Razem Lepiej!

Razem Lepiej!

poniedziałek, 15 lutego 2016

O tym,co nowego, nie tylko walentynkowego

Siedzę przy kompie z kubkiem kakao. 

Dzieci śpią, M. jeszcze w pracy. 

Cisza i spokój. 

Odpoczęłam wreszcie. 

M. został jeden egzamin do zaliczenia. 

Ze wszystkiego, co już za nim...a właściwie za nami, ma głównie piątki :) 
Widzę jak Go to podbudowało i zmotywowało do dalszej nauki. 
Zaliczenie tego semestru to będzie jego rekord. 
Rozpoczął w swoim życiu 4 lub 5 kierunków studiów i nigdy nie skończył nawet pierwszego semestru. 
A teraz? Teraz niewiele mu brakuje do stypendium naukowego! 
Jestem z niego nieziemsko dumna :D 
Zaskoczył mnie pozytywnie swoim zaangażowaniem i sumiennością. Nie spodziewałam się, że takie cechy w nim odkryję. Nie w kierunku nauki ;) 
Od razu +100 do sexappealu ;)

Nie było łatwo przetrwać tę sesję, ale udało się. 
Kolejne będą o tyle prostsze, że już wiemy, czego możemy się spodziewać. Że trzeba po prostu zacisnąć zęby, spiąć poślady na kilka tygodni i damy radę. 

Gdy już było jasne, że zostało tylko jedno zaliczenie, M. odetchnął i od razu jakby go przybyło w domu. 
W środę zabraliśmy nasze dzieciaki i bratanicę do Wrocławia na Wystawę Lego. 
W sobotę całe popołudnie i wieczór siedzieliśmy u moich rodziców. 
Wczoraj znów byliśmy we Wrocławiu, odwieźć narzeczonego mojej Siostry na lotnisko. Przy okazji wstąpiliśmy do Ikei i zrobiliśmy tam małe zakupy. 
Dzisiaj całe przedpołudnie Tata i Syn skręcali szafkę. Sebciu wniebowzięty, że tak ważne zadanie może robić razem z Tatą. Zwłaszcza, że ostatnio niewiele mieli tego wspólnego czasu. 

Znowu jest tak, jak było. Normalnie :) 

Ahh...no i M. zaaranżował nam Walentynki.
Dzieci umówił z Dziadkami, a my mogliśmy wyrwać się do Kina. 
Tylko we dwoje! Pierwszy raz od października. 
Prawdziwa randka. Łaaaał :) 

Co prawda okazało się, że z Alicją jest kłopot, ponieważ nie potrafi pić z butelki. W sumie w swoim życiu robiła to tylko raz, na samym początku.... no i chyba zapomniała. 
Ale Dziadkowie dali radę, pomimo,że nasz film miał opóźnienie i okazał się okrutnie długi. 
Nie było nas w domu ponad 3 godziny. 
Poszliśmy na "Zjawę". 
Mało walentynkowe obrazy... Większość czasu siedziałam w totalnym spięciu, i oczywiście raz musiałam szlochnąć. Ale przyznać muszę, że Leonardo w moim mniemaniu, zasłużył na Oscara w 100%. 

Z okazji Walentynek ukochany mój zaskoczył mnie jeszcze prezentem - ślicznymi złotymi kolczykami. Kompletnie się nie spodziewałam i nie miałam nic dla niego, poza przygotowanym na szybko romantycznym śniadankiem :) 

Przyznam, że w tym roku odkryłam nowy wymiar Walentynek. Wcześniej nie przepadałam za tym świętem - z wiadomych powodów. 
Później polubiłam :) 
A w tym roku uważam, że to absolutnie cudowne, że istnieje coś, co niemal wywiera na nas presję, żeby w jakiś wyjątkowy sposób celebrować Miłość. W całym tym harmidrze, dzieciowo-domowo-naukowym, nagle nadeszło Święto Zakochanych no i wypadało zorganizować tę randkę. 
A przyznam szczerze, że tuż przed wyjściem, byliśmy oboje tak zmęczeni wypadem do Wrocławia, że gdyby nie fakt, że przezornie wcześniej zapłaciłam za nasze bilety, to pewnie byśmy zrezygnowali ;) 





poniedziałek, 8 lutego 2016

Rocznica

Kilka lat temu podarowałam Dziadkowi taką książeczkę:


Znalazłam ją w pokoju mojego Dziadka, kiedy sprzątałam puste już mieszkanie. 

W środku znajdują się różne Złote Myśli o dziadkach i dla dziadków. 
Kilka z nich zaznaczyłam wtedy gwiazdkami, by podkreślić te, które uznałam za najbliższe mojemu sercu- takie, pod którymi chciałam się podpisać. 



Dziś mija rok od kiedy nie ma Go z nami. 
Rok niczym niewypełnionej pustki. 

Byłam dziś z mamą na cmentarzu. Jakoś obie zachowałyśmy "pion". 
Jednak po powrocie do domu, usiadłam na skraju łóżka i wyciągnęłam z szuflady tę właśnie książeczkę. Przeglądałam, łzy kapały....

Tak strasznie wciąż za Nim tęsknię. 
Wiele razy już o tym pisałam...
Żadne słowa i tak nie oddadzą tego jak mi Go brakuje. Nie wiem, czy był w minionym roku chociaż jeden dzień, kiedy bym o Nim nie pomyślała. 




Te słowa zaznaczyłam dodatkowo przekładką:



Tak nadal jest. 

Dziadku! Jesteś częścią mnie. 
Do końca świata.

Bardzo, bardzo za Tobą tęsknię.







czwartek, 4 lutego 2016

10 powodów, przez które jestem złaaaaaa



Jeszcze w ciąży zarzekałam się, że od razu po porodzie każę się zaszyć na amen, bo to już ostatni raz. Warsztat zamknięty.
Narzędzia na strych.
Mission complete.

Oczywiście po porodzie wcale nie myślałam o rzeczach typu antykoncepcja. Przez pierwsze 3 dni nawet o seksie nie myślałam :)
Ale gdy tylko zakończył się oficjalny połóg, w te pędy pognałam do  lekarza ustalić co dalej.
I takie poczyniliśmy ustalenia, że od prawie miesiąca stosuję jeden z rodzajów antykoncepcji hormonalnej.
W szczegóły wdawać się nie będę, acz warte podkreślenia, wydaje się być to HORMONALNEJ.

Dlaczego?
Spieszę wyjaśnić.


Po dwóch dniach dostałam przypływu energii, który utrzymywał się przez 3 dni. I było super. Na wszystko miałam siłę i chęć. No jakby endorfiny miały linię produkcyjną w moim organizmie!

A potem....
potem dostałam okres.
Prawie po roku przerwy.
Okres oraz wszystkie przypadłości z nim związane.
I od tej pory jestem zła!
Zła przede wszystkim na siebie, że może niepotrzebnie się pośpieszyłam. Może trzeba było dać organizmowi czasu, aby sam sobie uregulował gospodarkę hormonalną.
Może bardziej mogłam cisnąć lekarza o wszystkie za i przeciw....
Ale nie zrobiłam tego, wydawało mi się, że tę decyzję mam już od dawna przemyślaną....i teraz przez to jestem zła na cały świat. (pamiętając jednak zawsze o tym, że Mój Osobisty Świat, dwa lata temu dokonał przewrotu, sprawiając, że jestem nieprzerwanie szczęśliwa)

Ale w tej mojej zwykłej codzienności, jestem właśnie zwyczajnie po ludzku zła. Tak średnio co dwa dni.
I tak sobie pomyślałam, ze może ulży mi trochę, jak sobie wypiszę na co zła jestem.
Zatem proszę - oto lista całego zła:

1. Bo wysłałam M. na studia i żal mi go teraz. Sesja jest, on przemęczony, w nerwach cały no i w domu obecny tylko ciałem. Ciałem, które siedzi w fotelu przed komputerem i pisze 15 stronę jednej z 4 prac zaliczeniowych. Poza 4 pracami jest też kilka ustnych egzaminów, kilka testów, prezentacji i Uj wie czego jeszcze. To miały być studia lekkie, łatwe i przyjemne Bo kto widział płacić za własną mękę dobrych kilka stów miesięcznie?
Student zaoczny widział.

2. Bo zima była. Czapki, kombinezony, sznurowane buty. Razy dwa! Kilka wyjść i wejść z i do domu dziennie. Można się kurde skichać! Żyyyygałam ubieraniem i rozbieraniem.  I wychodzeniem z psem trzy razy dziennie na to zimno, wiatr, śnieg, albo marznący deszcz.

3. Bo po zimie były roztopy. I przemoczone buty. I psie kupy,co wyjrzały spod białej kołderki. No właśnie. I przecież było tak pięknie biało, a zrobiło się obrzydliwie szaro i w dodatku śmierdząco.

4. Bo chce mi się czekolady, a miałam się pilnować. I żrę tę czekoladę, bo były Święta i mam jej w domu tak dużo, że łypie na mnie z każdej szafki!

5. Bo każdego dnia od 19 do 22 mam tyle wieczornych obowiązków, że cokolwiek nie obiecam sobie zrobić po 22, mam siłę tylko na jedno - paść na łóżko.
Tak - powiem to otwarcie. Wkurwia mnie nieraz cały ten wieczorny rytuał. Wykąpać jedno, wsadzić do wanny drugie, które kąpie się w czasie ubierania i karmienia pierwszego. Przygotować drugie do spania - co oznacza wypełnić naście drobnych czynności, o których muszę pamiętać. Tran, lek na AZS, woda na noc do picia, uszykowanie ubrań na kolejny dzień, ujarzmienie rozbrykanego czterolatka, który właśnie zawsze, gdy tylko mija godzina 20, dostaje jakiegoś nieziemskiego zastrzyku energii. Czytanie - to akurat nie jest zło, ale wkurza mnie, że nie mogę po czytaniu dać buzi, wstać i wyjść. Bo on zawsze prosi "a psytuliś się do mnie?" I nie mam serca mu odmówić. I leżę z nim, nim nie zaśnie, a czasem zasypia długo.
Zanim odpłynie, to młodsze właśnie się budzi, bo zasnęło wcześniej. ZAWSZE!

6. Bo... jeszcze raz ta sesja....i kurczę M. się uczy i uczy, a my mu tylko przeszkadzamy. I musimy się zamykać we 3 w dziecięcym pokoju, bo nawet odezwać się nie można. Bo jak się odezwiemy, to on lata i stoperów szuka. A do tego wszystkiego wzory matematyczne przysłoniły mu widok worków ze śmieciami i psa z zawiązanym na supeł pęcherzem.
A teoria organizacji to przysłania nawet to, że narzeczona jakaś nie teges...i może by chciała czasem jakiegoś przytulenia, czy coś....
A inżynieria systemów stanęła przed rodzinnym życiem i nie widać ani, że córa rośnie, że taka zmieniona już. Że słońce się gdzieśtam przebija, a ostatniego spaceru we 4 to nikt nie pamięta.
I ja wiem,że to nie Jego wina. Ambitny jest- to super. Chciałam aby zdobywał to wykształcenie i cieszę się, że poważnie do tego podszedł. Pomagam mu ile mogę. Sama już jestem specjalistką od prawa autorskiego, inżynierii systemów...powtórkę z angielskich czasów też już odbyłam.
No ale jestem zła, że to aż tak...że tyle życia zabiera.
A cycki mi opadają, kiedy dostaję poranek na "dospanie", bo mała w nocy wstawała częściej niż zwykle, a gdy wstaję, z przerażeniem odkrywam, że Syn nasz , który dnia poprzedniego przeszedł zatrucie pokarmowe , wymiotując w przedszkolu ,  a także na podłogę w poczekalni do lekarza, na śniadanie otrzymał parówki, a do nich świeżą paprykę i pomidora....No ale co? Starał się chłop, to nawet odezwać się brzydko nie wypada...

7. Wkurwiona jestem też, że mi pies zeżarł ze stołu cały parmegiano regiano, którym posypana była sałata na kolację. No wyżarła z miski bezczelnie!

8. I że włosy muszę znowu myć co dwa dni. A przez ostatnich kilka miesięcy takie cudowne były, nawet po czterech jeszcze uszły. A przy okazji włosów, to jeszcze wkurw,że paznokcie mam obdrapane, bo wiecznie tylko mycie, ściery, woda, płyny, detergenty....a kiedy przychodzi moment, że już nie muszę się niczego dotykać, to od razu też nie mam siły się niczego dotykać. Nawet zmywacza i lakieru.

9. Wnerwia mnie również,że jak idę na spacer z psem i z wózkiem, to prawie zawsze znajdzie się jakaś nawiedzona psia mamusia, która leci do mnie z drugiego końca chodnika "żeby się pieski przywitały". A Kajka nie cierpi innych psów. Bo ona uważa, że jest człowiekiem. I gardzi Twoim pudelkiem, ratlerkiem, a już na pewno yorkiem (bez urazy - ja kocham wszystkie psy, ale Kajka tylko siebie), co zawsze doprowadza do głośnej jatki, podczas której zwykle smycz oplątuje wózek, a ja walczę by utrzymać równowagę.

10. To już będzie ostatnie. Bo właśnie jestem zła, że taka się zrobiłam nerwowa jakaś. Tyle mnie drażni, tyle mi się nie podoba. Ja - oaza szczęścia i spokoju...kwiat lotosu na tafli jeziora, jakąś ropuchą obrażoną się stałam....

Na szczęście wciąż znajduję sposoby "jak sobie ulżyć bez szkody dla otoczenia" - fitness i regularne spacery po 5km, dają radę.

A czasem i wypisać się dobrze....zwłaszcza, że zawsze chciałam stworzyć posta "10 rzeczy, które...."
Może jak mi przejdzie, to sobie wypiszę 10 rad, jak wygrać z tym "złem świata" ;)



piątek, 29 stycznia 2016

Hej kolęda!

Przedwczoraj przyjęliśmy księdza po kolędzie.
Miałam mieszane uczucia...właściwie trochę się obawiałam.

Do tej pory jakoś tak się układało, że omijały mnie te wizyty. Chyba zawsze byłam w pracy.
Wcześniej czasem przyjmowaliśmy księdza w domu rodzinnnym.
Czasem, bo moja mama jest ateistką, a może i agnostykiem...
Zwykle więc wizyty te odbywały się, gdy akurat jej nie było.

Jakoś specjalnie nigdy mi na tym nie zależało.
Gdybym miała określić swój stosunek do kwestii  religijnych, nazwałabym siebie "wierzącą, ale niepraktykującą".
Kościół i księża zrazili mnie do siebie. Jakieś takie to wszystko było zawsze...skostniałe, wyniosłe, dalekie.
Bardzo podobało mi się raz w kościele metodystów. Pastor, który wygłosił mądre, życiowe kazanie, pewne założenia tego wyznania, skromność świątyni, to wszystko bardziej mnie przekonywało.
Niestety kościoła metodystów nie ma w pobliżu.

Odwiedzam zatem od czasu do czasu...a raczej - od święta do święta,  nasz zwykły, osiedlowy kościół. Nigdy jakoś jednak nie angażowałam się specjalnie w cokolwiek związanego z parafią.
Gdy szliśmy zapisywać się na chrzciny, byłam zestresowana jak przed jakimś egzaminem.
No cóż...nie da się ukryć, że model naszej rodziny daleki jest od tego, którego Kościół by sobie życzył. :
Żyjemy w konkubinacie, wychowujemy moje dziecko z innego związku i córkę "wspólną", acz nieślubną. W dodatku M. w świetle Kościoła, w zasadzie nadal jest mężem innej kobiety.
No nic tylko z krucyfiksem i egzorcystą na nas ;p

Na szczęście przed chrzcinami nikt się zbytnio nie zagłębiał w naszą sytuację.
Jednak już po kolędzie nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. To jednak wizyta w domu i okazja do dłuższej pogawędki.

Odwiedził nas, jak się podczas rozmowy okazało, ksiądz w wieku Miśka. Sympatyczny, uśmiechnięty, otwarty. Oboje z M. mieliśmy ochotę z nim rozmawiać...
Jak się później okazało, poczuliśmy oboje nawet potrzebę opowiedzenia mu naszej sytuacji i może posłuchania jakiejś rady, a nawet ukierunkowania co możemy zrobić, żeby to wszystko jakoś poukładać. Niestety wizyta duszpasterka ma to do siebie, że trwa krótko, bo prawie wszyscy na tym 25tysięcznym osiedlu na nią czekają. Porozmawialiśmy więc tak ogólnie, ale muszę przyznać, że jakoś raźniej mi się zrobiło, że okazało się to takie ludzkie i normalne.
Może to jest tak, że ci księża z naszego pokolenia, sprawiają, że kościół idzie z duchem czasu i zmieniającymi się realiami?

A może też i my jednak nieco się starzejemy i dostrzegamy pewne wartości, które wczesniej nie miały dla nas wielkiego znaczenia?
Może coraz więcej potrzebujemy w życiu elementów, które dają poczucie stabilizacji i pewnego porządku?

Nie wiem... ale ciesze się, że zdecydowaliśmy się na tę wizytę, że nasze mieszkanie zostało poświęcone i że wiemy, że jest w naszej parafii człowiek, do którego w razie czego, będziemy mogli się zgłosić.

Ach! No i największe zaskoczenie tego spotkania - na stole przy którym rozmawialiśmy leżała przygotowana koperta z ofiarą- nie sięgnął po nią, a gdy dałam Miśkowi znak, aby ją księdzu wręczył, ten odmówił ze słowami "przyda Wam się".
Tym już do końca nas przekonał, że jest inaczej, niż to pamiętaliśmy.

Ta wizyta to było naprawdę miłe rozczarowanie, które trochę zmieniło moje podejście.




piątek, 22 stycznia 2016

Stracone pokolenie...

Pierwszy raz w życiu nie mam do kogo pójść w Dni Babci i Dziadka.
Od kilku lat w prezencie robiłam co roku kalendarze z naszymi zdjęciami.
W tym roku zrobiłam już tylko te od dzieci dla ich Dziadków.

Smutno i tęskno.
Chyba już nigdy nie przestanie się za nimi tęsknić.

Wczoraj czytałam z mamą w GW artykuł o tym, co Dziadkowie dają wnukom i vice versa.
Bardzo mądrze ktoś kto wszystko opisał.
Zgadzam się z każdym jednym słowem.

Dziadkowie, to większa część mojego dzieciństwa.
Wiele fajnych wspomnień.
Wakacje u Babci Haliny w Bolesławcu.
Zawsze pozwalała mi nosić swoje buty na obcasach i malować paznokcie.
W małym pokoju w jej mieszkaniu założyłam redakcję "Gazetki Domowej" - to pewnie był pierwszy krok w kierunku studiów dziennikarskich :)
Babcia Halina uczyła mnie niemieckiego i angielskiego.
I modlitw, bo była najbardziej wierząca z rodziny.
Od niej znam historie o zesłaniu na Sybir.


Babcia Irena była jakby najchłodniejsza z całej trójki.
Ale kochała nas i okazywała to na inne sposoby.
To ona pisała wiersze i wspierała mnie, gdy sama miałam etap tworzenia.
Robiła najpyszniejszy groszek z marchewką.
I kręciła mi włosy na papiloty.
Do niej zawiózł mnie w środku nocy Tato, gdy rodziła się moja siostra. Pamiętam, że z wrażenia nie mogłam tam zasnąć.
Miała pudełka z mulinami i masą kolorowych guzików, którymi uwielbiałam się bawić.
Czasami zostawałam na noc u Dziadków. Lubiłam to jeszcze nawet w liceum.
Na śniadanie była zawsze pyszna jajecznica z takiego małego rondelka.

Dziadziu.
Dziadziu to Dziadziu, bo zawsze był tylko jeden.
Mój najważniejszy i najkochańszy.
Mój wzór, ideał, nauczyciel, opiekun, mistrz.
Przystojny, wykształcony, mądry i kochany.
Najlepszy na świecie.
Wspierający zawsze i we wszystkim.
Napisałabym , że bezkrytyczny, ale to nieprawda. On potrafił być krytyczny w taki sposób, że nawet nigdy nie odczułam , że to krytyka.
Nauczył mnie chyba wszystkiego, czego można nauczyć małą dziewczynkę.
Wszystkiego o lesie i łąkach, roślinach, zwierzętach. Uczył mnie matematyki i fizyki.
I francuskich piosenek wyliczankowych.
Dziadziu to flanelowa koszula w kratę, kasztany w kieszeniach, płatki kukurydziane z żółtej miseczki, kilometry spacerów w rytm tych francuskich wyliczanek.
Dziadziu to wielka MIŁOŚĆ.


Dzisiaj, będąc przeszło trzydziestoletnią kobietą, gdy myślę o nich, wciąż czuję się jak dziewczynka.
Zawsze przy nich tak się czułam.
Oni dali dzieciństwo. Poczucie bezpieczeństwa, wynikające z tej podświadomej jakby wiedzy, że nade mną są aż dwa starsze pokolenia - ludzie, na których zawsze mogę się wesprzeć.
Dziadkowie to skarbnica wiedzy. To wielka księga rodzinnej - i nie tylko - historii. To tradycja.

Dziadkowie dali akceptację.
Stworzyliśmy razem rytuały, które zapadły mi w pamięć już na zawsze.  I zawsze będą kojarzyć się z najlepszymi momentami dzieciństwa.
Dali mi swój czas, swoją uwagę, uczucia.
Dali wsparcie, a nawet finansowe zabezpieczenie.
Dzisiaj wiem, jak wielki mieli wpływ na ukształtowanie mnie - Marty dorosłej.
I jeszcze większy na wybudowanie Marty - Mamy.
Ich miłość i zaangażowanie, to był ratunek i siła w trudnych sytuacjach. I tych dziecięcych i tych dorosłych.
To była motywacja.
Była i jest nadal.

I na końcu - cała postawa moich Dziadków, była wzorem.
Wzorem dla moich rodziców, którzy dzisiaj przejęli stery.
To teraz oni są nestorami rodu. Całe pokolenie, które było nad nimi, już od nas odeszło. Nieodżałowane, utracone bezpowrotnie.

Teraz jednak nasi rodzice darują naszym dzieciom wszystko, co najlepsze.

Od momentu kiedy Sebastian nabył jako-takiej świadomości, widzę jak wielką rolę Dziadkowie odgrywają w jego życiu.
Mając dwa latka upatrzył sobie Dziadka na wzór, zwrócił oczy w jego kierunku z bezkrytycznym uwielbieniem. Miętolił całymi dniami ich wspólne zdjęcie i nie dał sobie go odebrać za Chiny. Dziadek to był pierwszy męski wzorzec jego życia.
Babcię też kocha ogromnie. Zaszczepiła w nim chęć do gotowania. Mianował się jej Su Szefem :)

Nie da się wycenić  roli Dziadków w naszym życiu.
Wszystko co, co zrobili moi, procentuje nadal, mimo,że już ich z nami nie ma.
To jedno z największych szczęść , że ich miałam.
I że teraz wspaniałych Dziadków mają moje dzieci.

Kocham.





niedziela, 17 stycznia 2016

2

Miałam więcej pisać...
no i piszę w zasadzie...
piszę codziennie prace zaliczeniowe mojego chłopaka :)
Sesja przyszła i nagle studiujemy wszyscy. On, ja, rodzice, znajomi... kto może, ten pomaga.
Jego dyplom będzie ostatecznie pracą zbiorową. Dziełem wielu wybitnych umysłów :)

W edytowanych mam od półtora tygodnia niedokończonego posta.
Zaczęłam go pisać pewnego szarego dnia, kiedy wszystko działało mi na nerwy. Kiedyś go jeszcze opublikuję, ale dzisiaj nie mogę.

Dzisiaj właśnie porozstawiałam w całym salonie świece o zapachu wanilii z pomarańczą.
Pokroiłam świeże owoce, podprażyłam płatki migdałów, w zamrażarce schowałam waniliowe lody.
Upięłam koka
Za uszami prysnęłam moim i Jego ulubionym perfumem - Armani - Code.
Strój wciąż domowy, ale nieco staranniejszy...

Bo dzisiaj mamy "randkę".

I to nie byle jaką.
Rocznicową

Rocznica dokładnie wypada nam jutro, ale że jutro poniedziałek , w dodatku tydzień popołudniówek, to umówiliśmy się na dzisiaj.

Podziękuję Mu dziś za ten drugi wspólny rok.
Wyjątkowy rok.
Pod szyldem projektu "Dzidzia".
Zrealizowaliśmy go od początku do końca z sukcesem.

Gdybym miała podsumować w 3 słowach nasze relacje w ciągu tego czasu, to oprócz  naturalnie, Miłości, wymieniłabym Wsparcie i Współpracę.

Na każdym kroku - gdy odchodził Dziadek, gdy ze łzami w oczach odnajdowałam na ciążowym już ciele kolejne ospowe kropki, gdy brzuchol ciężki był i trudno było zapiąc sandałki, gdy w 6 godzinie porodu szyjka była jeszcze dłuuuuga.... w każdej chwili Współpraca i Wsparcie.

Za to Mu dziękuję. Za to trwanie razem. Zawsze.

Jest już inaczej po tych 2 latach.
Zwłaszcza, że tyle zrobiliśmy przez ten czas. Tyle się zdarzyło i zmieniło.
Już z rozrzewnieniem wspominamy ten dreszczyk emocji, gdy nadchodził weekend i On miał przyjechać do Zielonej Góry, lub ja do Wałbrzycha.
Gdy 5 dni trwało wieki , bo tęskniuszki były TAAAAKIE ogromne.

I tamta pierwsza nasza noc...prawie już przez mgłę.... Taka odległa się wydaje. Tamta rozmowa, kiedy jakoś tak po prostu wymyśliliśmy sobie, że dlaczego by nie spróbować? Że przecież uczucie jakieś jest. Że może to właśnie TO?....

Ahhh...uwielbiam to wspominać.
Często przywołuję obrazy z tamtych chwil.
Cudowny, zaczarowany czas.

I własnie dlatego dzisiaj chciałam trochę też zaczarować codzienność.
Nie robimy nic szczególnego.
Jedynie kilka drobnych zabiegów, żeby nie było tak zupełnie zwyczajnie.

Ja już uciekam, bo własnie ręka Narzeczonego mego spoczęła na moim karku.

A Wam zostawiam kilka zdjęć :)


















poniedziałek, 4 stycznia 2016

Tradycyjnie...

No musi być podsumowanie.
Co roku musi być.
Robię to, przede wszystkim dlatego, by móc zebrać w całość wszystkie dobra, jakie w minionym roku otrzymałam.
W spokoju, samotności, ciszy, pochylić się nad nimi
i podziękować.

Mi już wypada tylko dziękować.
Zresztą, zwykle staram się robić właśnie to.
Mniej planować, mniej oczekiwać...czerpać z tego, co mam tu i teraz.

Zaglądnęłam do podsumowania, które pisałam przed rokiem:

 "TAKIEGO roku, jak mój 2014, to nie było. 
Chyba nigdy.  

Poprzedni styczeń przyniósł tak spektakularną, nieoczekiwaną, choć przecież wymarzoną od dawna zmianę, jakiej się nie spodziewałam.  
Miłość przyniósł."

Tak pisałam.
Dzisiaj właściwie mogłabym napisać dość podobnie.
Bo 2015 rok przyniósł mi...jeszcze więcej Miłości.
Jeszcze jednego maleńkiego człowieczka do kochania.
Trzy kilo i 52 centymetry maluśkiego ciałka, które pomnożyło Miłość w naszym Domu przez miliard!

"[Marzę...]o tym, by nadszedł dobry czas na naszą dzidzię. Nie musi być w tym roku...poczekam cierpliwie. Niech tylko będzie dobry dla naszej trójki i dla Niej od początku do końca."
To moje zeszłoroczne urodzinowe życzenie.
Spełnione.  

Chociaż zanim to się stało, zdarzyło się jeszcze parę innych ważnych rzeczy.

W styczniu staraliśmy się jak najbardziej optymistycznie wejść w nowy rok.
Urządziliśmy super imprezę z okazji Miśkowych 30 urodzin.
Ja zaczęłam planować na nowo swoje życie zawodowe.

8 luty 2015 - ta data będzie mi już towarzyszyć do końca życia. Wtedy pożegnaliśmy mojego ukochanego Dziadzia. Jak dotychczas, to najgorsze, najsmutniejsze rozstanie w moim życiu. Na samo wspomnienie stają mi w oczach łzy.
Mija rok, a mnie nadal ciężko jest się pogodzić z tym, że Go nie ma.
Ciężko mi również z myślą o końcówce jego choroby. Nie chciał, aby TO wyglądało w ten sposób.
Ja nie chciałam Go pamiętać takiego, jakim był w ostatnich miesiącach. Niestety już tych obrazów nie wymażę z pamięci.
Mimo wszystko jednak, kojarzyć mi się będzie z tym wszystkim, co w moim życiu, a przede wszystkim w moim dzieciństwie było najwspanialsze.
Wciąż mam nadzieję, że jeszcze gdzieś się spotkamy...

Marzec przyniósł nam ospę.
Najpierw przechorował ją Sebastian.
Męczył się bidulek bardzo, a ja plułam sobie w brodę, że go nie zaszczepiłam.
Wszyscy wtedy cierpieliśmy razem z nim...
a już po chwili my również byliśmy chorzy.
I prawie w tym samym czasie, dowiedzieliśmy się, że po raz kolejny udało nam się stworzyć Nowe Życie.
Jednak połączenie obu tych zdarzeń wywołało ogromny strach.
Całe dni czytaliśmy o połączeniu ospa+ciąża.
Pytaliśmy różnych lekarzy.
Bałam się bardzo.
Bałam się stracić ciążę
Bałam się, że jej nie stracę, ale dziecko urodzi się chore.
Bałam się, że trzeba będzie podjąć decyzję...

Na szczęście ospę przeszłam łagodnie, a każde kolejne badanie USG wskazywało, że nasze dzieciątko rozwija się zdrowo.

W kwietniu rozpoczęłam nową pracę.
Może nie do końca była to praca marzeń, ale zdecydowanie najlepsza, od kiedy rozstałam się z moją ukochaną firmą, wyprowadzając się z Zielonej Góry.
Poznałam fajnych ludzi, odetchnęłam. Pracowało się super.


Kolejne miesiące, to głównie rozkoszowanie się cudownym moim stanem.
Wielokrotnie już pisałam o tym.
Miałam ciążę, o jakiej marzyłam. Przeżywaną we troje.
To było niezwykłe, radosne oczekiwanie. Pomimo ospowych wątpliwości, pełne spokoju i wiary w to, że będzie dobrze, Czułam się wspaniale. Pracowałam, tańczyłam(nawet wystąpiłam w teatrze)...nieustannie wspierana przez M. i całą rodzinę, spełniałam po raz ostatni tę najpiękniejszą Misję.

W maju dowiedzieliśmy się, że w Brzusiu mieszka mała, wymarzona dziewczynka.
Po długich negocjacjach wybraliśmy jej imię :)
A w Dzień Matki urodziła się Emily - druga córeczka mojej Przyjaciółki K.

Lato upłynęło pracowicie, jednak wolne dni staraliśmy się spędzać rodzinnie. Jeździliśmy razem na ryby, urządzaliśmy biwaki pod namiotem. Było super! Zamarzyliśmy o camperze, albo chociaż przyczepce kempingowej.
Jeszcze tego nie zrealizowaliśmy, ale wszystko przed nami :)
6 sierpnia urodził się Wojtuś - drugi synek mojej Przyjaciółki A.

Również latem miało miejsce kolejne przełomowe i bardzo ważne wydarzenie. Wyjątkowe nie tylko w 2015 roku, ale w całym moim życiu. Bo wszystko wskazuje na to, że już więcej się nie powtórzy - 10 sierpnia przyjęłam oświadczyny Miśka.
Całe lata marzyłam i wierzyłam, że zaręczę się z Miłością mojego życia. I oto spełniło się kolejne pragnienie. W dodatku na plaży o zachodzie słońca...nie mogło być cudowniej!
W 2016 rok wchodzę oficjalnie jako Narzeczona ;D

We wrześniu obchodziliśmy 4 urodziny Sebcia W tym samym czasie przestałam już pracować i zaczęłam przygotowywać nas na pojawienie się Alicji.

No i 1 listopada 2015...kolejna data na liście najważniejszych w moim życiu.
Urodziłam naszą wspaniałą córeczkę. Zdrową i uroczą.
Przeżyłam drugi poród bez znieczulenia i jestem z siebie dumna. A właściwie to z nas, bo przeszliśmy przez to razem.
Od tamtego dnia, wciąż dziękuję Losowi, że się udało. Że ospa nie zaszkodziła ciąży i dzieciątku naszemu.
Dziękuję za kolejny, piękny przewrót życiowy. Za drugi najcenniejszy dar, jaki otrzymałam.
Stałam się mamą dwójki dzieci i uważam, że to cudowne :)

W Boże Narodzenie ochrzciliśmy Alicję Maję, po 5 dniach skończyłam 32 lata i dzień później już składaliśmy sobie noworoczne życzenia.

Właściwie nie miałam nawet kiedy, tak porządnie się zastanowić czego ja bym sobie życzyła na ten kolejny rok.
Chłonę w ostatnim czasie to moje życie i mam wrażenie, że właśnie wyciskam z niego wszystko,co najlepsze.
Nie chcę być jednak przesadnie zachłanna.
Staram sie być pokorna wobec Losu.
Poza pracą, mam wszystko.
Więc tej pracy, bądź jakiegoś sensownego pomysłu na swoje życie zawodowe, życzę sobie samej.
A poza tym, aby po prostu trwało to, co jest. Aby Miłość i Zdrowie były nieustające.

Myślę, że to będzie rok naszych dzieci. Najprawdopodobniej moje życie będzie kręciło się głównie wokół nich. I bardzo mnie to cieszy. Mam zamiar realizować się macierzyńsko, bo gdy byłam samodzielną mamą, musiałam w jednym czasie realizować się we wszystkich sferach życia jednocześnie, na żadnej nie skupiając się w 100%. Teraz sobie odbiję :)

Ślubu w tym roku nie planujemy.
Przynajmniej na razie....bo któż to wie, co nam do głów strzeli.
Tak się przyzwyczailiśmy do natłoku ważnych zdarzeń, że może nam ich zabraknąć ;)
Realnie jednak myśląc, wygodniej będzie odłożyć to na później.

Sama już nie mam pomysłu, co jeszcze wyjątkowego może się stać i czego przełomowego możemy dokonać?
Może Los nas zaskoczy?
A jeśli nie, jeśli będzie po prostu rodzinnie i spokojnie, to też naprawdę super.
I wcale nie będzie mi przykro, jeśli za rok o tej porze napiszę, że to był wyjątkowo nudny rok, w którym nie przytrafiło nam się nic naprawdę wyjątkowego ;)





sobota, 2 stycznia 2016

Starczy tego dobrego.

Dostalam w prezencie od Siostry netbooka. To daje mi szanse na czestsze wpisy.
W domu mamy jeden komputer stacjonarny, który w wolnym czasie zwykle jest okupowany przez M. A jesli nie jest, to nie zawsze chce mi sie do niego zasiadac.
Co innego maly sprzet, z którego moge nadawac nawet lezac w lózku.
Boska wygoda!

Korzystajac zatem z tejze wygody, skrobne pare zdan, bo teskno mi juz za pisaniem.

Z glebokim, pelnym ulgi westchnieniem stwierdzam, ze Swieta za nami.
Bylo super!
Naprawde wyjatkowo fajnie.
Rodzinnie, goscinnie, wesolo...
...ale to takie meczace!
Zwlaszcza, gdy jestes wiecznie jedyna abstynentka, matka dwojga dzieci, która wiecznie cos ma do ogarniecia.
Padam na twarz. Glównie z niewyspania.

Wigilia dluga, jak zawsze u nas. Chyba dobrze po 1 zakonczona.
W Pierwszy Dzien Swiat od rana szalenstwo przygotowan na przybycie naszych szwajcarskich przyjaciól oraz na uroczystosc Chrzcinowa.
oczywiscie nie bylibysmy soba, gdybysmy nie spóznili sie do Kosciola :) Ale tak to bywa, gdy Twój narzeczony ucina sobie w poludnie godzinna drzemke, z której budzi sie radosnie i stwierdza, ze on kompletnie nie pamieta gdzie sa jego spinki do koszuli. Koszuli zastepczej nie posiada, w zwiazku z czym w poplochu przetrzepujecie cale mieszkanie w poszukianiu zguby, ostatecznie jej nie znajdujac.
Po dzis dzien zreszta.
Pomimo braku spinek, Alicja Maja ochrzczona zostala.
Wszystkich gosci zaprosilismy na sympatyczny obiad w restauracji , a nastepnie na jeszcze sympatyczniejsze swietowanie w domu.
Takiej imprezy, to my jeszcze nie zorganizowalismy do tej pory. Spac szlismy o 6 rano. Wszyscy ze wszystkimi znajdowali wspólne tematy i nocne Polaków rozmowy toczyly sie noc cala.
A goscie, którzy wracali taksówka, mówili szoferowi, ze jada z wesela :)
Nawet gdzies po drodze stwierdzilismy z M., ze wlasciwie, to trzeba nam moze bylo polaczyc juz obie sprawy i slub wziac za jednym zamachem ;)
Kolejnego dnia mielismy jeszcze naszych gosci, z którymi po poludniu pojechalismy do Karpacza, spotkac sie z ich rodzicami. I w ten sposób na kontynuacji swietowania, uplynal nam kolejny dzien.
Nastepnie chwila przerwy i za moment moje urodziny.
Imprezowanie odpuscilismy, ale wpadli rodzice i Mlodzi (Siostra z Narzeczonym).
Gralismy w Kolejke do póznej nocy.
W Sylwestra o 9:30 bylam juz z dzieciakami na Zumbie. Myslalam sobie, ze jesli przyjda do nas tylko rodzice i jedni znajomi, to pewnie nie posiedzimy dlugo.
A jednak po raz kolejny rozmowy noca przeciagnely sie do 5 nad ranem.
5 godzin snu przerywanego na: karmienie, przygotowanie Sebie sniadania, przygotowanie mu jego kawki, wlaczenie swiatla w WC i odpowiadania na jego pytania i znów trzeba bylo funkcjonowac, bo oto kolejny powód do swietowania - urodziny partnera Tesciowej.
Az w koncu dobrnelismy do teraz.
Do momentu gdy lezymy wykonczeni w lózku, a ja resztka sil klece zdania.
A mialam zamiar jeszcze coroczny post podsumowujacy stworzyc.
Niestety nie dam dzis juz rady.

Bylo super, ale mam dosc.
Mam dosc tego ciaglego sprzatania, szykowania, przygotowywania jedzenia, ogarniania wszystkiego w pospiechu.
Dosc mam tego, ze moje dzieci mialy totalnie rozregulowane dni. Na domiar zlego mialy tez duzo mniej naszej uwagi, niz normalnie.
I co z tego, ze wolne, jak nawet nie spedzilismy z nimi czasu tak, jak powinnismy?
Alicja to pewnie niespecjalnie przejeta tym faktem, bo cycki sa na miejscu i zawsze w pogotowiu, do zmiany pieluchy tez, o dziwo, bylo wielu chetnych.
Ale po Sebie widac, ze brak mu naszej atencji.
Nie do konca to nasza wina...tak sie jakos poskladalo w tym roku... Mimo wszystko mam troche wyrzuty. Chociaz staralam sie jak moglam, by nie czul sie wiecznie zbywany. Angazowalam go do pomocy i spedzalam z nim prawie caly czas, kiedy akurat nie musialam wykonywac jakichs obowiazków.
Cale szczescie, ze wokól nie brakowalo cioc i wujków, którzy chetnie sie z nim bawili.

Tak...mam dosc, i z radoscia powróce do tej przewidywalnosci, której pewnie wkrótce tez bede miala znowu dosc.
No nie dogodzisz.

A znów z drugiej strony mam tez pewien niedosyt.
Niedosyt czasu spedzonego z Siostra. Dwa tygodnie jej pobytu mina pojutrze i wtedy tez nadejdzie czas rozstania. A ja mam wrazenie, ze ledwo co pogadac zdazylysmy.

I mam niedosyt mojej Przyjaciólki - Chrzestnej Alicji. Mimo, ze udalo nam sie spedzic pare chwil tylko we dwie, prawie jak kiedys, to jednak nie da sie nadrobic tego calego czasu bez spotkania.

Zwlaszcza, ze ostatnim razem widzialysmy sie równo dwa lata temu. To ona zorganizowala mi 30 urodziny, po których cale moje zycie nagle sie zmienilo.
Wówczas, gdy sie zegnalysmy, wracalam do domu, do Zielonej Góry. Pogodzona z mysla, ze zaczynam kolejny rok sama z Synkiem.
Pare dni temu przywitalam ja w moim domu w Walbrzychu. Z synem zawieszonym na nodze, z córka na rekach i z Miskiem u boku :)
No mialysmy o czym pogadac :)

Wszystko to jakos tak szybko przelecialo. Dni przeskakiwaly jeden za drugim...ciagle cos sie dzialo. Lubie gdy jest intensywnie, ale jednak juz wystarczy.
Czas zwolnic nieco i skupic sie na dzieciaczkach.

Kluseczka skonczyla wlasnie dwa miesiace. Bardzo szybko rosnie i zmienia sie. Mimo,ze nadal bardzo duzo spi, nie jest juz takim noworodkiem. Zaczyna byc kontaktowa. usmiecha sie do nas i cos mówi po swojemu.
Pelna jestem Milosci do niej. Taka piekna ta Milosc. Czasem sobie mysle, ze taka cudowna i taka wciaz dojrzewajaca.Z dnia na dzien.
Starszak nasz tez uroczy, choc rogi pokazac, to on potrafi. Ojjj potrafi. I tak matke z równowagi wyprowadzic umie, jak nikt inny.
Ale wszystkie moje wahania juz minely i teraz czuje, ze mozna naprawde kochac dzieci dwoje równie mocno. Tak sie balam, ze nie mozna. Ale mozna.

W zasadzie, to to juz powinien byc temat na kolejnego posta.
Nie mialam za wiele czasu na przemyslenia i podsumowania.
Dlatego tez licze na to, ze gdy usiade do pisania, uda mi sie postawic kreske pod liczba 2015. Juz dzis wiem,ze suma wszystkich zdarzen, wychodzi na wielki plus.
Ale dokladnej analizy dokonam juz innego wieczora.

Teraz udaje sie na zasluzony odpoczynek. I mam zamiar przespac dzis dla odmiany, co najmniej 8 przerywanych godzin! :)

Dobranoc!

P.s. Przepraszam za brak polskiej pisowni,ale sprzet moj nowy,funkcjonuje jeszcze w brytyjskich realiach :(


czwartek, 24 grudnia 2015

Już na spokojnie

Odetchnęłam.
Już wiem, że zdążę.
Dziś pomiędzy obowiązki wplotłam kilka istotniejszych spraw.

Odwiedziłyśmy z Siostrą cmentarz i grób naszych kochanych Dziadków.
To pierwsze Święta, gdy nie będzie z nami żadnego z Nich...
Popłakałyśmy sobie na tym wietrznym wzgórzu we dwie.
Tak po siostrzanemu.

Wieczorem pomogła mi w pieczeniu i udało nam się razem z Sebkiem przygotować części do piernikowej chatki.
Jutro na spokojnie ją złożymy i ozdobimy lukrem.

Wychillowałam, zwolniłam, poluzowałam kitki ;)

Przez następne trzy dni będzie powoli, rodzinnie, przyjemnie i miło.

I Wam życzę, aby u Was było tak samo.

Czas na koncentrację nad rzeczami, które są najważniejsze w tym wszystkim.



Spokoju i radości, Kochani!
Przyjemnego czasu z rodziną, w oderwaniu od codziennej gonitwy.
Niech będzie tak, jak każdy z nas marzy, aby było.

Wesołych Świąt!





wtorek, 22 grudnia 2015

Przedświąteczna spina.

Zbieram się, żeby coś napisać, ale cierpię na przedświąteczny niedoczas.
I przedświąteczną depresję, że jestem Chujowa Pani Domu.

Za rok chcę wyjechać.
Bez myślenia, planowania, kupowania, sprzątania i gotowania.
Zabrać rodziców do jakiejś góralskiej chaty i spędzić fajne, spokojne Święta.

Bo kurczę zrobiła się z tego jakaś dziwna gonitwa.
Nie dość , że gonitwa, aby ogarnąć sprawy bieżące.
To jeszcze sprawy świąteczne.
I te problemy... jak obskoczyć dwie Wigilie? jak to zrobić, aby w Pierwszy Dzień Świąt mieć czas, powitać przyjezdnych gości, wyszykować dom na wieczór, wyszykować naszą czwórkę na Chrzciny? Jak po obiedzie w knajpie, uszykować biegiem kolację w domu...na 16 osób?
Te Chrzciny w Święta miały mi ułatwić życie, a w sumie skomplikowały.

Jestem zła na siebie, że się tak spinam, że mnie jakaś ambicja nadmierna ponosi.
Bo kurczę mogłabym powiedzieć, że sorry...ale mam dwoje dzieci, w tym jedno niemowlę i będzie jak będzie.
I myślę, że nikt by się nie obraził.
Ale ja od jakiegoś czasu chcę być taka super.
I mieć tak wszystko idealnie ogarnięte.... bo cholera, mam wrażenie, że wszystkie moje koleżanki tak mają.
Tylko ja nie!

No nic...siedzenie przed kompem, na pewno nie pomoże mi w ogarnianiu, więc kończę marudzić, idę prasować.
Może po drodze znajdę gdzieś swój zagubiony sposób na wyluzowanie.
Od kiedy ja się taka spięta zrobiłam?
Wstyd mi przed samą sobą.
A w ogóle, to się chyba po prostu zestarzałam.
O!

piątek, 18 grudnia 2015

Ani lepiej,ani gorzej

Wczoraj jednak podjechaliśmy do szpitala.
Uznałam,że skoro i tak nie zasne ze strachu,czy tam trafimy,to wolę jechać od razu.
Jednak nie było potrzeby zostawać. Mamy nadal robić to,co dotychczas i obserwować.
No i dziś udać się na kolejne osłuchanie.
Noc minęła lepiej niż poprzednia,bo ułożyliśmy Alicję wysko na poduszkach,więc nie krztusiła się wydzieliną.
Za godzinę idziemy do kontroli.
Dziękuję za wsparcie i za cenne rady!

czwartek, 17 grudnia 2015

Pierwsze choróbsko...

...już się przypałętało.
I to od razu z grubej rury.
Lekarka podejrzewa zapalenie oskrzeli. Jeśli inhalacjami i czyszczeniem noska do jutra nie zminimalizujemy charczenia, to czeka nas pobyt w szpitalu :(

Jestem osrana po pachy.

A do tego w poniedziałek przylatuje moja siostra, której już ponad rok nie widziałam.
A na 25.12 mamy zaplanowane Chrzciny.
Knajpa zapłacona.
Chrzestna na rzęsach stanęła, żeby urlop dostać i specjalnie ze Szwajcarii przyjechać...

No nie możemy teraz chorować i leżeć w szpitalu.

Po prostu nie i już !


środa, 9 grudnia 2015

Nie ma nudy

No nie ma...ani nudy, ani nadmiaru wolnego czasu.
Nie ma kiedy pisać.
M. zajęty głównie pracą i studiami, więc większość domowych obowiązków spadła na mnie.
Pamiętam siebie 3 lata temu - samą z wózkiem i szalejącym psem.
Dzisiaj tarabanię się z wózkiem, szalejącym psem i szalonym czterolatkiem. Chociaż przyznać muszę, że usiłuje mi pomagać jak potrafi.
Czterolatek, nie pies :)
Nie narzekam, chociaż bywa ciężko.
Ciężki wózek.
Ciężko nadążyć z tymi obowiązkami.

Ciężka ja.
Staram się walczyć z nadmiarem wagi. Od porodu ubyło 7kg, ponad połowa, którą przytyłam, a nadal w nic się nie mieszczę. Ciuchy ciążowe stały się normalnymi ciuchami. Dupsko tak mi się poszerzyło, że szok. I nie wiem, kiedy to się stało, bo latem nosiłam niektóre normalne letnie spódnice sprzed ciąży. Chyba nie zauważyłam, że były z gumy :)
Pilnuję jedzenia, zasuwam z tym wózkiem w tempie i zaczęłam chodzić na zajęcia Fit Mama - ćwiczenia dla mam z dziećmi.
Po pierwszym razie zakwasy takie, że dziś każdy krok stawiałam niemal ze łzami w oczach.
To oznacza,że mam jeszcze jakieś mięśnie i że nawet nimi ćwiczyłam.
Na sali bowiem, miałam wrażenie, że chyba przez 9 miesięcy zapadłam na ich zanik.
Ciekawe co by było, gdybym przez ten czas nie tańczyła.

Ruch też pomaga na głowę.
A w głowie kombo.
Hormonalnej sinusoidy ciąg dalszy.
Nawet nie chce mi się o tym pisać, co mi się w tym łbie roi.
Jakie ja mam myśli!
O losie!
Jakie mam chęci i niechęci.

Dobrze, że nie mam za dużo czasu na głębsze rozważania.
Skupiam uwagę na tym co dziś zrobić na obiad, jak wyeliminować z diety nabiały, w co ubrać Małą Księżniczkę na Chrzciny, jaką kupić lodówkę i komu jaki prezent pod choinkę.
W miarę nieźle mi idzie.
Ale czekam aż TO się skończy.
Bo chyba się skończy? nie?



niedziela, 22 listopada 2015

Szczególne daty i zdarzenia

Życie naszej mniejszej pociechy, właściwie już od początku nierozłącznie splatało się z różnymi znaczącymi momentami.

Informacja o jej poczęciu zakończyła wyjątkowo ciężki okres w życiu naszej rodziny.

Nim test pokazał dwie kreski, pożegnaliśmy ukochaną Babcię, a 2 miesiące później Dziadka.

Myśl, że niebawem pojawi się nowy członek rodziny, była jak światełko w tunelu. 
Co prawda przyblakło na moment, kiedy wysypała mnie ospa, ale dałyśmy radę zarazie. 

Pierwsze ruchy Brzuszkowej Lokatorki, co do których byłam pewna, że to jej ruchy, poczułam w Dzień Matki. 

W 7 miesiącu ciąży, zostałam narzeczoną.

Na datę narodzin, Alicja wybrała sobie niebanalny dzień - 1 listopada. 
Miała możliwość jeszcze wstrzelić się w święto 11 listopada, oraz w 14 listopada - czyli urodziny własnego Dziadka :) 

Pępek odpadł jej 13 listopada. 13 w piątek :) Siłą rzeczy, był to także trzynasty dzień jej życia ;) 

W związku z tym upodobaniem, postanowiliśmy Chrzciny zorganizować w samo Boże Narodzenie. 

Pośród ogromu życzliwości i gratulacji, z którymi spotykaliśmy się po jej narodzinach, ze strony bliższych i dalszych znajomych, a nawet nieznajomych, przytrafiła nam się jeszcze jedna rzecz. 
Zapewne przypisywanie jej głębszego znaczenia, będzie już przesadą, ale było to sympatyczne i zapadło mi w pamięć, pewnie już na zawsze. 

Do Urzędu Stanu Cywilnego po Akt Urodzenia, musieliśmy wybrać się we troje. 
Nie jesteśmy małżeństwem, więc M. nie mógł załatwić tego sam. 
Spędziliśmy tam jakiś kwadrans, czekając aż pani sporządzi dokument. 
W tym czasie do biurka obok podszedł starszy Pan. 
Jakoś tak od razu skojarzył mi się z moim Dziadziem. Wyprostowany, przystojny, wszedł dziarskim krokiem. 
Dziadek bardzo długo taki był. Nawet mając około 80 lat, wyglądał na dużo młodszego. 
Ten pan pewnie też miał więcej, niż mogłoby się wydawać. 
Pani urzędniczka, zapytała go, "Czy po medale?". Przytaknął i musiał zaczekać. 
Usiadł na krześle, akurat blisko nosidełka, w którym spała Alicja. 
Patrzył na nią z uśmiechem, aż stwierdził "Nowa obywatelka. Pięknie". 
Uśmiechnęliśmy się z M. do niego. 
Za chwilę wróciła pani z tymi medalami i z listami gratulacyjnymi. 
Okazało się, że to nagroda od Prezydenta z okazji Złotych Godów. 
Spojrzałam na nie niemal z zazdrością. 
I szepnęłam do M., że my, nawet jakbyśmy się postarali, to już pewnie nie dożyjemy takiego Święta. 
Jakoś tak od słowa do słowa, wywiązała się rozmowa na ten temat. Powiedziałam Panu, że gratuluję i zazdroszczę. I że jestem ciekawa jaka jest tajemnica takiego małżeństwa. 
A Pan, już na odchodnym powiedział "Potrzeba dużo, dużo cierpliwości". 
I wyszedł. 
Dziarskim krokiem. 

Cała ta sytuacja, to w zasadzie nic specjalnego. Poza tym, że później jeszcze zastanawialiśmy się z M. jak to jest być ze sobą tyle lat. I że teraz rozwody bierze się tak szybko i łatwo. 
Kiedyś ludzie jakoś "cerowali" te małżeństwa. 
Przynajmniej chciałabym wierzyć, że tak było. 
Bo kiedy zaczęłam liczyć, czy przypadkiem moi Dziadkowie, również nie obchodzili 50-lecia, i zastanawiać się, czy także otrzymali takie nagrody od miasta,M stwierdził, że może Dziadek nie poszedł ich odebrać, bo uznał, że nie ma czego świętować....Zaśmiałam się z tej teorii, aczkolwiek wysoce prawdopodobne, że tak właśnie było! 
Cóż, Dziadek nie był wymarzonym mężem. 
Ani nawet ojcem. 
Ale był wymarzonym, najlepszym na Świecie Dziadkiem. 
I ten Pan, którego spotkaliśmy w Urzędzie, i który uśmiechnął się do naszej Alicji, przywołał Go szczególnie mocno w moich myślach i sercu. 
On pewnie też nazwałby Prawnuczkę "Małą obywatelką". 
To takie dziadkowe :) 

Nie odżałuję nigdy, że nie zdążył. Zabrakło tylko 9 miesięcy. Tylko i aż. 

Wszyscy w domu, przed nadchodzącym okresem Świątecznym, myślimy o tym, że to pierwsze Boże Narodzenie bez nich. 
Akurat też pierwsze takie od kilku lat, kiedy wszyscy w komplecie usiądziemy przy wigilijnym stole. Nas czworo, moi rodzice i siostra z narzeczonym. 
Ostatnie takie Święta mieliśmy 4 lata temu. Wtedy jeszcze Dziadkowie mieli siłę przyjść. Mam nawet zdjęcia - Oni i 3-miesięczny Sebuś, przebranym za Mikołajka. 
Wtedy też ja byłam sama z Sebkiem. 
A Misiek był z ówczesną przyszłą żoną ;) 


Szkoda...wielka szkoda, że nie zdążyli zobaczyć nas teraz. 
I mamy, która wreszcie nie spędzi świąt w Niemczech, u jakiejś obcej Babci. 
I Sylwii, której udało się załatwić świąteczny urlop. 
Na pewno cieszyliby się. 
A najbardziej Babcia. 
I oglądałaby nasze pierścionki zaręczynowe. 
Zawsze sprawdzała mi palce, czy już dostałam od kogoś ten najważniejszy pierścionek :) 

Pozostaje mieć nadzieję, że w jakiś sposób widzą nas "z góry". 

I wiarę mam, że wyjątkową opieką otoczą nasze dzieciaki. 



niedziela, 15 listopada 2015

Zdjęciowo


Dzisiaj zostawiam zdjęcia. 
Te brzuszkowe wciąż jeszcze nieobrobione, ale obawiam się,że dłuuugo przyjdzie nam czekać. 
Sesja była przyjacielska, więc nie chcę poganiać naszego fotografa. Szczególnie, że dla mnie te zdjęcia są cudowne i pozostaną wspaniałą pamiątką już na zawsze. 

Patrzę na nie i wierzyć mi się nie chce, że to było zaledwie 3 tygodnie temu. 
21 dni, a wszystko się zmieniło. 

Czasem jeszcze łapię się na tym, że kładę rękę na brzuchu i czekam na ruch mojej Małej Lokatorki. Czasem sama jestem zaskoczona jak łatwo się schyliłam i że założyłam buty bez problemu i sapania. 
Cóż... zakończyłam jeden z najprzyjemniejszych etapów w moim życiu. 
Jak dziś pamiętam ten świt, kiedy przybiegłam do łóżka z kolejnym testem ciążowym, na którym widniały wyraźnie dwie kreski. 
Później obawy związane z ospą. 
Rozdarcie w kwestii pracy. 
A potem już tylko spokój. I to cudowne uczucie, że jestem taka zaopiekowana. Otoczona troskliwą ochroną i miłością moich chłopaków. 
Naprawdę czułam się cudownie w tej ciąży. 
Tak sobie to zawsze wyobrażałam i tak właśnie było. 
I chyba to widać na tych zdjęciach. 
Tak, jak zwykle postrzegam siebie bardzo krytycznie, tak teraz pozwalam sama sobie nieskromnie stwierdzić, że na tydzień przed porodem, wyglądałam jakoś tak...wyjątkowo. Fajnie. 

No i zostałam w międzyczasie narzeczoną! 
To jeszcze bardziej sprawiło, iż ten czas był szczególnym. 

Dzisiaj czuję trochę żal, że to już koniec tej fantastycznej podróży. I że odbyłam ją najpewniej ostatni raz w życiu. 
Jeśli jeszcze kiedyś miałaby mi się przydarzyć, to będzie już raczej tylko kwestia przypadku. I nie jestem pewna, czy wtedy przyjmę ją z takim entuzjazmem. 

Na szczęście, jednocześnie zaczęła się kolejna nasza podróż. 
Mija 14 dni życia we czwórkę. 
Jeszcze tak bardzo tego nie odczuwamy, bo mała Królewna bardzo dużo śpi, je i wydala ;) 
Jednak są już momenty, które leją beczułkę miodu na moje serce. 
To wspólne spacery w aurze złotej polskiej jesieni. 
Wieczory, kiedy już we czwórkę mościmy się na naszej kanapie.
Maleńka przy piersi i tulący się do nas Sebastian....

A najbardziej lubię....
 brzmienie słowa "dzieci". 
W liczbie mnogiej. 
Sprawia mi to ogromną przyjemność...aż taką wyczuwalną wewnątrz. 
Coś jak motyle w brzuchu ;) 

I czasem tylko spojrzę na to zdjęcie poniżej i uśmiecham się sama do siebie....
Gdyby tak cofnąć nas w czasie o te 10-11 lat, trochę przebrać, odchudzić razem o jakieś 40kg....
To to zdjęcie mogło być zrobione w drodze na jedną z naszych ulubionych imprez...czasem nawet tą drogą szliśmy. 
W głowach totalny misz-masz i jeden priorytet -wybawić się, wytańczyć, zaszaleć...chłonąć trance'y aż słońce wzejdzie...albo i do końca weekendu. A co! 
Czasem aż mi się wierzyć nie chce, że z dwojga imprezowych przyjaciół, przeobraziliśmy się w mamę i tatę...Rodziców dwojga dzieci.
I po tym, co kiedyś, zostały nam głównie sentymentalne wspominki.... i może jeszcze czasem ten charakterystyczny błysk w oku...gdzieś w tych fotkach można nawet go znaleźć ;) 






















A na sam koniec, próbka z sesji naszej Myszki. 
Tych fotek też będzie więcej. 
Póki co - Niunia w dwóch wersjach - "na Calineczkę" i "na Pokahontas" :) 





sobota, 7 listopada 2015

Welcome to this place, I'll show You love, I'll show You everything...With arms wide open

Podkład muzyczny proszę: 



Well I just heard the news today
It seems my life is going to change
I closed my eyes, begin to pray
Then tears of joy stream down my face

With arms wide open
Under the sunlight
Welcome to this place
I'll show you everything
With arms wide open
With arms wide open

Well I don't know if I'm ready
To be the man I have to be
I'll take a breath, I'll take her by my side
We stand in awe, we've created life

With arms wide open
Under the sunlight
Welcome to this place
I'll show you everything
With arms wide open
Now everything has changed
I'll show you love
I'll show you everything
With arms wide open
With arms wide open
I'll show you everything ...oh yeah
With arms wide open..wide open


If I had just one wish
Only one demand
I hope he's not like me
I hope he understands
That he can take this life
And hold it by the hand
And he can greet the world
With arms wide open...

With arms wide open
Under the sunlight
Welcome to this place
I'll show you everything
With arms wide open
Now everything has changed
I'll show you love
I'll show you everything
With arms wide open
With arms wide open
I'll show you everything..oh yeah
With arms wide open....wide open



Męczę tę piosenkę w kółko.
To najpiękniejszy kawałek o rodzicielstwie jaki znam.
Chociaż wszystkie, które znam są piękne i wzruszające.
Ale ten to mój faworyt. Wyciskacz łez.
Słuchałam po narodzinach Seby, po narodzinach małego R, małego P... no i dzisiaj.

Jest wieczór, zostałam sama z Alicją.
Błoga cisza.
Calineczka moja śpi już kolejną godzinę.
Zaparzyłam herbatę, którą otrzymaliśmy w cudownej paczce od rodzinki M., a stworzonej przez "PaczkaMalucha.pl", zapaliłam świeczkę...
Otworzyłam folder ze zdjęciami z naszej brzuszkowej sesji.
Nie mogę uwierzyć, że minęły zaledwie dwa tygodnie.
Mam wrażenie, jakby to było już wieki temu.
Wszystko się zmieniło.

W poprzednim wpisie wspomniałam o łzach.
Och...nie brak mi ich.

Wzruszyła mnie reakcja teściowej,gdy odwiedziła nas w szpitalu.
Głos ugrzązł jej w gardle...a mnie zaraz potem. Obie miałyśmy łzy w oczach.
Myślałam, że ona już zaspokoiła "babciowy instynkt", ale na szczęście myliłam się.
Widzę, że ukochała A. od pierwszego wejrzenia, a też cała sytuacja wpłynęła na zacieśnienie się relacji między nią a Sebastianem.

Reakcja Seby na Siostrę - znów moje łzy. Ten pisk radości, kiedy wrócił do domu z przedszkola i nas zastał - bezcenny. Nie zapomnę tego dźwięku do końca życia.
Co prawda później sam nie wiedział co ma robić.
Dziś, po kilku dniach widzę, że nie do końca potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji.
Zupełnie jak ja.
Ale tłumaczę sobie, że na wszystko potrzeba czasu.
Poukładamy jakoś czas, rytm dnia i te wszystkie emocje.
Bardzo nie chcę, by czuł się poszkodowany, czy zagrożony. A mam wrażenie, że trochę tak jest. Powtarza co chwilę, że bardzo mnie kocha.
A jednocześnie zdarza mu się robić złośliwie pewne rzeczy.
Wiem, że jestem mocno zaabsorbowana Alicją , staram się jednak oddawać Sebkowi jak najwięcej swojej uwagi.
Na drugi dzień po powrocie do domu, wyszliśmy we dwoje wieczorem na spacer z psem i do sklepu, a później piekliśmy razem ciasto.
Wieczorne rytuały pozostały bez zmian, ewentualnie do słuchania bajek, dołącza śpiąca w koszu Alicja.
Angażuję go, na ile to możliwe, w pomoc przy małej. Robi to chętnie. Przynosi pieluszki, chusteczki. Woła mnie, gdy Maleńka zapłacze.
Lubi ją głaskać i całować. Biegnie do niej , wołając "Twój blacik juś do Ciebie idzie".
Jest słodki taki opiekuńczy, a jednocześnie dwa razy bardziej absorbujący z nadmiernie głośnym zachowaniem, lub robieniem niektórych rzeczy po złości.
Momentami tak trudno to zaakceptować....
Myślę, czy go nie pokrzywdziłam, mimo, że pragmatyczna część mojego umysłu jest świadoma jakim darem jest rodzeństwo.
Ale myślę... aż do łez.

Patrzę jak M. kanguruje Alicję. Ona w samym pampersie na jego gołej klatce. Śpią oboje tak wyjątkowo spokojnie. Gdy ją podnoszę, ciężko ją wybudzić i jest tak cudownie cieplutka...  - łzy.

Słyszę jak M. do Niej mówi, jak z zachwytem patrzy i stwierdza, że nie wie, czy ona naprawdę jest taka śliczna, czy tak mu się zdaje, bo to jego córka - łzy.

Przychodzi paczka od Rodzinki N. - łzy.

Myślę jaka szkoda, że moja mama nie ma nawet jak zobaczyć Alicji, bo nie dochodzą do niej mms'y - łzy.

Kładziemy się z M. do łóżka. Przytulamy się, całujemy...chciałoby się coś więcej, ale wiadomo, że to jeszcze nie pora...mam wrażenie, że wszystko jest inaczej - łzy.

Na drugi dzień po powrocie do domu, zalałam się łzami.
Po kryjomu, w łazience.
Jakoś mnie to nagle wszystko przerosło.
Cała ta wielka zmiana.
I to wcale nie były łzy szczęścia, chociaż też nie mogę powiedzieć, że czułam się w tamtym momencie nieszczęśliwa.
Trudno mi to określić, co się wydarzyło tego wieczora.
Jakby przeraził mnie ogrom tej zmiany.
Jeszcze chwilę temu wszystko było inaczej.
Tyle czasu kulałam się z brzuchem, stękałam, sapałam, ruchy sprawiały mi trudność.
Nagle znów robię wszystko bez wysiłku.
Nagle Panie w PoloMarkecie nie patrzą już na mnie maślanymi oczami.
Nagle nie jestem już nosicielką cudu.
Nagle zabrakło tej codzienności, którą zostawiłam w domu jadąc do szpitala.
Nagle nie mam już tylko Synka.
Nagle mam dzieci.
Mamy dzieci.
Nagle mniej czasu dla Seby.
I nagle on mi się wydaje taki inny. Nawet fizycznie wydaje mi się, że taki duży się zrobił. Rozpaczliwie szukam w nim dzieciaczka.
Dlaczego muszę szukać? ...
Nagle mam wrażenie, że między mną a M. jest inaczej. Na 99% to tylko wrażenie. Głupi wkręt, że misja wypełniona i może już nie jestem mu potrzebna. Może już nie będzie tak o mnie dbał i troszczył się, patrzył z zachwytem i w "TEN" sposób. Może będę już tylko matką dzieci....
Jeszcze nawet nie sprawdziłam, ale w głowie już urojenia...

Przespałam noc z głową pełną tych myśli.
W większości minęło.

Fizycznie połóg jest łaskawy dla mnie.
Jestem w super formie, nic poza pogryzionymi na maxa sutkami, mnie nie boli. W ogóle po mnie nie widać, że dopiero co urodziłam (poza flakiem w miejscu uroczego brzucholka).
Problemy z piersiami i bolesne obkurczanie macicy, to jedyne, co mi dolega.
Na sutki zbawienny okazał się olej kokosowy i żałuję, że kupiłam go dopiero wczoraj.
Ale połóg to nie tylko fizyczność.
To niestety także hormony, co odczuwam dużo mocniej niż po narodzinach Seby.
Trochę się z tym zmagam.
Trochę sama nie rozumiem dlaczego.
Bo przecież jest idealnie - tak, jak chciałam.
Przygotowywałam się na tę zmianę. A teraz jakoś ciężko mi się do niej przyzwyczaić.
Są momenty, że po prostu tęsknię. Nawet za tym, co było tydzień - dwa temu.
A przecież za nic na Świecie nie oddałabym Alicji.
Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Oddałam serce tak samo mocno, jak Sebastianowi.
Mam dwoje dzieci i dwa serca.
Kocham podwójnie.
I nie rozumiem, czemu czasem jest mi tak dziwnie...
I dlaczego ten czas taki pełen łez.

O tym jak Alicja odbyła swoją najtrudniejszą podróż

Ten tydzień przeleciał mi ekspresowo.
Od środy popołudnia jesteśmy w domu.
Niunia bezproblemowa - je, śpi i brudzi pieluchy.
Ale oczywiście mam już za sobą chwile oczu pełnych łez.

Jednak po kolei...

W sobotę tydzień temu, miałam masę energii. Rano pojechałam z Sebkiem po zakupy, później byliśmy na działce, porobić porządki przed zimą. Zagrabiłam liście praktycznie z większości trawników, pozbierałam trochę jabłek, pousuwałam ze szklarni zaschnięte krzaczki pomidorów. Po powrocie do domu zrobiłam jeszcze i obiad, a później kolację.
Misiek śmiał się ze mnie, że jestem cyborgiem.
A mnie naprawdę energia roznosiła akurat tego dnia i chciałam to wykorzystać. Zresztą pomyślałam sobie, że może trochę uda się przyspieszyć termin porodu. Chociaż tyle słyszałam historii, że wcale te wszystkie zabiegi nie działają.
Wieczorem wpadł do nas mój tata, Pytali z M. czy będę dziś rodzić, czy mogą usiąść do jakichś drinków.
Czułam się tak dobrze, że z przekonaniem odpowiedziałam, że dzisiaj na pewno nie będziemy jechać na porodówkę.
Posiedzieliśmy do w pół do pierwszej.
Położyliśmy się spać, Misiek padł, a ja nie mogłam usnąć.
I wtedy po raz pierwszy naszła mnie myśl, że chyba coś nie tak.
Ostatni raz na zegarek spojrzałam o 01:23.

Obudziło mnie uczucie, że coś płynie.
Zerwałam się na równe nogi. To nie sen. Odeszły wody.
Była punkt 03:00.
Zbudziłam Miśka, zerwał się przerażony.
Ja poleciałam do łazienki, on za mną z mopem, bo zostawiałam za sobą mokre plamy.
Kilka głębokich wdechów, prysznic i starałam się uspokoić.
Myłam zęby, a kolana po prostu mi latały. Tak się trzęsłam ze strachu i z nerwów.
W końcu usiadłam na łóżku, i trochę zgłupiałam. Wody płynęły, a skurczy zero.
Wahałam się, czy jechać, czy może jeszcze poczekać.
Zadzwoniliśmy jednak po Tatę- pobił chyba rekord szybkości w pokonywaniu odległości między naszymi budynkami :)
Misiek wypił kawę, zadzwoniliśmy po taksówkę, bo jednak czuć było wypite drinki, a to akurat 1 listopada i akcja "Znicz" na drogach.
Taksówkarz aż oczy zrobił, jak usłyszał gdzie jedziemy. Haha...chyba jednak nie co dzień zdarzają się takie kursy ;)
Na izbie przyjęć bałam się, że położą mnie na patologii. Minęła już ponad godzina, a skurczy dalej żadnych.
Jednak pojechaliśmy na porodówkę.
Misiek musiał czekać pod oddziałem, ja w tym czasie godzinę leżałam podpięta do ktg, powypełniałam dokumenty i plan porodu, później dostałam 40 min w łazience po lewatywie.
Wreszcie spotkaliśmy się na sali porodowej. Ja znów pod ktg, Misiek na krześle obok. Włączyliśmy sobie telewizor i czekaliśmy. Momentami odpływałam, ale byłam niespokojna, stresowałam się brakiem skurczy.
Wreszcie położna uznała, że podpinamy oksytocynę.
Pozwoliła mi wstać z łóżka i poinstruowała M., że teraz duża jego rola, żeby pomógł mi się rozluźnić, masował i głaskał, bo oksytocyna z kroplówki to chemia, a najważniejsza jest ta naturalną, którą ja sama wytworzę.
Bujaliśmy się po tej sali, Misiek masował, całował i pomalutku zaczynałam czuć małe skurcze.
Później dostałam piłkę, M. siedział na krześle za mną, ja się kręciłam, on dalej masował. Skurcze delikatnie się nasilały. Jednak kiedy ok, 9 położna mnie zbadała i minę miała średnio zadowoloną, mnie dopadł kryzys. Szyjka nie chciała się skracać i rozwierać. Szło to wszystko bardzo powoli.
Po raz kolejny zwiększona ilość oksytocyny i dalej na piłkę.
Miałam już momenty totalnego znużenia...ponad 6 godzin i nic. Zaczynałam mieć doła, a jednocześnie chciało mi się spać.
Misiek też był już zmęczony, w dodatku kiepsko się czuł.
Jednak odwrotu nie było i nie mogliśmy się poddać.
Skurcze się nasilały, były totalnie nieregularne i o różnym natężeniu, więc musieliśmy się trochę spiąć.
Głównie ja się spinałam - tak dosłownie - co skurcz, to mocniej zaciskałam palce na Miśkowym kolanie, a on jak widział, że zaczynam się napinać, mocniej masował mi krzyż, co działało zbawiennie.
Po ok półtorej godziny tego wysiłku, kolejne badanie.
Kładłam się na łóżko bez przekonania. Skurcze bolały, ale czułam, że to jeszcze daleko.
Położna sprawdziła, zapytała się, jak myślę ile jest.
"Może z 5?"
Pokiwała lekko głową, dalej mnie badając.
Zaczęłyśmy dyskutować o znieczuleniu. Ja chciałam, żeby wkłuwali, ona uważała, że dam radę i że bez sensu, bo dłużej to potrwa. Wciąż mnie badała, ja w międzyczasie miałam skurcz. I nagle okazało , że podczas tego skurczu i naszej dyskusji rozwarcie skoczyło z 5 na 8.
W tym momencie się popłakałam.
Sama do końca nie wiem czemu...czy z radości, czy ze strachu, czy z żalu, że znowu bez znieczulenia...czy ja właściwie wcale jej nie uwierzyłam, że nagle w parę minut ruszyły aż 3 cm.
Zauważyłam jednak, że położna zaczęła się organizować, za moment zaczęło przybywać ludzi, a skurczom zaczął towarzyszyć nacisk.
Misiek tulił i łzy ocierał.
Dostałam gaz rozweselający, który tym razem zrobił robotę.
Co prawda żadnego odlotu po nim nie było, ale skurcze jakby szybciej ustępowały.
Kilka partych, z czego ostatni z zakazem parcia był naprawdę trudny do wytrzymania...i dostałam nakaz parcia. Nie pamiętam ile razy musiałam się wysilić, ale co najmniej 3, lub 4. Na pewno byłam już w tym specyficznym amoku. Chyba nie wszystko dobrze do mnie docierało. Ale położna i lekarz wyraźnie mnie instruowali i bardzo pomogli, za co później im dziękowałam.
Poczułam jak wyszła główka, później ciężko było z ramionkami, ale też się udało i za chwilę poczułam tę dziwną pustkę.
Na sali cisza. Nie widziałam Jej.
Właściwie ,to muszę spytać Miśka co się działo wtedy i ile to trwało. Wydawało mi się, że za długo jest cicho,
Ale w końcu rozległ się upragniony krzyk i za moment przytuliłam Maleńką.
Śliczna była.
Spuchnięta i fioletowo-czerwona, ale dla mnie piękna.
Znowu płakałam, z ulgi i ze szczęścia.
I z niedowierzania, że to już!
Że miało być koszmarnie, nie do wytrzymania.
A już jest po wszystkim. Mamy to za sobą.

Misiek natomiast jak człowiek ze stali. Kiedy na niego spojrzałam, jego twarz, w ogóle nie wyrażała żadnych emocji.
Za chwilę położne zaproponowały, żeby przeciął pępowinę.
Alicję zabrano na podgrzewane łóżko do badania, ja jeszcze urodziłam łożysko i już było po wszystkim.
Żadnego czyszczenia, żadnego szycia.
Urodziłam ją bez znieczulenia, bez pęknięcia ani nacięcia.
Położna stwierdziła do Miśka, że ma kobietę stworzoną do rodzenia.

Kiedy czekaliśmy, aż Alicja wróci do mnie, zapytałam M. jak się czuje. Myślałam, że będzie wzruszony. Powiedział, że jest, ale chyba też w szoku jest. I przyznał, że stanęły mu łzy w oczach, kiedy już Alicja wyszła i wcześniej, kiedy najmocniej cierpiałam.
Był tak chłodny w tych emocjach, że aż musiałam spytać, czy jeszcze mnie kocha.
Zrobił minę, jakbym zadała najgłupsze pytanie na świecie.
Odpowiedział, że teraz to jeszcze bardziej. I pocałował mnie.

Dostałam Alicję z powrotem, skóra do skóry.
Ważyła 3010g (najpierw oboje źle zrozumieliśmy, że 3100) i mierzyła 52cm. Dostała 10pkt Agp.
Wszyscy wyszli z sali i po raz pierwszy zostaliśmy sobie sami we troje.
M. porobił trochę zdjęć, zadzwonił do naszych rodziców i bratowej.
Ja wciąż nie mogłam zrozumieć jak to się stało, że jest już po wszystkim :)
No i w ogóle dlaczego właśnie w Święto Zmarłych :)
Aż sama zła byłam trochę na siebie.... jednak cały ten mój wysiłek dzień wcześniej musiał zadziałać. I to szybko.
Jeszcze siedząc na piłce, wyrzucałam też sama sobie, że jestem głupia i przesadziłam. Że to moja wina, że wody odeszły, a nie ma skurczy i szyjka wciąż długa i niegotowa.
Tak naprawdę nie wiem jak jest. Czy miałam na to wpływ? czy gdybym leżała plackiem, odbyłoby to się tak samo?
Najważniejsze jednak, że skończyło się szczęśliwie.

Powikłań po ospie prawdopodobnie nie ma.
Gdy byłyśmy na roomingu, wykonano u A. badanie słuchu, które z powodu podwyższonego ryzyka, musimy jeszcze powtórzyć, ale wynik zrobionego już badania był dobry. Widać zresztą, że Mała reaguje na dźwięki.

Jest zdrowa i przesłodka.
Malusia jak Calineczka.
Położne na oddziale ciągle się nią zachwycały.

O kolejnych naszych dniach w szpitalu, oraz pierwszych w domu, postaram się napisać dziś wieczorem.
Seba idzie na urodziny do kuzynki, Misiek cały dzień na studiach, więc będę sama z Alicją.

Ah...no jeszcze tylko dodam, że Misiek w całym tym swoim niezłomnym spokoju, wytrwał aż do wieczora. Naprawdę chyba to wszystko było dla niego oszołamiające :) Wieczorem spotkali się z moim Tatą i ten też był zdziwiony, że M. taki bez emocji.
Dopiero kiedy machnęli sobie ze dwa "pępkowe", M. poczuł, że wszystko go puszcza i że tego właśnie potrzebował ;)

Dla nas obojga było to wyjątkowe przeżycie.
Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym jakoś tak na spokojnie, ale żadne z nas nie żałuje, że byliśmy tam razem.
Ja uważam, że to najtrudniejsze wyzwanie, jakie wspólnie pokonaliśmy i jednocześnie jedna z najpiękniejszych rzeczy, które razem zrobiliśmy.
Cieszę się, że zmieniłam zdanie odnośnie obecności partnera przy porodzie.
Bez niego nie dałabym rady.