kwotą, pochodzącą ze sprzedaży zielonogórskiego mieszkania.

Teraz siedzimy sobie z M. przy komputerze i wybieramy.
Podobają nam się mieszkania w kamienicach. Zwykle mają spore kuchnie, są wysokie i przestronne.
Są tu kamienice z takimi wieżyczkami, dzięki czemu, część ściany jednego z pokoi jest półokrągła i wstawione są w niej  2-3 okna - cudowne! Jestem przekonana, że można je zaaranażować w coś niezwykle przyjemnego.
http://dolnoslaskiemiasta.blogspot.com/2014/02/odnowiony-budynek-przy-ul-sienkiewicza.html

Może więc być takie. Choć na pewno nie znajdziemy go w tej dzielnicy,w której jest przedszkole.
Co więc wybrać?
Wygodę, czy urodę?

Wciąż nie możemy się zdecydować. Z jednej strony oboje jesteśmy przyzwyczajeni do życia w blokowisku, z drugiej czasem aż przeraża nas ten natłok ludzi w jednym miejscu. Wcześniej jakoś nie zwracałam na to uwagi, lecz teraz po powrocie z ZG, jakoś mocniej rzuca mi się w oczy ten dziwny klimat "Szuflandii". Budynki niczym zbudowane z wielkich klocków lego, a w środku masa maleńkich, jak mrówki, ludzików.

http://www.podzamcze.walbrzych.pl/sites/default/files/styles/medium/public/field/image/Wa%C5%82brzych-Podzamcze_1024-Autor_Ngapleaz_pl.wikipedia.jpg?itok=Xdl66DXO

A jednak, wszystko tutaj jest na miejscu. Przedszkole, szkoły, przychodnia, sklepy, dziadkowie...
Tylko te kuchnie i łazienki, to zwykle takie klitki.
Projektanci lat '80 musieli być ludźmi z małą wyobraźnią.
A może nie mieli wyjścia po prostu?

Trudno...niech już będzie ta "wygoda" względna.
Aby dziecko miało do wyboru kilka placów zabaw, rzut beretem do przedszkola i do dziadków.
Całe szczęście, że mamy działkę.

Na urodę może później przyjdzie czas.

Wybierzmy więc takie, w nowszym bloku, gdzie ktoś projektujący, już zrozumiał, że w kuchni dzieje się życie i dobrze, jeśli po wstawieniu mebli i sprzętów,mieści się w niej więcej niż jedna osoba.
Cudowne byłyby 4 pokoje, realne jednak są 3.
Niech będą więc 3. Na razie nas też jest przecież tylko troje.

Nie wiem jak ma wyglądać w środku. Wystrój wnętrz, to nie mój konik.
Oglądam cudze mieszkania, katalogi, gazety i wiem co mi się podoba - sporo tego. Sama zrobiłabym pewnie jeden wielki misz-masz. Oby na konto wpłynęła taka kwota, która pozwoli na zatrudnienie pomocy w tej materii.
Podstawa - ma być ciepło i przytulnie.
Nie eklektycznie, nie modernistycznie.
Całkiem jasne wnętrza raczej też odpadają - brak mi cierpliwości ;p

Po przekroczeniu progu, jeszcze w przedpokoju trzeba będzie zapoznać się z krótkim regulaminem.

http://www.blackrooster.pl/plakaty/64-in-this-house-we-do-real-.html


Kuchnia niech będzie taka, żeby w niedzielę o poranku słońce zaglądało przez okno , a promienie padały na niewielki stół, przy którym jemy we troje jajecznicę na śniadanie.

http://atokuchnia.files.wordpress.com/2011/03/sloneczna_kuchnia.jpg


W łazience wanna z prysznicem 2w1. Seba uwielbia się pluskać!
My w tygodniu szybki natrysk. W weekendy czasem lubimy zapalić kilka świeczek, zabrać kieliszki z winem i wskoczyć we dwójkę do wanny pełnej aromatycznej piany. Takie pół godzinki przyjemności i spokojnej rozmowy.

http://zamieszkuje.pl/wp-content/uploads/zdjecie3075-Lazienka-dobrze-zaplanowana-lazienka-styl-nowoczesny-aranzacje-popielata-lazienka-nowoczesna-lazienka-wanna-z-prysznice-aranzacja-lazienki-ciemna-la-.jpg

http://www.lazienkowy.pl/obrazki/f6d0c30e9abf87387e9f8e7f1dc590bb.jpg


"Salon"...pełen miejsca dla gości. Z najwygodniejszą kanapą i fotelami. Musi być trochę wielofunkcyjny. Z oświetleniem różnego rodzaju, aby łatwiej było stworzyć odpowiedni klimat. I do zabawy i do pracy i do odpoczynku.

http://www.szpilkuj.pl/site_media/media/cache/df/0e/df0e354b03ca1fa2d2e2eb515ecde49f.jpg


Pokój dziecięcy.
Mam na niego milion pomysłów. Co i rusz zakochuję się w meblach i akcesoriach do pokoju dziecięcego. Chciałabym, aby zmieściło się tam wszystko, co Sebastian lubi najbardziej i z czym najlepiej się czuje. To powinien być jego raj do zabawy, rozwijania się , a także wyciszenia po dniach pełnych wrażeń.

http://insp.hplx.pl/aranzacje/wnetrza/dziecinny_nowoczesny_bialy_zielony_5640824.jpg

http://cdn12.muratordom.smcloud.net/t/photos/d7/8a/38/d78a38dc084191ea.jpg


I sypialnia. Wymarzona nasza sypialnia. Musi zawisnąć w niej plakat, który zamówiłam dla M. na Walentynki.

http://kokobyhoko.blogspot.com/

Łoże wygodne...nie musi być ogromne, chociaż wiem, że pewnie kiedyś przestaniemy sypiać wklejeni w siebie. To tam będzie miejsce na nasze prywatne, osobiste symbole: pamiątki z podróży, zdjęcia, drobiazgi... Sypialnia to taki azyl....


http://i.wp.pl/a/f/jpeg/32953/zaglowek-lozka-freshome.com-5.jpeg

Na punkcie tej na pewno oszalałby Misiek.

Jednak ta poniższa jest bardziej realna :)


http://i.ytimg.com/vi/2yX7XYBVYj4/mqdefault.jpg


Sebastian wskakujący do łóżka pomiędzy nas, w poranki ,kiedy nie trzeba zrywać się do pracy.
Ulubione perfumy na toaletce - od dzieciństwa marzy mi się toaletka :)
http://www.stylainterier.cz/uploaded/gallery/products/big/antik_divci_toaletka_detsky_pokoj_fotoinspirace-2586.jpg

http://fashionable.com.pl/wp-content/uploads/2013/04/modny-dom.pl-1.jpg

Romantyczne zasłonki w oknie.
Atmosfera bliskości...bliskości w każdym wymiarze.


Nasz Dom. Teraz widzę go wyraźniej.
Zaklinam aby stał się namacalny.
Takie jest to wymarzone miejsce dla nas.
Przestrzeń, w której będziemy pielęgnować miłość, relacje i  nasze rytuały.
Twierdza, gdzie we trójkę będziemy czuć się bezpiecznie i szczęśliwie.
Zawsze.

poniedziałek, 26 maja 2014

Ja - Mama.

Ja - Mama.
Mama z zaskoczenia.
Nieplanowana zupełnie mama.
Mama zanosząca się płaczem, trzymająca w ręku test z dwiema kreskami.
Mama nieprzygotowana.
Na samotność, na pożegnanie z dotychczasowym życiem, na pojawienie się małego człowieka.
Mama przerażona odpowiedzialnością, która na nią spadnie, świadoma poniekąd z czym wiąże się nowa rola, w której tak nagle została obsadzona.
Debiut w monodramie.

Mama...niby całkiem sama, chociaż otoczona troskliwym wsparciem wielu bliskich osób.

Mama pogodzona z losem, w momencie kiedy w głośnikach aparatu od USG zabrzmiało bicie serca jej dziecka.
Mama oczekująca... jak każda przyszła Mama. Pełna obaw, a jednocześnie przepełniona rosnącą wciąż miłością.

Mama witająca nowe życie. Życie, które wydała na Świat siłą tej Miłości.

Zakochana na śmierć Mama. Wciąż kochająca coraz mocniej, choć zdawać by się mogło, że mocniej się już nie da.

Mama - kobieta. Silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
I życie Matki - Życie, które ma sens.

Ja - Mama ... czasem niecierpliwa, nieraz nieszczęśliwa, często bezsilna, bezradna, rozzłoszczona, niewyspana, przemęczona, rozżalona.
Zwykle dumna, pełna podziwu, uszczęśliwiona, że może brać udział w rozwoju bystrego małego istnienia. Wpatrzona w roześmianą buzię dziecka swego. Zachwycona jego pięknem, niewinnością, urokiem, dziecięcą prostą i szczerą naturą.

Ja - Mama... doświadczona, świadoma siebie, swoich potrzeb, potrzeb syna swego.
Mama spełniona.

Mama walcząca o Marzenia.
Spełnione Marzenia.

Ja - Mama - dzisiaj gotowa podjąć wyzwanie raz jeszcze. Pełna ciekawości, jak bardzo inaczej mogłoby być tym razem? Jak przeżywa się cały ten cud, kiedy nie jest się samą? Jak kocha się dwoje dzieci?

Nie wierzyłam, że kiedykolwiek to napiszę.
Rok temu, coś takiego nawet nie przyszłoby mi do głowy.
Ale w tym roku, na Dzień Matki, życzę sobie....zostać Mamą jeszcze raz.
I przekonać się, jak to jest być Mamą w tandemie z Tatą. Doświadczyć wszystkiego tego, co do tej pory mnie ominęło.
Dziecku swemu podarować Rodzeństwo, z pełną świadomością tego, jak bardzo sama kocham własną Siostrę i jak bardzo posiadanie rodzeństwa wzbogaca Życie.

Może jeszcze nie teraz, może za moment.
A może niech Los zdecyduje, kiedy i czy w ogóle.

A nawet jeśli nie.

To i tak jest wspaniale.
Czasem to, co na początku wydaje się straszne, okazuje się piękne.

Ja - Mama - od ponad 3 lat jestem innym człowiekiem.

Bogatszym o to wyjątkowe piękno, o niepowtarzalne przeżycia i emocje.
Oraz o najważniejsze - o bezcenną Miłość.

środa, 21 maja 2014

Z rozmyślań nad garami

Kiedyś miałam duuużo czasu na przemyślenia.
Potrafiłam analizować swoje życie i świat wzdłuż i w szerz.
Wyobrażałam sobie swoją przyszłość, marzyłam o wielkiej miłości...
Uwielbiałam oglądać oczami wyobraźni swoją didżejską karierę. Słuchałam ulubionych trance'ów i widziałam już te imprezy na Ibizie. Wypełnione po brzegi parkiety w Pacha, Privillage, Amnesii....

Ahhh..życie wewnętrzne miałam naprawdę bogate.

Piszę o tym w przeszłym czasie, bo dziś, wygląda to o wiele bardziej przyziemnie.
Czas na myślenie zawsze się znajdzie. Dojeżdżam do pracy 25km, jestem sama w samochodzie - mogę dumać do woli.
Ale co rozważa dzisiaj Marta, jadąc samochodem?
"Hmmmm...co zrobić na jutrzejszy obiad? Pomysłów już mi brakuje! A co w ogóle jest w lodówce...?"
Oczy mej wyobraźni już nie kierują się na case'a z vinylami...oj nie. Teraz wędrują w stronę szuflad zamrażalnika, szperając w pamięci w poszukiwaniu ich zawartości.
Kiedy w końcu po 35minutach drogi udaje mi się ustalić obiadowy plan, a po powrocie do domu dokonać zakupów i stanąć nad kuchennym blatem, pojawia się kolejny wolny czas. Idealny na rozmyślania.
Dziecko zwykle już śpi, w gary nikt mi nie zagląda, bo przecież jeszcze, nie daj Boże, przymuszę do pomocy.
Stoję więc sama, skąpana w aromatach i myślę sobie ...
...że auta trzeba od rana poładować. Że Dawida przetrzymali na załadunku, że Przemkowi na rozładunku złamali deskę. Że program do analizy plików tacho miałam wybrać, oraz że wzorce do wydruku faktur znowu są nie tak ustawione....
Za chwilę....: "ej! ej! ej! Nie jesteś w pracy! Zmieniamy tory!"

I wtedy włącza się Marta - marzycielka....
Wybiera miejsca na romantyczny czerwcowy weekend.
Mamy taki z Miśkiem zaplanowany!
Rodzice zabierają Sebka na tydzień nad morze, a my w wolny weekend chcemy wyskoczyć gdzieś , w jakieś spokojne miejsce, ulokować się w przyjemnym hotelu, gdzie będą nam gotować, masować nam stopy, gdzie będziemy grzać się w saunie, moczyć w jacuzzi i korzystać z wielkiego małżeńskiego łoża, o którym marzę codziennie, gdy z rana boli mnie kręgosłup.
Wędruję więc w fantazjach do Kudowy, Polanicy, Świeradowa....a może gdzieś nad jezioro?....już już czuję te wygody....
I nagle na ziemię sprowadza mnie dzwonek telefonu.
21:30... ciężarówka w Czechach, nie chcą zdjąć jednej palety, każą odwieźć do Wolfsburga, bo to nie towar dla Skody
W ten sposób mija godzina. Rozmawiam z 5 osobami w 3 językach, przypalam drewnianą łyżkę do stosowania na patelni teflonowej, urlopowe wizje odpływają daleko....

Ale nie poddaję się.
Jest jeszcze jeden - ostatni samotny moment w ciągu dnia, dobry na rozważania.
Wieczorna kąpiel.
No dobra...prysznic, nie kąpiel...

...no ok! ok!
prysznicowy express - niech już będzie.

Odkręcam kran, włączam deszczownicę - uwielbiam ją, działa odprężająco. Już przybliża się na powrót wizja tego, co w ten weekend będziemy robić, już spacerujemy za rączki po deptaku, już się tulę do ukochanego mego podczas romantycznej kolacji przy świecach...
Wchodzę do wanny, obracam się, aby zasunąć drzwi kabiny...
i tu mój wzrok pada na pralkę
-"K****, jeszcze pranie trzeba rozwiesić!"

:-o

Konstruuję posta drugi dzień...
chyba ucieknę na koniec świata w poszukiwaniu godzinki ciszy i skupienia....

piątek, 9 maja 2014

Amor gignit amorem

Koniec procesu. 
Zamykamy na dobre etap związany z biologicznym ojcem mojego dziecka. 
Będzie widniał w Akcie Urodzenia, będzie zobowiązany do comiesięcznego płacenia alimentów, do zwrócenia kosztów ciąży oraz wyprawki, a także procesu. Został również pozbawiony wszelkiej władzy rodzicielskiej, na co przystał bez oporów. 
Sebastian nadal będzie nosił moje nazwisko. 

Wielki głaz spadł z mojego serca. 
Teraz wszystko będzie na papierze i nie będę musiała się martwić co się stanie, jeśli on kiedyś postanowi zapaść się pod ziemię. 

Generalnie poszło to wszystko dość sprawnie. O ile pierwsza rozprawa była dla mnie mocno stresująca, o tyle wczorajszą przeszłam dużo łatwiej. Wielka i nieoceniona w tym zasługa moich Przyjaciółek, Pani Mecenas i oczywiście nieustannie wspierającego mnie Miśka.
Odnośnie pomocy prawnika, to przyznam, że warto było zapłacić niemałą kwotę za jej pracę. Nie życzę nikomu, potrzeby korzystania z takiej pomocy, ale jeśli już się tak zdarzy, to naprawdę nie warto żałować. 

Dzisiaj nawet nie mam na cały ten temat żadnych więcej głębszych refleksji. Wszystkie swoje łzy i żale zdążyłam wylać przez ten czas, od pamiętnego dnia 26 stycznia 2011 roku. 
Żadne pieniądze nie zrekompensują ani złamanego serca, ani poczucia zagubienia, żalu, rozpaczy, porzucenia. Żadna kwota nie jest wystarczająco wysoka, by pomogła kiedyś zrozumieć mojemu dziecku, dlaczego ojciec nie chciał go znać. 
Żaden wyrok nie jest sprawiedliwy dla Marty, która w pewnym momencie ciąży zrozumiała, że zostaje sama. I że dziecko, które rozwija się pod jej sercem nic nie znaczy dla człowieka, który je stworzył. 

Dla Marty, która dzisiaj patrzy na ramiona swojego syna, mocno obejmujące miśkową szyję, ten wyrok, to inny wymiar sprawiedliwości. To wyciągnięcie chociaż minimalnej konsekwencji dla oszusta, który okazał się być z lodu, kompletnie bez serca, bez sumienia...z jakimś jedynie minimalnym poczuciem przyzwoitości. 

Trzy lata, trzy miesiące i 12 dni walki. Głównie ze sobą. Walki o to, by doprowadzić tę sprawę do jakiejś formy, w której będzie ona znośna do przyjęcia. Dzisiaj mogę z czystym sercem powiedzieć, że jest w porządku. 
Jest posprzątane i poukładane. 
A Sebastian ma kogoś, kto godnie zastąpił mu Tatę. 
Przyjaciela, któremu ufam, którego kocham, który -wierzę- nie pozwoli aby stała nam się krzywda. 

Każdego dnia patrzę na Niego, Jego zaangażowanie, poświęcenie, pracę jaką wkłada w odnalezienie się w tej zupełnie nowej sytuacji, widziałam jak zaczynała w Nim rodzić się Miłość do małego człowieczka, którego dzisiaj nazywa "naszym synem". Wiem, że ta Miłość stworzyła się z uczucia do mnie.
"Amor gignit amorem" 
Jedna z nielicznych łacińskich sentencji, którą zapamiętałam sobie na zawsze i zawsze w nią wierzyłam.

Jest to niesamowicie piękne i wzruszające. 
Czuję jak we mnie rośnie uczucie, nad którym już nie potrafię i nie chcę panować. 

Walka skończona. 
Było ciężko. Bardzo ciężko. 
Ale warto. 




środa, 7 maja 2014

Post w zmęczeniu napisany.

Znowu wpadłam w wir totalnego niedoczasu.
Obojętnie, czy mam 4 dni teoretycznie wolnego, czy jeżdżę codziennie do biura, zawsze mam za mało czasu.
Czy to obecność innych osób w domu, sprawiła że poluzowałam sobie cugle i zdezorganizowałam się....czy też może dziwnym trafem przybyło mi obowiązków?
Jestem permanentnie zmęczona.
Sypiam jak kamień. Niewiele jest mnie w stanie zbudzić... Misiek czasem próbuje - bezskutecznie.
W pracy nerwy.
W domu nerwy.
Wszędzie dużo do zrobienia.

Syn chyba na cały ten przewrót zareagował nie najlepiej.
Takie wnioski teraz wyciągamy.
Walczymy z jego agresją...trochę na ślepo, bo żadne z nas nie wie dokładnie co robić.
Tak bardzo Go kocham, ale tak strasznie brakuje mi cierpliwości.
W całym tym zmęczeniu, w tym kieracie, w stresach, brakuje mi siły na bycie jego Mamą.
Brakuje mi czasu i siły na to, co najważniejsze.
I nie będzie już kiedy tego nadrobić.
Staramy się oboje z M., dawać Mu jak najwięcej z siebie.
Podświadomie jednak, oczekujemy pewnych reakcji, a dostajemy wręcz odwrotne i często, pod wpływem takiej chwili zwyczajnie się zniechęcamy.
Ja rzucam słowa, których żałuję później.
Nie rozumiem, dlaczego tak pomyślałam i wyraziłam to głośno.
Takie bzdury.
Takie głupoty.
A jednak w momencie wzburzenia, wpadają takie do głowy.
Że to jest właśnie dowód, że wcale nie dorosłam do tego. Że nie tak powinno być, że sobie nie radzę, nie nadaję się, nie znam....

Ciężko bywa.
Niby pięknie, tak jak marzyłam, ale wcale nie łatwiej niż wcześniej.
Tak bardzo bym chciała, żeby On był szczęśliwy.
A nie wiem, czy jest.
Nie powie mi tego jeszcze, nie wiem, czy te wszystkie zachowania, to znak, że nie jest, czy po prostu "taki wiek"?

Trudny wiek.
Ciągle jest trudny wiek. Od 2,5 roku.

Wieczorem z ulgą zamykam za sobą drzwi, kiedy On po walce wreszcie zaśnie. Jestem zła, że znów wymaga aby go usypiać.
Wykonuję listę domowych obowiązków, wracam do pokoju, patrzę na śpiącą buzię.
I czuję jak wpijają mi się w ramię zębiska ostre...
wyrzutów sumienia.

Tak bardzo się staramy, aby czuł, ze Go kochamy, troszczymy się i chcemy jak najlepiej....
Ale może tylko tak nam się wydaje...? Może to tak naprawdę minimum, a nie starania?


Dlatego nic nie piszę tutaj.
Ciężko jest pisać o porażkach.
A czuję, że chyba właśnie ponoszę wychowawczą porażkę.

Z drugiej strony nie brakuje też dobrych momentów. Jeździmy na wycieczki, chodzimy na spacery, bawimy się w domu.
Może to ja, w całym tym zmęczeniu, bardziej słyszę płacz niż śmiech Sebastiana?
Chyba znowu trochę się pogubiłam.
W Szczęściu się zgubiłam i we własnych spełnionych marzeniach.
Wyszłam z roli nieszczęśliwej samodzielnej mamy i w nowym wcieleniu jeszcze się odnaleźć nie potrafię.
Wciąż czuję, że coś tracę, że umykają pewne rzeczy w tym pędzie całym.
I chociaż czasami uda nam się zatrzymać, zapomnieć o obowiązkach i skupić na byciu Rodziną, to ciągle czuję niedosyt.



środa, 23 kwietnia 2014

Droga

7:30 rano.
Rozpędzam samochód na szerokiej drodze.
Wokół pola. Żółto-zielone - kwitnie rzepak.
Prawie nie zauważyłam, że wiosna już tak na dobre się rozkręciła.
Szyba samochodu jeszcze pokryta kroplami nocnego deszczu.
Zza ciemnych chmur wychodzi słońce, promienie padają prosto na tę szybę i na moją twarz.

Podkręcam głośność w radiu

Idealny moment do jazdy.
Przyjemny początek dnia.
Z takim poczuciem rozpędzania , dążenia do czegoś...
Z uśmiechem.

Za nami Święta.
Takie nowe, inne Święta.

Brakowało Mamy i Siostry.
Powróciło wspomnienie o Babci.
Minęły 3 lata od tamtej Wielkiej Niedzieli.
Tamte Święta były zupełnie inne niż wszystkie.
Dopiero zaczynałam akceptować rozwijające się we mnie Nowe Życie.
I wtedy Los zabrał z Rodziny Życie Doświadczone.
Stare Życie, które przeszło wiele, przebyło 7-letnią drogę przez Syberię.
Budowało po wojnie swój świat na nowo,
aby po kolejnych kilku latach ponownie się rozpadł.
Moja Babcia była samotną matką.
Młodą wdową.

Wierzę mocno i czuję, że mam z góry jej zrozumienie i wsparcie.


W tę Wielkanoc dziękowałam.
Podczas świątecznej refleksji zawsze dziękuję za to, co mam, ale też proszę o pomoc.
Marzyłam, aby moje dziecko mogło spędzać takie wyjątkowe dni z mamą i tatą.

I stało się.
To był szczególny czas.
Wiem, że M. też to czuł. Rozmawialiśmy o tym - Nasze pierwsze wspólne Święta.
Pierwsze ze stu.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Miło i dobrze.

Jestem wyznawczynią filozofii "jarania się pierdołami".
To tak przewrotnie, kolokwialnie rzecz ujmując.
Już o tym kiedyś pisałam - staram się cieszyć wszystkim.
Jeszcze niedawno musiałam się pilnować aby o tym pamiętać.
Dzisiaj przychodzi mi to z łatwością. Z pewnością dlatego, że nie mam zamartwień :)
Ale też i nie tworzę ich sobie sama.
Uwielbiam poczucie Szczęścia.
Jakkolwiek, to nie brzmi - od 3 miesięcy czuję się, jakbym kilka, czy kilkanaście razy dziennie przeżywała emocjonalne orgazmy :)

Wracam z pracy - Syn już czeka pod drzwiami - na głowie opaska - buraczek, bo w przedszkolu dzień buraka był. Uśmiechnięty tuli się do mnie.
Już mi dobrze.
Wchodzę do kuchni, "mąż" grzeje mi obiadek. Staję sobie w progu i patrzę z lubością na te plecy i ich przedłużenie...no wierzcie mi -chociaż nie trenuje już od lat, jest na czym oko zawiesić.
Jest jeszcze lepiej.
Jemy razem obiad, rozmawiamy, opowiadamy sobie co się działo w pracy.
Milusio.
Wymyślamy plan na popołudnie i cokolwiek to nie jest - czy zakupy, czy spacer , zawsze jest przyjemnie.
Wczoraj pojechaliśmy połazić po pobliskim uzdrowisku, ale późno było i zrobiło się chłodno. Wstąpiliśmy więc do kawiarni, gdzie pochłonęliśmy z niemałym trudem, niesamowicie słodkie desery czekoladowe.
To akurat była ogromniasta przyjemność.
Aż się mdło zrobiło :P

Chodzimy sobie po parku. Widzę jak ludzie przyglądają się nam z uśmiechami na twarzach. My za rączki (tak tak, to JESZCZE TEN ETAP), Seba czasem za rączkę z nami, a czasem biega dookoła zajęty swoimi eksploracjami.
Kuracjusze z sanatorium przystają i zachwycają się nim. Jaki ładny ,jak ubrany, jaki grzeczny....
Rośnie serce Matki
i Żony
i Kochanki też, bo akurat M. przypatruje mi się takim wzrokiem, że aż...

Wieczorem zawsze mam dużo pracy w domu. Bo dziecię do kąpania i spania, obiad na jutro do ugotowania i śniadania do pracy jeszcze zrobić trzeba, psa nakarmić i wyprowadzić, ciuchy przygotować na kolejny dzień...
I nagle Tato kąpie Sebka, Misiek robi śniadanko na jutro i wyprowadza psa...i zaraz lepiej jest.

Przed zaśnięciem, to już nawet nie będę się tu spowiadać jakie mam przyjemności...tak tak, to także JESZCZE TEN ETAP ;)
Śpię jak zabita i zwykle się wysypiam.

Pierwsza pobudka o 5:40, kiedy "mąż" żegna mnie pocałunkiem, wychodząc do pracy. Jeszcze śpię i przewracam się na drugi bok, jeszcze słonko nie wzeszło, a mi już jest dobrze!
Gorzej, gdy muszę wstać 40 minut później, ale po następnych 40 widzę uśmiech zaspanego dziecka.
Już nieraz pisałam, że to kocham.

Jadę autem do pracy, z trasy widoki mam piękne. Podziwiam każdego dnia, bo codziennie jest trochę inaczej. A to słońca więcej, a to mgła na Ślęży, lub stado saren pod lasem.
Do pracy wpadam uśmiechnięta.
Lubię ją.
Szefa lubię.
Odpowiedzialność swoją lubię też.

O 10 pora śniadaniowa... wyjmuję kanapkę - M. szykował - dołączył małą niespodziankę: "Smacznego. Kocham Cię...;) cmok cmok cmok"
Gęba cieszy mi się od ucha do ucha.
Aż w całej swojej ekshibicjonistycznej naturze uwieczniam śniadanko z tym uroczym wyznaniem i umieszczam na FB... ku zazdrosnemu oburzeniu samotnych koleżanek.
Nawet nie jest mi głupio, ani przykro...
Z ekshibicjonizmem swym żyję od lat w zgodzie.
A koleżanki rozumiem - przecież jeszcze niedawno sama tak miałam.

Misiowi wysyłam "selfie" z dziubkiem i napisem "Dziękuję"...przy obiedzie pokaże mi , że ustawił je sobie na tapecie w telefonie.

Chyba mało co jest mnie w stanie teraz wyprowadzić z tego obezwładniającego poczucia spełnienia i zadowolenia.
Endorfinki sobie krążą... w piątek wróciłam na zajęcia z Latino Solo, co jeszcze podładowało ich zasoby.

Jest zajebiście.

Chociaż gardła bolą,  mieszkamy w jednym mieszkaniu,razem z Tatą, a utrzymujemy trzy...choć mam dużo obowiązków i czasem się nie wyrabiam, tęsknię za przyjaciółkami, Sebastian codziennie próbuje wyprowadzić mnie z równowagi, giełdy transportowe weryfikują moją firmę tygodniami i rzeźbić sobie muszę te ładunki, Misiek ma 2 tygodnie wolnego, a ja nie, w tygodniu świeci słońce, a w weekend pada deszcz...
Ja i tak się cieszę.
Bo każdego dnia znajduję chociaż kilka małych, prostych rzeczy, które ten dzień czynią przyjemnym.
Kolejny raz polecam wszystkim tę filozofię.
Bo tak naprawdę przeżyć taki dzień, jak ten to żadna sztuka.
Sztuką jest dostrzec i docenić w nim wszystko to, co małe, acz ważne.
I zawsze z tyłu głowy pamiętać, że tak niewiele wystarczy, aby tego zabrakło.