Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

piątek, 31 lipca 2015

101 dni, a wszystko w lesie


Przedwczoraj po konsultacji z naszym Doktorem, okazało się, że nie muszę żegnać się z owocami.
Bardzo mnie to cieszy, bo lato bez owoców, to nie lato.
Cukier w postaci słodyczy wszelkiej maści oraz słodkiego picia, wyeliminowałam już przeszło tydzień temu i wydaje mi się, że czuję się dzięki temu lepiej - przeszły mi "śnięte fazy". Czyli kilka momentów w ciągu dnia, kiedy ledwo dawałam radę zapanować nad opadającymi powiekami.
Dopiero po badaniu z obciążeniem glukozą, kiedy to przysypiałam między jednym a drugim pobraniem krwi, uświadomiłam sobie, że wcale mi nie lepiej, kiedy zjem coś słodkiego. Wręcz odwrotnie.
Żeby już doszczętnie nie pozbawiać się jednak smaku słodyczy, zaopatrzyłam się w suszone liście stewii oraz ksylitol. Ale jeszcze nie zdążyłam wypróbować żadnego z nich.
Generalnie "niezdążona" jestem bez przerwy.
W środę znów do 23 gotowałam obiad, bo po drodze kilka ważniejszych rzeczy było do zrobienia.
Cóż....lepiej na pewno nie będzie. Myślę, że wręcz powinnam się przyzwyczajać.
Moja aplikacja ciążowa w telefonie, poinformowała mnie, że zaczynając 26 tydzień, jednocześnie dobijam do końca drugiego trymestru ciąży.
Wydawało mi się do tej pory, że trzeci zaczyna się od 30 tygodnia...zgłupiałam, ale przy okazji obleciał mnie lekki strach.
Bo ja przecież nie jestem ani trochę gotowa!
Poza wanienką i wózkiem nie mamy chyba niczego.
W sensie niczego przygotowanego.
A ja albo nie mam czasu, albo siły, aby się tym zajmować.
Sił będzie ubywać...a czasu przybędzie mi chyba dopiero w połowie września.
Zależy jeszcze jak w sierpniu będę pracować.
Na razie żyję myślą o urlopie.
Właściwie został przyszły tydzień i z piątku na sobotę wyruszamy!
Nie mam pojęcia kiedy to zleciało. Dwa miesiące, które były przed nami od momentu rezerwacji, wydawały się tak nieznośnie długim okresem..... a strzeliły migiem!
Strach pomyśleć jak szybko minie nam te 8 wyczekanych dni nad morzem. Ehhhh....
Po powrocie (bo przed wyjazdem to już marne szanse)muszę koniecznie, ale to KONIECZNIE zabrać się za segregowanie Sebciowych ciuchów.
Pawlacze mam zapchane próżniowymi worami z jego garderobą.
Tych najmniejszych niestety pozbywałam się na bieżąco. Dopiero od pewnego momentu (czyli od chwili, kiedy okazało się, że jednak istnieje na Świecie ten jeden jedyny facet, z którym jednak odważyłabym się mieć drugie dziecko), odkładałam kolejne rzeczy z których Seba wyrastał.
Oczywiście nie mam zamiaru szykować ich dla Alicji, ale obiecałam przekazać dla znajomej, która we wrześniu urodzi synka.
Ja z kolei potrzebuję miejsca aby przyjąć niemowlęce i dziewczęce ciuszki od znajomych mam małych córeczek.
Później zostanie nam jeszcze do odebrania kosz, w którym na początku będzie spała nasza Królewna.
Trzeba będzie też zamówić materac do łóżeczka.
I....no właśnie...
i szczerze powiem, ostatnio tak się zastanawiałam, czy ja w ogóle jeszcze pamiętam co jest potrzebne przy noworodku.
Chyba zapomniałam już.
Czasem wpada mi w ręce jakaś ulotka, czy artykuł i doznaję olśnień typu: "ojej przecież potrzebujemy butelek! i smoczka!....a laktator?? Toż to zakup obowiązkowy!"
A pieluszki tetrowe? - niezbędne.
I o otulaczu myślałam jakimś bambusowym, czy coś...
Ale nie, żebym miała w głowie ułożoną listę tych przydatnych rzeczy;)
Obawiam się, że w tym stanie pozostanę jeszcze jakiś czas....aż nadejdzie moment, że w panice zasiądę na Allegro i wydam pół wypłaty :P
Aplikacja ciążowa dzisiaj przypomniała mi , że do porodu zostało 101 dni. Obiecywałam sobie, że jak liczba stanie się dwucyfrowa, to już naprawdę wczuję się w to wszystko.... ale jakoś nie wydaje mi się, by w niedzielę spłynął na mnie nagle błogosławiony syndrom wicia gniazda :)
Zobaczymy.
Wczoraj natomiast odkryłam, kto z nas jest najbardziej gotowy na to wszystko.
Sebastian!
Zaskoczył mnie niesamowicie.
Odwiedziliśmy moją koleżankę, która ma niespełna roczną córeczkę.
I nie poznałam własnego syna!
On się ZAJMOWAŁ Tosią.
Gdy byliśmy na spacerze, szedł przy wózku i ją zabawiał. Dzwonił kluczami, pokazywał jej autko. A im więcej ona się śmiała, tym bardziej on się wczuwał!
W domu podawał jej zabawki, włączał syrenę w wozie strażackim, żeby odwrócić jej uwagę, gdy była już nieco zmęczona i zaczynała popłakiwać. Głaskał ją po główce...
Zobaczyłam w swoim dziecku starszego brata.
Zaangażowanego, troskliwego. Wspaniałego!
Zachwyciłam się.
Zwykle jakoś nie wyrażam tak otwartego zachwytu nad własnym dzieckiem.... oczywiste, że każda matka swoim jest zachwycona.
Ale tutaj zaskoczył mnie tak pozytywnie, że naprawdę muszę go pochwalić.
Mam nadzieję, że będzie taki dla Alicji.
Liczę się z tym, że nie zawsze, że pewnie nie od początku, bo jednak Tosia jest już dość duża i taka "kontaktowa", a w noworodku  Seba raczej reakcji żadnych nie wywoła.
Ale dostrzegłam w nim wczoraj  takie sympatyczne cechy i łagodne podejście.
Do tej pory jakoś większość relacji miał z dziećmi w zbliżonym do siebie wieku.
I różnie się te relacje układały.
Najlepiej chyba dogadują się z Piotrusiem.
Przedwczoraj spędziliśmy wieczór ze znajomymi, którzy przyjechali z Londynu z 6-cio letnim synem....współpraca między chłopakami była dość burzliwa ;)
Tym bardziej widząc z dnia na dzień tak różne zachowania Seby, wczoraj byłam podwójnie pozytywnie zaskoczona.
I pal sześć, że pieluchy nie gotowe!
Że ubranek nie mamy, ani miejsca do spania dla Alicji.
Najważniejsze, że my wszyscy chociaż psychicznie jesteśmy w miarę przygotowani.
Resztę się dopracuje.



wtorek, 28 lipca 2015

Leżę i nie wierzę...


Czasem jeszcze tak mam...
że leżę i nie wierzę.

Patrzę na podskakujący brzuch, kładę na nim rękę.
Czuję Alicjowe zabawy
a dalej jakby nie do końca wierzę.

Wydaje mi się to takie...abstrakcyjne.
Że nagle jestem tu - w tej wymarzonej sypialni,
na obszernym łóżku, które każdej nocy dzielę z M.
Z Nim właśnie.
Minęło półtora roku i dalej nie wierzę.
Jak to się stało, że spędziliśmy 12 lat obok siebie , a dopiero bagaż niełatwych doświadczeń przetarł nam oczy i wskazał, że to, czego szukaliśmy cały ten czas, możemy odnaleźć w sobie na wzajem.

Nie wierzę, że rok temu mówiliśmy o drugim dziecku, umieszczając je w nieco dalszej, nie do końca określonej przyszłości,a ono nagle jest.
Mieszka we mnie i sprawia, że w głowie mnoży się już podwójny strach.
Strach, czy oni oboje zawsze będą zdrowi, czy nigdy nic złego im się nie stanie...

To takie dziwne, że będziemy mieli córeczkę.
Malusią naszą dziewczynkę.
Wymarzoną Niunię.
Będzie dorastać przy mnie...
kiedyś przyjdzie i powie, że właśnie stała sie kobietą.
Kiedyś może będę ją wspierać, gdy pod jej sercem będzie rozwijać się Nowe Życie.
A później je przytulę.

No nie mogę uwierzyć, że tyle się udało.
Że cudowne mamy mieszkanie.
Że mam rodzinę.
Własną. Już pełną, a za 3 miesiące jeszcze większą.
Że znów będę wąchać ten cudowny zapach dzidziusia i robić pierdzioszki w maly brzusio.
Że będę tulić, nosić, lulać i głaskać naszą Kruszynkę.
Że Seba będzie starszym bratem.
I nagle stanie się już nie jedyny.
 
Jak kocha się dwoje dzieci?
Z jednej strony kocham już Brzuszkową Lokatorkę.
A z drugiej....czy mogę kochać kogoś równie mocno,co mojego prawie-czterolatka?
Człowieczka, który odmienił moje życie.
Przewartościował je, sprawił, że to co "przed" stało się już tylko mglistym wspomnieniem...
A jednocześnie, że to , czego wcześniej nie byłam w stanie sobie wyobrazić - czyli ja sama w roli matki, okazało się sensem mojego życia do tego stopnia, że zapragnęłam stworzyć jeszcze jednego ludzika do kochania.

Nie wierzę.

Czasem sobie myślę - może to jakiś sen?
Może ja zwariowałam?
Może tak naprawdę siedzę w psychiatryku i żyję w jakimś wymyślonym Świecie, który utkałam sobie sama z marzeń i złudzeń?

Ale przecież czuję ją.
Codziennie czuję wyraźniej jej ruchy.
Sebastian codziennie pyta, co ona robi w brzuchu i czy sobie pływa?
Misiek głaszcze, całuje, wciska we mnie brokuły i pyta czy wzięlam dziś witaminy.

Więc ona tam musi być. Na pewno.
I na pewno ma brata - Sebcia. I Tatę - Miśka.
W to też uwierzyć trudno.

Misiek.
Ten sam, z którym nad ranem wracałam z imprez, z którym wypijałam morza alkoholu, który podrywał moje koleżanki i kuzynki, który wyzywał wszystkich chłopaków, którymi czułam się rozczarowana. Misiek z którym przeżywaliśmy różne dziwne przygody, spędziliśmy niejedne urodziny, jaraliśmy się trance'owymi klimatami....
Misiek , którego kiedyś "oddałam", czując, że gdy już będzie miał żonę, przestanie być taki "mój".

Właśnie on.
To miejsce obok mnie zawsze było dla Niego.
On od zawsze z takim fajnym podejściem do dzieci...Właśnie on jeden, okazuje się, może być najlepszym ojcem, dla dzieci które ja urodzę.
I to właśnie ja , czuję teraz w tym sporym brzuchu, córeczkę. Dziewczynkę z Jego marzeń.
Nie żona.
Ja.
Była "Siostra". Przyjaciółka.

Nie wierzę...że kiedyś po prostu kochaliśmy się i z tego połączenia stworzył się maleńki cud.
Bo tak miało być. Tak chcieliśmy.
Nie z przypadku.
Nie z pomyłki.
Z Miłości. Do siebie wzajemnie i do Sebcia.

I niedługo będzie już na Świecie.
Dopełni nas.

Jakie to jest dziwne!
Jeszcze niedawno ja i Seba byliśmy daleko stąd.
Sami we dwoje.
Byłam przekonana, że tak nam pisane, że tak po prostu ma być.

Kiedyś, zanim Seba się pojawił, myślałam sobie, że zostać samodzielną mamą, to coś bardzo bardzo trudnego i smutnego.
A sama nią zostałam. Nie było łatwo...i często niewesoło. Ale odnalazłam się w tym, czułam się szczęśliwa i pogodziłam z taką koleją losu.
A to wcale nie był koniec.
Nagle okazało sie, że już jesteśmy tutaj.
Że jest nas troje.
A później, że już troje i pół...
I za chwilę będziemy już we czwórkę.

Leże i nie wierzę...

I nawet zdaję sobie sprawę, że ja może nudna już jestem z tym zachwytem nad własnym Życiem.
Że w sumie, to czym tu się jarać.
Bo to takie "normalne" - znajdujesz faceta i zakładacie rodzinę.
Na każdym kroku jest jakaś rodzina.
Prawie w każdej bramie, na prawie każdym piętrze, prawie każdego bloku, na każdej ulicy i w każdym mieście, mieszka sobie taka sama rodzina, jak nasza.
Coś najzwyczajniejszego.

Cóż...dla mnie jest to tak wyjątkowe, tak wymarzone i wyczekane, że właśnie przeżywam i cieszę się tak bardzo...że aż nie wierzę do końca!

sobota, 25 lipca 2015

Pomidorowa

Syn wraca po kolejnych, tygodniowych wczasach.
W jego pokoju czeka kilka niespodzianek... dzisiaj zorientowałam się, że chyba strasznie tęskniłam, bo z prawie każdej wyprawy na zakupy przyniosłam również coś dla niego.

Rozmawiamy przez telefon
-Synku, co Ci zrobić na obiadek, jak wrócisz?
-Ziupe!
-A na jaką masz ochotę?
-Pomidololową....ale koniećnie ź makalonem!

I to mi się podoba!
Wie chłopak czego chce.

A na kuchence oczywiście "pomidololowa" robi się od rana :)


P.S. Tymczasem matka na przymusowej diecie - stężenie glukozy po 2h ponad normę.
Żegnajcie lody!
Good bye arbuzy!
Sayonara czekoladko!
Sia pyszna tarto z kremem i owocami!
Do zobaczenia jogurty!

Chlip! chlip!...:(

piątek, 17 lipca 2015

Na słodko

Patrzę na zdjęcie ( bo w "realu" foremka jest już pełna tylko w połowie) i myślę sobie, czy może powinnam już zacząć poszukiwać terapii dla "Kochających za bardzo" ? ;) 
I nie chodzi o miłość do jedzenia tym razem :P 

M. mnie poprosił o tę tartę, bo tydzień temu robiłam podobną dla mojej Przyjaciółki, która jest na finiszu ciąży. 

Normalnie, to sypnęłabym te owoce "jak leci"....ale tak mnie wczoraj natchnęło i tak za nim tęsknię (tydzień popołudniówek), że dziergałam do 23 te owocowe okręgi. 
I myślałam sobie, że będzie pyszna i śliczna i że Sebciowi na pewno też się spodoba...i nie czułam w ogóle, że już mi nogi w d*** wchodzą ;) 
A później jeszcze posprzątałam kuchnię, przemyłam podłogę i obrałam kilo fasolki szparagowej. 
Oczywiście o 6:20 pobudka do roboty, żeby nie było, że jakieś wolne mam. 
Weszłam rano do kuchni, wstawić wodę na obowiązkową poranną herbatkę, a na blacie karteczka z serduszkami: "Pyszne ciacho! Dziękuję Kochanie :* "

No i warto było stać z rękami czerwonymi o soku z dojrzałych, działkowych owoców. 

Myślę sobie - jeśli uda nam się te drobiazgi utrzymać przez kolejne lata, to już połowa sukcesu. 

Ja mu piekę tartę, on mi zrywa czereśnie z samego czubka drzewa, bo wie , że wielbię! 
Ja sprzątam łazienkę, on kuchnię, bo lepszy jest w "chowaniu". 
Ja wolę myć podłogę, więc on odkurza...chociaż zwykle robi jedno i drugie. 
Ja wychodzę z psem rano, żeby on nie musiał wstawać, on wychodzi po południu, abym mogła swoje sprawy po pracy pozałatwiać. 
Ja robię dla niego bułki do pracy, on mi gotuje bób na kolację. 
Niby to zwykły podział obowiązków, ale taki z uwagą na tę drugą osobę. 
Oby ta ostrość postrzegania siebie nawzajem nigdy się nie zamazała. 

Wczoraj przez te moje kuchenne wyczyny, doczekałam jego powrotu z pracy. Szykował sobie jeszcze jakieś rzeczy na dzisiaj, ja leżałam już w łóżku, a Panna Alicja właśnie postanowiła się uaktywnić. 
Od kilku dni jej aktywność odczuwam już bardzo wyraźnie. Odsłoniłam brzuch, zapukałam, przyłożyłam rękę. Odpowiedziała. Później poczułam , ze musiała zrobić jakiegoś fikołka, lub zmienić pozycję. Wyczuwam już różnicę między kopniakami, a ruchem całego ciałka. 
M. się kręcił i ile razy koło mnie przechodził, pochylał się nad brzuszkiem i całował. 
Wreszcie ułożył się obok mnie i przyłożył gorącą dłoń do brzucha. Poczuła chyba ciepło Taty, bo kopnęła delikatnie 3 razy pod rząd. Ja czułam to bardziej niż M. , chociaż wydaje mu się, że poczuł również. 
Marzyłam o tej chwili przez 9 miesięcy 2011 roku. I później też. 
I była tak spokojna i przyjemna, jak zawsze mi się wydawało, ze powinna być. 
Było cicho, ciemno i sennie. 
Ukochany mój obok, a we mnie najwspanialsze, co udało nam się wspólnie stworzyć. 
Nasza maleńka córeczka. 
Trochę mnie, trochę M. 
Zanim, ułożona już w mojej ulubionej pozycji - z głową pomiędzy jego klatką a barkiem, odpłynęłam, zdążyłam jeszcze pomyśleć, że jestem strasznie dumna z tego, że noszę w sobie nasze wspólne dziecko. Taki dar - jego dla mnie, mój dla niego, nasz dla Sebcia i dla Świata. 
 
Przed nami kolejny tydzień w dwoje - Dziadkowie wczoraj zrobili niespodziankę i zaklepali domek nad jeziorem dla siebie i wnusia ukochanego. 
Ledwie się zdążyłam nacieszyć dzieckiem, po jego powrocie z wakacji nad morzem, a on znowu mamusię opuszcza! ;) 
Ale oczywiście to dobre dla Synka - otoczenie lasu, świeże powietrze i woda , zamiast przedszkolnych murów. Niech korzysta z wakacji.
Wróci i po dwóch tygodniach wyruszamy nad morze we troje i pół :) 



środa, 8 lipca 2015

Mrowienie

Dwa tygodnie temu, podczas zakupów w galerii, w jednej ze sklepowych przebieralni usłyszałam dziecko wołające swoją mamę.
Był to czas,kiedy Seba już od kilku dni bawił nad morzem.
Dziecko wezwało mamę kilka razy,za każdym kolejnym słyszałam narastający w głosie strach. W końcu zaczęło szlochać "Mamusiu! mamusiu..."
Zaczęłam szybko się ubierać,żeby mu pomóc,bo serce się krajało...i nagle poczułam mrowienie.
Jakby setki miniaturowych nanomrówek zaczęły wędrować wewnątrz moich piersi!
Jestem przekonana,że w moment zwiększyły objętość.
Zanim wyszłam z przebieralni dziecko i mama odnaleźli się,a ja zostałam z tym dziwnym uczuciem.

Dziś w nocy miałam sen.
Nagle dostaję do rąk niemowlę,ciasno zawinięte w kokonik. Jest cudowne,śpi słodko.Wiem,że to nasza Niunia,chociaż nie wiem kiedy zdążyłam ją urodzić (oj gdyby tak rzeczywiście się dało!).
Niunia zaczyna płakać, ale ja z nią gdzieś biegam po jakimś budynku.Czegoś pilnie szukam.
Nagle pojawia się myśl,że przecież ona musi jeść,płacze z głodu.
Przysiadam z nią i z jakąś niewyjaśnioną obawą podaję pierś. To nasz pierwszy raz.
Chwyta od razu.
Jestem zaskoczona,ale za moment tłumaczę sobie,że to drugie dziecko i pewnie dlatego nie mamy problemów.
Ssie spokojnie,ja głaszczę maleńką główkę...jest cudownie.
Ze snu wybudzają mnie....setki nanomrówek wędrujących w moim biuście!

To coś nowego,największe zaskoczenie tej ciąży.
Mój organizm chce już karmić.
Marzę o karmieniu!

Hormony mają jakąś nieziemską moc! Mam czasem wrażenie,że w ogóle nie jestem Panią samej siebie.
To one rządzą mną.

One wybuchają o byle co.

One płaczą na reklamach i podczas słuchania płyty Dawida Podsiadło.

One potrafią zjeść na raz pół wielkiej tabliczki czekolady o smaku Panna Cotta.

One chcą się kochać tu i teraz! W samochodzie na autostradzie A4, pod prysznicem, w kuchni między łososiem w piekarniku,a stygnącym makaronem na talerzu.

Wreszcie one wprowadzają nanomrówki w pęczniejące piersi.

Czy ja w ogóle jestem sobą-Martą? Czy chodzącym hormonalnym tajfunem,który sam za sobą nadążyć nie może?

Piszę to,a Panna Alicja kokosi się wyraźnie w dole mojego brzucha
...i zupełnie nie wiem dlaczego akurat teraz  tak strasznie mam ochotę sobie popłakać

...

wtorek, 7 lipca 2015

Ponownie biwakowo


Kolejny biwak za nami. 
Chyba te wyjazdy zostaną naszą ulubioną formą spędzania weekendów. Szczególnie, że udało się znów wziąć wolny poniedziałek :) 
Jakże przyjemnie zaczyna się tydzień w pracy od wtorku :D

Tym razem pojechaliśmy we troje. 
Seba pierwszy raz pod namiotem. 
Trochę się martwiliśmy, czy nie będzie się nudził i jak będzie spał. 
Okazało się, że niepotrzebnie. 
Mały superzadowolony: wymoczył się za wszystkie czasy, podszkolił w pływaniu i myślimy, że w przyszłym roku już pozbędziemy się rękawków do pływania. Łowiliśmy razem uklejki i płotki, objechaliśmy jeziorko rowerem wodnym , wszyscy się opaliliśmy i odpoczęliśmy. 
Po takich dniach pełnych wrażeń i w 100% spędzonych na powietrzu spało mu się super, sam chciał się kłaść już po 21 i zupełnie nie przeszkadzały mu sobotnie imprezy, których niestety nie brakło wokół naszego namiotu. 
Poprzedni nasz wyjazd, to był totalny chillout. Poza naszym, było tam tylko kilka innych biwaków. Ale tym razem upały przyciągnęły nad wodę masę ludzi. Wędkować dało się tylko późnym wieczorem i w nocy, a ciszę mieliśmy dopiero z niedzieli na poniedziałek. 
Mimo wszystko, było bardzo fajnie i już myślimy o zakupie przyczepki campingowej. 
Bo najbardziej upierdliwe z tego wszystkiego jest pakowanie i rozpakowywanie! 
Gromadzenie za każdym razem całej tej masy rzeczy - kocy, naczyń, śpiworów, butli gazowej, sprzętu wędkarskiego itd itp, możnaby mieć z głowy, gdyby w czasie sezonu, wszystko już sobie mieszkało gotowe w przyczepce. 
Na pewno odłożymy ten zakup, min. do przyszłego roku, jeśli nawet nie dalej, ale jeśli nic się nie zmieni, to raczej wyszukamy sobie jakiś mini-domek na kółkach. 
Sama się po sobie nie spodziewałam, że tak mi przypadnie do gustu ta forma wypoczynku :) 
Ma to swój niezastąpiony klimat i naprawdę czuję, ze odpoczywam w takich warunkach. 
A jajecznica szykowana na gazówce i jedzona o 7 rano nad wodą, ma smak jak żadna inna! 

I te nocne rozmowy pod rozgwieżdżonym niebiem....
żałuję, że oba najlepsze aparaty zostawiliśmy w domu, bo tym razem niebo było przepiękne, a wschodzący na pomarańczowo księżyc wprost niesamowity! 
Także niestety tylko fotki z telefonu zaserwuję tu ponownie. 

Podczas jednej z tych naszych nocnych debat pod gwiazdami, zapadła również pewna istotna decyzja :) 

Na 99% oczekujemy narodzin Alicji M. ! 

Ja wybrałam już imię dla syna, więc teraz była Taty kolej, żeby wybrał dla córeczki wymarzonej. 
A mi się Alicja generalnie podoba...mam tylko nadzieję, że Alicją pozostanie, albo przynajmniej wróci do tej oryginalnej wersji, gdy minie juz etap zdrobnień, spieszczeń, ksywek i przezwisk :) 
W wykonaniu Sebcia: "Alićia" 
Chociaż on, jak się okazało, jednak nie do końca ogarnął temat. Według niego w brzuszku mieszka "Dzidziusia", ale rodzeństwo, to jest inna historia i pojawi się skądś indziej. I w ogóle lepiej teraz, żeby jednak to był braciszek. I on tak woli i już. 
Mimo wszystko na Dzidziusię "ciekam długo i długo" i co drugi dzień pyta, kiedy już się ona urodzi....co prawdopodobnie wynika z nieodpartej chęci jeżdżenia wózkiem, który stoi w dużym pokoju i wzbudza dziecięcą ciekawość :) 

I w tenże sposób zaczynamy własnie 23 tydzień. 
A moja przyjaciółka - A. rozpoczyna w piątek 38 i planuje myć okna, żeby skrócić czas oczekiwania. 
Dlatego jeszcze w sobotę pędzimy do ZG, żeby kopniaka dać lekkiego na szczęście i ostatni raz przybić Wojtusiowi piąteczkę przez wszystkie brzuszkowe powłoki...no i na czekoladkę w Rynku pewnie jeszcze też ;P 
A przede wszystkim na mamuśkowe ploty i wsparcie przed kolejnym przewrotem, jaki nas obie czeka niebawem.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Fajniedziałek

Poniedziałek 9:49.
Leżę w łóżku.Poczytałam książkę,przejrzałam fejsa.
M. obok śpi.Drugi raz;)
Ostatni dzień boskiego lenistwa we dwoje.
Biwak był super.
I zgodnie z zasadą: "Jeśli nie możesz czegoś zmienić,spróbuj to polubić",chyba zaczęłam lubić to Jego wędkowanie. Na pewno rozjaśniło mi się,co On w ogóle w tym widzi :)





piątek, 26 czerwca 2015

Jest moc!

Wzięłam dwa dni wolnego.
Mam długi weekend!
Świeci słońce, jest bosko!

Obudziłam się o 6:30, czyli standardowo jak do pracy :)

A następnie mój wolny dzień wyglądał tak:
-prysznic z peelingiem, myciem włosów i kompleksową depilacją (czyt. cyrkowe akrobacje pod wodą, aby ogarnąć to, co się działo TAM)
-śniadanie dla siebie i dla psa
-odwiezienie psa do Dziadków, odebranie śpiwora
-"ooo second hand już otwarty!" :) - zakup sukienki, dwóch koszulek i bluzy za łączne 38zł (fuck yeah! uwielbiam to uczucie, gdy w portfelu mała zmiana, a w ręce pełna torba)
-zakupy na bazarku ( "o jeju jakie piękne czereśnie. To kilo poproszę... i truskawek....też kilo....i jeszcze pół kilo fasolki szparagowej mmmm...")
-zakupy w markecie ("matko jedyna co tak pięknie pachnie???Aaaa arbuz pokrojony świeżo!!!"
Do koszyka.
Z półki krzyczy do mnie napis "Rabarbar" - jakiś nowy napój Tymbarku...
Do koszyka.
A przyszłam tylko po mięso do szaszłyków...)
-smażenie 13 mielonych (na obiad i na wyjazd)
-gotowanie ww.fasolki i ziemniaków młodych
-uszykowanie 6 szt. szaszłyków
- ścieranie kurzy
-wstawienie prania
-ściągnięcie suchego prania
- rozwieszenie wypranego prania
- umycie wc i łazienki
- odkurzanie całego mieszkania
-umycie wszystkich podłóg
-kawka i blog :)

Wolne jak się patrzy :)
Jestem wypoczęta jak nigdy :P

No może nie jestem wcale nadto wypoczęta, a przede mną jeszcze pakowanie,....ale za to jestem zadowolona.
Właśnie kończę kawkę i lecę szykować ciuchy.
Za pół godziny wraca M., pakujemy graty (czyt. pół mieszkania) i wybywamy na biwak.
Taki z prawdziwego zdarzenia.
Pod namiotem.
Bez prądu.
Z atrapą prysznica.
Tylko Ja i M. i Brzuszkowa Lokatorka.
Będę czyyyytać cały weekend.
A M. będzie łowił ryby.
I zobaczę wschód słońca nad wodą.
I będą ziemniaki pieczone i bułki z mielonymi.

I po kilogramie czereśni, truskawek i arbuza ;)

Żeby tylko słońca nie zabrakło.


W zeszłym roku byliśmy "po mojemu" - czyli w hotelu ze spa.
No to w tym roku jedziemy "po miśkowemu".
Trochę się boję, ale bardziej podekscytowana jestem nową przygodą.
Nie żebym była damą, ale to będzie mój drugi raz pod namiotem.
Co ciekawe "ten pierwszy", też byłam z Miśkiem....ale wtedy to jeszcze wszystko było zupełnie, zupełnie inaczej...i minęło od tamtej pory 12 lat :)


wtorek, 23 czerwca 2015

Połowa za nami!

Nasze maleństwo rośnie każdego dnia...
21 tydzień
139 dni do porodu
300,0g wagi
18,0cm długości
Ponieważ prawdą okazuje się, że córeczka odbiera mamusi urodę, to chyba nie pokuszę się o zapozowanie z brzucholem.
W zamian zamieszczam moją podobiznę. Chyba wygląda nawet bardziej uroczo niż ja :P

Waga pokazuje +3kg, ale jakoś mało prawdopodobne mi się to wydaje.
+3 podejrzewam, że same moje piersi przybrały. Choć na to akurat specjalnie nie narzekam, bo przy okazji i kształt im się poprawił ;)

A tak na poważnie...
czas leci jak szalony.
Chociaż jak tak pomyślę, to jednak czuję, że trochę już w tej ciąży się kulam.
Jednak powoli zaczyna dopadać mnie straszek.
Jeszcze do niedawna na luzaku oglądałam wszelkie filmy o porodach.
Ostatnio przerzucając kanały w TV trafiłam na kolejny i....oblałam się zimnym potem.
Staram się nastawiać pozytywnie, wierzę, że taniec mi pomoże, bo dzięki niemu utrzymuję swoje mięśnie w jako-takiej formie...no i miednicę mam rozbujaną. Czasem na treningach żartujemy, że wpadnę na porodówkę tanecznym krokiem i Fasola po prostu wyskoczy z lekkością baletnicy :)

Ale jednak...coraz częściej wraca wspomnienie bólu. I pomimo, że poród miałam wyjątkowo lekki i szybki, to bolał.
Bolał jak 150 i fajnie, że 3 godziny, a nie 13, albo 30...no ale kurde to boli! I wcale nie marzę o tym, żeby kolejny raz doświadczyć jak bardzo.
Nie mam też ambicji pozować na dzielną Matkę Polkę, więc tym razem gdy tylko przekroczę próg szpitala, będę upominała się o znieczulenie. Ostatnio chyba za długo zgrywałam twardzielkę :P

Tak poza tym, to jest ok...
Spadki formy się zdarzają, ale znów coraż rzadziej.
Żadnych napadów apetytu, jakichś specjalnych smaków, żadnych torsji, żylaków, hemoroidów, skurczy....
No oczywiście pomijam fakt ospy, zapalenia zatok i jeszcze jednej infekcji, które przeszłam do tej pory.
Mimo tego, bilans na plus.
Jest fajnie.
A wiecie co jest najfajniesze?
Że do lekarza chodzimy razem z M. , a on potem wszystkim opowiada jaką będzie miał fajną córeczkę.
Że Sebciu zagląda do pępka i szuka czy widać tam "Dzidziusię"
Że w weekendowe pościelowe poranki obaj kładą głowy na brzuchu i głaszczą i całują.
A ja zatapiam palce w ich włosach, patrzę sobie na nich z góry i jestem najszczęśliwsza w całej galaktyce.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Gdy nie ma w domu dzieci...


...to jesteśmy niegrzeczni!!!
 
Tak troszeczkę jesteśmy :) 
 
Dziecię nasze wyjechało w sobotę rano do Dźwirzyna.
Takich mamy dziadków! 
Zafundowali nam 10 dni luzu. 
Po pierwszej ekscytacji wygramoliliśmy się z łoża ;) w celu spożycia późnego sobotniego śniadanka. 
No i tu już coś nie grało. 
Bo zabrakło pomocnika, co zanosi koszyk z pieczywem i masełko na stół. 
Bo nie było kogo upominać "jedz chlebek"..."pomidorka teraz"
Bo po śniadaniu nie było okruchów i plam wokół stołu. 
W TV normalny program dla dorosłych... (w ogole mamy takie w pakiecie :-o ???)
Ogarnęliśmy mieszkanie, wybraliśmy się na zakupy (Misiek stwierdził, że dziwnie, że nie musi nikogo gonić po sklepie, a w kolejce do kasy, nie pada tysiąc pytań "a mogę to?" "A kupicie mi..."
 
Wróciliśmy do domu...i okazało sie, że w sumie to nie ma co robić...
 
I tak doszliśmy do wniosku, że jakby sensu dnia brakuje. 
Od tamtej pory ciągle mamy to wrażenie. 
Idziemy na działkę - nie trzeba gnać za znikającym w oddali rowerkiem. 
Podlewamy pomidory - nie musimy pilnować, żeby nie utonęły, ani czy dziecko już tak nasiąknięte, że do wyrzymania się nadaje. 
Generalnie na działce zrobiliśmy tyle, że aż uwierzyć nie mogliśmy, że można aż tyle za jednym podejściem. 
Do pracy mogę wstać ponad 30 minut później (w rezultacie spać nie mogłam już od 04:30). 
Całe niedzielne popołudnie spędziliśmy bezkarnie na kanapowych przytulankach. 
 
W sobotę wieczorem M. był na pożegnaniu kolegi z pracy, a ja spędziłam wieczór z Christianem Greyem na ekranie ;) 
 
Całkiem przyjemne to wszystko, ale jednak ...chyba na dłuższą metę brakowałoby nam tego "ruchu w interesie".
 
Zaglądam do pokoju dziecięcego...pustka taka. 
Pies smętny kima koło Sebastianowego łóżka. 
 
Zdecydowanie za dużo spokoju. 
 
Inna sprawa, że gdyby nie nasza Brzuszkowa Lokatorka, to pewnie już w sobotnie południe poszlibyśmy w długą i do popołudnia w niedzielę można by nas szukać...prawdopodobnie odnaleźlibyśmy się w stanie wskazującym na to, że w poniedziałek jedynym ratunkiem byłby urlop na żądanie (i ja obowiązkowo w podartych rajtach;)). 
No ale Niunia zobowiązała nas do zachowania resztek przyzwoitości. 
 
Korzystamy więc w miarę możliwości. 
Pozałatwiamy w tygodniu trochę zaległych spraw, kupimy wózek dla Niuni, a w weekend chyba wybierzemy się nad jeziorko pod namiot. 
Za tydzień mam umówioną wizytę u fryzjera. 
 
 
To nasz ostatni moment przed dłuższą przerwą, gdy jesteśmy prawie sam-na sam we dwoje. 
Dużo rozmawiamy. 
Głównie o dzieciach. 
O tym, że jest fajnie.
Że jest rodzinka i wielka, wielka Miłość.
Że to nasze oczekiwanie jest cudowne. 
Że żoną będę, a On mężem. 
 
Że jest najlepiej na świecie z tą świadomością, że jesteśmy my dwoje i dwoje naszych dzieciaczków i pies, który w swoim mniemaniu też jest naszym dzieckiem. 
 
Dawno nie było czasu, aby tak na spokojnie się nad tym pochylić. 
Ale już przez te dwa dni M. przypomniał mi jak strasznie kocha...i że czeka tak samo bardzo, jak czekam ja. 
To jest magia. 

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Wczorajszy występ



Nie wyszło idealnie. 
Prawdę mówiąc, na próbach szło nam to o wiele, wiele lepiej. 
Ale zamieszczam ten filmik, bo ważny jest dla mnie fakt, że jednak się przełamałyśmy, wyszłyśmy na tę scenę i zrobiłyśmy wszystko jak najlepiej się dało z telepiącymi się ze strachu łydkami i totalną pustką w głowach. 
Zamieszczam go tu również po to, żeby pokazać, że można wszystko. W różnym wieku i w różnym stanie. 
Możliwe, że tego nie widać, ale pracowałyśmy kilka miesięcy nad tym, by jak najlepiej się zaprezentować. 
I co prawda jednak latino, to nie jest na 100% ten gatunek, w którym czuję się najlepiej, bo moja bajka i miłość forever, to taniec arabski, ale i tak wynoszę z tych treningów wszystko, co najlepsze. 
A od kiedy tańczę z Niunią w brzuchu, mam poczucie, że robię coś dobrego dla nas obu. 
Mam nadzieję, że miłość do tańca po prostu zostanie jej we krwi.





Kwestie wózkowe


Takimi rzeczami miałam zajmować się dużo dużo później, ale że akurat jakiś czas temu u Mamuśki Martuśki temat wypłynął, to korzystając z porad i propozycji u niej znalezionych, zaczęłam z ciekawości zapoznawać się na nowo z rynkiem wózkowym. 

Przy kupowaniu fury dla Sebka, najważniejsza była "taniość". 
O reszcie atrybutów pojęcia nie miałam. Co nieco doczytałam i z taką teoretyczną wiedzą wyszperałam na allegro Implast Driver 3 XL. 
Miał swoje zalety, ale też i niejedną wadę. 

Zbyt toporny, blokujące się koła, oparcie spacerówki za mocno odchylone, problem z wypinaniem gondoli czy siedziska ze stelaża. 
Zaletą na pewno był wygląd, koła pompowane, wielki kosz na zakupy, wielkość gondoli i ogólna wytrzymałość tego wozu. 
Implasta jednak pożegnaliśmy już jakiś czas temu, bez cienia nawet myśli o tym, że może jednak przydałby się ponownie...
 
Z drugiej jednak strony, przyznać muszę, że do pewnego momentu wybieranie wózka jest nawet dość ekscytujące. 
 
Po kilku dniach już jednak dopada człowieka znużenie. I mętlik od nadmiaru informacji. 
 
Wybrałam więc swoje najważniejsze kryteria i metodą eliminacji wyodrębniłam furkę Riko Nano 
http://www.sportline.riko.pl/produkty/nano/  
Od razu zapałałam miłością do koloru malachit i namiętnie śledzilam OLX z nadzieją, że ktoś będzie sprzedawał ten model. 
Dzisiaj się trafiło. 
Wózek do odebrania 130km od W-cha, model 3 w 1 , cena 1050 (liczyłam, ze znajdę go taniej,ale tak mi sie podoba, że przełkniemy. Koszt nowego- ok 1700). 
Zrezerwowałam, ale później z ciekawości zaczęłam jeszcze doczytywać fora. Wcześniej oczywiście już się zapoznawałam z opiniami na forach, ale chyba jedna strona umknęła mojej uwadze. 
No i jak na złość musiałam dzisiaj akurat trafić na takie forum, gdzie mój ideał został zjechany. 
Przede wszystkim za wielkość spacerówki. 
Zaczęłam dopytywać, porównywać i zwątpiłam nieco. 
Co prawda nie sądzę, aby Niunia miała jeździć w spacerówce dłużej niż do ukończenia 1,5 roku. Z doświadczenia wiem, że dla mnie najwygodniejszym rozwiązaniem jest parasolka,aczkolwiek po przeczytaniu tych niepochlebnych opinii, zwątpiłam czy mając skończony rok, ona jeszcze będzie się tam mieściła?? 
Porównałam podane na stronie producenta wymiary siedziska z wymiarami siedzisk w wózkach koleżanek, niestety nie mogę znaleźć wymiarów siedziska we wcześniej wspomnianym Implaście. Ale przyrównałam je też do naszej parasolki... wydaje mi się, że aż takiej tragedii nie ma, ale to jednak wszystko cyferki i teoria. 
 
A jak to jest w praktyce? 
 
I tu pytanie do Was...statystycznie ten post zostanie otwarty min. 150 razy w ciągu tego tygodnia. A ja mam właśnie tydzień czasu na ewentualną zmianę decyzji. Czy któraś z Was zetknęła się na żywo z Riko Nano i może coś o nim powiedzieć? 
 
W zeszłym tygodniu staliśmy z Miśkiem w kuchni i nagle za oknem zobaczyłam przejeżdżający właśnie TEN wózek w TYM kolorze. Już chciałam wysłać M. żeby biegł szybko na dół zapytać prowadzącej go dziewczyny, kiedy może nam go odsprzedać? :)
No ale nie wysłałam i żałuję :P
Mam nadzieję, że jeszcze na nią trafię i będę mogła przyglądnąć się z bliska. Z kuchennego okna na pierwszym piętrze wyglądał równie fantastycznie jak w okienku przeglądarki :)  

wtorek, 9 czerwca 2015

Alicja Sara,czy Sara Alicja ?


Najczęstsze pytanie jakie ostatnio słyszę? 
"A imię już wybrane?" 
 
Pytanie to zwykle pada po fali ochów i achów nad tym, że udało się spłodzić dziewczynkę. 
Kurczę...jakoś wcześniej nie zwracałam na to uwagi, ale to jednak prawda -chyba cały Świat uważa, że wzorcowy model rodziny to mama, tato, synek i córka. 
Tak więc wychodzi na to, że po prostu osiągnęliśmy mistrzostwo. 
Misiek został Królem Strzelców, bo to podobno "jubilerska robota". 
A do tego wszystkiego, starszy będzie Brat, więc no już naprawdę ideał. 
Miłe są te wszystkie zachwyty i gratulacje, chociaż ja bym się zachwycała tak samo, gdyby okazało się inaczej. 
No ale skoro mogliśmy Światu sprawić tym chociaż odrobinę radości, to w porządku ;) 
 
Dla nas natomiast fakt, że będzie córka, wiąże się z niejedną zagwozdką. 
 
Misiek się martwi, że ona będzie latać po baletach (hahaha ciekawe których? Balety w tym mieście to były, kiedy sami po nich lataliśmy :P) 
Ja się martwię, że wyprawki nie mamy, bo to co zostało, jest zdecydowanie chłopięcę, a z naszej Niuni chłopczycy nie będziemy robić! 
 
Ale największy dylemat, tak jak podejrzewałam, wiąże się właśnie z tym pytaniem, o którym wspomniałam na początku. 
 
Jakie imię? 
 
Człowiek jednak uczy się całe życie....i czy znasz swojego partnera lat 3, czy też 13, zawsze jeszcze może Cię czymś zaskoczyć. 
Mój mnie zaskoczył. 
Uporem i że tak to ujmę...hermetyzmem ;) 

Żeńskich imion są chyba z dziesiątki tysięcy. 
Na pewno nie przerobiliśmy wszystkich jeszcze.
Z tych tysięcy ja jestem w stanie wydobyć co najmniej kilkanaście swoich faworytów, plus kolejne kilkanaście, na które byłabym się w stanie zgodzić. 

Nie mam jakiegoś mega ciśnienia. Nie mam imienia, które przez całe życie uważałam, że nadam swojej ewentualnej córce. Wydaje mi się, że jestem w tym temacie w miarę elastyczna. 

Tak jak, przy Sebastianie, prym wiodła Łucja, tak tym razem zwariowałam na punkcie Sary. Ale równie dobrze mogłaby to być Martyna, Iga, Patrycja, Tatiana, Tina, Malwina, Kalina, Natasza, Inga, Olga, Sylwia, Eryka, Laura... i z pewnością są jeszcze inne imiona, na które przystanę, a które akurat teraz nie przychodzą mi do głowy. 

Nie przepadam, ża nowoczesnymi i obcobrzmiącymi imionami typu Vanessa i Dżesika, za tradycyjnymi Zosiami i Tosiami oraz za imionami ze szczytów rankingów popularności. 

O ile jeszcze w tej niechęci do nadmiernej nowoczesności i tradycji, jesteśmy zgodni, o tyle już Amelia jest jednym z 4 ulubionych imion mojego chłopaka. 

Amelia jednak jest już córką jego własnego brata, w związku z tym na szczęście odpada. 

Z tego samego powodu także wyeliminowaliśmy Jagodę, na którą akurat też mogłabym się zgodzić. 

I zostały dwa. 
Alicja - piękne, tylko po pierwsze to imię jednej z jego byłych dziewczyn, choć zarzeka się, że nawet o tym nie pomyślał. A po drugie, nie znam żadnej Alicji. Znam za to co najmniej kilka Al i Alek. Niestety w tym przypadku zdrobnienie zmasakrowało oryginalne imię i wątpię by udało nam się zawsze zwracać do córki per "Alicjo". I jeszcze zaszczepić to w całym otoczeniu. 
 
Ostatni hit mojego chłopaka, to pomysł, który od razu kompletnie nie przypadł mi do gustu. Oryginalny, to fakt. Ale dla mnie nawet płci nie określa, a ja - polonistka , jednak zgodnie z Radą Języka Polskiego, chciałabym, żeby było wiadomo, że leżąca w wózku NEL ,to dziewczynka. 
 
Sama jestem ciekawa, czy dojdziemy do porozumienia...?
 
Ostatni weekend spędzaliśmy ze znajomymi. Temat znów wypłynął, a nasza koleżanka uznała , że Sara i Alicja, to ładne imiona i zaczęła Sarą Alicją nazywać Fasolę. Stwierdziła, że może Misiek się osłucha i przekona :) 
Po jego minie widziałam jednak, że myśli sobie, że czemu np. nie odwrotnie - Alicja Sara? 
 
Mamy czas na całe szczęście, mam nadzieję, że osiągniemy jakiś kompromis. 
Ale nie spodziewałam się, że mój M. będzie aż takim "betonem" w tej kwestii. 
Kiedyś na działce razem z rodzicami rzucaliśmy imionami....mi pasowało co drugie, jemu ani jedno. 
 
W ostateczności pozostaje nam imię, które oboje uznajemy za najbardziej "neutralne" - czyli Anna. 
 
Póki co w brzuchu mieszka Fasola, zwana też Niunią, a mi się wierzyć nie chce, że właśnie zaczęłam 19 tydzień. Za dwa tygodnie minie pierwsza połowa. Czym bliżej do godziny zero, tym większy rośnie we mnie strach przed porodem....ale też i ciekawość jaka ta nasza Niuńka Sara Alicja Alicja Sara Fasola będzie ? 

wtorek, 2 czerwca 2015

Antidotum

Przez dwa dni po rozwiązaniu zagadki kim jest Fasola, chodziłam uskrzydlona i nakręcona jakbym co rano częstowała się cukiereczkiem z domieszką MDMA.
Ale jak to bywa zwykle po spożyciu środków wspomagających chęć życia, kiedyś serotonina, endorfina i inne uśmiechnięte hormony, wracają do stałego poziomu i dopada Cię proza życia. 
Taka sobie normalność szara, którą przyjmujesz z tym większym smutkiem...bo przecież jeszcze chwilę temu świat wirował, kolory migały przed oczami, a tu nagle spowolnienie.
  Organizm się broni, reaguje nerwowo, ale wszystko na nic. 
Trzeba wrócić do codzienności.
  Cierpliwie znosić zbuntowanego starszaka.
Gryźć się w język, aby za ostro nie komentować braku cierpliwości partnera. 
Biegać całe sobotnie przedpołudnie ze szmatą, bo trzeba zdążyć na przedszkolny festyn, patrząc na to, jak On skacowany snuje się po domu leniwie ścierając kurze... i wiedzieć, że nie zdąży w tym tempie umyć podłogi i właśnie Ty zrobisz to w tygodniu.
  Przejść w niedzielę kilometry w gorącym Wrocławiu, żeby dziecko miało radość. Bo przecież jest Dzień Dziecka, więc wycieczka do ZOO to idealny prezent. Żeby było ciekawiej, to dla odmiany pociagami , tramwajami i pieszo. 
Słuchać jak On przez dwa dni dzwoni do kolegów, którzy właśnie ten cały weekend spędzają na rybach... i mieć ciągle z tyłu głowy myśl,że wolałby sto razy bardziej być tam, niż tu z Wami. 
Wykonywać wszystkie te codzienne czynności.... miliardy czynności, które pozbawiają Cię czasu dla siebie.
  Zrobić pranie, wywiesić pranie, ściągnąć pranie, przygotować, ugotować, posprzątać, ubrać dziecko, rozebrać dziecko, położyć dziecko spać, pamiętać o kanapkach do pracy, o zapisaniu Go na studia, o urodzinach Jego mamy o tym, że Jego bratanice też mają Dzień Dziecka....
Zmagać się z irytującymi przypadkami: 
- z rozwalonym tłumikiem, przez który musisz jeździć Jego autem, które jest wielkie i przy wyjeżdżaniu z parkingu przytula się za mocno do samochodu sąsiada...oczywiście pod czujnym okiem innego, ciekawskiego sąsiada. A w czujnym oku maluje się złośliwa wyższość i satysfakcja, bo przecież baba z kierownicą! Postanawiasz sama włożyć karteczkę za wycieraczkę, mimo że szkoda ledwo widoczna, a Twoje własne auto bez przerwy obrywa na parkingach i jeszcze nikt się nigdy nie przyznał. 
- z robakami na ryby, które zapomniane przestały całą noc na komodzie w przedpokoju i z nudów postanowiły wywędrować z pudełka prosto do Twojej torebki...
- z tym, że zapomniałaś kupić mleka
- że wychodząc z domu, trzy razy wracasz się do niego, bo przecież masz Baby Brain....a może po prostu już za dużo jest na Twojej głowie?   

Aż w końcu przychodzi moment , kiedy wpada do czarki ostatnia kropla i wszystko się wylewa. 
Robisz awanturę, oznajmiasz , że z powodu robaków wyprowadzasz się z domu, który przecież jest tak samo Twój jak i Jego...a nawet bardziej Twój. 
Po czym kładziesz się do łóżka, odwracasz na bok i udajesz, że śpisz, ale nie możesz zasnąć, bo Twoje dziecko w brzuchu wszystko czuje i daje Ci jasno do zrozumienia, że nie podoba mu się cała ta sytuacja.     

Za każdym spełnionym marzeniem leży metka z jakąś ceną. Możliwie , że wręcz nieproporcjonalnie niską, ale jednak.
  Wiele ideałów, to tylko pozory, bo tak naprawdę każdy posiada chociażby maleńką skazę.           

Po południu sprawdzę, czy nowe buty dadzą radę być antidotum na to wszystko.  To chyba ostatnia deska ratunku, żeby nie zwariować.   

piątek, 29 maja 2015

Będzie...


Brawo blogowe Ciocie ;)
Jesteście lepsze ode mnie, bo ja się tam tej małej pipki nie dopatrzyłam :)
Właściwie siusiaka też nie widziłam, a przy Sebie nie miałam wątpliwości i już to powinno mi zasugerować, że jednak spodziewamy się córeczki.
Ale chyba nie dowierzałam, że to możliwe.
Jakoś w ostatnich tygodniach nastawiłam się na drugiego chłopca.
Właściwie ze względów ekonomicznych, byłoby to zdecydowanie wygodniejsze.
Ale z drugiej strony, to jednak wcześniej marzyła nam się ta mała księżniczka.
No i będzie!
Będzie córunia Tatunia upragniona.
Misiek się przyznał, że aż oko mu się zaszkliło, kiedy lekarz powiedział co tam widać.
A za moment ogarnął go strach, bo przecież chłopak to chłopak, zawsze sobie poradzi , a królewnę trzeba będzie chronić.

"Jak masz syna, to pilnujesz syna. Jak masz córkę, to pilnujesz całego osiedla" :)

Na szczęście nasza Myszka będzie miała wspaniałego Tatę i super starszego Brata.

Uwielbiam z całego serca być mamą małego chłopca.
Mój chłopczyk jest przesłodki,całuśny, uwielbia się przytulać i powtarzać, że nas kocha.

Ale umieram z ciekawości jak to jest być mamą córeczki.
I dorosłej córki.
K. napisała mi, że teraz będę miała przyjaciółkę do końca życia.
I zrobię wszystko,aby tak właśnie było.

Mam też trochę obaw jak razem żyją w domu dzieci różnej płci. Ja mam siostrę, misiek brata, więc nasze doświadczenia są zgoła inne.
Czy będą się kłócić? Czy połączy ich taka sama wyjątkowa więź, jaka jest między nami i naszym rodzeństwem?
Bardzo pragnę aby tak się stało.



Teraz tylko pozostała nam kwestia imienia, bo akurat co do chłopca byliśmy zgodni.
Ale w imionach dla dziewczynki rozmijamy się totalnie.
Całe szczęście, że do listopada mamy czas, aby odnaleźć kompromis w tym temacie.

Jestem przeszczęśliwa!!!!

Bardzo cieszyłabym się z drugiego synka i znalazłabym miliard powodów, że bosko jest mieć dwóch chłopców.
Ale terazd dodatkowo kręci mnie taka adrenalina, że tyle nowości bedzie.
Że kiteczki, warkoczyki, sukieneczki, malusie spódnisie, balerinki, lalki (nareszcie!) i zabawa w domu, w szkołę, w gotowanie :)

I tak jak się zarzekałam wcześniej, że po porodzie od razu powiem, żeby mi podwiązano jajniki, albo mnie zaimplantowali, zachipowali i jeszcze sobie ściągnę ciężarówką 24 tony prezerwatyw, bo to koniec dzieci.
Tak wczoraj już żartowałam z Miśkiem, że może to jednak nie koniec,bo aż żal talentu takiego celnego snajpera ;)

czwartek, 28 maja 2015

A Fasola między nóżkami ma...

...to zakreślone kółkiem to płeć :))

Zgadujecie? ;)

Baby brain

Baby brain...
spodobało mi się to określenie.
Używała go moja przyjaciółka, mieszkająca w USA,  która właśnie od przedwczoraj jest podwójną mamą :)
    Teraz i ja z niego korzystam, ponieważ szukam jakiegoś wyjaśnienia dla swojego, nie do końca logicznego, zachowania w niektórych sytuacjach.
Myślałam, że mnie to ominie...
Bo w pierwszej ciąży przecież nie było tak...
Ale ale... wtedy nie miałam na kogo wylewać swojej zołzowatości. 
A teraz mam! 

Jestem niedobra, niemiła, nieładnie się odzywam, obrażam się, fochuję, biegam w nerwach po mieszkaniu...  

A ostatnio osiągnęłam szczyt baby brain'u - udało mi się śmiać i płakać jednoczesnie!  
I to nie był płacz ze śmiechu.
  Posprzeczaliśmy się z M. na działce, moje nerwy sięgały zenitu. 
Za 10 minut miałam już oczywiście wyrzuty sumienia, że zamiast rozmawiać normalnie i kulturalnie, to ja skaczę jak jakaś rozwścieczona ropucha.
Ciężarna w dodatku. 
M. ochłonął pierwszy, chciał mi pokazać jakąś roślinkę. 
Idąc do niego, potknęłam się o mały płotek, ukryty w naszej nieskoszonej trawie. 
I padłam jak długa. 
Obiłam sobie rękę, bark, kolano i udo.
  Właściwie nie bolały jakoś szczególnie, więc w pierwszej chwili zaczęłam się śmiać ze swojej niezdarności.
Aż w momencie zaczęły mi płynąć łzy, bo poza jakimśtam jednak bólem,  poczułam jednocześnie przerażenie (upadłam na brzuch) i jakiś taki nadmiar emocji...jakby czarka się przelała. 
A wiecie co w tym wszystkim było najgorsze? Miny Miśka i Seby. 
W ogóle nie rozumieli co się dzieje, dlaczego ja się śmieję i płaczę na raz? 
Misiek miał wręcz lekką panikę w oczach...może pomyślał, że przy okazji uderzyłam się w głowę?....no miał wyraźne ku temu podstawy.   
Jakoś doszłam do siebie, ale te łzy w ogóle nie chciały się zatrzymać...płynęły, a ja nie miałam na to żadnego wpływu. 
Oj! dawno takiej emocjonalnej karuzeli nie przeżyłam w ciągu kilku chwil.   

Po tym zdarzeniu na kilka dni ochłonęłam. 
Do czasu oczywiście. 
Aż znów wypłynął mój "ulubiony temat" (nocka na rybach) i wredna Mała Mi, ukryta gdzieś w czeluściach mojego mózgu, wychyliła swoją małą główkę z tym złośliwym uśmieszkiem.
  Następnego dnia kolejne wyrzuty sumienia.   

Wyrzuty które nabrały ogromnych rozmiarów, po tym jak usłyszałam wypowiedzi mojego kolegi na temat jego przyszłej żony, która akurat też jest w ciąży. 
Przysięgam - koparę musiałam zbierać z biurka. 
Myślałam, że takie historie to tylko w "Dlaczego ja?"
Przyszły tatuś bowiem, oznajmił, że poczuł wstręt do swojej partnerki, bo urósł jej brzuch.
Jeszcze 2 tygodnie temu żalił się, że ona nie ma ochoty na seks, bo ciągle źle się czuje. Teraz to on jej odmawia, bo się BRZYDZI!!! 
Przestała mu się podobać. 
I on czeka aż ona urodzi (w grudniu), żeby znowu było normalnie. 
Pierwszy raz spotkałam się z takim niedojrzałym (żeby nie ująć tego dosadniej) podejściem....i zrobiło mi się tak niesamowicie żal tej dziewczyny.... 
Nie wnikam w jaki sposób podjęli decyzję o ciąży....
Nie będę teraz rozważać, czy facet ma, czy nie ma prawa, do takich uczuć. 
Ale mógłby chociaż powstrzymać się od mówienia o tym głośno....szczególnie jej.   

A jak się to ma do moich wyrzutów?
  No oczywiście stwierdziłam, że mam takiego cudownego chłopaka, który całuje rosnący brzuch, z którym razem śmiejemy się z powiększających się w zastraszającym tempie bioder, który zachwyca się wyjątkowo bujnymi piersiami i najchętniej w ogóle by się z nich nie wynurzał....że jak ja w ogóle mogę tak wrednie się na nim wyżywać?   

W ten sposób od wczorajszego popołudnia jestem znów troskliwą, słodką Żabką....  

A M. nawet pojęcia nie ma komu zawdzięcza wieczorny masaż....z bonusem ;) 

wtorek, 26 maja 2015

Miałam dzisiaj nic nie pisać....#matkapłakałajakpisała

Miało nie być rzewnego posta z okazji Dnia Matki.
Ale co zrobić, gdy akurat DZIŚ spotykają nas wyjątkowe sytuacje?

Obudził mnie...ruch w moim własnym brzuchu <3
I tym razem jestem pewna na 100%, że to nie jelita.
Dwa wyraźne podskoki jeszcze przed 6 rano.
Wyczekiwałam ich już od kilku tygodni, wsłuchiwałam się się w siebie, analizowałam, czy to już ten "trzepot motylich skrzydełek", czy jeszcze nie.
Możliwe, że wcześniej to także było TO.
Ale dzisiaj nabrałam pewności, że czuję nasze dziecko.
Wyraźnie dało mi znać, że jest.

Taki prezencik na Dzień Matki.
Cudowny.
Prosto spod serca.

Na tym właściwie koniec przyjemności.
Na dziś mieliśmy umówioną wizytę u alergologa.
Wczoraj zdecydowałam, że wezmę urlop i pojadę z Sebkiem, wcześniejsza wersja była taka, że pojedzie z nim Babcia.
Ostatecznie wybraliśmy się we trójkę.

I cieszę się, że pojechałam, bo okazało się, że konieczne będzie pobranie krwi.
Niestety nasz maluch jest strasznie problematyczny pod tym względem.
Żyłki ma pochowane, a krew tak gęstą, że w ogóle nie chce wypływać.
Nacierpiała się moja małpeczka biedna...trzy wkłucia i kręcenie igłami w tej malusiej rączce,a kiedy już w końcu żyła się znalazła, to krew trzeba było wyciskać.
Łzy płynęły jak grochy...Babcia była wzywana na ratunek....matka kolana jak z waty, ale nomen omen, zimną krew zachować trzeba było.
Jakoś razem przez to przebrnęliśmy.

Małpeczka wymęczona schowała się w mamusinych ramionach i łkała cichutko....
a Matka wiadomo...
milion mrugnięć na sekundę, żeby nie było widać, że sama płaczu bliska.

Taka rola nasza...niełatwa wcale.
Bo jest super, kiedy wszystko dobrze idzie...
ale kiedy pojawiają się trudy, to trzeba w pancerz stalowy klatę zakuć i zamienić się w wojowniczkę, w skałę nie do ruszenia, w oazę spokoju i opanowania.
Mama nie może wymiękać.
Trzymać musi dziecko swoje za rękę i spokojnie przeprowadzić przez takie i większe burze.

Mam nadzieję, że taką silną Mamę ma również dziecko, które widziałam dziś w szpitalu.
Wiezione na łóżku, z maską tlenową przykrywającą prawie całą buzię, nieprzytomne...
Tego niestety ja sama już nie wytrzymałam.
Serce ukłuło, a łzy w sekundę potoczyły mi się po policzkach.
Zapewne nie tylko ja tak mam, ale od kiedy sama jestem Mamą, chciałabym uwolnić świat o krzywd dzieci. Każdego jednego dziecka na całym globie.
Nie mam niestety tak silnej wiary, aby umieć samej sobie wytłumaczyć sens takich zdarzeń.
Uważam, że cierpiące dzieci, to największa niesprawiedliwość ludzkości.
Czuję paniczny strach przed byciem Matką, która swoje dziecko musi w cierpieniu prowadzić.
Niczego innego tak bardzo się nie boję.

Nie chciałam dziś na smutno, ani na wzruszająco nawet.
Zupełnie nie miałam takiego zamiaru, ale okoliczności jakoś zadecydowały za mnie same.
Takie łzawe mi to Święto Matki wyszło...na szczęście to dopiero połowa dnia i mam nadzieję, że jeszcze zrobi się radośniej.

Choć tak naprawę, ja swoje święto obchodzę nawet kilka razy dziennie - zawsze, gdy słyszę od Sebastiana: "Kocham Cię, Mamusiu".



Ściskam dzisiaj w myślach każdą jedną Mamę, Mamusię, Mamkę, Matulę, Matkę, Mamcię, Mami, Mamuśkę...
Moją osobistą przede wszystkim.
Najmocniej.

Ale i te, które mijałam dziś w szpitalu - niech będą tam jak najkrócej, niech sił im nie braknie...niech wychodząc mają obok wyleczone swoje dzieciaczki.
I Mamę mojego M,, aby jej wyniki nie okazały się tak złe, jak kiepsko brzmią podejerzenia...
Mamy oczekujące i świeżo upieczone.
Mamy nieidealne.Oraz te, które myślą, że są idealne - na pewno robią wszystko aby tak właśnie było.
Wszystkie mamy małych aniołków...

I te, małych diablątek, do których czasem i świętemu zabrakłoby cierpliwości.
Mamę K. ...żeby wygrała.
Te, które z różnych przyczyn nie mogą być blisko.
Te zagubione, by się odnalazły.
Również te, które już własnej Mamy o radę zapytać nie mogą.
Ściskam mocno moją K., która dzisiaj właśnie zostanie mamą drugi raz. Aby wszystko poszło dobrze.

Jesteście...
...Jesteśmy... wyjątkowe i najlepsze.

I choć czasem powątpiewam, czy macierzyństwo to bardziej dar, czy przekleństwo...
jest to jednak najwspanialsza, choć i najtrudniejsza rola, jaką przyszło mi w życiu odgrywać.











piątek, 15 maja 2015

Jak skutecznie srzątać?

Jak w tytule...  

Nie, nie moje drogie...nie znajdziecie tu garści porad Perfekcyjnej Pani Domu. 
To nie jest post ze sprytnymi trickami i nowatorskimi poradami.   

To jest moje wołanie o pomoc! 

  Jestem chomikiem. 
Obrzydliwym, sentymentalnym zbieraczem WSZYSTKIEGO.   

Zbieram ciuchy, bo wierzę, że jak schudnę, to zmieszczę się w te, zajmujące połowę szafy, a których nie noszę od co najmniej kilkunastu miesięcy. 
(A przecież dobrze wiem, że nawet jeśli faktycznie jakimś cudem się uda, to w nagrodę będę latać po sklepach i kupować, kupować, kupować :P)   
Zbieram zdjęcia,bo przecież wspomnień się nie wyrzuca.   

Zbieram całe szuflady różnych pierdół bliżej nieokreślonych. 
Otworzę taką szufladę...no i co ja tam mam?
Trzy peruki sylwestrowe, 3 olejki do masażu, pudełka na biżuterię, 3 pary retro-okularów słonecznych, kilka kartek urodzinowych, obraz, który nie wiem, czy nam gdzieś pasuje, różaniec, który dostałam będąc w pierwszej ciąży, węgielki i tytoń do shishy, której nie paliłam chyba z 2 lata (btw. mamy dwie shishe), brzęczące bransoletki z Tunezji - do tańca brzucha....mam też 3 brzęczące chusty oraz kostium.  Itd itp....  

Przysięgam, że znajdę co najmniej 3 powody, dla których nie powinnam wyrzucić żadnej z tych rzeczy.   

Mamy kuchnię...niewielką, acz zabudowaną po sam sufit. 
W kuchni mojej mieszkają akcesoria zebrane z 5 mieszkań: z mojego, Miśka, moich dwóch Babć, oraz rzeczy, które zostawili tu poprzedni właściciele (m.in. dwa wielkie garnki - idealne na ugotowanie np wielkiej zupy gulaszowej na imprezę). Mamy też: opiekacz, toster, parowar, mikser, blender, malakser i grill elektryczny - każdy potrzebuje mieć swoje miejsce.
Mam dużo talerzy i jeszcze więcej sztućców. Większość trzymam z sentymentu, bo są "po babciach". Np dwie wazy na zupy. Na razie wyjęłam jedną - do wielkanocnego żurku. 
Gdy pewnego dnia , postanowiłam wysegregować najpotrzebniejsze rzeczy i oddałam jeden komplet sztućców, plus 3 nadprogramowe chochle, zapasową wyciskarkę do czosnku, 4 obieraczki do warzyw i podobne akcesoria, byłam z siebie bardzo dumna. 
Do zeszłej soboty, kiedy okazało się, że musiałam przypadkiem oddać też wałek do ciasta. No ok...jeśli już coś piekę, to raczej są to ciasta, które z miski wylewa się na blachę i tyle (mam blachy w 4 rozmiarach, tortownicę oraz specjalną blaszkę do muffinek)...ale właśnie w minioną sobotę wałek był bardzo potrzebny, bo postanowiliśmy zrobić pizzę. 
No i co? Udowodniłam sobie sama, że lepiej jak nic nie wyrzucam, bo przecież WSZYSTKO może się przydać. 
Te cztery wyblakłe filiżanki z jakiejś przedwojennej germańskiej porcelany na bank też, bo kiedyś je sprzedam i zarobię miliony!   

W szafie w przedpokoju mam trzy półki książek - no książek nie wyrzucę i nie oddam za Chiny! Kocham je mieć. 
  Trzy szuflady zajmują mi dodatki zimowe, typu: chusty, apaszki, rękawiczki, czapki i grube szale. (Czy naprawdę potrzebuję ich aż tyle? A jeśli tak, to czy przez cały rok muszą zajmować mi cenne miejsce w trzech szufladach?)     
Posiadam również całą komodę, wysokości ok. 120-140cm, w której trzymam obrusy, pościele, ręczniki i ścierki kuchenne. Drzwiczki ledwo się domykają. 
W pawlaczach pupychałam w workach próżniowych (50% już się "rozpróżniła) kilka kołder i poduszek (w zależności od pory - zimowe bądź letnie dla nas i Sebcia oraz dodatkowa dla gości + śpiwór, który może robić za kołdrę)    Ehhh...to tylko ułamek tego, co gromadzimy.   

Mając w perspektywie rychłe pojawienie się nowego członka rodziny, zaczęłam rozglądać się po naszym mieszkaniu z przerażeniem. 
Przeraził mnie wniosek, do którego doszłam - my nie mamy miejsca dla dziecka!!!   
Na 67 metrach nie ma miejsca na male ciuszki, pościelki, pielusie, na wózek ani na leżaczek.   
Dodam, że w piwnicy nie ma już miejsca w ogóle na nic, bo mieszkają tam dwa materace (2 razy 80x200cm), na których wyrzucenie nie mogę namówić mojego chłopaka. Twierdzi, że przydadzą się jak będziemy mieli 4 osoby w gościach na noc....taaaaa jasne!   

Pomóżcie zatem!!!   
Czy zagląda tu ktoś,kto sobie poradził z takim nałogowym zbieractwem?  Jaki macie system trzymania rzeczy w mieszkaniu?  Czego się pozbywacie i jak? 
Wyrzucacie na śmieci "skorupy" po Babciach? 
Czy potrzebujecie, tak jak ja osobnej szuflady dla majtek i staników, osobnej dla skarpetek i rajstop i osobnej dla piżam i podkoszulek????  Czy na dnie szafy, pod drążkiem z wieszakami również posiadacie kosz pełen torebek "okazjonalnych"? (sportowa mała i duża, dwie wizytowe, średnia wyjściowa...a w przedpokoju trzy"codzienne")
Ufam, że nie trzymacie tam także kosza na płyty winylowe, bo nie każda z Was jest byłą Dj'ką. Sprzedałam misker i adaptery, ale sentyment do czarnej płyty nie pozwolił mi pozbyć się winyli. To nic, że nie mam na czym ich odtwarzać...  

Co robić?
Jak w tym wszystkim wygospodarować miejsce dla naszego maleństwa?   

Od kilku dni czuję taki zew...taki, że naprawdę w końcu otworzę i wywalę jak leci, te za małe ciuchy, te 10 z 20 par rajstop, połowę ciuchów "domowych" i "działkowych".... ale znam siebie...może worek poleci, tak jak w czasie, kiedy się urządzaliśmy, ale niewiele to zmieni. Bo jeden worek mniej to wciąż za mało. 

Jak nie obrastać?  I skąd wiedzieć co naprawdę może się jeszcze przydać, a bez czego się obejdziemy?   

P.S. Gdy wpisałam w google hasło typu "jak nie obrastać w rzeczy", z samych opisów do stron, dowiedziałam się, że powinnam rozpocząć od leczenia psychiatrycznego :) Ale może jest jeszcze dla mnie jakaś nadzieja, że uda mi się to załatwić mniej kategorycznie?;)

wtorek, 12 maja 2015

Braciszkowie

Mieszkając na wielkim blokowisku, które mieści ponad 20.000 mieszkańców, czyli ok 1/5 ludności miasta, na brak bodźców narzekać się nie da. 
To osiedle to raj dla "okiennych babć" 

Niemal codziennie obserwuję tu różne sytuacje, interakcje międzyludzkie, międzyzwierzęce, ludzko-zwierzęce....
Sama ostatnio, wyprowadzając psa o 23, natknęłam się pod balkonami na lisa. 
Stanęliśmy tak we troje, oko w oko...a raczej oczy w oczy. 
Nie wiem kto bardziej wystraszony. Lis, pies, czy ja? 
Ostatecznie lis cicho czmychnął za budynek, ja poczułam rozczarowanie, bo ładny był i chciałam się jeszcze bliżej przyjrzeć. Rzadko widuję lisy z tak bliska.  
Pies natomiast poczuł zew natury i od razu chciał lecieć w stronę lasu. 
Tak się podjarała instynktem łowcy, że oczywiście zapomniała po co tam w ogóle poszłyśmy. 

Ale ja nie o lisach dzisiaj miałam...

Widuję też każdego dnia przeróżnych ludzi, w najróżniejszych sytuacjach.  Tatusiów z wózkami. 
Mamy zgromadzone wokół piaskownicy, pochłonięte ploteczkami. 
Staruszków z trudem przemierzających drogę z domu do sklepu....czasem pod rękę prowadzi ich ktoś młody...dziecko? wnuk? Zawsze wtedy staje mi przed oczami obraz, jak jeszcze nie tak dawno sama prowadziłam mojego dziadzia do Biedronki, a Seba biegał wokół nas....Dziadziu nie mógł się skoncentrować na zakupach, bo zawsze za młodym się rozglądał. 
Widuję zbuntowanych nastolatków, których cała postawa wręcz krzyczy: jestem wyjątkowy! jestem oryginalny! podążam swoją drogą....
Może dopiero jej szukasz, choć jeszcze nawet o tym nie wiesz :) 
Mijam dzieciaki, uczące się jazdy na rowerze i rolkach. 
Pierwsze upadki i łzy. 
Czasem dopiero pierwsze samodzielnie stawiane kroczki, pod uważnym dumnym wzrokiem rodziców, lub dziadków. 
Spotykam Pana, który od kilku miesięcy prawie mieszka na naszym podwórku, bo kupił sobie szczeniaczka i uczy go psiej czystości. 
Szczeniak śmiesznie podskakuje i zawsze zaczepia naszą Kajkę. 

Ostatnio jednak trafiam na dwie osoby, które wprost podbiły moje serce. 
Moje serce , podkreślmy, owładnięte ciążowymi hormonami. 
Są to dwaj chłopcy. Mieszkają w naszej klatce. 
Jeden jest w wieku zbliżonym do Sebka, może ciut starszy. 
Drugi może mieć ok 10-12 lat. (Te dzieciaki teraz tak wyrastają, że totalnie nie potrafię określić w jakim są wieku). 
Widziałam ich może raz razem z rodzicami i tych rodziców w ogóle nie kojarzę....jak większości naszych sąsiadów. Urok mieszkania na pierwszym piętrze - nie jeździsz windą - nie jesteś na bieżąco :P 
Chłopcy zwykle są sami. 
Bawią się na placu zabaw pod naszym oknem, idą razem do sklepu, szukają skarbów pod balkonami. 
Uwielbiam ich obserwować. 
Starszy brat jest niesamowicie opiekuńczy.
Prowadzi młodszego za rączkę.   Zawiązuje rozsznurowanego buta, pociesza , gdy mały płacze z jakiegoś powodu, opowiada, tłumaczy, odpowiada na pytania. 
Pilnuje by nie wybiegał na ulicę.  Ostatnio mieli ze sobą zabawkową ciężarówkę. Chyba była stara, bo wywnioskowałam, że mama kazała im wyrzucić ją po zabawie. 
Malutki tak strasznie płakał, że mnie samej stanęły łzy w oczach. 
A starszy z zatroskaną miną i anielską cierpliwością, próbował go uspokoić i tłumaczyć mu, że autko już nie nada się do zabawy. 
Ma cierpliwy, spokojny głos...i taki ...mądry jak na, bądź co bądź, dziecko w tym wieku. 
A młodszy....zapatrzony w starszego brata jak w obrazek. 
Zadziera głowę do góry i słucha uważnie. Wpatruje się okrągłymi oczkami w brata , przytula się...

Jest między nimi taka więź.....coś, czego przecież nie widać, ale paradoksalnie aż rzuca się w oczy. 
Są absolutnie cudowni. 
Ich relacja jest wyjątkowa. 
I mam nadzieję, że kiedyś będę miała okazję spotkać ich rodziców, w jakiejś spokojniejszej sytuacji, aby móc im pogratulować i powiedzieć, że zazdroszczę. 

Że właśnie o tym marzę, aby pomóc moim dzieciom w stworzeniu takiej więzi.
A potem móc je obserwować w podobnych sytuacjach. 

Patrzę na tych braciszków i myślę, że to też będzie super, jeśli Fasola okaże się drugim chłopcem. 
Braterska więź to świetna sprawa.  Widzę to teraz dobrze, kiedy patrzę na M. i jego brata. 
Dorośli faceci, każdy ma swoje życie, swoje sprawy. 
Ale dzwonią do siebie co najmniej kilka razy w tygodniu, jeżdżą razem na ryby, pomagają sobie wzajemnie....  Głośno przyznają się do tego dopiero, gdy po pewnych napojach puszczą im te męskie hamulce, ale kochają się mocno. 
Do końca będą mieli siebie i będą mogli na siebie liczyć. 

Tak jak ja i moja Siostra.

Tak jak Seba i Fasola :) 

Wszelkie wątpliwości i obawy tracą na mocy, gdy tylko myślę jaką wartością, dla mnie samej, było i jest rodzeństwo. 

Chciałabym tylko poznać tajemnicę rodziców, którym się to udało - którzy tak mądrze wsparli i pokierowali swoje dzieci, że wykształciły między sobą takie wyjątkowe połączenie. 

Na szczęście moi osobiści rodzice są własnie również jednymi z Tych :) 

piątek, 8 maja 2015

Kolejna garść ciążowych rozmyślań

Dopadł mnie kaszel. 
Raz suchy, raz mokry.
Bolący i irytujący. 
Seba też kaszle, budzi się w nocy, ja się budzę razem z nim. 
Poza tym budzę się też co najmniej raz z powodu cisnącego pęcherza. 
W związku z tym w ostatnich dniach nie jestem specjalnie wyspana. 

Kaszel jest upierdliwy i nie działa na niego ani syrop z imbiru cytryny i miodu, ani mleko z miodem i czosnkiem (to działa za to rewelacyjnie na odchudzanie - wypijam szklankę i żeby nie zwymiotować, muszę się położyć) .... nie jestem najlepsza w leczeniu naturalnym, więc nie mam pojęcia co jeszcze wolno mi stosować. Coś mi się kiedyś obiło o uszy o tymianku jakimś, ale muszę zgłębić ten temat dokładniej. 
Drugi trymestr miał być energiczny i fajny, a póki co, znów mam spadek formy.
Wczoraj o 19:30 rozmawiałam z M. przez telefon, po czym zamknęłam na moment oczy, a gdy otworzyłam była już 21. 
Biedne moje dziecko, skazane na bajki i własną inwencję twórczą, zrobiło w tym czasie eksperyment z użyciem soli i wody mineralnej, czego efekty zbierałam oczywiście z całego pokoju :) 
Codziennie obiecuję sobie, że dzisiaj po pracy, będę się z nim bawić, ale jeśli tylko pogoda, lub moje zmęczenie nie pozwala nam wyjść z domu, to marna ta nasza zabawa.... 
Już mam wyrzuty sumienia i coraz większe obawy co będzie, kiedy pojawi się noworodek. 
Czy dam radę na tyle zebrać się w sobie i spiąć, aby moje dzieci były nie tylko dopilnowane, nakarmione i czyste, ale by nie brakło im rozrywki i rodzicielskiej uwagi ? 

Muszę w tym miejscu przyznać, że niestety i mnie depcze po piętach mit Perfekcyjnej Pani Domu. 
Złapałam się wyrzutach sumienia w momencie ułatwiania sobie życia.
Przez prawie 3 tygodnie jedliśmy obiady, które M. przynosił z pracy. 
W tym tygodniu M. ma popołudniówki, teoretycznie on mógłby jeść w pracy, Seba i tak je w przedszkolu, i zostałby mi do wykarmienia tylko własny żołądek. A że aktualnie mam fazę na szparagi, to niewiele miałabym roboty. 
No ale już wyrzuty tak mnie dręczyły, że zaparłam się i gotuję cały tydzień.
Nawet jeśli oznacza to stanie w kuchni do 23....a zwykle tak jest, bo energia wraca mi ok 21. 
Ponadto po gotowaniu staram się zostawić po sobie porządek, aby nie robić tego kolejnego dnia. 
Doszło już nawet do tego, że nawet podłogę zmyłam! 

Zastanawiałam się co jest przyczyną i doszłam do wniosków następujących:  1. Im więcej M. robi w domu, tym większe ja mam poczucie obowiązku, bo jak to tak, żeby facet robił, a baba leżała....w końcu brzuch aż taki wielki nie jest jeszcze. 
2. Nasze matki!
Nie nie, nie robią nam nalotów i kontroli. Ale one całe życie pracowały i dbały o domy. I w obu domach było posprzątane i ugotowane itd. Więc skoro one mając dwoje dzieci mogły, to dlaczego ja nie mogę? nie sądzę aby były jakieś powody, z których jestem bardziej zmęczona niż one. 
Mało tego....one nawet teraz, kiedy są w wieku, że mają prawo czuć się zmęczone życiem po prostu, zawsze znajdą jakieś słoiki, z których zawartości, oczywiście z radością korzystam.
3. Chora ambicja. Tak bardzo chcę być najlepszą na świecie miśkową żoną, że jak sobie wyobrażę, że kiedyś może powiedzieć, albo chociaż pomyśleć, że fajna ta jego dziewczyna, ale domu za bardzo nie ogarnia, to płakać mi się chce....

To ostatnie oczywiście z przymrużeniem oka, aczkolwiek chciałabym , żeby uważał, że jestem najlepsza, w kuchni, przy dzieciach, w rozmowach,w towarzystwie i w sypialni też :) 

Póki co jestem spokojna tylko o te dwa ostatnie :P 

A może to wszystko, to po prostu hormony? 
Zmęczona jestem, bo hormony.  Wyrzuty sumienia mam, bo hormony....bo przecież pewnie już obudził się instynkt wicia gniazda, tylko coś sił brak, żeby faktycznie to robić.
Hormony jak nic.
I tego będę się trzymać.

Hormonalnie też rozczulam się nad Synem moim.
Ten mały bystrzak zaskakuje mnie czymś niemal każdego dnia.
Zresztą już nie tylko mnie, nawet Panie w przedszkolu mówią, że nieraz nadziwić się nie mogą, przede wszystkim jego zaskakująco dobrej pamięci. 
Okazuje się również, że dziecko moje ma zdolności przywódcze  - Pani Marzenka stwierdziła, że one niedługo będą mogły siedzieć z nóżką na nóżkę, ponieważ Sebastian zarządza mycie rąk, jedzenie drugiego śniadania i udanie się na leżakowanie "zieby nas bziuśki nie bolały" 
Przy tym oczywiście, tak jak w domu, sam do poleceń wydawanych przez Panie, stosuje się tylko wówczas, gdy ma na to ochotę :P 
Oj mamy my z nim przeprawy, ale też i ile radości.
Parę dni temu , gdy gorzej się czułam zaproponował : "To mozie pójdzieś juś odeblać swoją dzidziusię z bziuśka, żeby Cię nie bolał "
A następnie ucięliśmy sobie pogawędkę o przyszłości, z czego większość wizji roztoczył właśnie Seba. Jak będziemy się dzidzią zajmować, jak on będzie pilnował "blaciśka albo siośćićki" i jak będą razem słuchali czytania  książeczki o dźwigu i śmieciarce :)
Wczoraj z kolei oglądaliśmy zapowiedź bajki, w której miała być mowa o przyjacielu. 
Zagaduję więc, czy on ma jakiegoś przyjaciela 
"Ja mam tatę-pyjaciela" usłyszałam w odpowiedzi.
I chyba fajniejszej nie mogłam sobie wyobrazić. 

Pewnie to wszystko to normalne rzeczy, większość dzieciaków w tym wieku to takie rezolutne bystrzaki.  Ale daje to tak wiele przyjemności i wywołuje tyle  uśmiechu.... a trwa w zasadzie tylko chwilkę. 
Dlatego miewam te wyrzuty sumienia, bo notoryczne zmęczenie powoduje, że część takich momentów zwyczajnie ulatuje. Przesypiam je, lub nie dostrzegam w pośpiechu. 
A tak bardzo chcę żyć na maxa wszystkim tym, co mam. 
Bo mam przecież wszystko, co najlepsze :)