Razem Lepiej!
niedziela, 20 marca 2016
Niewolnica własnego cyca
Uczy i weryfikuje swoją wiedzę.
Wciąż nabywa doświadczenia.
Dzisiaj będzie o moich doświadczeniach w zakresie karmienia piersią.
Jak prowadzę tego bloga przeszło 3 lata, tak temat chyba osobnego posta się nie doczekał.
Celowo właściwie.
Bo temat kontrowersyjny (co brzmi właściwie dziwnie) i po co było się rozwodzić.
Sebastian był karmiony głównie piersią, przez 9 miesięcy. Od początku był dokarmiany mm. Rozszerzanie diety chyba w kole 5 miesiąca. Nie pamiętam dokładnie.
Butelkowy bez problemu, pijący herbatki, wody, zjadający wszystko.
Alicja...
Alicja to żywieniowa wyższa szkoła jazdy.
Żadnej butelki, żadnej wody, żadnej herbatki...
dwa razy pociągnęła z kubka z ustnikiem, ku mojej wielkiej radości,że po długich bojach, znalazłam na nią sposób.
A figa!
Alicja ma 4,5 miesiąca i wiecznie chce żreć.
Nieustannie chce ssać tylko cyca.
Jest większą fanką moich cycków, niż mój narzeczony.
Darzy je obsesyjną miłością.
I ta jej miłość, niestety , ale muszę powiedzieć to głośno - zaczęła mnie uwierać.
O ile za dnia, jakoś tego nie odczuwam boleśnie, bo przywykłam.
O tyle noce, stały się dla mnie udręką.
Od przeszło tygodnia Alicja funduje mi pobudki dokładnie co 2 godziny. Praktycznie o pełnych godzinach: 00:00, 02:00, 04:00, 06:00 ........
Nie pamiętam kiedy przespałam ciurkiem więcej niż 4 godziny.
Mam wrażenie, że ona co chwilę wisi na cycku. Nie daje się zalulać, nie oszukam jej smoczkiem.
Kiedy jest głodna, podnosi taki wrzask, takim poziomem ultradźwięków, że już choćby dla dobra chłopaków, przystawiam ją do piersi.
I tak wpadłam w pętlę.
Zostałam więźniarką własnych cycków.
Dłuższe wyjścia z domu bez małej, nie mają prawa bytu.
A nawet jeśli wyjdę, to wiecznie z myślą z tyłu głowy, czy nie jest głodna i nie płacze.
Więc żadna przyjemność, tylko stres.
Rozwiązanie właściwie mogłoby być proste - jakoś usilnie przyzwyczaić ją do dokarmiania, lub zacząć rozszerzać dietę, bo teoretycznie można.
A tu - o zgrozo - pojawiają się wyrzuty sumienia.
Taaak...tyle się naczytałam postulatów zwolenniczek karmienia piersią, tyle wchłonęłam informacji o cudowności, jedyności, niepowtarzalności tego sposobu. Tyle razy wpadało do mojej głowy zdanie, że WYŁĄCZNE karmienie piersią, jest zalecane do ukończenia przez dziecko 6 miesiąca życia, że nawet myśl o podaniu jej czegoś innego, wyzwala we mnie wyrzuty sumienia.
Mam pokarm, więc jeśli jej zabiorę i nie zastosuję się do wytycznych, będę wyrodną matką. Która dla własnej wygody, odbiera dziecku to , co najlepsze.
Takie mam myśli.
Więc walczę twardo i się nie poddaję.
Przypłacając to zmęczeniem i psychicznym rozbiciem.
Pętla dążenia do idealizmu zaciska mi się na szyi.
I teraz zrozumiałam te matki, którym po prostu z jakichś powodów nie szło karmienie piersią, i które zajadle walczą w obronie karmienia butelką.
Mają prawo czuć się napiętnowane.
Przez te naciski z każdej strony, można mieć wyrzuty sumienia i totalnie zgłupieć. Zwątpić, czy jest się dobrą matką i totalnie "zniewiedzieć" co tak naprawdę dla własnego dziecka będzie najlepsze.
Ja właśnie zniewiedziałam.
W dodatku w tej niewiedzy czuję się jakaś taka osamotniona.
Zwykle jest fajnie.
Przytulam ją i patrzę jak sobie ssie tego cycusia ukochanego.
I myślę "ciesz się tym momentem, bo to ostatni raz. Nigdy już więcej nikogo nie nakarmisz w ten sposób".
A potem przychodzi ta noc pełna krzyku, z moją ciężką głową, która tak bardzo nie chce być wyrwana ze snu i przychodzi głupia bezsensowna złość "dlaczego Ty znowu jesteś głodna, córko?"
To po prostu jest jakaś masakra emocjonalna dla mnie.
Dzisiaj po kolejnej ciężkiej nocy i niewiele łatwiejszym poranku, M. zabrał Alicję na godzinę na spacer. Żebym poszła spać. Ale nie umiem iść nagle spać o 12 w południe.
Stanęłam pod prysznicem, oparłam głowę o kafelki i powtarzałam jak mantrę "to minie, to minie, to minie"
Bo minie. Minie, tak jak pisałam poprzednio - one dorosną. I zatęsknię.
I z tą świadomością mam jeszcze większe wyrzuty sumienia.
Że bywam zmęczona byciem matką.
Że bywam zmęczona życiem, o jakim marzyłam.
To wszystko się kłóci jakoś ze sobą.
Niby resztki zdrowego rozsądku podpowiadają, że to normalne i nie tylko ja tak mam.
Ale rozsądek rozsądkiem
A jakieś matczyne poplątanie w głowie, swoją drogą.
poniedziałek, 14 marca 2016
Poniedziałek z premią
Choć od początku nieco jakby inny od standardowego poniedziałku.
O 7:30 wyłączyłam budzik i rozpoczęłam poranny proces, motywujący mój mózg do podjęcia pracy i zmuszenia reszty ciała , by wstała z łóżka.
Nagle jednak poczułam ruchy obok mnie.
Kochane ręce okryły troskliwie kołdrą zmarznięty mój tyłek (czy Wy też, gdy śpicie w koszuli nocnej, macie notorycznie gołe poślady?Czasem zastanawiam się po co ja kupuję w ogóle nocne koszule, skoro i tak śpię w nich naga już od pasa w dół) i szybko dotarło do mnie, że z jakiegoś powodu nie muszę dziś wstawać.
M. wspaniałomyślnie zaprowadził Sebka do przedszkola, wyprowadzając przy okazji Kajkę i kupując sobie bułki do pracy. Krótko mówiąc, odbębnił za mnie całą robotę.
Ja na spokojnie ogarnęłam Mychę, a nim M. wrócił udało nam się jeszcze obu zapaść w krzepiącą drzemkę, z której o 9:30 obudził mnie zapach czekającego na mnie śniadania.
Raaaaju poranek marzeń :) I to jeszcze w poniedziałek!
Odwdzięczyłam się, a jakże :)
Niestety może nie do końca tak, jakbym chciała.... ale zupą bananową z curry ;)
M. poszedł do pracy, a my z Alicją i Kajką na spacer.
Pierwszy po tygodniowej przerwie.
Prawie cały miniony tydzień byłam chora, Mała też lekko zakatarzona. Poza tym zasypało nas śniegiem i to tak konkretnie. Później to wszystko się roztapiało, więc sto pięćdziesiąty raz obrzydliwa chlapa, a do tego 4 dni totalnej mgły. Od środy do soboty w ogóle nie wychyliłam nosa z domu. Nawet z psem.
Dzisiaj za to dotleniłyśmy się zdrowo całe dwie godzinki.
Odebrałyśmy Sebka, odprowadziliśmy psa, po drodze zachodząc na plac zabaw i do sklepu. Odwiedziliśmy Bratową i Kuzynki. Wieczorem zadzwoniliśmy do Babci, pobawiliśmy się chwilę, pokąpałam towarzystwo, poszykowałam na kolejny dzień i siedliśmy w końcu we troje w Sebciowym łóżku na codziennie wieczorne czytanie.
I gdy się już tam umościłam, to jakoś bezwiednie westchnęło mi się chyba trochę ciężko.
Seba spojrzał na mnie pytająco "Ciooo?"
"A nic, trochę męczące to życie z Wami" - odpowiedziałam z półuśmieszkiem
"Ale my Cię kochamy!" - wybrzmiała odpowiedź.
Mój uśmiech w tamtym momencie spokojnie oświetliłby całe osiedle.
Co najmniej kilka razy dziennie zapewniamy się z Sebastianem o wzajemnej miłości. Ale to dzisiaj... wypowiedziane przez niego w tej sytuacji - jak gdyby rozumiał, że czasem to bycie mamą kosztuje, jakby nie było, sporo sił.
I w dodatku powiedziane w imieniu obojga...
To dzisiejsze "kochamy", było wyjątkowe :)
A dopiero co przedwczoraj, po obejrzanym filmie, powiedziałam Miśkowi, że kiedy byłam młodsza, planowałam, że w przyszłości będę czytać filmy. W sensie, że będę lektorem. I że w ogóle, to zawsze chciałam i nadal chciałabym pracować głosem.
M. stwierdził, że przecież czytam - dzieciom codziennie bajki.
Zaśmiałam się, że fakt, ale za to mi nie płacą.
"Płacą. Miłością Ci płacą" - odpowiedział
I rzeczywiście.
W dodatku codziennie mam Dzień Wypłaty.
A dzisiaj to nawet z premią :)
czwartek, 10 marca 2016
poniedziałek, 7 marca 2016
One kiedyś dorosną...
Przystanęłam sobie spokojnie na zakręcie.
Mam czas się porozglądać.
Za mną wiele dobrego. Właściwie samo dobro. Może czasem trudne, ale chyba zawsze dobre.
Przynajmniej tylko to dobre pamiętam.
Mam nadzieję , że przede mną też.
Przed nami.
A teraz stoję i rozglądam się wokół.
Patrzę na te moje dwie pociechy.
Razem będzie jakieś 24 kilogramy szczęścia.
24 godziny na dobę.
Są takie dni, kiedy te 24 godziny, wydaje mi się za dużo.
Takie dni, gdy marzę, aby odzyskać chociaż kawałek własnego życia.
Wracam wspomnieniami, do tamtych czasów, kiedy byłam sobie tylko ja.
Tu i tam.
Tu imprezka, tam jakiś przelotny romansik, ploteczki, fajeczki...
Luźniutko.
Teraz nic nie jest luźniutko. Albo bardzo rzadko. I na pewno nie tak samo, jak wtedy.
Zawsze z tyłu głowy jest myśl, że dzieci.
Że trzeba się położyć przespać, bo dzieci wkrótce wstaną.
Że musi być obiad zrobiony. Że trzeba dzieci przewietrzyć. Że trzeba się pobawić.
Że na butelkę tequlii, to można sobie ewentualnie popatrzeć...Zapalić papieroska nie wypada...o innych rzeczach, to w ogóle nie wspominając.
Bywa to uciążliwe.
I zdarza mi się powiedzieć "ojj nie, nie dzisiaj"; "jutro"; "później"; "zajmij się sam".
Do Alicji jeszcze nie mówię, żeby coś zrobiła sama, bo sama umie się co najwyżej załatwić.
Tak bywa....
A później patrzę na nie i myślę - jeju ale się zmieniły.
Jak one szybko rosną.
Patrzę na Alicję i liczę...już tylko 8 miesięcy urlopu zostało.
Za 8 miesięcy będzie trzeba wrócić do jakiejś pracy.
I znów zacznie się kierat, pogoń. Żeby zdążyć, rozwieść, odebrać, nakarmić, położyć spać. Przetrwać do weekendu.
Świadomość tego tempa kazała mi podjąć decyzję, że przed końcem urlopu macierzyńskiego nie będę się starała wracać do pracy. Mogę sobie na to pozwolić i z radością z tego skorzystam.
Dzisiaj, bardziej niż wcześniej, mam świadomość upływu czasu.
Może to przez porównanie....Sebastian przez lata wydawał mi się takim małym synkiem.
Aż nagle zjawiła się maleńka Alicja. I to porównanie, że przecież on też dopiero co, taki sam maleńki był.
A teraz chłopak rośnie. Może i wciąż mały. Ale już taki prawdziwy chłopak.
Gdzieś po drodze zrozumiałam....
Po pierwsze, że nie wiem, czy potrafię wyobrazić sobie życie bez małego dziecka w domu.
Po drugie, że będę musiała, bo one przecież przestaną być małe.
I to prędzej, niż myślę.
Od momentu, kiedy to do mnie dotarło, staram się pilnować tendencji, do odkładania "na jutro" tego, co naprawdę jest dla mnie ważne. Do jutra to mogą poczekać brudne podłogi, pranie i prasowanie. Ale dzieciaki nie powinny.
Czasem M. albo moja mama, zwracają mi uwagę, że za długo siedzę z Sebkiem przed spaniem.
Że powinien już umieć zasypiać sam.
Ale nie chcę odbierać tego rytuału. Ani jemu, ani sobie.
Dzisiaj jeszcze chce słuchać mojego czytania.
I chce, żebym z nim posiedziała nim nie uśnie.
Za kilka lat, nie będę mu do tego potrzebna.
A za kilkanaście przed spaniem będzie przytulał swoją dziewczynę.
Dzisiaj uwielbia siedzieć w kuchni na blacie i mieszać mi garnkach.
Czasem mnie denerwuje, bo dwa razy więcej bałaganu.
Ale dzisiaj jeszcze chce. Za dwadzieścia lat, to ja będę się cieszyć, jeśli on zechce przyjść do rodziców na niedzielny obiad. Oby miał wtedy dla nas czas.
Dziś chce jeszcze podczas powrotu z przedszkola iść ze mną za rękę i opowiadać o swoim dniu.
Niedługo pewnie wróci ze szkoły, rzuci plecak w przedpokoju, na moje pytanie "co tam w szkole?" odburknie "nic ciekawego" i zamknie mi przed nosem drzwi do swojego pokoju.
Dzisiaj ma czas i chęć, by przytulać się do mnie na kanapie i mówić codziennie "Mama, kocham Cię".... a mi pozostaje w duchu dziękować, że taki uczuciowy jest. I mieć nadzieję, że w okresie dojrzewania, nie usłyszę czegoś zupełnie przeciwnego...
Jest już jednak coraz więcej rzeczy, do których nie jestem mu już niezbędna.
Bywa, że kiedy jest głodny, sam sobie otworzy lodówkę, lub szafkę i znajdzie coś do jedzenia.
Potrafi sam się umyć i ubrać...chce spędzać czas z innymi ludźmi.
Już tylko przez moment pozostanie mamusi małym synkiem.
Chociaż solennie obiecuje mi, że zawsze nim będzie ;)
Z jednej strony niby zyskuję tę wytęsknioną "wolność".
A z drugiej wiem, że zatęsknię za tym uwiązaniem.
Fajnie mieć luz...od czasu do czasu.
Móc wyjść z M. na randkę.
Nie padać wieczorem na twarz.
Ale jeszcze fajniej jest, mieć poczucie tej przynależności. I świadomość, że jestem im taka potrzebna.
Alicja to istny "cycuś mamusi".
Jak lubię karmić piersią, tak czasem po prostu mam dość. Przesyt.
Ale gdy zdarza jej się ciurkiem przespać 3 godziny, a ja w tym czasie wykonam spacer z zakupami, ogarnę mieszkanie i jeszcze wypiję w ciszy i spokoju kawę, to myślę , że wcale tak wiecznie na tym cycu nie wisi. I że to przecież teraz jedyny taki czas, kiedy w ten wyjątkowy sposób mnie potrzebuje.
Za niecałe dwa miesiące zacznie jeść pierwsze "dorosłe" posiłki. Nim skończy rok, pewnie zakończymy karmienie piersią.
I to będzie koniec mlecznej drogi. Najprawdopodobniej już na zawsze.
Panta rhei....
Macierzyństwo też tak sobie płynie...niby powoli, niepostrzeżenie....Niby też nigdy się nie kończy, bo przecież już na zawsze będę matką moich dzieci.
Tylko niestety, one jedynie przez kawałek swojego życia, są naprawdę dziećmi.
Życzyłabym sobie, aby z tego kawałka nic mi nie umknęło.
czwartek, 3 marca 2016
Chuściak
Bujaczki, maty, maleńkie śpioszki, laktator, sterylizator...wszystko poleciało dalej, służyć innym maluchom.
Do głowy mi nie przyszło zagracać miejsce tymi rzeczami, które przecież miały już być niepotrzebne. Tak się to przedstawiało, na ówczesną chwilę.
Było jednak kilka przedmiotów, które zachowałam. Trochę "na pamiątkę". Żal było mi oddawać, czy sprzedawać, bo czułam się z nimi jakoś emocjonalnie związania.
Wśród tych kilku rzeczy były dwie ulubione ciążowe koszulki, pierwszy sebciowy pajacyk. I chusta. Taka do noszenia :)
W czasie drugiej ciąży, to właśnie chusta, była jednym z tych akcesoriów, na których ponowne używanie czekałam z niecierpliwością.
Niestety przy jesienno/zimowych dzieciach, chustowanie jest nieco trudniejsze. Ciuchy grubsze, kurtka przydałaby się dwuosobowa.
Chusta zatem czekała cierpliwie na wiosnę.
Nie wytrzymałam jednak tak długo i już w grudniu, w któryś cieplejszy dzień, omotałam nas i poszłyśmy na pierwszy chustowy spacer. Mycha zasnęła już w trakcie wiązania.
Drugi chustowy raz, odbyłyśmy w galerii handlowej. I tam znowu poczułam to COŚ. Cudownie było mieć chuścioszka prawie twarzą w twarz. Alinia najpierw długo patrzyła mamie w oczy. A później z zainteresowaniem rozglądała się po obiekcie.
Nie mogłam się doczekać, kiedy znowu będziemy mogły gdzieś pójść w ten sposób.
Zaczęłam też szukać nowych wiązań, przypominać sobie jak to funkcjonuje.
I wciąż miałam nieodparte wrażenie, że wiem za mało. Że możliwe, iż jako samouk coś robię nie tak.
Tutaj muszę się przyznać, że o ile przy Sebie byłam matką wyluzowaną....chyba po prostu nie miałam czasu na skupianie się na szczegółach, o tyle przy Alicji jest inaczej.
Szczerze mówiąc, trochę mnie "tryknął" macierzyński pierdolec ;) A może tak mi się wydaje...może po prostu stałam się mniejszą ignorantką, niż do tej pory.
W każdym razie, doszłam do wniosku, że wiedzę o chustonoszeniu należałoby pogłębić.
I właściwie chwilę później, jak z nieba, spadła mi wieść o warsztatach chustowych.
Pech chciał, że data nie pasująca.
Tym większa była moja radość, gdy już po planowanej dacie, okazało się, że warsztaty się nie odbyły, a w związku ze zmianą terminu, zostały wolne miejsca.
Ochoczo nas zapisałam i w ten sposób, w niedzielę rano powędrowałyśmy z Alicją na spotkanie z doradcami.
Zdziwiłam się, gdyż grupa okazała się nieliczna. To jednak zadziałało in plus, bo nasze doradczynie, mogły udzielić więcej indywidualnych rad.
Zajęcia trwały 3 godziny, które w moim odczuciu minęły, jak z bicza strzelił.
Zdążyliśmy przerobić właściwie tylko trzy wiązania - kangurka, kieszonkę i wiązanie chusty kółkowej.
Jednak merytorycznej i praktycznej wiedzy zdobyłam ogrom.
Ułożenie nóżek, kręgosłupa...rozróżnienie na sposoby wiązania dziecka niesiadającego, a siadającego - wcześniej miałam o tym wszystkim ledwie blade pojęcie!
Zorientowałam się również, że wybór chusty, jakiego dokonałam 4 lata temu, nie był najszczęśliwszy. Kupiłam niedrogą chustę tkaną splotem prostym. Dziewczyny dla porównania pożyczyły mi chusty tkane skośno-krzyżowo. Różnica ogromna. Zupełnie inaczej pracuje materiał.
Dowiedziałam się, że źle dociągałam kangurka, że muszę zwracać uwagę na kilka szczegółów.
A przy tym wszystkim, upewniłam się, że Alicja jest urodzonym chuściochem - zamotana była niezmiernie zadowolona.
Po trzech godzinach trenowania bolały mnie ręce od ramion po palce.
I wciąż czułam niedosyt. Chciałam poznać jeszcze więcej wiązań, wypróbować jeszcze inne chusty, pytać i sprawdzać, czy na pewno robię wszystko ok.
Atmosfera w grupie była super i żal było wychodzić. No ale niestety czas był ograniczony.
Po powrocie do domu ogarnęłam swoje wrażenia i zaczęłam się zastanawiać co należy kupić. Czy nową chustę, czy lepiej ergonomiczne nosidełko.
Już już skłaniałam się do nosidełka - z powodu obaw, że jednak nie motam nas zbyt dobrze, często z pośpiechu i będzie z tego tylko szkoda dla Niuńki.
Jednak, gdy podzieliłam się tymi wrażeniami z dziewczynami, które prowadziły warsztaty, szybko przekonały mnie, że jestem w błędzie. Podobno robię to dobrze, nabycie wprawy, to kwestia czasu, a Alicja cudownie nadaje się do noszenia w chuście.
Przekonały mnie ;)
Spędziłam więc kilka ostatnich dni na poszukiwaniu nowej chusty.
Na warsztatach zachorowałam na jedną :
Znalazłam stronę producenta. A tam nie dość, że ceny powaliły mnie z nóg, to modele niedostępne. Ani ten, ani żaden praktycznie...a wszystkie cudne.
Podołączałam do grup chustowych, przetrzepałam olx i allegro...niestety. Zakup tego marzenia to ok. 600zł.
Zdrowy rozsądek nie zezwolił na taki wydatek.
Przy okazji również zorientowałam się, że to nawet nie jest najdrożej, bo chusty "chodzą" i po przeszło 1000zł.
Nie mam pojęcia jak to ocenić.... pierwsze, co przyszło mi do głowy, to "fanaberia".
Czy naprawdę trzeba wydać aż tyle?
Może gdybym była totalną chustoświrką i ten sposób, był jedynym środkiem transportu Alicji....ale taką kasę, to my wydaliśmy na wózek 3 w 1. Pojęcia nie miałam, że niespełna 5-metrowy kawał materiału może mieć taką cenę.
Znalazłam więc coś innego, za co zapłaciłam kwotę - w moim mniemaniu bardzo sensowną, a i tak 2 razy wyższą, niż za pierwszą naszą chustę. Oczywiście "dizajn" już nie ten. Ale myślę, że ją polubimy.
Nie mogę się doczekać aż dotrze :)
I tak na nowo stałam się chustomamą. Bardziej świadomą niż poprzednio. I wydaje mi się, że dłużej będziemy praktykować motanie i noszenie.
Z całej filozofii rodzicielstwa bliskości - tulenie jest właśnie tym elementem, za którym przepadam.
Tulić, kochać, obejmować! Małą główkę opartą mieć na piersi i całować pachnące cieniutkie włoski.
Uwielbiam!
A chustowanie właśnie na to wszystko nam pozwala.
Bez bólu rąk i pleców.
Już zarażam koleżanki... i z niecierpliwością wyczekuję wiosennych chustospacerków :)
Wszystkie zdjęcia, wykorzystane w tym poście należą do Magdy Chmielewskiej https://www.facebook.com/Kangurek-Doradca-Noszenia-ClauWi-669769036487503/timeline
poniedziałek, 15 lutego 2016
O tym,co nowego, nie tylko walentynkowego
poniedziałek, 8 lutego 2016
Rocznica
czwartek, 4 lutego 2016
10 powodów, przez które jestem złaaaaaa
Jeszcze w ciąży zarzekałam się, że od razu po porodzie każę się zaszyć na amen, bo to już ostatni raz. Warsztat zamknięty.
Narzędzia na strych.
Mission complete.
Oczywiście po porodzie wcale nie myślałam o rzeczach typu antykoncepcja. Przez pierwsze 3 dni nawet o seksie nie myślałam :)
Ale gdy tylko zakończył się oficjalny połóg, w te pędy pognałam do lekarza ustalić co dalej.
I takie poczyniliśmy ustalenia, że od prawie miesiąca stosuję jeden z rodzajów antykoncepcji hormonalnej.
W szczegóły wdawać się nie będę, acz warte podkreślenia, wydaje się być to HORMONALNEJ.
Dlaczego?
Spieszę wyjaśnić.
Po dwóch dniach dostałam przypływu energii, który utrzymywał się przez 3 dni. I było super. Na wszystko miałam siłę i chęć. No jakby endorfiny miały linię produkcyjną w moim organizmie!
A potem....
potem dostałam okres.
Prawie po roku przerwy.
Okres oraz wszystkie przypadłości z nim związane.
I od tej pory jestem zła!
Zła przede wszystkim na siebie, że może niepotrzebnie się pośpieszyłam. Może trzeba było dać organizmowi czasu, aby sam sobie uregulował gospodarkę hormonalną.
Może bardziej mogłam cisnąć lekarza o wszystkie za i przeciw....
Ale nie zrobiłam tego, wydawało mi się, że tę decyzję mam już od dawna przemyślaną....i teraz przez to jestem zła na cały świat. (pamiętając jednak zawsze o tym, że Mój Osobisty Świat, dwa lata temu dokonał przewrotu, sprawiając, że jestem nieprzerwanie szczęśliwa)
Ale w tej mojej zwykłej codzienności, jestem właśnie zwyczajnie po ludzku zła. Tak średnio co dwa dni.
I tak sobie pomyślałam, ze może ulży mi trochę, jak sobie wypiszę na co zła jestem.
Zatem proszę - oto lista całego zła:
1. Bo wysłałam M. na studia i żal mi go teraz. Sesja jest, on przemęczony, w nerwach cały no i w domu obecny tylko ciałem. Ciałem, które siedzi w fotelu przed komputerem i pisze 15 stronę jednej z 4 prac zaliczeniowych. Poza 4 pracami jest też kilka ustnych egzaminów, kilka testów, prezentacji i Uj wie czego jeszcze. To miały być studia lekkie, łatwe i przyjemne Bo kto widział płacić za własną mękę dobrych kilka stów miesięcznie?
Student zaoczny widział.
2. Bo zima była. Czapki, kombinezony, sznurowane buty. Razy dwa! Kilka wyjść i wejść z i do domu dziennie. Można się kurde skichać! Żyyyygałam ubieraniem i rozbieraniem. I wychodzeniem z psem trzy razy dziennie na to zimno, wiatr, śnieg, albo marznący deszcz.
3. Bo po zimie były roztopy. I przemoczone buty. I psie kupy,co wyjrzały spod białej kołderki. No właśnie. I przecież było tak pięknie biało, a zrobiło się obrzydliwie szaro i w dodatku śmierdząco.
4. Bo chce mi się czekolady, a miałam się pilnować. I żrę tę czekoladę, bo były Święta i mam jej w domu tak dużo, że łypie na mnie z każdej szafki!
5. Bo każdego dnia od 19 do 22 mam tyle wieczornych obowiązków, że cokolwiek nie obiecam sobie zrobić po 22, mam siłę tylko na jedno - paść na łóżko.
Tak - powiem to otwarcie. Wkurwia mnie nieraz cały ten wieczorny rytuał. Wykąpać jedno, wsadzić do wanny drugie, które kąpie się w czasie ubierania i karmienia pierwszego. Przygotować drugie do spania - co oznacza wypełnić naście drobnych czynności, o których muszę pamiętać. Tran, lek na AZS, woda na noc do picia, uszykowanie ubrań na kolejny dzień, ujarzmienie rozbrykanego czterolatka, który właśnie zawsze, gdy tylko mija godzina 20, dostaje jakiegoś nieziemskiego zastrzyku energii. Czytanie - to akurat nie jest zło, ale wkurza mnie, że nie mogę po czytaniu dać buzi, wstać i wyjść. Bo on zawsze prosi "a psytuliś się do mnie?" I nie mam serca mu odmówić. I leżę z nim, nim nie zaśnie, a czasem zasypia długo.
Zanim odpłynie, to młodsze właśnie się budzi, bo zasnęło wcześniej. ZAWSZE!
6. Bo... jeszcze raz ta sesja....i kurczę M. się uczy i uczy, a my mu tylko przeszkadzamy. I musimy się zamykać we 3 w dziecięcym pokoju, bo nawet odezwać się nie można. Bo jak się odezwiemy, to on lata i stoperów szuka. A do tego wszystkiego wzory matematyczne przysłoniły mu widok worków ze śmieciami i psa z zawiązanym na supeł pęcherzem.
A teoria organizacji to przysłania nawet to, że narzeczona jakaś nie teges...i może by chciała czasem jakiegoś przytulenia, czy coś....
A inżynieria systemów stanęła przed rodzinnym życiem i nie widać ani, że córa rośnie, że taka zmieniona już. Że słońce się gdzieśtam przebija, a ostatniego spaceru we 4 to nikt nie pamięta.
I ja wiem,że to nie Jego wina. Ambitny jest- to super. Chciałam aby zdobywał to wykształcenie i cieszę się, że poważnie do tego podszedł. Pomagam mu ile mogę. Sama już jestem specjalistką od prawa autorskiego, inżynierii systemów...powtórkę z angielskich czasów też już odbyłam.
No ale jestem zła, że to aż tak...że tyle życia zabiera.
A cycki mi opadają, kiedy dostaję poranek na "dospanie", bo mała w nocy wstawała częściej niż zwykle, a gdy wstaję, z przerażeniem odkrywam, że Syn nasz , który dnia poprzedniego przeszedł zatrucie pokarmowe , wymiotując w przedszkolu , a także na podłogę w poczekalni do lekarza, na śniadanie otrzymał parówki, a do nich świeżą paprykę i pomidora....No ale co? Starał się chłop, to nawet odezwać się brzydko nie wypada...
7. Wkurwiona jestem też, że mi pies zeżarł ze stołu cały parmegiano regiano, którym posypana była sałata na kolację. No wyżarła z miski bezczelnie!
8. I że włosy muszę znowu myć co dwa dni. A przez ostatnich kilka miesięcy takie cudowne były, nawet po czterech jeszcze uszły. A przy okazji włosów, to jeszcze wkurw,że paznokcie mam obdrapane, bo wiecznie tylko mycie, ściery, woda, płyny, detergenty....a kiedy przychodzi moment, że już nie muszę się niczego dotykać, to od razu też nie mam siły się niczego dotykać. Nawet zmywacza i lakieru.
9. Wnerwia mnie również,że jak idę na spacer z psem i z wózkiem, to prawie zawsze znajdzie się jakaś nawiedzona psia mamusia, która leci do mnie z drugiego końca chodnika "żeby się pieski przywitały". A Kajka nie cierpi innych psów. Bo ona uważa, że jest człowiekiem. I gardzi Twoim pudelkiem, ratlerkiem, a już na pewno yorkiem (bez urazy - ja kocham wszystkie psy, ale Kajka tylko siebie), co zawsze doprowadza do głośnej jatki, podczas której zwykle smycz oplątuje wózek, a ja walczę by utrzymać równowagę.
10. To już będzie ostatnie. Bo właśnie jestem zła, że taka się zrobiłam nerwowa jakaś. Tyle mnie drażni, tyle mi się nie podoba. Ja - oaza szczęścia i spokoju...kwiat lotosu na tafli jeziora, jakąś ropuchą obrażoną się stałam....
Na szczęście wciąż znajduję sposoby "jak sobie ulżyć bez szkody dla otoczenia" - fitness i regularne spacery po 5km, dają radę.
A czasem i wypisać się dobrze....zwłaszcza, że zawsze chciałam stworzyć posta "10 rzeczy, które...."
Może jak mi przejdzie, to sobie wypiszę 10 rad, jak wygrać z tym "złem świata" ;)
piątek, 29 stycznia 2016
Hej kolęda!
Miałam mieszane uczucia...właściwie trochę się obawiałam.
Do tej pory jakoś tak się układało, że omijały mnie te wizyty. Chyba zawsze byłam w pracy.
Wcześniej czasem przyjmowaliśmy księdza w domu rodzinnnym.
Czasem, bo moja mama jest ateistką, a może i agnostykiem...
Zwykle więc wizyty te odbywały się, gdy akurat jej nie było.
Jakoś specjalnie nigdy mi na tym nie zależało.
Gdybym miała określić swój stosunek do kwestii religijnych, nazwałabym siebie "wierzącą, ale niepraktykującą".
Kościół i księża zrazili mnie do siebie. Jakieś takie to wszystko było zawsze...skostniałe, wyniosłe, dalekie.
Bardzo podobało mi się raz w kościele metodystów. Pastor, który wygłosił mądre, życiowe kazanie, pewne założenia tego wyznania, skromność świątyni, to wszystko bardziej mnie przekonywało.
Niestety kościoła metodystów nie ma w pobliżu.
Odwiedzam zatem od czasu do czasu...a raczej - od święta do święta, nasz zwykły, osiedlowy kościół. Nigdy jakoś jednak nie angażowałam się specjalnie w cokolwiek związanego z parafią.
Gdy szliśmy zapisywać się na chrzciny, byłam zestresowana jak przed jakimś egzaminem.
No cóż...nie da się ukryć, że model naszej rodziny daleki jest od tego, którego Kościół by sobie życzył. :
Żyjemy w konkubinacie, wychowujemy moje dziecko z innego związku i córkę "wspólną", acz nieślubną. W dodatku M. w świetle Kościoła, w zasadzie nadal jest mężem innej kobiety.
No nic tylko z krucyfiksem i egzorcystą na nas ;p
Na szczęście przed chrzcinami nikt się zbytnio nie zagłębiał w naszą sytuację.
Jednak już po kolędzie nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. To jednak wizyta w domu i okazja do dłuższej pogawędki.
Odwiedził nas, jak się podczas rozmowy okazało, ksiądz w wieku Miśka. Sympatyczny, uśmiechnięty, otwarty. Oboje z M. mieliśmy ochotę z nim rozmawiać...
Jak się później okazało, poczuliśmy oboje nawet potrzebę opowiedzenia mu naszej sytuacji i może posłuchania jakiejś rady, a nawet ukierunkowania co możemy zrobić, żeby to wszystko jakoś poukładać. Niestety wizyta duszpasterka ma to do siebie, że trwa krótko, bo prawie wszyscy na tym 25tysięcznym osiedlu na nią czekają. Porozmawialiśmy więc tak ogólnie, ale muszę przyznać, że jakoś raźniej mi się zrobiło, że okazało się to takie ludzkie i normalne.
Może to jest tak, że ci księża z naszego pokolenia, sprawiają, że kościół idzie z duchem czasu i zmieniającymi się realiami?
A może też i my jednak nieco się starzejemy i dostrzegamy pewne wartości, które wczesniej nie miały dla nas wielkiego znaczenia?
Może coraz więcej potrzebujemy w życiu elementów, które dają poczucie stabilizacji i pewnego porządku?
Nie wiem... ale ciesze się, że zdecydowaliśmy się na tę wizytę, że nasze mieszkanie zostało poświęcone i że wiemy, że jest w naszej parafii człowiek, do którego w razie czego, będziemy mogli się zgłosić.
Ach! No i największe zaskoczenie tego spotkania - na stole przy którym rozmawialiśmy leżała przygotowana koperta z ofiarą- nie sięgnął po nią, a gdy dałam Miśkowi znak, aby ją księdzu wręczył, ten odmówił ze słowami "przyda Wam się".
Tym już do końca nas przekonał, że jest inaczej, niż to pamiętaliśmy.
Ta wizyta to było naprawdę miłe rozczarowanie, które trochę zmieniło moje podejście.
piątek, 22 stycznia 2016
Stracone pokolenie...
Od kilku lat w prezencie robiłam co roku kalendarze z naszymi zdjęciami.
W tym roku zrobiłam już tylko te od dzieci dla ich Dziadków.
Smutno i tęskno.
Chyba już nigdy nie przestanie się za nimi tęsknić.
Wczoraj czytałam z mamą w GW artykuł o tym, co Dziadkowie dają wnukom i vice versa.
Bardzo mądrze ktoś kto wszystko opisał.
Zgadzam się z każdym jednym słowem.
Dziadkowie, to większa część mojego dzieciństwa.
Wiele fajnych wspomnień.
Wakacje u Babci Haliny w Bolesławcu.
Zawsze pozwalała mi nosić swoje buty na obcasach i malować paznokcie.
W małym pokoju w jej mieszkaniu założyłam redakcję "Gazetki Domowej" - to pewnie był pierwszy krok w kierunku studiów dziennikarskich :)
Babcia Halina uczyła mnie niemieckiego i angielskiego.
I modlitw, bo była najbardziej wierząca z rodziny.
Od niej znam historie o zesłaniu na Sybir.
Babcia Irena była jakby najchłodniejsza z całej trójki.
Ale kochała nas i okazywała to na inne sposoby.
To ona pisała wiersze i wspierała mnie, gdy sama miałam etap tworzenia.
Robiła najpyszniejszy groszek z marchewką.
I kręciła mi włosy na papiloty.
Do niej zawiózł mnie w środku nocy Tato, gdy rodziła się moja siostra. Pamiętam, że z wrażenia nie mogłam tam zasnąć.
Miała pudełka z mulinami i masą kolorowych guzików, którymi uwielbiałam się bawić.
Czasami zostawałam na noc u Dziadków. Lubiłam to jeszcze nawet w liceum.
Na śniadanie była zawsze pyszna jajecznica z takiego małego rondelka.
Dziadziu.
Dziadziu to Dziadziu, bo zawsze był tylko jeden.
Mój najważniejszy i najkochańszy.
Mój wzór, ideał, nauczyciel, opiekun, mistrz.
Przystojny, wykształcony, mądry i kochany.
Najlepszy na świecie.
Wspierający zawsze i we wszystkim.
Napisałabym , że bezkrytyczny, ale to nieprawda. On potrafił być krytyczny w taki sposób, że nawet nigdy nie odczułam , że to krytyka.
Nauczył mnie chyba wszystkiego, czego można nauczyć małą dziewczynkę.
Wszystkiego o lesie i łąkach, roślinach, zwierzętach. Uczył mnie matematyki i fizyki.
I francuskich piosenek wyliczankowych.
Dziadziu to flanelowa koszula w kratę, kasztany w kieszeniach, płatki kukurydziane z żółtej miseczki, kilometry spacerów w rytm tych francuskich wyliczanek.
Dziadziu to wielka MIŁOŚĆ.
Dzisiaj, będąc przeszło trzydziestoletnią kobietą, gdy myślę o nich, wciąż czuję się jak dziewczynka.
Zawsze przy nich tak się czułam.
Oni dali dzieciństwo. Poczucie bezpieczeństwa, wynikające z tej podświadomej jakby wiedzy, że nade mną są aż dwa starsze pokolenia - ludzie, na których zawsze mogę się wesprzeć.
Dziadkowie to skarbnica wiedzy. To wielka księga rodzinnej - i nie tylko - historii. To tradycja.
Dziadkowie dali akceptację.
Stworzyliśmy razem rytuały, które zapadły mi w pamięć już na zawsze. I zawsze będą kojarzyć się z najlepszymi momentami dzieciństwa.
Dali mi swój czas, swoją uwagę, uczucia.
Dali wsparcie, a nawet finansowe zabezpieczenie.
Dzisiaj wiem, jak wielki mieli wpływ na ukształtowanie mnie - Marty dorosłej.
I jeszcze większy na wybudowanie Marty - Mamy.
Ich miłość i zaangażowanie, to był ratunek i siła w trudnych sytuacjach. I tych dziecięcych i tych dorosłych.
To była motywacja.
Była i jest nadal.
I na końcu - cała postawa moich Dziadków, była wzorem.
Wzorem dla moich rodziców, którzy dzisiaj przejęli stery.
To teraz oni są nestorami rodu. Całe pokolenie, które było nad nimi, już od nas odeszło. Nieodżałowane, utracone bezpowrotnie.
Teraz jednak nasi rodzice darują naszym dzieciom wszystko, co najlepsze.
Od momentu kiedy Sebastian nabył jako-takiej świadomości, widzę jak wielką rolę Dziadkowie odgrywają w jego życiu.
Mając dwa latka upatrzył sobie Dziadka na wzór, zwrócił oczy w jego kierunku z bezkrytycznym uwielbieniem. Miętolił całymi dniami ich wspólne zdjęcie i nie dał sobie go odebrać za Chiny. Dziadek to był pierwszy męski wzorzec jego życia.
Babcię też kocha ogromnie. Zaszczepiła w nim chęć do gotowania. Mianował się jej Su Szefem :)
Nie da się wycenić roli Dziadków w naszym życiu.
Wszystko co, co zrobili moi, procentuje nadal, mimo,że już ich z nami nie ma.
To jedno z największych szczęść , że ich miałam.
I że teraz wspaniałych Dziadków mają moje dzieci.
Kocham.
niedziela, 17 stycznia 2016
2
no i piszę w zasadzie...
piszę codziennie prace zaliczeniowe mojego chłopaka :)
Sesja przyszła i nagle studiujemy wszyscy. On, ja, rodzice, znajomi... kto może, ten pomaga.
Jego dyplom będzie ostatecznie pracą zbiorową. Dziełem wielu wybitnych umysłów :)
W edytowanych mam od półtora tygodnia niedokończonego posta.
Zaczęłam go pisać pewnego szarego dnia, kiedy wszystko działało mi na nerwy. Kiedyś go jeszcze opublikuję, ale dzisiaj nie mogę.
Dzisiaj właśnie porozstawiałam w całym salonie świece o zapachu wanilii z pomarańczą.
Pokroiłam świeże owoce, podprażyłam płatki migdałów, w zamrażarce schowałam waniliowe lody.
Upięłam koka
Za uszami prysnęłam moim i Jego ulubionym perfumem - Armani - Code.
Strój wciąż domowy, ale nieco staranniejszy...
Bo dzisiaj mamy "randkę".
I to nie byle jaką.
Rocznicową
Rocznica dokładnie wypada nam jutro, ale że jutro poniedziałek , w dodatku tydzień popołudniówek, to umówiliśmy się na dzisiaj.
Podziękuję Mu dziś za ten drugi wspólny rok.
Wyjątkowy rok.
Pod szyldem projektu "Dzidzia".
Zrealizowaliśmy go od początku do końca z sukcesem.
Gdybym miała podsumować w 3 słowach nasze relacje w ciągu tego czasu, to oprócz naturalnie, Miłości, wymieniłabym Wsparcie i Współpracę.
Na każdym kroku - gdy odchodził Dziadek, gdy ze łzami w oczach odnajdowałam na ciążowym już ciele kolejne ospowe kropki, gdy brzuchol ciężki był i trudno było zapiąc sandałki, gdy w 6 godzinie porodu szyjka była jeszcze dłuuuuga.... w każdej chwili Współpraca i Wsparcie.
Za to Mu dziękuję. Za to trwanie razem. Zawsze.
Jest już inaczej po tych 2 latach.
Zwłaszcza, że tyle zrobiliśmy przez ten czas. Tyle się zdarzyło i zmieniło.
Już z rozrzewnieniem wspominamy ten dreszczyk emocji, gdy nadchodził weekend i On miał przyjechać do Zielonej Góry, lub ja do Wałbrzycha.
Gdy 5 dni trwało wieki , bo tęskniuszki były TAAAAKIE ogromne.
I tamta pierwsza nasza noc...prawie już przez mgłę.... Taka odległa się wydaje. Tamta rozmowa, kiedy jakoś tak po prostu wymyśliliśmy sobie, że dlaczego by nie spróbować? Że przecież uczucie jakieś jest. Że może to właśnie TO?....
Ahhh...uwielbiam to wspominać.
Często przywołuję obrazy z tamtych chwil.
Cudowny, zaczarowany czas.
I własnie dlatego dzisiaj chciałam trochę też zaczarować codzienność.
Nie robimy nic szczególnego.
Jedynie kilka drobnych zabiegów, żeby nie było tak zupełnie zwyczajnie.
Ja już uciekam, bo własnie ręka Narzeczonego mego spoczęła na moim karku.
A Wam zostawiam kilka zdjęć :)
poniedziałek, 4 stycznia 2016
Tradycyjnie...
Co roku musi być.
Robię to, przede wszystkim dlatego, by móc zebrać w całość wszystkie dobra, jakie w minionym roku otrzymałam.
W spokoju, samotności, ciszy, pochylić się nad nimi
i podziękować.
Mi już wypada tylko dziękować.
Zresztą, zwykle staram się robić właśnie to.
Mniej planować, mniej oczekiwać...czerpać z tego, co mam tu i teraz.
Zaglądnęłam do podsumowania, które pisałam przed rokiem:
"TAKIEGO roku, jak mój 2014, to nie było.
Chyba nigdy.
Poprzedni styczeń przyniósł tak spektakularną, nieoczekiwaną, choć przecież wymarzoną od dawna zmianę, jakiej się nie spodziewałam.
Miłość przyniósł."
Tak pisałam.
Dzisiaj właściwie mogłabym napisać dość podobnie.
Bo 2015 rok przyniósł mi...jeszcze więcej Miłości.
Jeszcze jednego maleńkiego człowieczka do kochania.
Trzy kilo i 52 centymetry maluśkiego ciałka, które pomnożyło Miłość w naszym Domu przez miliard!
"[Marzę...]o tym, by nadszedł dobry czas na naszą dzidzię. Nie musi być w tym roku...poczekam cierpliwie. Niech tylko będzie dobry dla naszej trójki i dla Niej od początku do końca."
To moje zeszłoroczne urodzinowe życzenie.
Spełnione.
Chociaż zanim to się stało, zdarzyło się jeszcze parę innych ważnych rzeczy.
W styczniu staraliśmy się jak najbardziej optymistycznie wejść w nowy rok.
Urządziliśmy super imprezę z okazji Miśkowych 30 urodzin.
Ja zaczęłam planować na nowo swoje życie zawodowe.
8 luty 2015 - ta data będzie mi już towarzyszyć do końca życia. Wtedy pożegnaliśmy mojego ukochanego Dziadzia. Jak dotychczas, to najgorsze, najsmutniejsze rozstanie w moim życiu. Na samo wspomnienie stają mi w oczach łzy.
Mija rok, a mnie nadal ciężko jest się pogodzić z tym, że Go nie ma.
Ciężko mi również z myślą o końcówce jego choroby. Nie chciał, aby TO wyglądało w ten sposób.
Ja nie chciałam Go pamiętać takiego, jakim był w ostatnich miesiącach. Niestety już tych obrazów nie wymażę z pamięci.
Mimo wszystko jednak, kojarzyć mi się będzie z tym wszystkim, co w moim życiu, a przede wszystkim w moim dzieciństwie było najwspanialsze.
Wciąż mam nadzieję, że jeszcze gdzieś się spotkamy...
Marzec przyniósł nam ospę.
Najpierw przechorował ją Sebastian.
Męczył się bidulek bardzo, a ja plułam sobie w brodę, że go nie zaszczepiłam.
Wszyscy wtedy cierpieliśmy razem z nim...
a już po chwili my również byliśmy chorzy.
I prawie w tym samym czasie, dowiedzieliśmy się, że po raz kolejny udało nam się stworzyć Nowe Życie.
Jednak połączenie obu tych zdarzeń wywołało ogromny strach.
Całe dni czytaliśmy o połączeniu ospa+ciąża.
Pytaliśmy różnych lekarzy.
Bałam się bardzo.
Bałam się stracić ciążę
Bałam się, że jej nie stracę, ale dziecko urodzi się chore.
Bałam się, że trzeba będzie podjąć decyzję...
Na szczęście ospę przeszłam łagodnie, a każde kolejne badanie USG wskazywało, że nasze dzieciątko rozwija się zdrowo.
W kwietniu rozpoczęłam nową pracę.
Może nie do końca była to praca marzeń, ale zdecydowanie najlepsza, od kiedy rozstałam się z moją ukochaną firmą, wyprowadzając się z Zielonej Góry.
Poznałam fajnych ludzi, odetchnęłam. Pracowało się super.
Kolejne miesiące, to głównie rozkoszowanie się cudownym moim stanem.
Wielokrotnie już pisałam o tym.
Miałam ciążę, o jakiej marzyłam. Przeżywaną we troje.
To było niezwykłe, radosne oczekiwanie. Pomimo ospowych wątpliwości, pełne spokoju i wiary w to, że będzie dobrze, Czułam się wspaniale. Pracowałam, tańczyłam(nawet wystąpiłam w teatrze)...nieustannie wspierana przez M. i całą rodzinę, spełniałam po raz ostatni tę najpiękniejszą Misję.
W maju dowiedzieliśmy się, że w Brzusiu mieszka mała, wymarzona dziewczynka.
Po długich negocjacjach wybraliśmy jej imię :)
A w Dzień Matki urodziła się Emily - druga córeczka mojej Przyjaciółki K.
Lato upłynęło pracowicie, jednak wolne dni staraliśmy się spędzać rodzinnie. Jeździliśmy razem na ryby, urządzaliśmy biwaki pod namiotem. Było super! Zamarzyliśmy o camperze, albo chociaż przyczepce kempingowej.
Jeszcze tego nie zrealizowaliśmy, ale wszystko przed nami :)
6 sierpnia urodził się Wojtuś - drugi synek mojej Przyjaciółki A.
Również latem miało miejsce kolejne przełomowe i bardzo ważne wydarzenie. Wyjątkowe nie tylko w 2015 roku, ale w całym moim życiu. Bo wszystko wskazuje na to, że już więcej się nie powtórzy - 10 sierpnia przyjęłam oświadczyny Miśka.
Całe lata marzyłam i wierzyłam, że zaręczę się z Miłością mojego życia. I oto spełniło się kolejne pragnienie. W dodatku na plaży o zachodzie słońca...nie mogło być cudowniej!
W 2016 rok wchodzę oficjalnie jako Narzeczona ;D
We wrześniu obchodziliśmy 4 urodziny Sebcia W tym samym czasie przestałam już pracować i zaczęłam przygotowywać nas na pojawienie się Alicji.
No i 1 listopada 2015...kolejna data na liście najważniejszych w moim życiu.
Urodziłam naszą wspaniałą córeczkę. Zdrową i uroczą.
Przeżyłam drugi poród bez znieczulenia i jestem z siebie dumna. A właściwie to z nas, bo przeszliśmy przez to razem.
Od tamtego dnia, wciąż dziękuję Losowi, że się udało. Że ospa nie zaszkodziła ciąży i dzieciątku naszemu.
Dziękuję za kolejny, piękny przewrót życiowy. Za drugi najcenniejszy dar, jaki otrzymałam.
Stałam się mamą dwójki dzieci i uważam, że to cudowne :)
W Boże Narodzenie ochrzciliśmy Alicję Maję, po 5 dniach skończyłam 32 lata i dzień później już składaliśmy sobie noworoczne życzenia.
Właściwie nie miałam nawet kiedy, tak porządnie się zastanowić czego ja bym sobie życzyła na ten kolejny rok.
Chłonę w ostatnim czasie to moje życie i mam wrażenie, że właśnie wyciskam z niego wszystko,co najlepsze.
Nie chcę być jednak przesadnie zachłanna.
Staram sie być pokorna wobec Losu.
Poza pracą, mam wszystko.
Więc tej pracy, bądź jakiegoś sensownego pomysłu na swoje życie zawodowe, życzę sobie samej.
A poza tym, aby po prostu trwało to, co jest. Aby Miłość i Zdrowie były nieustające.
Myślę, że to będzie rok naszych dzieci. Najprawdopodobniej moje życie będzie kręciło się głównie wokół nich. I bardzo mnie to cieszy. Mam zamiar realizować się macierzyńsko, bo gdy byłam samodzielną mamą, musiałam w jednym czasie realizować się we wszystkich sferach życia jednocześnie, na żadnej nie skupiając się w 100%. Teraz sobie odbiję :)
Ślubu w tym roku nie planujemy.
Przynajmniej na razie....bo któż to wie, co nam do głów strzeli.
Tak się przyzwyczailiśmy do natłoku ważnych zdarzeń, że może nam ich zabraknąć ;)
Realnie jednak myśląc, wygodniej będzie odłożyć to na później.
Sama już nie mam pomysłu, co jeszcze wyjątkowego może się stać i czego przełomowego możemy dokonać?
Może Los nas zaskoczy?
A jeśli nie, jeśli będzie po prostu rodzinnie i spokojnie, to też naprawdę super.
I wcale nie będzie mi przykro, jeśli za rok o tej porze napiszę, że to był wyjątkowo nudny rok, w którym nie przytrafiło nam się nic naprawdę wyjątkowego ;)
sobota, 2 stycznia 2016
Starczy tego dobrego.
Dostalam w prezencie od Siostry netbooka. To daje mi szanse na czestsze wpisy.
W domu mamy jeden komputer stacjonarny, który w wolnym czasie zwykle jest okupowany przez M. A jesli nie jest, to nie zawsze chce mi sie do niego zasiadac.
Co innego maly sprzet, z którego moge nadawac nawet lezac w lózku.
Boska wygoda!
Korzystajac zatem z tejze wygody, skrobne pare zdan, bo teskno mi juz za pisaniem.
Z glebokim, pelnym ulgi westchnieniem stwierdzam, ze Swieta za nami.
Bylo super!
Naprawde wyjatkowo fajnie.
Rodzinnie, goscinnie, wesolo...
...ale to takie meczace!
Zwlaszcza, gdy jestes wiecznie jedyna abstynentka, matka dwojga dzieci, która wiecznie cos ma do ogarniecia.
Padam na twarz. Glównie z niewyspania.
Wigilia dluga, jak zawsze u nas. Chyba dobrze po 1 zakonczona.
W Pierwszy Dzien Swiat od rana szalenstwo przygotowan na przybycie naszych szwajcarskich przyjaciól oraz na uroczystosc Chrzcinowa.
oczywiscie nie bylibysmy soba, gdybysmy nie spóznili sie do Kosciola :) Ale tak to bywa, gdy Twój narzeczony ucina sobie w poludnie godzinna drzemke, z której budzi sie radosnie i stwierdza, ze on kompletnie nie pamieta gdzie sa jego spinki do koszuli. Koszuli zastepczej nie posiada, w zwiazku z czym w poplochu przetrzepujecie cale mieszkanie w poszukianiu zguby, ostatecznie jej nie znajdujac.
Po dzis dzien zreszta.
Pomimo braku spinek, Alicja Maja ochrzczona zostala.
Wszystkich gosci zaprosilismy na sympatyczny obiad w restauracji , a nastepnie na jeszcze sympatyczniejsze swietowanie w domu.
Takiej imprezy, to my jeszcze nie zorganizowalismy do tej pory. Spac szlismy o 6 rano. Wszyscy ze wszystkimi znajdowali wspólne tematy i nocne Polaków rozmowy toczyly sie noc cala.
A goscie, którzy wracali taksówka, mówili szoferowi, ze jada z wesela :)
Nawet gdzies po drodze stwierdzilismy z M., ze wlasciwie, to trzeba nam moze bylo polaczyc juz obie sprawy i slub wziac za jednym zamachem ;)
Kolejnego dnia mielismy jeszcze naszych gosci, z którymi po poludniu pojechalismy do Karpacza, spotkac sie z ich rodzicami. I w ten sposób na kontynuacji swietowania, uplynal nam kolejny dzien.
Nastepnie chwila przerwy i za moment moje urodziny.
Imprezowanie odpuscilismy, ale wpadli rodzice i Mlodzi (Siostra z Narzeczonym).
Gralismy w Kolejke do póznej nocy.
W Sylwestra o 9:30 bylam juz z dzieciakami na Zumbie. Myslalam sobie, ze jesli przyjda do nas tylko rodzice i jedni znajomi, to pewnie nie posiedzimy dlugo.
A jednak po raz kolejny rozmowy noca przeciagnely sie do 5 nad ranem.
5 godzin snu przerywanego na: karmienie, przygotowanie Sebie sniadania, przygotowanie mu jego kawki, wlaczenie swiatla w WC i odpowiadania na jego pytania i znów trzeba bylo funkcjonowac, bo oto kolejny powód do swietowania - urodziny partnera Tesciowej.
Az w koncu dobrnelismy do teraz.
Do momentu gdy lezymy wykonczeni w lózku, a ja resztka sil klece zdania.
A mialam zamiar jeszcze coroczny post podsumowujacy stworzyc.
Niestety nie dam dzis juz rady.
Bylo super, ale mam dosc.
Mam dosc tego ciaglego sprzatania, szykowania, przygotowywania jedzenia, ogarniania wszystkiego w pospiechu.
Dosc mam tego, ze moje dzieci mialy totalnie rozregulowane dni. Na domiar zlego mialy tez duzo mniej naszej uwagi, niz normalnie.
I co z tego, ze wolne, jak nawet nie spedzilismy z nimi czasu tak, jak powinnismy?
Alicja to pewnie niespecjalnie przejeta tym faktem, bo cycki sa na miejscu i zawsze w pogotowiu, do zmiany pieluchy tez, o dziwo, bylo wielu chetnych.
Ale po Sebie widac, ze brak mu naszej atencji.
Nie do konca to nasza wina...tak sie jakos poskladalo w tym roku... Mimo wszystko mam troche wyrzuty. Chociaz staralam sie jak moglam, by nie czul sie wiecznie zbywany. Angazowalam go do pomocy i spedzalam z nim prawie caly czas, kiedy akurat nie musialam wykonywac jakichs obowiazków.
Cale szczescie, ze wokól nie brakowalo cioc i wujków, którzy chetnie sie z nim bawili.
Tak...mam dosc, i z radoscia powróce do tej przewidywalnosci, której pewnie wkrótce tez bede miala znowu dosc.
No nie dogodzisz.
A znów z drugiej strony mam tez pewien niedosyt.
Niedosyt czasu spedzonego z Siostra. Dwa tygodnie jej pobytu mina pojutrze i wtedy tez nadejdzie czas rozstania. A ja mam wrazenie, ze ledwo co pogadac zdazylysmy.
I mam niedosyt mojej Przyjaciólki - Chrzestnej Alicji. Mimo, ze udalo nam sie spedzic pare chwil tylko we dwie, prawie jak kiedys, to jednak nie da sie nadrobic tego calego czasu bez spotkania.
Zwlaszcza, ze ostatnim razem widzialysmy sie równo dwa lata temu. To ona zorganizowala mi 30 urodziny, po których cale moje zycie nagle sie zmienilo.
Wówczas, gdy sie zegnalysmy, wracalam do domu, do Zielonej Góry. Pogodzona z mysla, ze zaczynam kolejny rok sama z Synkiem.
Pare dni temu przywitalam ja w moim domu w Walbrzychu. Z synem zawieszonym na nodze, z córka na rekach i z Miskiem u boku :)
No mialysmy o czym pogadac :)
Wszystko to jakos tak szybko przelecialo. Dni przeskakiwaly jeden za drugim...ciagle cos sie dzialo. Lubie gdy jest intensywnie, ale jednak juz wystarczy.
Czas zwolnic nieco i skupic sie na dzieciaczkach.
Kluseczka skonczyla wlasnie dwa miesiace. Bardzo szybko rosnie i zmienia sie. Mimo,ze nadal bardzo duzo spi, nie jest juz takim noworodkiem. Zaczyna byc kontaktowa. usmiecha sie do nas i cos mówi po swojemu.
Pelna jestem Milosci do niej. Taka piekna ta Milosc. Czasem sobie mysle, ze taka cudowna i taka wciaz dojrzewajaca.Z dnia na dzien.
Starszak nasz tez uroczy, choc rogi pokazac, to on potrafi. Ojjj potrafi. I tak matke z równowagi wyprowadzic umie, jak nikt inny.
Ale wszystkie moje wahania juz minely i teraz czuje, ze mozna naprawde kochac dzieci dwoje równie mocno. Tak sie balam, ze nie mozna. Ale mozna.
W zasadzie, to to juz powinien byc temat na kolejnego posta.
Nie mialam za wiele czasu na przemyslenia i podsumowania.
Dlatego tez licze na to, ze gdy usiade do pisania, uda mi sie postawic kreske pod liczba 2015. Juz dzis wiem,ze suma wszystkich zdarzen, wychodzi na wielki plus.
Ale dokladnej analizy dokonam juz innego wieczora.
Teraz udaje sie na zasluzony odpoczynek. I mam zamiar przespac dzis dla odmiany, co najmniej 8 przerywanych godzin! :)
Dobranoc!
P.s. Przepraszam za brak polskiej pisowni,ale sprzet moj nowy,funkcjonuje jeszcze w brytyjskich realiach :(
czwartek, 24 grudnia 2015
Już na spokojnie
Już wiem, że zdążę.
Dziś pomiędzy obowiązki wplotłam kilka istotniejszych spraw.
Odwiedziłyśmy z Siostrą cmentarz i grób naszych kochanych Dziadków.
To pierwsze Święta, gdy nie będzie z nami żadnego z Nich...
Popłakałyśmy sobie na tym wietrznym wzgórzu we dwie.
Tak po siostrzanemu.
Wieczorem pomogła mi w pieczeniu i udało nam się razem z Sebkiem przygotować części do piernikowej chatki.
Jutro na spokojnie ją złożymy i ozdobimy lukrem.
Wychillowałam, zwolniłam, poluzowałam kitki ;)
Przez następne trzy dni będzie powoli, rodzinnie, przyjemnie i miło.
I Wam życzę, aby u Was było tak samo.
Czas na koncentrację nad rzeczami, które są najważniejsze w tym wszystkim.
Spokoju i radości, Kochani!
Przyjemnego czasu z rodziną, w oderwaniu od codziennej gonitwy.
Niech będzie tak, jak każdy z nas marzy, aby było.
Wesołych Świąt!
wtorek, 22 grudnia 2015
Przedświąteczna spina.
I przedświąteczną depresję, że jestem Chujowa Pani Domu.
Za rok chcę wyjechać.
Bez myślenia, planowania, kupowania, sprzątania i gotowania.
Zabrać rodziców do jakiejś góralskiej chaty i spędzić fajne, spokojne Święta.
Bo kurczę zrobiła się z tego jakaś dziwna gonitwa.
Nie dość , że gonitwa, aby ogarnąć sprawy bieżące.
To jeszcze sprawy świąteczne.
I te problemy... jak obskoczyć dwie Wigilie? jak to zrobić, aby w Pierwszy Dzień Świąt mieć czas, powitać przyjezdnych gości, wyszykować dom na wieczór, wyszykować naszą czwórkę na Chrzciny? Jak po obiedzie w knajpie, uszykować biegiem kolację w domu...na 16 osób?
Te Chrzciny w Święta miały mi ułatwić życie, a w sumie skomplikowały.
Jestem zła na siebie, że się tak spinam, że mnie jakaś ambicja nadmierna ponosi.
Bo kurczę mogłabym powiedzieć, że sorry...ale mam dwoje dzieci, w tym jedno niemowlę i będzie jak będzie.
I myślę, że nikt by się nie obraził.
Ale ja od jakiegoś czasu chcę być taka super.
I mieć tak wszystko idealnie ogarnięte.... bo cholera, mam wrażenie, że wszystkie moje koleżanki tak mają.
Tylko ja nie!
No nic...siedzenie przed kompem, na pewno nie pomoże mi w ogarnianiu, więc kończę marudzić, idę prasować.
Może po drodze znajdę gdzieś swój zagubiony sposób na wyluzowanie.
Od kiedy ja się taka spięta zrobiłam?
Wstyd mi przed samą sobą.
A w ogóle, to się chyba po prostu zestarzałam.
O!
piątek, 18 grudnia 2015
Ani lepiej,ani gorzej
Wczoraj jednak podjechaliśmy do szpitala.
Uznałam,że skoro i tak nie zasne ze strachu,czy tam trafimy,to wolę jechać od razu.
Jednak nie było potrzeby zostawać. Mamy nadal robić to,co dotychczas i obserwować.
No i dziś udać się na kolejne osłuchanie.
Noc minęła lepiej niż poprzednia,bo ułożyliśmy Alicję wysko na poduszkach,więc nie krztusiła się wydzieliną.
Za godzinę idziemy do kontroli.
Dziękuję za wsparcie i za cenne rady!
czwartek, 17 grudnia 2015
Pierwsze choróbsko...
I to od razu z grubej rury.
Lekarka podejrzewa zapalenie oskrzeli. Jeśli inhalacjami i czyszczeniem noska do jutra nie zminimalizujemy charczenia, to czeka nas pobyt w szpitalu :(
Jestem osrana po pachy.
A do tego w poniedziałek przylatuje moja siostra, której już ponad rok nie widziałam.
A na 25.12 mamy zaplanowane Chrzciny.
Knajpa zapłacona.
Chrzestna na rzęsach stanęła, żeby urlop dostać i specjalnie ze Szwajcarii przyjechać...
No nie możemy teraz chorować i leżeć w szpitalu.
Po prostu nie i już !
środa, 9 grudnia 2015
Nie ma nudy
Nie ma kiedy pisać.
M. zajęty głównie pracą i studiami, więc większość domowych obowiązków spadła na mnie.
Pamiętam siebie 3 lata temu - samą z wózkiem i szalejącym psem.
Dzisiaj tarabanię się z wózkiem, szalejącym psem i szalonym czterolatkiem. Chociaż przyznać muszę, że usiłuje mi pomagać jak potrafi.
Czterolatek, nie pies :)
Nie narzekam, chociaż bywa ciężko.
Ciężki wózek.
Ciężko nadążyć z tymi obowiązkami.
Ciężka ja.
Staram się walczyć z nadmiarem wagi. Od porodu ubyło 7kg, ponad połowa, którą przytyłam, a nadal w nic się nie mieszczę. Ciuchy ciążowe stały się normalnymi ciuchami. Dupsko tak mi się poszerzyło, że szok. I nie wiem, kiedy to się stało, bo latem nosiłam niektóre normalne letnie spódnice sprzed ciąży. Chyba nie zauważyłam, że były z gumy :)
Pilnuję jedzenia, zasuwam z tym wózkiem w tempie i zaczęłam chodzić na zajęcia Fit Mama - ćwiczenia dla mam z dziećmi.
Po pierwszym razie zakwasy takie, że dziś każdy krok stawiałam niemal ze łzami w oczach.
To oznacza,że mam jeszcze jakieś mięśnie i że nawet nimi ćwiczyłam.
Na sali bowiem, miałam wrażenie, że chyba przez 9 miesięcy zapadłam na ich zanik.
Ciekawe co by było, gdybym przez ten czas nie tańczyła.
Ruch też pomaga na głowę.
A w głowie kombo.
Hormonalnej sinusoidy ciąg dalszy.
Nawet nie chce mi się o tym pisać, co mi się w tym łbie roi.
Jakie ja mam myśli!
O losie!
Jakie mam chęci i niechęci.
Dobrze, że nie mam za dużo czasu na głębsze rozważania.
Skupiam uwagę na tym co dziś zrobić na obiad, jak wyeliminować z diety nabiały, w co ubrać Małą Księżniczkę na Chrzciny, jaką kupić lodówkę i komu jaki prezent pod choinkę.
W miarę nieźle mi idzie.
Ale czekam aż TO się skończy.
Bo chyba się skończy? nie?























