Jest coraz trudniej.
Każdy jeden dzień, to pole walki.
Oczywiście nie tylko.
Ale bitew staczam z własnym dzieckiem co najmniej kilkanaście.
Co tam się dzieje w tej małej główce, rosnącego człowieczka, co nakazuje mu tak usilnie i dobitnie podkreślać swoją indywidualność i umiejętność podejmowania samodzielnych decyzji - naturalnie zawsze proporocjonalnie odwrotnych od decyzji rodzicelki?
Bitwy toczymy od rana do wieczora:
o poranne siusiu na nocnik
o mleko
o śniadanie
o nałożenie bluzy
o buty (o to kilka razy dziennie. Dziecko buty ukochuje zawsze jedne i innych założyć sobie nie da. I w nosie to ma, że 40 stopni na dworze, kiedy on własnie chce nosić kalosze. Tak samo, kiedy temperatura z tych 40 spadnie do 15 , a na topie są aktualnie sandały. Wyprawa do sklepu obuwniczego, to już jest level expert)
o to, kto psa prowadzić ma na smyczy (już jestem sprytniejsza- na dwie smycze psa zapinam, co by dziecku się wydawało, że panuje nad sytuacją:p)
o kluczyki do auta
o to, kto poprowadzi samochód (tak tak...co z tego, że męża nie mam, z którym mogę się o to pokłócić - syn mój z równie oślim uporem usiłuje mnie przekonać, że jest równie dobrym kierowcą, co ja)
o to którędy do żłobka pójdziemy
o to, że sam ze schodów zejdzie
o obiad
o matki telefony i tablet
o szuflady, w których zakaz jest grzebania
o wrzucanie przedmiotów do toalety, bądź wyrzucanie przez balkon
o wywalanie klocków w celu takim, żeby sobie tylko poleżały, bo przecież bawić się nimi ochoty nie ma żadnej
o podnoszenie ręki na kobietę, co przecież pod sercem kołysała, z łona własnego na świat wydała, piersią osobistą, a nawet dwoma, wykarmiła, chcąc tylko pozytywne emocje w dziecięciu zaszczepić...
Te i jeszcze inne zmagania przerabiamy codziennie. Codziennie o to samo.
Czy powinnam już uznać za porażkę powtarzalność sytuacji?
Czy może powinnam uznać za sukces ten moment wieczorny, kiedy małpeczka wdrapuje się na kanapę, potem na moje kolana, słodkim głosikiem wymawiając najpiękniej na całym świecie "mama, mama, mama". Patrzy bystrymi oczętami prosto w moje, przybiera najbardziej uroczy uśmieszek i całym ciałkiem przytula się. Później mówi "ko-ua" (czyli "kocham"w dziecięcym wydaniu), dzióbka robi małego i buziakiem mamę, poruszoną co wieczór tak samo, całuje prosto w usta.
I tak sobie siedzimy przez kilka najspokojniejszych, najpiękniejszych minut w całym dniu.
Każdego dnia.
A od paru dni dziecię robi jeszcze jedną rzecz, która mnie zaskakuje - usiłuje naciągnąć moje bluzki i dostać się do piersi. Nie pamięta chyba jednak jak to się dokładnie robi, więc odsuwa tyle, ile się da i buzię wkleja we mnie. Zadziwiające, bo przecież od piersi odstawiony jest od ponad roku. Czy mu się przypomniało, bo widuje karmione dzieci? Czy tylko o samo naśladowanie podglądniętej czynności chodzi? Czy może krzywdę mu zrobiłam, że w 9 miesiącu zakończyliśmy karmienie? Może za krótko?
Bitwy i pytania bez odpowiedzi.
A do tego wszystkiego jeszcze zderzenie wizji wychowania mojej, oraz mojej własnej mamy. Babcia bowiem od tygodnia mieszka z nami i czynnie uczestniczy w wychowaniu wnuczka.
Czasem nawet zbyt czynnie.
Efekty może i osiąga niezłe...bynajmniej w danej chwili, bo długofalowo to nie jestem przekonana, czy podziała to lepiej niż moje metody. Natomiast niejednokrotnie metody owe gryzą się wręcz z moimi. Nasłuchać się przy tym muszę jaka jestem pobłażająca i niekonsekwentna.
I wcale, a wcale się z tym nie zgadzam.
Patrząc na mnie i moją siostrę, muszę przyznać, że rodzice faktycznie swoją rolę wypełnili dobrze. Nie mogę jednak wyłuskać tego, które działania faktycznie były w porządku. Wiem natomiast, co uważam za złe i czego nie chciałabym powtarzać.
Widzę już, że nie potrafię sobie radzić z nerwami i rosnącą agresją. Staram się nad tym panować, ale wzorzec mam tylko jeden - z domu wyniesiony - niedobry. Cierpię w głębi katusze, mając tą świadomość, że w złości z trudem nad sobą panuję.
A czasem panowanie tracę.
Chociaż i tak wydaje mi się, że nie jest tak źle, jak mogłoby być.
To pierwsza rzecz, którą chciałabym robić inaczej, niż robiła moja mama w stosunku do mnie (przy siostrze jakoś lepiej jej szło).
Druga, wydaje mi się, że jest ok. Obiecałam sobie wychować Sebastiana w czułości i świadomości, że okazywanie sobie uczuć to nie jest wstyd. Jestem dumna z tych naszych wieczornych przytulasków. Będę je pielęgnować jak najdłużej się da.
Czasem myślę, czy gdybym była wystarczająco "dopieszczona" w dzieciństwie, to moje życie potoczyłoby się inaczej?
Zresztą to nie jedyne braki, mam dokładną świadomość innych.
Postaram się robić tak, żeby mały Seba ich nie miał.
A przy tym wszystkim boję się, że coś innego przeoczę.
Że gdzieś błąd poważny popełnię.
Że nie podołam zwyczajnie.
Ogromne wyzwanie przede mną.
Być dobrym i złym policjantem w jednym.
Dwojgiem rodziców: i tym od nieustępliwej konsekwencji oraz wymagań i tym od rozpieszczania, czułości i pobłażań. '
Potrzebuję podwójnej cierpliwości, podwójnej siły, podwójnej miłości, dwustronnego oglądu....i najlepiej 4 rąk i dwa razy więcej czasu, by bitwy nasze mądrze wygrywać.